Rozdział niebetowany.

Oczywiście ogromnie dziękuję za komentarze! diople33, ha, to mam nadzieję, że swoim tłumaczeniem nie rozwalę Ci rytmu dnia i nocy ;) Cieszę się jednak przeogromnie, że ten fic Ci się podoba! Trudno mi powiedzieć, czy coś po tym opowiadaniu jeszcze przetłumaczę (wróciłam w końcu z tłumaczeniowej emerytury, obowiązki życiowe stały się już jednak znacznie poważniejsze niż te osiem lat temu, gdy zaczynałam tłumaczyć, mam więc znacznie mniej czasu), a nawet jeśli, to nie mogę całkowicie obiecać, że będzie to Tomarry (lub nawet w ogóle cokolwiek z fandomu HP). Nakurishi, że tak powiem – też jestem ciekawa, jak to ostatecznie wyjdzie :) Chciałabym wiedzieć, ale w wielu sprawach wiem tyle (czyli niewiele) co czytelnicy tego tłumaczenia. Także możemy tylko zgadywać ;) Natomiast to nie ostatni raz, jak widzimy Remusa i Hedwigę – przynajmniej to mogę obiecać.

Miłego czytania!


pociągnij mnie za sobą (pobiegnijmy)

Rozdział dziewiąty

Voldemort rzuca Prorokiem o stół.

Zauważa też subtelne, prawie niedostrzegalne wzdrygnięcie, jakie powoduje to u wszystkich zgromadzonych. Najwidoczniejszy jest przy tym Lucjusz, choć Voldemort nie ma wątpliwości, że gdyby obecny był tu jego potomek, wyraźnie odskoczyłby na odgłos uderzającego o drewniany stół papieru. Narcyzie, jego żonie, ledwie mruga powieka; jej łyżka tylko na sekundę zatrzymuje się w pół drogi między talerzem a ustami. Rudolf i Rabastan wymieniają spojrzenia, zaciskając mocno usta.

Bellatriks natomiast praktycznie rzuca się przez stół po gazetę i jej oczy rozszerzają się, a twarz wykrzywia w wyraźnej pogardzie, gdy czyta nagłówek. Jest o krok od obnażenia gniewnie zębów – co jeszcze jakiś czas temu, po tym, jak uwolnił ją z Azkabanu, nawet by do niej pasowało, ale co teraz, po kilku latach solidnej opieki ze strony siostry, gryzie się z miękkimi lokami okalającymi jej twarz i delikatną, ciemną koronką jej sukni.

Siedzący po jego lewej stronie Lucjusz odchrząkuje.

— Mój Panie…

Podniesiona dłoń wystarcza, aby go uciszyć.

W dokładnie tym samym momencie, jakby na zawołanie, otwierają się drzwi do jadalni. Wmaszerowuje przez nie Severus Snape w powiewających, zapiętych po szyję szatach, po czym zatrzymuje się, kłaniając przed Czarnym Panem. Jak zwykle zesztywniały i niezainteresowany. Co za szkoda, myśli Voldemort, że Severus gnije większość czasu w Hogwarcie.

Nawet teraz, gdy wskazuje mu, aby się zbliżył, Severus ani przez chwilę się nie waha. Voldemort od zawsze szanował to, że nawet stawiając mu czoła potrafi zachować zimną krew.

— Severusie – wita. – Miło, że do nas dołączyłeś.

— Wezwałeś mnie, więc przybyłem, mój Panie – odpowiada Severus, zatrzymując się przy jego krześle.

— Tak. Pewnie ciekawi cię, dlaczego oderwałem cię od szlifowania błyskotliwych umysłów naszej przyszłości – oznajmia Voldemort, którego usta drgają lekko, podczas gdy Bellatriks chichocze w odpowiedzi na jego szyderczy ton oraz pojawiający się natychmiast na twarzy Severusa grymas. Już chwilę później wskazuje jednak na gazetę, zamiast jeszcze bardziej podjudzać swoich popleczników. – Powiedz mi, czy zaaranżował to nasz kochany dyrektor?

Severus marszczy brwi i spogląda na stół. A następnie, ku zaskoczeniu Voldemorta, wywołując pośród zgromadzonego wokół towarzystwa kolejne subtelne wzdrygnięcie, chwyta gazetę i przebiega wzrokiem po widniejącym na pierwszej stronie artykule.

Voldemort wie już, co tam przeczyta.

Chłopiec, Który Przeżył… w Egipcie?

Jak powszechnie wiadomo, sławny – lub dla niektórych: niesławny – Chłopiec, Który Przeżył, Harry James Potter, przeszło dwa lata temu zniknął z czarodziejskiej społeczności. Nasz krnąbrny bohater bez słowa porzucił naukę w Hogwarcie i opuścił czarodziejską Wielką Brytanię!

