Tłok, gwar, zapach żarcia – witamy na stołówce. Trafiłam w sam środek przerwy obiadowej. Kolejka sięgała drugiego rzędu stolików. Stanęłam w ogonku za Lampardem. Nie spojrzał na mnie, nie zwrócił uwagi nawet, zajęty przeliczaniem drobniaków. Czy zostały mi jeszcze jakieś talony? Grzebiąc po kieszeniach, wypatrywałam wolnych miejsc. Zazwyczaj jest tu jednostajne granatowo, dzisiaj jednak tu i tam odcinały się od tła kolorowe cywilne ciuchy. Nie ma to jednak nic wspólnego ze spotykanymi w niektórych korporacjach luźnymi piątkami – to wypadkowa paniki, przypadku i robionej na hura improwizacji made by nocna zmiana. Że też nie pozwalniali jeszcze tych pechowców do domów. Po stołówce niosły się jednostajne odgłosy ciamkania i brzęku sztućców; ktoś w głębi sali beknął donośnie. Stado posila się i odpoczywa przy wodopoju, gliniarska banda na wypasie.
Ruch, coś dużego za plecami: to McHorn. Stanął za mną. Myślałam, że zamienię z nim parę słów, ale nosorożec był chyba nie w sosie; stał ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i z chmurną miną gapił się na ekran zainstalowanego pod sufitem telewizora. Luknęłam: leciał jakiś mecz, zieloni grali z biało-niebieskimi. Czyżby powtórka feralnych derbów z wczoraj?
– ...Znowu akcja Baranów, Woolton na lewe skrzydło, przejmuje Lambert, Lambert, schodzi do środka, strzela! ...i posyła piłkę gdzieś w kartofle, od bramki gospodarze.
– Ustawione było, jak nic – burczał McHorn. – W ogóle się nie dziwię, że skończyło się mordobiciem. Jeszcze im federacja grzywnę dowali.
– Pewnie! – wykrzyknął Lampard. – Karny z kapelusza w ostatniej minucie. No dajcie spokój! Jak tam była ręka, to ja jestem jeleń.
– A ten faul Ramsaya na Bovenie? W pierwszej połowie? Ewidentna czerwona! A ten drukarz nawet żółtej nie pokazał!
– W ogóle rozdawał te kartki jak w makao. Parodia jakaś.
– Taa. Kiedy w końcu ktoś zrobi porządek z tymi sędziami, to jest skandal po prostu...
W końcu dopchałam się jakoś do paśnika. Przeleciałam wzrokiem po jadłospisie, ale oczywiście nie było niczego z marchewką w nazwie. Wzięłam ogórkową i kluchy z pieczarkami.
(For the record: to oczywiście nie jest tak, że my, króliki, możemy jeść tylko marchewkę, bo tak nam każe tradycja, religia, kościół, papież, czy coś tam jeszcze, i jeżeli zjemy coś innego, to spadną na nas straszliwe plagi i nieszczęścia, pola nam obrosną piołunem, w domostwach naszych robactwo się zalęgnie, a dzieci nasze pójdą w niewolę, czy coś w tym guście, nie – my ją po prostu bardzo lubimy).
Poszłam dosiąść się do wilków z Wydziału Zabójstw, do Hunta i Wolffa. Siedzieli nad pustymi już talerzami i sprzedawali sobie opowieści z pól bitewnych.
– ...Mówi: „Chodź, zobaczysz gazelojeża". Wchodzę, patrzę, a tam leży jakaś gazela, a z pleców sterczy jej tak z dziesięć –
– Można?
– Siadaj, mała. Gotowa zmieniać świat na lepsze?
Uśmiechnęli się obydwaj, ale bez drwiny, więc mogłam się przyłączyć.
– Czy jestem gotowa? Robię to od szóstego roku życia! Podasz mi sól? Dzięki.
– Nie żałuj sobie, wszystko mdłe dzisiaj.
– A te ziemniaki to chyba smażone na oleju do transformatorów...
– Niech zgadnę. – Wycelowałam w nich solniczkę. – Żaden z was nie ma pojęcia o jakimś supertajnym zebraniu o trzeciej?
Hunt pstryknął palcami i popatrzył na Wolffa spojrzeniem pod tytułem: „A nie mówiłem?".
– Już się bałem, że będę sam z Brownem.
Spojrzałam na Wolffa. Wilk rozłożył dłonie.
– Ja nie. Widocznie nie jestem godzien.
