Nadszedł maj a tym samym pierwsza rocznica pokonania na dobre Voldemorta. Święto radosne i smutne zarazem, upamiętniające także wszystkich poległych w bitwie o Hogwart. Każdy czarodziej i czarownica zapewne świętowali ten dzień na swój sposób w domach. Hogwart miał swoją własną uroczystość z tej okazji, bo w końcu to tam rozegrała się finałowa akcja. Święto przypadło w niedzielę ku rozczarowaniu innych, którzy liczyli na dodatkowy dzień bez zajęć. Dyrektorka McGonagall wygłosiła przemówienie, a poległych upamiętniono minutą ciszy. Potem rozpoczęła się uczta. Uczniom wyjątkowo wolno było włóczyć się po zamku do północy, a poniedziałkowe zajęcia zostały przesunięte na popołudnie, by każdy mógł odespać.
- Eto, trochę jakby twoje drugie urodziny — powiedziała Anastazja podczas wieczornej uczty obfitującej we wspaniałe wymyślne dania.
- Rocznica pół śmierci — mruknął Snape.
- I kagda właściwie są twoje prawdziwe urodziny?
- Zimą.
- A dokładniej?
- A dokładniej nie obchodzę urodzin.
- Pochemu? To znaczy... dlaczego?
Snape obchodził imprezy urodzinowe tylko do jedenastego roku życia, zanim poszedł do Hogwartu. Potem dostawał paczki od matki i drobiazgi o Lily, póki się od niego nie odwróciła. Kiedy został sam w wieku osiemnastu lat, zanim jeszcze został nauczycielem, był praktycznie zapomniany przez wszystkich. Później, gdy zaczął nauczać tylko Dumbledore i McGonagall znali datę jego urodzin, którą musiał podać, gdy został zatrudniony. Obydwoje składali mu życzenia skromnie i na osobności, bo sam prosił, by nikt więcej o tym nie wiedział. Co roku sam sobie składał gratulacje, że przetrwał kolejny rok bycia na usługach Czarnego Pana, kolejny rok ratowania skóry Pottera, kolejny rok uniknięcia — trochę upragnionej w głębi duszy — śmierci, kolejny rok trwania. Nie wiązał dobrych wspomnień z urodzinami, te z dzieciństwa kojarzyły mu się z domem, z matką i z ojcem, który pewnego razu zniszczył jego tort, te w szkole kojarzyły mu się z upominkami i skromnymi całusami w policzek od Lily.
- Nie obchodzę urodzin — powiedział machinalnie.
- Khorosho — mruknęła do siebie smutno Anastazja.
Snape miał wrażenie, że szepty za jego plecami się wzmogły. Jakby upamiętnienie upadku Voldemorta i bitwy o Hogwart na nowo rozbudziły wyobraźnię i ciekawość innych. We wtorkowe popołudnie podczas zajęć z ostatnim rocznikiem panowała dziwna napięta atmosfera. Snape czuł na sobie ukradkowe spojrzenia i miał wrażenie, że kilka osób bardzo chciałoby go o coś zapytać, ale zwyciężył lęk. Kiedy wszyscy opuścili klasę podeszła do niego Hermiona Granger.
- O co chodzi?
- Pomyślałam, że może jeszcze pan nie wie... ale... Rita Skeeter napisała o panu książkę.
Snape'a na moment zatkało. Hermiona widząc jego zaskoczoną minę, położyła przed nim ową książkę. Na okładce widniał jakże zachęcający tytuł "Snape: łajdak czy święty?"
- Wczoraj weszła do sprzedaży. Chyba już pół szkoły ją przeczytało.
- Pół szkoły? - brew Snape'a wystrzeliła w górę. — Dość optymistyczne. Nie sądzę, by aż tyle osób sięgnęło w życiu po jakąkolwiek książkę.
Na chwilę zapadło niezręczne milczenie.
- Pewnie byłaś jedną z pierwszych, którzy ją przeczytali, co?
- Ja... tak. Z ciekawości. Ale wiem, że to stek bzdur.
- Na pewno? - Snape jakby od niechcenia przekartkował książkę.
- Ja to wiem — powiedziała pewna siebie Hermiona. - Wiem, co pan dla nas zrobił.
- Nie ulega wątpliwości, że Potter ci powiedział.