Na przestrzeni lat zrodziło się wiele teorii na temat jego nagłego zniknięcia i, moi drodzy czytelnicy, niektóre były nawet waszego autorstwa. Czyżby w końcu przytłoczył go ciężar trudnego dzieciństwa? A może to sprawka śmierciożerców, którzy uciekli z Azkabanu i chcieli pomścić swojego poległego przywódcę? Lub wynik bolesnej traumy, której bez wątpienia doświadczył niecały rok wcześniej, podczas tragicznych wydarzeń zakończających Turniej Trójmagiczny? Albo, mając świadomość haniebnego traktowania uczniów przez zatrudnioną w Hogwarcie ówczesną podsekretarz Umbridge, uciekł z obawy przed przemocą?

Okazuje się jednak, moi drodzy czytelnicy, że żadne z naszych przypuszczeń nie było bliskie prawdzie. Spotkałam się w ekskluzywnym wywiadzie (strona 4) z naszym ukochanym Chłopcem, Który Przeżył, by porozmawiać z nim o tej długiej nieobecności. Wygląda na to, że nie tylko ma się bardzo dobrze, ale też ostatnie dwa lata spędził na trenowaniu pod okiem niedawno oczyszczonego z zarzutów Syriusza Blacka, swojego ojca chrzestnego i Lorda Blacków. Zdecydował się teraz przyjąć tytuł Lorda Potterów i kontynuować swoją naukę w Kairze. Więcej informacji na ten temat na stronie 3.

Severus zdaje się ledwie nad sobą panować.Voldemort nie jest jednak pewien, czy próbuje powstrzymać się przed przerzuceniem strony i poczytaniem dalszych artykułów, czy może przed rozszarpaniem na kawałki ściskanej w dłoniach gazety.

— Możesz nam rzucić na tę sprawę jakieś światło, Severusie?

Mężczyzna bierze głęboki oddech.

— Nic o tym nie wiedziałem, mój Panie. Nie sądzę jednak, by nawet Dumbledore był świadom, że planuje ujawnić swoją lokalizację i uzyskać tytuł Lorda.

Voldemort mruczy po nosem.

— Ciekawe.

Severus składa gazetę i wzrok Voldemorta opada na pogięte zdjęcie Harry'ego Pottera, siedzącego w nieznanym mu mieszkaniu, uśmiechającego się grzecznie do Rity Skeeter, której w kółko podaje herbatę. Wygląda tak samo, jak go ostatnio widział Voldemort, mimo że czarno-białe zdjęcie zdecydowanie pomniejsza widoczny w jego oczach błysk.

— Ciekawe, mój Panie? – pyta Lucjusz.

— Być może – mówi Voldemort, a następnie podnosi się na nogi. – Lucjuszu, upewnij się, że moje głosy zostaną pod moją nieobecność mądrze wykorzystane.

Bellatriks niemal wyskakuje z krzesła.

— Znów nas opuszczasz, mój Panie?

— Tak – oświadcza Voldemort, po czym dodaje: — Zapanujesz nad naszymi bardziej niesfornymi jednostkami, prawda, Bello? Zauważyłem, że Carrowowie zaczynają być… niespokojni. Szkoda byłoby ich stracić.

— Oczywiście, mój Panie – odpowiada Bellatriks i się mu kłania, zerkając na niego znajomymi, wygłodniałymi, rozszerzonymi oczami, które ignoruje.

— Doskonale. – Voldemort kiwa głową. – Severusie, do zobaczenia następnym razem.


Harry'ego budzi dobiegający z Fiuu gruchot. Otwiera oczy, rozwalony na kanapie, do której całym ciałem przyszpila go zdecydowanie niemający zamiaru się ruszyć Łapa.

Z jego pokoju wychodzi uzbrojony w różdżkę Remus.

— Co się dzieje…?

— Potter! – nadchodzi z paleniska znajome warknięcie i Harry mruga, słysząc dodatkowo gdzieś w tle besztający głos Albusa Dumbledore'a. – Otwórz ten piekielny kominek albo Bóg mi świadkiem…

Remus zatrzymuje się obok kanapy, podczas gdy Harry popycha ogromną, futrzaną głowę Syriusza; ten jednak tylko szczeka i usadawia się wygodniej na jego klatce piersiowej.

— Czy to Severus? – pyta Remus.

— Co do kurwy nędzy? – burczy Harry, wiercąc się, gdy Syriusz szczypie go w brodę i macha ogonem. – Ty tak na serio, Łapo?

Z gardła Syriusza wydobywa się skowyt.

Głowa Harry'ego opada ponownie na poduszkę, na której musiał wczorajszej nocy odpłynąć.

— Remusie, mógłbyś…?

Lecz Remus już kieruje się do kominka i otwiera Fiuu, by pozwolić przejść zgromadzonym po drugiej stronie czarodziejom.

Leżący na jego piersi Syriusz skomle. Uszy ma przyklapnięte, a nos schowany między łapami.

Nie tak Harry wyobrażał sobie ten poranek.

— Dobrze ci tak – mówi, gdy w kominku znów wybucha ogień. – Zejdziesz ze mnie w końcu, ty wielki leniuchu?

Ogon uderza dwukrotnie. Harry wzdycha.