– Bogo ci mówił, o co chodzi? – spytał Hunt. – A Clawhauser?
– Myślałam, że ty mi powiesz. Rozumiem, że Brown też nic?
– Jakiś pomysł?
– Nie wiesz, co robić, zwołaj zebranie – mruknął Wolff, drapiąc się po karku. – Pierwsze prawo biurokracji.
– O, podoba mi się! Świetnie pasuje do całokształtu dzisiejszego dnia: prowizorka i radosna improwizacja. Która godzina?
– Za dwadzieścia pierwsza, czy jakoś tak – mruknęłam i zabrałam się za jedzenie.
Hunt najwyraźniej postanowił, że dotrzyma mi towarzystwa. Wolff tymczasem dopił herbatę, pożegnał się i już-już chciał sobie pójść, ale na odchodnym jeszcze spytał:
– Słuchaj, nie wiesz może, gdzie jest Wilde? Mam do niego sprawę.
Westchnęłam i spojrzałam w sufit.
– Ile?
– Dwie bańki.
– Przekażę.
Dwie bańki tu, dwie bańki tam... Co się z nim dzieje?
– Tak nawiasem mówiąc, to mi Wilde chyba też coś wisiał... – mruknął Hunt, patrząc jak Wolff znika z pola widzenia.
– Jak myślisz, o co chodzi Bogo?
– Dobre pytanie. Nie wiem. Przeskrobałaś coś ostatnio?
Wzruszyłam ramionami.
– Nic, co byłoby warte robienia takiego szumu. Zresztą wtedy by nas wezwał na dywanik z osobna, nie?
– Mhm. Wiesz, z początku myślałem, że to jakaś wydziałówka czy coś. Ale skoro ty też będziesz... Cóż, to trochę zmienia postać rzeczy. Bez obrazy.
Nie obrażałam się, bo i nie było o co. Świetnie rozumiałam, o co mu chodzi. Żeby zwołać zebranie, Bogo miał powodów aż nadto, i nic w tym dziwnego nie było. Dziwił natomiast dobór nazwisk. Hunt i Brown – dwie stare wygi z Wydziału Zabójstw, dwaj porucznicy – i jeden przygłupi królik uganiający się za złodziejem aparatów. Zgaduj-zgadula, który element nie pasuje do reszty.
– Nie wiem, o co tu chodzi – powiedział Hunt. – Ale myślę, że nie ma się co stresować. Mało to było takich zebrań, robionych na cito, z których nic nie wychodziło? Max ma rację: sami nie wiedzą, czego chcą. Rozejdzie się po kościach.
– Ale jednak... – mruknęłam bełtając łyżką w zupie. – W świetle ostatnich wydarzeń...
– Znaczy: co? Zadyma? Mamy robić za speckomando do walki z chuliganami? Albo infiltrację środowiska kibicowskiego? Bez jaj. Strzelanina w Las Padas? Też nie pasuje, nie nasza działka.
Pacnęłam się w czoło.
– Jezu, strzelanina! Zupełnie o niej zapomniałam...
Wilk pokiwał cierpko głową.
– Prawda? Jak się priorytety dzisiaj układają? Kibice się leją i wszyscy się nad nimi pochylają, strzelają do naszych – i nikogo to nie obchodzi...
Chrząknęłam.
– Rozmawiałam rano z Bearnesem...
– Taa? I co?
– Nic. Chłop średnio kontaktował. Chodzący zespół stresu pourazowego. Nigdy go nie widziałam w takim stanie. Ale nie był ranny. Chyba.
– Nie, on nie. Wykręcił się sianem. Najgorzej oberwał ten, jak mu tam, Tigburne, czy jakoś tak. Nie znam typa. Jakiś nowy.
– Mhm, podobno OIOM, operacja...
– Tak, ale podobno nie jest tak źle. Żyje i trzyma się, w każdym razie. Tak mi przynajmniej Carnegie mówił. Carnegie też oberwał, zresztą. Ale nic mu nie będzie, siniak mu tylko został, chwała Bogu za kamizelkę.
– Jezus, Maria. W mediach ani słowa.
– No nie? Normalnie to by dali chociaż wzmiankę. A tak – cisza. Ale przynajmniej się wyjaśniło, tyle dobrego.
– Co? Co się wyjaśniło?
Wilk uniósł brwi.
– O. To ty nie wiesz?
– O czym? Czego nie wiem?