- Same dobre rzeczy — powiedziała zmieszana, chcąc usprawiedliwić siebie i przyjaciela. - Może pan ją pozwać.
- Dziękuję za troskę panno Granger, ale jest ona zupełnie niepotrzebna.
- Może pan zatrzymać książkę — powiedziała Hermiona, wskazując na nią i kierując się do wyjścia.
Zaraz, kiedy zniknęła za drzwiami, Snape porwał egzemplarz i zaczął czytać na wyrywki co kilka stron. Nie wiedział, co przeraziło go bardziej — stek bzdur czy fakty, które Rita wygrzebała, takie jak na przykład ten, że jego ojciec był mugolem.
Noc spędził na czytaniu. Pochłonął całą książkę od razu. Kolejnego dnia był niewyspany i rozdrażniony tym, co przeczytał. Niewiele trzeba było, żeby go porządnie rozzłościć. W konsekwencji czego Gryffindor stracił piętnaście punktów, Hufflepuff dziesięć, jeden Gryfon z drugiego roku został po lekcjach, aby oskrobać pulpity ławek z otwornic, ale najbardziej z równowagi wyprowadził go pierwszoroczny Augustus Davies, który zbił dwa słoje — jeden z oczami czarnego chrząszcza, drugi z czułkami szczuroszczeta, które potem Snape kazał mu oddzielić ręcznie bez używania czarów.
- Snape! - usłyszał za sobą, kiedy zmęczony kierował się na kolację.
Była to Anastazja. I nie podobał mu się jej ton. Zatrzymał się, a ona podbiegła do niego. Była wyraźnie zła.
- Chto ty zrobiłeś Daviesowi?
- Co ja zrobiłem? To mnie te niezdary niszczą zapasy.
- Ne przesadzasz trochu?
- Nie sądzę.
- Davies prishel na moyemu zajęcia z płaczem. Wcześniej byli lekcje z tobą. Vy dali yemu karę, przez która on przegapił obiad, a potem ya musiałam dwadzieścia minut uspokoit' yego.
- Jakby sprzątał szybciej, to nie przegapiłby obiadu.
- Ya slyshal, że ty zawsze byl chu... surowy, ale ostatnio chyba ty przechodzić sam siebie. Eto, przez te książkę?
- Też już czytałaś?
- Każdy budet zły — odparła wymijająco — ale na Merlina ne wyżywaj eto na dzieciach!
- Uczę tu od niemal dwudziestu lat, a ty ledwo od roku, nie wtrącaj się w to, jak pracuję — syknął.
- Ty na mnie też jesteś zły, ne tak li? - fuknęła. - Unikasz menya, odkąd się wydali, chto czytam w myślach.
- Wcale cię nie unikam. Ale przyznasz, że nie muszę skakać z radości na twój widok — nie wiedział, czemu to powiedział.
- Ya znayu, chto z tego powodu. Vy zachowujecie się kak wszyscy inni, gdy tylko się dowiedzą. Ya ne mogu winić vas za to, ale bądź fair i priznat', nie chcesz menya znać — jej wściekły krzyk zmienił się w roztrzęsiony szloch. - Vot pochemu nigdy ne mogu przy sobie zatrzymać żadnych przyjaciół. Lyuboy. Zawsze miałam tylko sestra. Myślisz, że to fajno mieć takoy dar? Ya chętnie by oddala yego. Myślałam, chto mistrz legilimencji zrozumie kak to jest — warknęła na koniec i odeszła szybkim krokiem nie dając mu nic dodać.
Snape'owi odechciało się jeść, ale poszedł do Wielkiej Sali. Anastazja nie pojawiła się na kolacji. Zjadł coś dla zasady, ale nic mu nie smakowało. Po powrocie do swojego gabinetu wypił szklankę ognistej i położył się spać, ale nie mógł zasnąć. Nie było mu żal uczniów, byli leniwi, niezdarni i zasługiwali na swoje kary, inaczej weszliby mu na głowę. Jego nastrój miał w tym swój udział tylko po części. Ale myślał nad tym, co powiedziała Anastazja. Może nie byli przyjaciółmi, to ona się go uczepiła, ale kolegowali się i było znośnie, a potem rzeczywiście po prostu się od niej odsunął. Pomyślał o Lily, która odsunęła się od niego, bo nie podobało jej się, z kim się zadaje i jakie ma zainteresowania. Wiedział, jak to boli. Jak to jest być odrzuconym za zwykłą chęć bycia sobą.