Może sobie tylko wyobrażać, jakie wrażenie wywiera na pojawiającym się przed nim Severusie Snapie i Albusie Dumbledorze. Ledwie przytomny, ubrany wyłącznie w starą koszulkę i bokserki, z zaczerwienionymi oczami i potarganymi włosami. Na stoliku stoi pozostała po ich wczorajszym świętowaniu butelka Ognistej Whisky, wokół nóg plącze mu się koc, a na klatce piersiowej leży wielki Ponurak.

Nie jest w stanie bez okularów ocenić ich min, ale jest niemal pewien, że Snape wykrzywia się szyderczo.

— Dzień dobry – wita się najradośniej, jak tylko potrafi.

— Ty idiotyczny bachorze – warczy Snape.

Dumbledore wypuszcza miękko powietrze.

— Severusie…

— Nie, Albusie! Wciąż nie mogę uwierzyć, że się na to zgodziłeś.

— Na nic się nie zgodził – mówi Harry. – Zrobiłem, co chciałem. Wstawaj, Łapo.

Harry uderza go w bok i z ulgą zauważa, że ten w końcu zamienia się w człowieka i wstaje. Podnosząc się, Harry przesuwa ze zmęczeniem dłonią po twarzy, podczas gdy Snape bierze kolejny syczący oddech. Gdy ktoś wkłada mu w dłonie okulary, Hary bierze je na ślepo i wsadza sobie na nos. Unosi głowę i uśmiecha się do równie zaspanego Remusa.

To było kilka naprawdę dobrych dni. Syriusz i Remus zostali u niego, pomagając z załatwieniem w banku wszystkich formalności, w tym oficjalnego, zapieczętowanego herbem Potterów listu do Naczelnego Maga Wizengamotu – którym, tak się składa, jest stojący obecnie w salonie Billa Albus Dumbledore. Odciągnęli go od badań, zainteresowani zwiedzeniem Kairu, choć Harry'emu udało się raz zaciągnąć swojego kochającego książki byłego profesora do biblioteki Aleksandryjskiej. Syriusz przez całą drogę jęczał.

— Próbujesz powiedzieć, że nic o tym nie wiedziałeś? – Snape odwraca się do Dumbledore'a.

— Remus poinformował mnie, co próbują osiągnąć – oświadcza z uprzejmym skinieniem Dumbledore, pocierając się po długiej brodzie z dziwnym uśmiechem na ustach i błyskiem w oku, który według doświadczenia Harry'ego zawsze zwiastuje kłopoty. – Choć, muszę przyznać, gdy usłyszałem, co planuje zrobić Harry, by wyrównać nasze szanse, stwierdziłem, że to całkiem cwany pomysł. Kiedy więc dotarła do mnie oficjalna prośba, natychmiast ją zaakceptowałem.

— Jakże mogłoby być inaczej – spluwa Snape i odwraca się ponownie do nadal siedzącego na kanapie Harry'ego. – A ty. Naprawdę jesteś tak bardzo arogancki, że sądziłeś, że ci się to upiecze?

Harry nie może się powstrzymać – na jego twarzy pojawia się kolejny uśmiech.

— Naprawdę się cieszę, że pana znowu widzę, profesorze – mówi szczerze.

Snape niemal odskakuje.

— Jesteś zupełnie taki sam jak twój ojciec, rzucasz się lekkomyślnie do działania i nawet nie myślisz o możliwych konsekwencjach! – Snape przerywa tylko na chwilę, gdy w powietrzu rozlega się pełne protestu „hej!" Syriusza. – Myślałeś, że Czarny Pan się o niczym nie dowie, gdy decydowałeś się na ten cholerny wywiad?

— No nie. Właściwie to chciałem, aby się dowiedział.

— Czy lata spędzone w towarzystwie tego zapchlonego kundla naprawdę wykończyły wszystkie pozostałe w twoim mózgu komórki? – Snape przybliża się do niego, rzucając mu Proroka na kolana. – Nie pozwoli, by przeszło to bez echa. Wytropi cię, co nie jest wcale takie trudne, skoro z taką dumą ogłosiłeś całemu światu, gdzie cię można znaleźć. A potem, nie zważając na Przysięgę Wieczystą, ty durnowaty dzieciaku, absolutnie cię zniszczy, aż nic po tobie nie zostanie.

Syriusz rzuca się do przodu i popycha Snape'a w ramię.

— No dobra, dość już tego, Smarkerusie.

I nagle, ku rozbawieniu, a także być może nieco rozczarowaniu Harry'ego, w ich rękach pojawiają się różdżki. Harry szybko przestaje zwracać uwagę na ich coraz to głośniej rzucane względem siebie obelgi.

Wzdychając, zerka na Remusa. Ten napotyka jego spojrzenie i ukrywa za dłonią śmiech.

— Herbaty? – pyta Harry.

— Wstawię wodę – mówi Remus.

Dumbledore podnosi głowę.

— Potrzebujesz pomocy?

— Oczywiście, Albusie.

Harry patrzy, jak ruszają w stronę kuchni i gramoli się na nogi. Jako że Syriusz i Snape wciąż są zajęci sobą, przechodzi przez korytarz do swojego pokoju, by narzucić szlafrok.