– Serio, nie ogarniasz? Eee. Co z ciebie za baba? Że plotek nie słuchasz?
Wzruszyłam ramionami. Nabrałam łyżkę zupy, podmuchałam, siorbnęłam.
– Nie mam narzędzi do plotkowania, no, co poradzę... Nie ma tu magla, straganu, warzywniaka...
Pokręcił głową w rozbawieniu.
– Narzędzi. Pff! Ja zawsze myślałem, że wam potrzeba do tego tylko trochę miejsca.
– Powiesz mi? Czy każesz mi zgadywać?
Wilk westchnął, po czym odchrząknął i rozparł się na krześle.
– Mhm. No więc tak. No więc po całkowicie spieprzonej akcji z ostatniej nocy, akcji, w której nasi koledzy robili za dziesiątki na tarczy strzeleckiej, co niektórzy paranoicy wyskoczyli z teorią, że tamci, mhm, tamci wiedzieli. Że wiedzieli o ich planach już wcześniej. I zastawili pułapkę na nich. I dlatego sprawy potoczyły się tak, jak się potoczyły.
– Taa, Bearnes, zdaje się, też do nich należy...
– I cóż. Okazuje się – okazuje się, że mieli rację.
Zamarłam z łyżką uniesioną w pół drogi do ust.
Hunt westchnął.
– Generalnie straszna chryja się z tego zrobiła. Całe rano w Narkotykach było istne trzęsienie ziemi. Nie wiedzieli, co się dzieje. Bo faktycznie dziwnie to wszystko wyglądało. Podobno, szczegółów nie znam. W każdym razie Góra potraktowała tę teorię bardzo poważnie. Przeprowadzili dochodzenie, podobno nawet Wewnętrzny się włączył. I wyszło na jaw – wyszło na jaw, że któryś z naszych kolegów, pieprzony idiota, przez paroma, parunastoma dniami – wziął i zgubił służbowego laptopa. Zgubił i nie zgłosił. I oto są skutki.
Dobrze, że nie jadłam, bo bym skończyła z zupą w zatokach.
– Co?!
– Jajco! – warknął Hunt, zirytowany. – Tak mi Carnegie powiedział. Tyle wiem.
– Że ktoś laptopa zgubił? Tak?
– Laptopa, czy tam tablet, on sam już nie wie. W pociągu podobno, podmiejskim. A było na nim wszystko: notatki ze spotkań, akta sprawy, dokumenty operacyjne, co sobie chcesz. Nie zgłosił tego, bo bał się, że każą mu bulić.
Nie odpowiedziałam. Opuściłam wzrok na michę.
– A ktoś znalazł i najwyraźniej połapał się, z czym ma do czynienia – ciągnął Hunt. – I już doniósł, komu trzeba. I proszę, skutki widzieliśmy.
Bezmyślnie zabełtałam łyżką w zupie.
– Czyli... Czyli cała ta nocna akcja...
– Była z góry skazana na klęskę. Mhm.
– I ten cały Tigburne...
– Przez jednego kretyna. Tak.
– Jezu... Dyscyplinarka. Za takie coś...
– Pewnie, że dyscyplinarka, a jakże. Jeśli nie kryminał.
– Który to taki mądry?
– Tego – Hunt rozłożył dłonie – tego to już mi Carnegie powiedzieć nie chciał. Ale dowiemy się, prędzej czy później. W przyszłym tygodniu ma ruszyć postępowanie. Mają go sądzić z tuzina paragrafów.
Pomyślałam o Bearnesie. I o scenie, którą mi urządził rano na parkingu. Czy to właśnie on tak pokpił sprawę? Czy to on był tym, który zgubił tego nieszczęsnego laptopa? Bo dzisiaj rano – dzisiaj rano był wściekły. I w ogóle nie usiłował tego ukrywać. Miotał się i miotał. Czy to było... poczucie winy?