Artur Weasley kroczył ścieżka prowadzącą wprost na próg Dworu Malfoy, nie mogąc się nadziwić.
- Jak można mieszkać w takim domu? - zagadnął do swojego towarzysza. - Białe pawie! - wskazał na zwierzęta. - Cóż za niedorzeczność.
Wyobraził sobie Lucjusza Malfoya przeglądającego jakiś magazyn dla bogatych czarodziejów i zamawiającego sowią pocztą stadko białych pawi.
Gospodarz dworu był w niemałym szoku, kiedy u swego progu zobaczył Artura Weasleya.
- Zjeżdżaj — warknął do swojego nowego domowego skrzata, którego kopnął w zadek. — Artur, jak miło. Co cię sprowadza? - powiedział z udawaną wymuszoną uprzejmością.
- Przysłało mnie ministerstwo. Z nakazem przeszukania twojego domu.
- Och... awansowałeś?
Artur skinął głową. Był śmiertelnie poważny. Machnął Lucjuszowi przed nosem pergaminem. Lucjusz wziął go do ręki i przeczytał.
- No cóż... nie wystarczy, że się narażam, że jestem informatorem, co? Ministerstwo dalej mi nie ufa?
- To tylko formalności. Mamy całą listę osób, których domy musimy przeszukać. Chyba niczego się nie obawiasz?
- Skąd. Zapraszam.
Lucjusz wpuścił do środka Artura i jeszcze jednego czarodzieja, którego spiorunował spojrzeniem. Dom był ogromny. Za pomocą różdżek szukano przedmiotów zakazanych. Dwie godziny zajęło pobieżne przeszukanie mniej używanych pomieszczeń. Salon zostawiono na koniec.
- Może wina panowie?
- Jesteśmy w pracy — odparł pan Weasley.
- Ja nikomu nie powiem — uśmiechnął się Lucjusz.
Kiedy drugi czarodziej przeszukiwał kuchnię, Artur podszedł do Lucjusza i ściszonym głosem powiedział:
- Wiem, że chowasz coś pod salonem.
- Nie rozumiem — Lucjusz zmarszczył brwi.
- Nie udawaj Lucjuszu. Obydwoje wiemy, że posiadasz tajne pomieszczenie.
- Pod salonem jest tylko piwnica — syknął Lucjusz.
- Więc chcę ją zobaczyć.
- Pewnie. Sam cię oprowadzę.
Udali się do piwnicy, która przypominała zamkowe lochy. Artur rozejrzał się uważnie, rzucił kilka zaklęć na ściany, które mogłyby być zaczarowane, a potem ku zdziwieniu Lucjusza zaczął liczyć ilość drzwi, długość i szerokość pomieszczeń.
- Jeśli mnie obliczenia nie mylą, to nie jest cała piwnica. Gdzieś powinno być jeszcze jakieś siedem tysięcy stóp kwadratowych.
Lucjusz odchrząknął.
- Możemy się jakoś dogadać, prawda? - zapytał niepewnie. - Ile chcesz?
- Nie chcę od ciebie pieniędzy. Wykonuję swoją pracę. Jeśli coś ukrywasz, to lepiej się przyznaj. Jeśli nie posiadasz nic, za co mogą cię zamknąć, to kara nie powinna cię za bardzo zaboleć.
- Nie kary się boję. Chodzi o reputację Arturze. Chciałbym wrócić do pracy. Zależy mi na zaufaniu Ministerstwa.
Pan Weasley westchnął ciężko. Na moment zapadła głucha cisza przerywana tylko jakimś odległym kapaniem wody.
- Musi ci być ciężko po stracie syna — zagadnął Lucjusz, chcąc podstępnie zmienić temat.
- Nie masz pojęcia...
- Mam. Mam syna. Jednego jedynego potomka. I gdyby coś mu się stało, umarłbym.
Artur wydawał się zaskoczony tym wyznaniem. Zawsze bronił się przed atakami Lucjusza, rzadko sam zadawał cios, nie był taki jak on, nie chciał być. Teraz spojrzał na niego jak na zwykłego człowieka. Nie licząc pokaźnego majątku.
- Chyba się nie cieszyłeś z powrotu Voldemorta, co?
Lucjusz pokręcił tylko głową.