Zawiązuje go właśnie wokół pasa, gdy rozbrzmiewa pukanie. Marszcząc brwi, zastanawia się, czy nie powinien może wyciszyć zaklęciem toczącej się w salonie walki. Jest zdecydowanie zbyt wcześnie, by stawiać czoła zirytowanym sąsiadom.

Przechodząc przez mieszkanie, kieruje się do drzwi. Snape już na cały głos wrzeszczy na Syriusza, a jego zwykle blada twarz jest cała zaczerwieniona. Choć obaj ściskają w dłoni różdżki, Harry z zadowoleniem zauważa, że nie lecą żadne klątwy.

Lekkim ruchem palców wycisza ich sprzeczkę zaklęciem, a następnie kręci głową i odwraca się do wejścia. Z uśmiechem na twarzy, pomimo rozrywającego głowę kaca, przygotowuje się do stawienia czoła wścibskim sąsiadom Billa i otwiera drzwi, po czym natychmiast zamiera.

— Dzień dobry, Lordzie Potter.

Voldemort, jak zwykle, gdy ukazuje się publicznie, wygląda bardzo dobrze. Jest elegancko ubrany w dopasowany do jego szerokich ramion i wąskich bioder garnitur. Każdy włos jest na swoim miejscu.

Ciemne oczy przesuwają się po Harrym i całą jego głowę rozpala nagłe mrowienie.

— Przyszedłem nie w porę? – pyta Voldemort, przenosząc powoli wzrok na jego twarz.

Spanikowany Harry, ubrany tylko w koszulkę, bokserki i stary szlafrok, zatrzaskuje mu drzwi przed nosem.

W mieszkaniu zapada cisza.

Syriusz, marszcząc brwi, robi kilka kroków w jego stronę.

— Szczeniaku? – pyta wciąż przytłumionym przez zaklęcie głosem.

— Um – wykrztusza Harry, zaciskając wargi, po czym kręci lekko głową. – Muszę. Dajcie mi chwilę.

A następnie otwiera drzwi, wychodzi na zewnątrz i znów je za sobą zatrzaskuje.

Voldemort wciąż na niego czeka. Brwi ma uniesione, twarz wykrzywioną w uśmieszku i Harry zaciska mocno zęby, gdy czuje rozpalający jego nerwy zachwyt.

Co ty tutaj robisz? – syczy, patrząc na niego morderczo. – A nawet lepiej: jak, do cholery, ciągle udaje ci się mnie znaleźć?

— Nie wolno mi pogratulować ci z racji uzyskania tytułu Lorda? – pyta Voldemort, uśmiechając się jeszcze szerzej.

— To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

— Och, Lordzie Potter, naprawdę jestem tu po to, by wyrazić swoje… zdumienie – mówi Voldemort, wciąż się uśmiechając, z rękami schowanymi w kieszeniach. – To imponujący ruch. Nigdy bym się go po tobie nie spodziewał, prędzej Dumbledorze.

— No jasne, super. A skoro skończyłeś już, jakże subtelnie, obrażać moją inteligencję – fuka Harry, ściskając mocno klamkę, by powstrzymać się od wybuchnięcia – możesz mi w końcu powiedzieć, jakim cudem mnie ciągle znajdujesz?

— Och, Harry, to tylko proste wróżenie – oznajmia Voldemort (i to słowo coś Harry'emu mówi, choć nie potrafi sobie przypomnieć, gdzie się z nim spotkał), jakby uważał Harry'ego za imbecyla, choć twarz wciąż rozświetla mu rozbawienie, gdy zerka na stojące za nim drzwi. – Czyżbym słyszał w środku głos Severusa?

Severusa Snape'a, który jest szpiegiem Zakonu. Severusa Snape'a, który jest w mieszkaniu Billa, bo siłą się do niego wpakował, by Harry'ego ostrzec. Bo pomimo wszystkich tych obelg i pełnych jadu słów, Harry wie, że taka jest właśnie prawda: Snape przybył tu, by Harry'ego chronić. A to zdecydowanie nie jest coś, co uczyniłby dobry, prawdziwy śmierciożerca. Severus Snape zaraz straci doszczętnie swoją przykrywkę.

Harry czuje, jak coś zimnego przebiega mu po kręgosłupie. Chwilę później przyciska plecy do drzwi, unosi wysoko brodę i wzrusza ramionami.

— Albus wpadł, by podyskutować o moich poczynaniach i zaciągnął ze sobą profesora Snape'a – oświadcza, patrząc Voldemortowi prosto w oczy. – Skaczą sobie właśnie z moim ojcem chrzestnym do gardeł.

Voldemort mruczy cicho. Zupełnie jakby to kupił.

Ale chwilę później przyciska Harry'ego do drzwi, opierając się o nie jedną ręką, po czym się nad nim pochyla. Jego oczy, wciąż utkwione w Harrym, płoną czerwienią. Niczym obietnica piekielnego ognia.

— Kłamiesz, Harry? – pyta nisko Voldemort, jakimś cudem zarówno karcąco, jak i z rozbawieniem. – Muszę przyznać, jesteś w tym nawet niezły. W tych twoich uroczych oczach nie pojawił się choćby błysk oszustwa. Powinieneś już jednak wiedzieć, że na mnie to nie zadziała.