Żarcie zaczęło stygnąć. Zabrałam się za jedzenie. Nie wchodziło mi jakoś za specjalnie; coś apetyt mi się wziął i popsuł. Albo po prostu dzisiaj rzeczywiście było średnie. Boże, żeby to nie był Bearnes, myślałam, pracując łyżką. Nie zniosłabym tego widoku, widoku Teda karnie wywalanego z firmy. Albo, nie daj Boże, na sali sądowej, oskarżonego o współudział w przestępstwie. To byłoby za dużo. Zresztą nawet jeśli to nie był on, to był to ktoś inny, ktoś, kogo znam. Będę się musiała z nim pożegnać – raz i na zawsze, w bardzo nieprzyjemnej atmosferze. To tylko niewiele lepsze uczucie. Świadomość, że głowa któregoś kolegi poleci na bruk. Będzie się działo, i będzie się działo źle. Ciekawe, jakie jeszcze konsekwencje to za sobą pociągnie... A wszystko przez głupiego laptopa. Wyobraziłam go sobie: wysłużony Chińczyk z jakimś starym Windowsem, nafaszerowany top secret informacjami po brzegi dysku twardego. Pozostawiony przez nieuwagę w podmiejskim pociągu, może w torbie pod siedzeniem, może na półce bagażowej, chwycony przez jakieś lepkie ręce i wchłonięty przez zwierzogrodzki półświatek jak moje oszczędności przez dziurę budżetową. Przekazywany z rąk do rąk, od jednego do drugiego, od złodzieja do pasera, od pasera do kupca, zhackowany przez jakiegoś domorosłego komputerowego wunderkinda – No, no, no, co my tu mamy... – i znowu przekazywany z rąk do rąk, z rąk do rąk, słuchaj, mam coś, za co ktoś mógłby nieźle zapłacić, ty się znasz, masz dojścia, znasz może tego albo tamtego, i tak dalej, z rąk do rąk, z rąk do rąk, i w końcu otrzymujemy co otrzymujemy, czyli policyjną zasadzkę z przeciwnym wektorem, tamtych strzelających do naszych, totalny fakap i młodego gliniarza na OIOM-ie, a potem, na skąpanym w deszczu parkingu, kompulsywnie ładowaną w organizm, powoli kojącą zgwałcony układ nerwowy nikotynę, i pety ze złotymi obwódkami rzucane na chodnik jeden po drugim. Oni wiedzieli...
Oni wiedzieli, tak. A co się dzieje w firmie? Bałagan, chaos i karczemna awantura. Jeszcze nie wiedzą o laptopie. Przeprowadzają na cito dochodzenie. O wszystkim dowiaduje się Góra. I Góra w osobie Antlersona błyskawicznie znajduje winnego: tak, mamy tu takiego zawodnika o szemranej przeszłości i wiadomym kolorze sierści, to na pewno jego sprawka! Znamy się z nim nie od dzisiaj, ma kartotekę grubą jak moja teściowa, co prawda są tam tylko jakieś szwindle i kanty małego kalibru, i w dodatku żadnego nikt mu nigdy nie udowodnił, ale co tam – to na pewno on. Spójrzcie tylko na ten pysk. I dawajże brać Nicka na spytki i urządzać mu przesłuchanie z lampą: co wiesz o tych i tamtych, co cię z nimi łączy, kiedy ich ostatnio widziałeś, co robiłeś ostatniej nocy, gadaj lepiej, bo marny twój los, ty lisie, ty przestępco, ty zdrajco. Zimny gniew mną targał, gdy jadłam drugie. Łajdak. Drań. Tak mojego partnera potraktować. Bez dowodów, bez poszlak, bez niczego. Policjanta. Jak bandziora. Bo się nawinął. Bo był pod ręką. Że to wina Nicka, bo trzeba było być porządnym obywatelem – nie, nie przyjmuję tej wersji. Prześwietlali go przed przyjściem do firmy i skoro do jego starych grzeszków nikt się wtedy nie przyczepił, to nikt nie ma prawa czepiać się teraz. A zresztą skoro nikt mu nigdy niczego nie udowodnił, to znaczy, że jest niewinny. A nie, przepraszam, jest winny. Jest winny jednej rzeczy – temu, że jest lisem. Temu, że jego dusza zstąpiła na ten świat w takim, nie innym ciele. Fakt. Od tego się nie wykręci. Za to powinien dostać krzesło i smażyć się w piekle przez wieczność. I niech mnie diabli, jeżeli to nie właśnie to jest tym, co tak uwiera Antlersona: lis w policji. To musi być dla niego osobista zniewaga, sprofanowanie gliniarskich wartości i hańba dla munduru. Bo to niemożliwe, żeby lis mógł stać po stronie prawa; to sprzeczne z naturą i logiką. Ogon rudy znak obłudy. Przez diabła stworzone złodzieje czerwone. Dobra lisia kita, kiedy tęgo bita, dobry ten łeb lisi, co na sznurze wisi. I tak dalej, i tak dalej. Jak Antlerson chce sobie być rasistą, to proszę bardzo, niech sobie będzie – ale nie ma prawa przynosić swojego rasizmu do pracy. Nie ma bata – odpokutuje swoje zachowanie. Pójdzie do Nicka i pięknie go przeprosi. Bo to, co odwalił, jest nie do przyjęcia. Powiem Nickowi, jak wygląda sytuacja i namówię go, żeby nie odpuszczał tematu. Czniać już jakieś konsekwencje prawne, postępowania – ale to jedno Antlerson zrobi. Mojemu lisowi należą się przeprosiny. Choćby symboliczne. Jak trzeba będzie, to pójdę, włączę predator mode, narobię dymu, złożę skargę u Bogo, cokolwiek – ale dupek pójdzie i się pokaja. Tak. Koniec kwestii.