- No cóż... więc jak będzie? Pokażesz mi, co ukrywasz czy... - wrócił do tematu.
- Dogadajmy się Arturze — Lucjusz objął go ramieniem. - Obydwoje jesteśmy czarodziejami czystej krwi, powinniśmy trzymać się razem.
- Tak nagle przestałem być dla ciebie zdrajcą krwi?
- Zawrzyjmy układ, a nigdy więcej nie powiem o tobie złego słowa.
- To zależy, co ukrywasz. Zależy mi na nowym stanowisku.
Lucjusz wyjął różdżkę. Machnął nią, a w jednej ze ścian pojawiły się drewniane drzwi. Weszli do środka obydwoje. Pod ścianami pokoju rozciągał się rząd szklanych gablot a w nich rodzinna kolekcja artefaktów Czarnej Magii.
- Skąd to masz? To bardzo stare — pan Weasley wyraźnie zainteresował się kilkoma skarbami.
- Jak widzisz, po warstwie kurzu, ja je tylko kolekcjonuję. Nie używam tych rzeczy. Lubię je po prostu zbierać. Takie hobby.
Artur popatrzył na Lucjusza badawczym wzrokiem.
- Chciałbym ci wierzyć.
- Wiele z tych rzeczy mam po moim ojcu, a on po swoim... nie chciałbym ich stracić. Jedni mają fotografie, które przypominają im o bliskich, inni... trutki i takie tam...
- A to? - Artur wskazał na małą buteleczkę — To u nas nielegalne. Wygląda na nowy nabytek.
Trucizna węża kociego, którą Lucjusz kupił od Tatiany, w istocie była nowa.
- To...no tak. Posłuchaj Arturze. Nie zamierzam tego używać. To po prostu ciekawy nabytek z dalekiej Rosji. Przymkniesz na to oko, a każdy, kto w jakiś sposób zajdzie ci za skórę będzie miał i we mnie wroga. Uwierz mi, z moim nazwiskiem wciąż mogę wiele załatwić.
- Nie jestem przekupny Lucjuszu — Artur Weasley wyprostował się dumnie. — Ale jest coś, co mógłbyś dla mnie zrobić, a wtedy udam, że tego pomieszczenia nie ma — powiedział po dłuższym namyśle, wciąż przyglądając się trutce.
- Co takiego miałbym zrobić?
- To dość... nie prosiłbym o to, ja nie jestem taki, ale sam rozumiesz... na pewno znasz gniew zranionego ojca...
- Mów, nic mnie już nie zdziwi.
- Spraw by człowiek, przez którego mój syn zginął, cierpiał.
Zapadło milczenie. Lucjusz uniósł brwi. Artur do tej pory dumny i poważny wyglądał, jakby nagle zmalał i spochmurniał.
- Prosisz o...
- Wiem, o co proszę. Wiem, że to niemoralne a zasada oko za oko, ząb za ząb nie jest najlepsza, ale... to był mój syn... - głos mu się zatrząsł.
- Ja... wiesz, chociaż kto to był?
- Augustus Rookwood. Śmierciożerca. Jest wciąż na wolności. Nie chcę, żebyś go zabił, ma cierpieć, a potem trafić do Azkabanu. Szybka śmierć nie byłaby dla niego wystarczającą karą. Jeśli prędzej znajdą go Aurorzy nie będę usatysfakcjonowany. Ty chyba się znasz na... na... torturach?
Lucjusz nie zaprzeczył. Choć tortury poznał głównie na własnej skórze, a nie poprzez zadawanie ich. Po chwili wyciągnął w stronę pana Weasleya otwartą dłoń.
- Umowa stoi.
Artur uścisnął dłoń i razem opuścili piwnicę, a to, co w niej było zostało między nimi.
- Jonatanie, wychodzimy — powiedział pan Weasley do swojego towarzysza penetrującego salon.
- Nie skończyłem...
- Tam nic nie ma. Zaufaj mi. Pan Malfoy jest czysty jak łza. Do widzenia Lucjuszu — zwrócił się do gospodarza, stojąc w progu.
- Do zobaczenia — Lucjusz skinął głową ze spokojem w oczach.
Jego planem było odnaleźć Rookwooda, zemścić się za śmierć Freda Weasleya, mieć Artura po swojej stronie i za jego poparciem wrócić na swoje dawne stanowisko w Ministerstwie.