Harry czuje na sobie jego ciepło, przytłaczające i ciężkie, a także rozpalające się nerwy. Voldemort go nawet nie dotyka, ale Harry i tak go niemal wyczuwa. Kryjącego się pod skórą ducha.

Wzdryga się. Ma na końcu języka kolejne kłamstwo… ale pieprzyć to.

Voldemort i tak je przejrzy. Pieprzyć to i pieprzyć delikatną pozycję Snape'a.

— Jest mój – szepcze, przesuwając wzrokiem po twarzy Voldemorta, podczas gdy ich połączenie zaczyna wypełniać powolna, subtelna wściekłość. – Nie możesz go skrzywdzić.

— Twój? – syczy Voldemort ze zwodniczo beznamiętnym wyrazem twarzy. – Naprawdę uznałbyś go za swojego?

— Niby dlaczego nie?

Uśmiech, który wykrzywia wargi Voldemorta, jest bezwzględny. Jadowity. Zwycięski.

Ale przede wszystkim, myśli Harry, jest wygłodniały.

— Och, Harry, nie wiedziałeś? – Voldemort wyciąga dłoń, chwyta Harry'ego za brodę i przechyla jego głowę tak, by mógł się nad nim pochylić i szeptać mu do ucha. Serce Harry'ego przyśpiesza, twarz czerwienieje i ściska on bezużytecznie stojące za nim drzwi. – To Severus Snape dostarczył mi przepowiednię.

Harry wciąga ostro powietrze.

Mruga ślepo w miejsce gdzieś ponad ramieniem Voldemorta. Czuje przepływające po nim słowa, zniesławiające i potępiające mężczyznę, który niezliczoną ilość razy z niego szydził i który równie wielokrotnie uratował mu życie. Czuje, jak do niego docierają i jak uświadamia sobie, że ma to smutny, przeraźliwy sens.

Snape zawsze nienawidził Harry'ego z powodu Jamesa. Nigdy nie ukrywał swojej pogardy. I najwyraźniej podzielił się z Voldemortem tym, co to wszystko zapoczątkowało – na wpół usłyszaną przepowiednią. Skazał jego rodziców, a także samego Harry'ego, na śmierć, nim Harry w ogóle się narodził.

Wydaje mu się, że ma go to zezłościć. Że ma zachęcić do wybuchu gniewu, który nauczył się ostrożnie kontrolować. Wydaje mu się, że to właśnie tego chce Voldemort – by bez naruszania przysięgi móc wychłostać zdrajcę.

Lecz Harry przypomina sobie, jak Snape własnym ciałem ochronił go przed przemieniającym się w pełnię księżyca wilkołakiem. Jak próbował na pierwszym roku pokrzyżować plany Quirrella. Jak na niego spojrzał, oferował swoje eliksiry i wypowiedział imię Lily z czymś bardzo przypominającym poczucie winy.

Harry wypuszcza powoli powietrze.

— Tę samą przepowiednię, której usłyszałeś tylko fragment i przez którą jak jakiś kompletny dureń oberwałeś odbitym zaklęciem? – pyta Harry, ściskając nadgarstek Voldemorta i odwracając twarz w taki sposób, by syczeć mu do ucha. – Wciąż jest mój. I nie będzie się już dłużej tobie kłaniał.

Voldemort odskakuje, jakby dotyk Harry'ego go oparzył. Jego twarz wykrzywia znajomy gniew i Harry wyczuwa rozpoczynający się ból głowy.

Myśli, że zaraz chyba trafi go paskudna klątwa…

Gdy nagle, na całe szczęście, stojące za nim drzwi się otwierają.

Harry odsuwa się odrobinę, odwraca i spostrzega błysk w oczach Dumbledore'a. Kłopoty, myśli.

— Tom, co za urocza niespodzianka – mówi dyrektor i Harry tłumi na wpół histeryczne prychnięcie. – Choć może powinienem powiedzieć: Lordzie Gaunt? Wychodzi na to, że będziemy się widywać teraz częściej w Wizengamocie.

Voldemort uśmiecha się szyderczo.

— Dumbledore.

— Mieliśmy właśnie usiąść przy herbacie, mój chłopcze – dodaje dyrektor, uśmiechając się promiennie. Harry nie ma pojęcia, jak mu się to udaje. Stary dziwak. – Może do nas dołączysz?

Gdzieś w głębi mieszkania ktoś się zadławia.


Pomieszczenie wypełnione jest napięciem, którym Lord Voldemort zwykle by się rozkoszował. Niemal wyczuwa je na języku, gdy wchodzi za Harrym do środka – wisi ciężko i przytłaczająco w powietrzu.

To naprawdę wielka szkoda, że nie może prawdziwie delektować się tym zastygłym z niepokoju otoczeniem. Niepewnymi, przepoconymi, czekającymi na każdy jego ruch osobami.