A właśnie, Bogo. Na trzecią zwołał to swoje zebranie. O co mu chodzi? Czy teraz, w świetle nowych faktów, da się do odgadnąć?
Co wiadomo na pewno. W Narkotykach jest jakaś gruba sprawa. Nie radzą sobie. Ktoś potężnie dał ciała. Pewnie go wywalą, i to z hukiem. Może kilka osób nawet, kto wie. A paru gliniarzy zostało rannych. Ale przecież Oxwaldowi potrzebne są ręce do pracy, jak każdemu innemu. A tę sprawę, jakakolwiek by ona nie była, pewnie fajnie byłoby doprowadzić do końca. Czy to oznacza, że szykuje się...
– A może nas przenoszą? – mruknęłam.
– Hmm?
Skończyłam jeść. Wytarłam usta, serwetkę złożyłam, cisnęłam na talerz.
– Tak mi przyszło teraz do głowy – powiedziałam. – Z tym zebraniem. Że może – że może do Oxwalda idziemy.
Wilk spojrzał dziwnie.
– Eee. Pieprzysz.
Wzruszyłam ramionami.
– Tak tylko rzuciłam, no. Nie patrz tak na mnie.
– Skąd taki pomysł?
– Mhm, no cóż. Narkotyki mają ewidentne problemy. Nie ogarniają. Oxwald sobie nie radzi. Ma paru rannych. A że każda para rąk mu się przyda... No co, takie niedorzeczne to jest?
Hunt milczał. Patrzył na mnie podejrzliwie.
– Zresztą zobacz, kto został wezwany – ciągnęłam. – Ty, ja i Brown. Po co im taka zbieranina? Pomyśl. Twoje i Browna doświadczenie. Plus moja wiedza o zielsku wszelakim... No co? Nie dodaje się?
Mi się dodawało, i to jak. Coraz więcej szczegółów mi tu pasowało. Nie, żebym była z tego szczególnie zadowolona.
Ale Hunt raz-dwa sprowadził mnie na ziemię:
– Nie. Nie przenoszą cię z wydziału na wydział tak, o, z dnia na dzień. Tego się tak nie robi.
– Czyżby?
– Czyżby. Zresztą – po co? Ja od dwunastu lat pracuję, gdzie pracuję. Po co mieliby mnie przenosić akurat teraz? Nie znam się na dragach. I w życiu nie słyszałem, żeby kogoś tak przenosili. Tym bardziej grupowo.
– No cóż, okoliczności są jakie są. Wsparcie byłoby nie od rzeczy...
– Nie będziemy dla nich wsparciem. Zanim nas wdrożą w szczegóły i procedury... Na dzień dobry to my raczej będziemy im przeszkadzać niż pomagać.
– Nikt nie mówi, że Góra działa racjonalnie.
Wilk parsknął.
– Eee, coś mi się zdaje, że gadasz bzdury. Bez obrazy. Tak się tego nie robi. Po prostu.
– Więc? Po co to wszystko? To całe zebranie?
Nie odpowiedział. Spojrzał na coś ponad moim ramieniem. Odwróciłam się, podążyłam za jego wzrokiem: telewizor, mecz. Zbliżenie jak zawodnik dłubie w nosie. Jak na bawoła przystało, językiem.
– Bullins – powiedział powoli, w skupieniu. – Bullins była u nas dziś rano. Teraz sobie przypomniałem.
– Ano, była. Co w związku?
– Miłościwie nam panująca, z łaski Boga i wyborców burmistrz Zwierzogrodu Linda Bullins. Była dzisiaj u nas. Nie zastanawia cię to?