Żadnego ruchu bowiem nie wykona. Zawarta przysięga trzyma na smyczy jego wściekłość. A Harry Potter uważnie go obserwuje.

Jest coś wyjątkowego, myśli Voldemort, w koncentrowaniu na sobie czyjejś całkowitej uwagi. Zwłaszcza gdy chodzi Harry'ego, szczególnie w takim towarzystwie. Jego oczy, niezachwiane i zielone, nawet na chwilę nie opuszczają Voldemorta. Nie zerkają na wilkołaka, który zamiera w połowie ustawiania stołu na herbatę; nie zerkają na ojca chrzestnego, który ściska w dłoni różdżkę i niemal trzęsie się, próbując pohamować; nie zerkają na Mistrza Eliksirów, szpiega, zdrajcę, mimo podanej mu przed chwilą informacji; a już na pewno nie na Dumbledore'a, ukochanego dyrektora, w poszukiwaniu pomocy.

Stojąc pośrodku pokoju, Harry Potter napotyka jego wzrok swoimi zielonymi, niezachwianymi oczami i Voldemort uświadamia sobie coś, co szepcząco migotało mu z tyłu głowy już od ich nocnego spotkania w holu Ministerstwa. To samo, co spowodowało, że oddał mu przepowiednię i powierzył na przechowanie swoje najcenniejsze skarby.

Że ten chłopak, ten młodzieniec, ten młody Lord, to siła, z którą należy się liczyć. Że Harry Potter, ubrany wyłącznie w bawełniany szlafrok, sprawiający wrażenie, jakby dopiero się obudził, to najniebezpieczniejsza osoba w tym pokoju. Że mógłby zniszczyć Lorda Voldemorta – lub też zostać jego największym sprzymierzeńcem. Wie też, że Harry podobnie postrzega go w różnych kategoriach czerni, bieli i szarości.

Nawet wielki Albus Dumbledore wydaje się niknąć w obliczu Harry'ego.

— Jak uroczo – komentuje Voldemort, nie odrywając od niego wzroku, choć oczy młodzieńca ostrzegawczo się zwężają. – Czy to tak właśnie spotyka się Zakon Feniksa? Przy porannej herbatce?

— Bzdury, mój chłopcze – mówi Dumbledore i Voldemort bierze powolny oddech, zaciskając mocno zęby; biorąc pod uwagę, że Harry przestępuje z nogi na nogę, on również to wyczuwa. – Przyszliśmy tylko pogratulować Harry'emu uzyskania tytułu Lorda. Podobnie jak ty.

— Oczywiście – przytakuje Voldemort, uśmiechając się do Dumbledore'a w ten sam sposób, co wtedy, gdy wciąż był dzieckiem i spotykał go późnymi wieczorami na korytarzach Hogwartu. – Jakże byłem cudownie zaskoczony, gdy przeczytałem o tym w porannej gazecie. Pani Skeeter wykonała niesamowitą robotę.

Zauważa, jak Harry przewraca oczami. Nie przegapia też wymruczanego cicho:

— A spróbowałaby nie.

Coś się pod tymi słowami ukrywa. Jakaś niewypowiedziana pewność.

Voldemort wie z opowieści Lucjusza, że współpraca ze Skeeter jest zawsze, delikatnie mówiąc, ryzykowna. Choć pieniądze mogą wiele zdziałać, często udaje jej się położyć chciwe łapska na rzeczach, o których zdecydowanie nie powinna nigdy usłyszeć. Wie, jak okrutnie przekręcać cudze słowa na swoją korzyść. Artykuł o nagłym pojawieniu się Harry'ego Pottera jest więc zdecydowanie podejrzliwy.

I wiele mówiący.

Voldemort wyczuwa w tym jakąś tajemnicę. I to kolejna z wielu sekretnych ciekawostek, które zdaje się nosić ze sobą Harry.

Chce podrążyć temat. Uchwycić i rozerwać każdą najmniejszą rzecz, jaką ukrywa Harry Potter. Swędzą go ręce, piecze gardło. Chce ujawnić każdą cząstkę Harry'ego, aż ten nie będzie skrywał przed nim żadnych tajemnic. Aż niczym go już więcej nie zaskoczy.

Dumbledore przerywa, nim mógłby choćby spróbować.

— To naprawdę przyjemna niespodzianka, że przybyłeś tutaj w tak serdecznym celu, mój chłopcze – oznajmia Dumbledore i Voldemort widzi kątem oka, jak Harry krzyżuje ramiona; czuje jego niezadowolenie. – Chciałbyś napić się z nami herbaty?

Syriusz Black się wzdryga; niczym pociągnięta za sznurki marionetka.

— Albusie, nie mówisz chyba poważnie…

— A skoro już mowa o niespodziankach – przerywa mu Voldemort, rozkoszując się tym, jak ramiona Harry'ego napinają się, gdy jego wzrok kieruje się ku przebywającemu pośród nich szpiegowi. – Severusie. Co za przyjemność po raz kolejny cię dziś widzieć.

Z twarzy Severusa odpływa cała krew. Voldemort delektuje się tym, uśmiechając okrutnie, podczas gdy Severus zaciska palce wokół różdżki – choć nie ma pojęcia, dlaczego miał ją w ogóle wyciągniętą.

Widzi, jak Albus Dumbledore porusza się, by przerwać to, co planuje zrobić. Jest to jednak niepotrzebne.

Głównie dlatego, że Harry Potter go w tym wyręcza.

Jest mój, Tom.

Sama wężomowa wystarcza, by zatrzymać go w pół kroku, bez względu na to, co by właśnie robił. Zawsze, gdy tylko używa jej Harry. Jedyna od wieków osoba spoza jego rodu, która może poszczycić się tym darem. Usłyszenie języka węży jest zachwycające, mocno oszałamiające – choć gdy po raz pierwszy dowiedział się, że Harry Potter otrzymał od niego ten dar, był wściekły.

Teraz jednak, gdy słyszy miękką determinację ukrytą pod tymi wysyczanymi cicho słowami, absolutnie go one pochłaniają. Rozpalają w nim poczucie satysfakcji, gdy uświadamia sobie, że może rozmawiać z Harrym w otoczeniu wrogów i nikt nigdy nie dowie się, co do siebie mówią.

Wspominałeś – syczy w odpowiedzi, przybliżając się do niego o krok, ignorując resztę towarzystwa i ich zaciekawione, pełne przerażenia spojrzenia, gdy Harry Potter podnosi wysoko brodę, jakby był gotów walczyć z Voldemortem w samej bieliźnie. – I, jak się domyślam, nic, co mógłbym zaoferować, nie zmieni twojego zdania?

Harry unosi brwi, wciąż krzyżując ramiona, jak zwykle uparty.

Mojej troski o dobro innych ludzi nie można sobie kupić.

Jakże szlachetnie – szydzi Voldemort, podchodząc na tyle blisko, że Harry musi zadrzeć głowę, by patrzeć mu w oczy.

Black wydaje z siebie warknięcie, które pasowałoby bardziej do przytrzymującego go za ramię wilkołaka.

— Odsuń się od mojego chrześniaka…

— Syriuszu – gani go wilkołak, choć jego oczy pobłyskują niebezpiecznym złotem, przesuwając się to na niego, to na Harry'ego. – Czekaj.

Harry odchrząkuje i uśmiecha się z napięciem, gdy Voldemort znów na niego spogląda.

Wydaje mi się, czy znów mnie obraziłeś?

Voldemort niemal odwzajemnia jego uśmiech.

Ach tak?

I jeszcze wtedy, gdy próbowałeś mnie przekonać, bym ci oddał Snape'a. – Harry kiwa głową. – Co, pragnę przypomnieć, niezbyt ci się udało.

Voldemort nie ma pojęcia, co takiego jest w tym mężczyźnie, że go w równym stopniu doprowadza do szału, co zachwyca. Składając za plecami ręce, pochyla się.

Może powinienem być bardziej przekonujący – mówi Voldemort, spoglądając prosto w płonące zielenią oczy Harry'ego. – Wiesz, że błagał? Nie o litość wobec ciebie lub twojego ojca. Ale o twoją matkę. Błagał.

Harry mruga kilkakrotnie. Jako że dzieli ich tak niewielka odległość, Voldemort czuje, że jego słowa uderzają w cel. Widzi też, jak Harry zaciska mocno szczękę.

Wie, że jego twarz przybiera teraz złowieszczy wyraz.

Wierzę, że mocno ją kochał. Byłby zachwycony, mogąc się pozbyć konkurencji ze strony twojego ojca i ich potomka.

Harry spogląda mu nad ramieniem. Voldemort wie, że na Severusa. Najpewniej oceniająco.

Czeka, trzymając kciuki.

Harry Potter jednak znów go, jak zwykle, zaskakuje. Zaciska szczękę, staje mocniej na nogach i prostuje się, spoglądając mu pewnie prosto w oczy.

— Nic, co powiesz, nie zmieni mojego zdania – stwierdza i to nagłe wyjście z wężomowy jest bardzo szokujące, mimo że zarazem miękkie i bezlitosne. Harry uspokaja tym również resztę zgromadzonych, dając znać, że Severus jest oficjalnie poza jego zasięgiem. W tym również samego Seversua, zwłaszcza gdy dodaje: – Severus Snape uratował mi życie równie wiele razy, ile ty próbowałeś mi je odebrać. Obejmuje go nasza umowa. Nie możesz go tknąć.

Zwilżając wargi, Voldemort prostuje się i przechyla głowę, oceniając widoczną na twarzy Harry'ego stanowczość. Wie, nie musząc nawet uciekać się do ich połączenia, że Harry się nie ugnie.

Severus Snape to ktoś, kogo Harry uznał za wartego swojej troski. Nic nie zmieni jego zdania.

— Zrozumiałem – mówi Voldemort i to, jak oczy Harry'ego lekko się rozszerzają, jak może przez chwilę ujrzeć jego zaskoczenie, jest dla niego wystarczająco satysfakcjonujące. Harry wpatruje się w niego, bez wątpienia przypominając sobie ich ostatnie spotkanie. – Gratulacje, Lordzie Potter. Zobaczymy się wkrótce.