Wzruszyłam ramionami.
– To chyba normalne, nie? Wykorzystuje okazję, żeby pokazać się w centrum wydarzeń. A że wybory za pasem... Trzeba jakoś podreperować wizerunek. Tonący chwyta się byle czego.
Wszyscy pamiętaliśmy, w jakich okolicznościach Bullins sięgnęła po stołek, i wszyscy wiedzieliśmy, że na wiosnę Bullins weźmie i popłynie w siną dal. Bullins jest zakutą konserwą i prawicowcem, i to z przekonania, co udowodniła nie raz i nie dwa, przepychając szereg męczących, upierdliwych uchwał, najwyraźniej przekonana, że narkotyki, prostytucja tudzież inne trapiące społeczeństwo problemy znikają, kiedy się ich zakaże. A żeby było śmieszniej, to jej współpraca z firmą, tradycyjnie będącą u prawicy na pole position, wcale nie układa się tak dobrze, jak można by się spodziewać: nie dość że skąpi nam funduszy, to jeszcze dokłada bezsensownej roboty, każąc uganiać się za małolatami z trawką tudzież tropić nielegalne bimbrownie. Ale za to zamknęła słynną saharyjską dzielnicę czerwonych latarni. Dokonała zatem czegoś, co nie udało się ani nowej fali feminizmu, ani reformom Longtaila, ani nawet Wielkiemu Pożarowi z 1972 roku. Cóż, w wielu regionach kraju dzięki takiej polityce reelekcję miałaby jak w banku – jednak na pewno nie w Zwierzogrodzie. Konserwatyści może i są drugą siłą polityczną w kraju, ale w wielokulturowej, kosmopolitycznej stolicy poparcie dla nich zawsze szorowało o dno. W normalnych warunkach Bullins nie miałaby najmniejszych szans na wygraną – no, ale Sto Dni to nie były normalne warunki. Po prostu jakoś tak się dzieje, że w czasach kryzysu społeczeństwo zwykło wołać na pomoc różnej maści zamordystów licytujących się na twardość ręki, jaką zaprowadzą porządek. Ale tamten kryzys to już melodia przeszłości. Rządy Bullins to jednorazowy wybryk, chwilowa anomalia; w przyszłym roku wszystko wróci do normy. (Jej sukces w nadchodzących wyborach będzie można porównać tylko do sukcesu, jaki odniósłby hipotetyczny lis wygrywający w okręgu Szarakówek, postulujący walkę z kułactwem i kolektywizację rolnictwa). Mało kto w firmie będzie za nią tęsknił. Jednak póki co musimy patrzeć na jej ostatnie podrygi i znosić różne medialne akrobacje, rozpaczliwe próby uciułania paru procentów. Momentami jest to bardzo męczące.
– Zwietrzyła okazję do podbicia sobie słupków popularności. Zaraz będzie zapowiadać pokazowe procesy i zakazy stadionowe, i robić z siebie drugą Żelazną Damę.
– Taa. Pewnie masz rację.
– Jakoś, hmm... Nie wydajesz się przekonany.
Hunt nie patrzył na mnie. W roztargnieniu czesał sobie sierść na karku.
– A co, jeśli wyjaśnienie jest zupełnie inne? Jeśli wcale nie o mecz tu chodziło?
– Konferencja –
– Na konferencji to oni siedzieli może z dziesięć minut – skrzywił się. – Taka, o, pokazówka. Bogo wyburczał parę zdań i oddał głos Chapman z Prasowego, a Bullins wyświęciła jakiegoś fagasa z Ratusza. Tak to wyglądało. A potem oboje się zmyli i poszli do gabinetu Bogo. Trochę tam siedzieli. I powiem ci, że na romans w wyższych sferach to to nie wyglądało.
– Do czego zmierzasz?
Nie odpowiedział. Przez parę chwil bawił się kubkiem, kręcąc nim kółka po stole. Wydymał wargi, jakby coś szacował.
I wtedy zadał mi pytanie:
– Powiedz mi... o której zadzwonił Clawhauser?
Otworzyłam usta – ale zaraz je zamknęłam. Bo mnie ścięło. Gdy dotarło do mnie, co Hunt miał na myśli. A on nie spuszczał ze mnie wzroku, w milczeniu patrzył, jak rozpaczliwie szukam riposty. Tym jednym pytaniem mnie wziął i znokautował. Bo było bardzo proste, a odpowiedź – odpowiedź była bardzo niewygodna.