To zarówno obietnica, jak i groźba. Voldemort nie zostawi Harry'ego Pottera w spokoju, póki choć jeden z nich żyje, a Voldemort ma przed sobą całą wieczność.

Odwracając się, nie spogląda na resztę. Są bez znaczenia.

Harry woła za nim:

— Nie zostaniesz w takim razie na herbacie, Lordzie Gaunt?

Harry Potter doprowadza go do szału. Harry Potter go zachwyca.

Żaden inny istniejący człowiek nie rozmawia z nim tak, jak Harry Potter.

Zatrzymując się przy drzwiach, Voldemort odwraca się, by spojrzeć mu w oczy. Wyzwanie jest oczywiste i Voldemort nie przyjmuje go tylko dlatego, że są w pomieszczeniu również inni ludzie.

Obiecuję, Harry Potterze – syczy Voldemort, aby tylko Harry usłyszał tę obietnicę, bo tak naprawdę tylko reakcja Harry'ego ma jakiekolwiek znaczenie – że gdy się kolejny raz spotkamy, zostanę tak długo, jak zechcesz.

Rozkwitający na twarzy Harry'ego rumieniec jest równie satysfakcjonujący, co zalewające ich połączenie absolutne przerażenie i zażenowanie. Voldemort opuszcza mieszkanie z nikczemnym uśmiechem na ustach, wystarczająco tym zadowolony, mimo że nie będzie mógł zemścić się na zdrajcy.


— Harry.

Głos Syriusza jest desperacko ochrypnięty. Piskliwy, cichy, zarówno zaciekawiony, jak i przerażony. Harry nie odrywa wzroku od drzwi.

— Harry, co to do cholery było?

— Och, Syriuszu, jestem pewien, że istnieje rozsądne wyjaśnienie – mówi Dumbledore.

— Rozsądne? Rozsądne? Pieprzony Czarny Pan wpadł sobie właśnie na luźną pogawędkę z moim chrześniakiem, a ty mi mówisz, że to rozsądne, Albusie?

Harry słyszy, jak Remus wzdycha.

— Syriuszu, proszę. Nie ma się co złościć. Nic się nie stało.

— Dokładnie. Harry poradził sobie zaskakująco dobrze – dodaje Dumbledore.

Harry wie, że gdyby spojrzał, dyrektor spoglądałby na niego z pewnym zaciekawieniem – i może zdumieniem. Gdyby spojrzał, wie, że zobaczyłby w jego oczach błysk.

Nie spogląda.

Nic się nie stało? – Niepokój Syriusza jest oczywisty. I właściwie słodki, jakby Harry miał się nad tym dłużej zastanawiać. Przypomina mu przerażenie, jakie wypełniło go pod pływem rzuconych przez Voldemorta na odchodnym słów. – Lunatyku, czy ty tego nie widziałeś? Ten beznosy dupek… ten dupek… no dobra, nie wiem, co dokładnie robił, ale nie wyglądało to jak nic!

Remus wzdycha. Ponownie.

Wiem, Syriuszu, ale…

— Potter.

Głos Snape'a jest cichy. Niemal drżący.

I to dopiero on sprawia, że Harry odrywa wzrok od drzwi.

Obracając się, spogląda na swojego starego nauczyciela eliksirów. Zauważa jego wykrzywioną, zamyśloną twarz. Zauważa czarne oczy, które spoglądają na Harry'ego w sposób, którego nigdy wcześniej nie widział.

— Tak, profesorze?

Snape wciąga głęboko powietrze.

— Coś ty zrobił?

Brzmi to niemal oskarżycielsko. Pobrzmiewa w tym subtelna, znana mu uszczypliwość. Ale gdzieś pod tym wszystkim znajduje się też coś absolutnie zszokowanego. Zapierającego dech w piersiach.

— Uratowałem panu życie, profesorze. Nie jest pan już dłużej na usługach Voldemorta – oświadcza Harry prosto, ale z uśmiechem. – A teraz, jeśli pan wybaczy, myślę, że naprawdę muszę założyć w końcu jakieś spodnie, nim pojawią się kolejni niespodziewani goście.

Rusza, chcąc go wyminąć i wrócić do pokoju, by nałożyć na siebie coś bardziej stosownego. Dłoń chwyta go jednak za ramię; długie, odbarwione eliksirami palce zaciskają się ostrożnie wokół jego bicepsa.

Snape wciąż patrzy na niego, jakby nie wiedział, co o nim myśleć. Kąciki jego oczu i usta ściska duma.

Mimo to, ku zdziwieniu Harry'ego, Snape nie beszta go za zachowanie się jak zarozumiały palant. Zamiast tego pochyla lekko z wdzięcznością głowę, pozwalając, by jego długie włosy opadły na wychudzoną twarz.

— Dziękuję.

Harry czuje, jak w piersi ściska go coś podobnego do dumy.

— Nie ma mi pan za co dziękować, profesorze. Tak należało uczynić.

Kiwając głową, Snape puszcza jego rękę.

Harry wychodzi bez słowa.