– Tak z grubsza – powiedział. – To było jakoś niedługo po konferencji, prawda?
– Eee... To znaczy...
Co robiła pani we wtorek między dziewiętnastą a dwudziestą drugą?
– Niedługo po konferencji. – Ciągle patrzył mi w oczy. – Dobrze mówię. Niedługo po konferencji, kiedy to Bogo rozmawiał z Bullins. Wtedy zadzwonił Clawhauser. Jak to leciało? „Góra wzywa"?Jakoś tak. Ale żadnych szczegółów, nic. – Świadkowie twierdzą, że widzieli panią w okolicach miejsca zbrodni. – Tak? Dobrze pamiętam?
Dobrze pamiętał. Zrobiło mi się bardzo niewygodnie.
– Powiem ci coś jeszcze – nachylił się lekko.– Pracuję tutaj już ładnych parę lat. I taki pieprznik jak dzisiaj – takie coś widziałem tylko raz. Konkretnie chodzi mi o sprawę pewnej psychopatycznej owcy. Kojarzysz może?
Skądinąd wiadomo nam, że nie była pani z denatem w najlepszych stosunkach.
– W obu przypadkach – ciągnął – w centrum wydarzeń pojawia się twoje nazwisko. Ciekawe, nieprawdaż?
Odciski palców, które znaleźliśmy na trzydziestceósemce, należą do pani. Ciekawe, nieprawdaż?
– Co masz na myśli? – burknęłam. W głowie mi się kręciło, jakbym strzeliła sobie setkę.
Hunt wzruszył ramionami. Odprężył się, opadł na krzesło. Powiódł wzrokiem po stołówce, po kolegach z nosami w talerzach. Stukał rytmicznie pazurem o stół.
– Nie wiem – powiedział w końcu. – Nie wiem, o co tu chodzi. Ale wyczuwam potężny smród polityki. I bardzo mi się to nie podoba. – Spojrzał na zegarek. – Mhm. Tak. Widzimy się u Bogo. – Wstał, zabrał naczynia i poszedł.
I zostawił mnie samą, skołowaną, zbaraniałą. Opuściłam wzrok na talerz. Nie spojrzałam za Huntem, nie odwróciłam nawet głowy; tyle co mi mignął w kącie oka. Gapiłam się tępo w resztki obiadu. Wokół rozbrzmiewał stołówkowy gwar: strzępy rozmów, brzęk naczyń, grający telewizor, okrzyki babeczki wydającej posiłki – wszystko to zlewało mi się w jedną, dźwiękową mamałygę, która otumaniała, przytłaczała. Czułam, jak obiad czepia się mi ścian żołądka oślizgłymi mackami. Mózg podobnie – usiłował strawić, co usłyszał, lecz nie było to wcale takie łatwe. Bullins. Polityka. Bogo. Te słowa nie łączą się w nic dobrego. Nigdy się nie łączyły. Co to wszystko znaczy? Nie rozumiałam, nie ogarniałam tego wszystkiego. Siedziałam bezmyślnie, nie mogąc jakoś zebrać sił, żeby wstać i odejść. Patrzyłam w brudny talerz – a brudny talerz spoglądał na mnie. Resztki jedzenia przypominały trochę mordę Bellwether. Psychopatyczna owca gapiła się na mnie z Otchłani. O co tu chodzi? Czy dzisiaj cokolwiek może być normalne? Czy proszę o zbyt wiele? Za dużo tego wszystkiego dla jednego królika...
– ...Okiwał Ramsaya, zabrał się z piłką na prawym skrzydle i podał do wychodzącego na czystą pozycję Hornsby'ego, a sędzia, ni z gruchy, ni z pietruchy odgwizduje spalonego! Nie wiem, nie rozumiem! Bardzo kontrowersyjna decyzja. Tam nie miało prawa być spalonego. Zobaczmy riplej... Tak, Hornsby był on-side, ewidentny błąd sędziego! Spokojnie z pół metra tam było. Czy skład sędziowski podejmuje decyzje na podstawie gry w marynarza? To nie pierwsza taka skucha w tym meczu! Kibice nagradzają decyzję arbitra gwizdami... Tam, w sektorze gospodarzy, jest bardzo gorąco, znów na płytę boiska lecą race i butelki. Miejmy jednak nadzieję, że uda się dokończyć ten mecz bez większych incydentów...
