Severus wybrał się do biblioteki dopiero następnego dnia z samego rana, gdy miał pewność, że cierpiąca na bezsenność Bella Brae już tam będzie, a spragnieni wiedzy uczniowie – jeszcze nie. Przekroczył próg i rzeczywiście odkrył, że wszystko jest na swoim miejscu – młoda bibliotekarka ze śpiewem na ustach uwijała się wśród regałów.
– Zostaw nas – warknął na wstępie Snape do pani Prince, która przypadkiem również znalazła się w pobliżu.
Irma właściwie zinterpretowała jego groźny ton i posłuchała natychmiast. Zbliżała się do emerytury, nie potrzebowała problemów. Bella Brae z kolei odwróciła się do niego z niewinnym uśmiechem pensjonarki.
– Słucham, dyrektorze. Czym mogę panu służyć?
Przesunął w jej stronę pakunek ze zwiniętej białej szmatki, po czym rozwinął go ruchem prestidigitatora, odsłaniając żelazne nożyczki.
– Czy to pani zguba, panno Buchanan?
Nie dała nic po sobie poznać. Na widok przedmiotu ucieszyła się i klasnęła w dłonie.
– Och, dziękuję! Szukałam ich cały dzień.
– Czyżby? – zapytał Severus niebezpiecznie niskim głosem. – A gdzie je pani zgubiła? Być może w lewym płucu profesor Carrow?
– Co pan sugeruje? – oburzyła się.
Wyglądała jak wcielenie niewinności, prawie się nabrał. Wtedy jednak zauważył, że w jej oczach pojawił się pewien błysk, którego nigdy wcześniej tam nie widział. To dało mu do myślenia.
– Dość tych bzdur! – wybuchł. – Żądam jasnej odpowiedzi: czy to pani zaatakowała wczoraj wieczorem Alecto Carrow?
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Źrenice panny Buchanan pociemniały niczym niebo przed burzą, jednak Severus nie dostrzegł w nich ani śladu wyrzutów sumienia, był tam wyłącznie gniew. Powinien w tej chwili myśleć o wielu innych rzeczach, a tymczasem skupił się tylko na jednym… Malinowych ustach, które Bella Brae nerwowo przygryzała.
– No więc, panno Buchanan? – naciskał, spychając niechciane myśli w głąb świadomości. – Nie jestem cierpliwym człowiekiem.
– Słyszałam coś innego.
– Zapewniam, że to wszystko plotki.
– Więc może siłą wyciągnie pan ze mnie prawdę?
– Znam wiele subtelniejszych metod, ale nie chciałaby pani, abym je na niej wypróbował.
– Skąd ta pewność?
– To raczej ostrzeżenie.
Prychnęła wyraźnie wzburzona. Chyba planowała wypierać się dłużej, ale nie wytrzymała. Wyraźnie brakowało jej wprawy, w końcu miała ognisty, szkocki temperament. Wyminęła kontuar i stanęła naprzeciwko Severusa, patrząc mu wyzywająco w oczy. Jej ręka podświadomie powędrowała do nożyczek, po czym dotknęła ich niemal pieszczotliwie.
– Niczego mi pan nie udowodni. Wczoraj kilka razy przepraszałam panią Pince za to, że zgubiłam jej nożyczki. Leżały w widocznym miejscu, każdy mógł je wziąć. Profesor Carrow nie cieszy się sympatią… Zarówno ona, jak i on – dodała prosto z serca.
– Czyli przyznaje się pani do zarzucanego czynu?
– Do niczego się nie przyznaję! – fuknęła bibliotekarka z ogniem w oczach. – To ona zaczęła. Od początku byłam miła, zwracałam się do niej z szacunkiem, na jaki profesor Carrow nie zasługiwała. Ale nie, to nie wystarczyło. Wybrała mnie sobie za cel. Zastraszała, prześladowała, nieustannie mnie prowokowała.
– I przebicie płuca uznała pani za odpowiednią metodę rozwiązania tego konfliktu?
Bella Brae po raz pierwszy się zawahała. Uciekła wzrokiem w bok, nieco zapadła się w sobie.
– Byłam już wcześniej dręczona i byłam ścigana, panie dyrektorze – wyznała niechętnie. – Wiem, że istnieją ludzie, którzy znają wyłącznie język przemocy. A ja nie jestem bezbronna, choć profesor Carrow z pewnością tak zakładała.
Severus wpatrywał się przez moment w zupełnie nową pannę Buchanan – i szlag go trafiał.
– Pięknie, po prostu wspaniale! – krzyknął, tracąc nad sobą kontrolę. – Grasujący po korytarzach nożownik to ostatnie, czego potrzebowałem w szkole, która już przypomina kipiący na ogniu tygiel! Czy pani zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła?!
– Nie dam sobie wejść na głowę! – odgryzła się, odrzucając do tyłu grzywę niemal naelektryzowanych z powodu złości włosów. – Mam swoją godność. Mam dumę!
– I to akurat pani, panno Buchanan. – Snape wcale jej nie słuchał. – Jedyna osoba, jak mniemałem, obdarzona odrobiną zdrowego rozsądku.
– To znaczy słaba?
– Nie to miałem na myśli.
– Więc co?
Słodka, urocza, rozśpiewana Bella Brae.
Czy chodziło o to, że nie spodziewał się z jej strony agresji? A może wręcz przeciwnie – to był akurat ten element, którego brakowało w jej beznadziejnie słodkiej, owczej charakterystyce? Bo panna Buchanan miała charakterek, który przejawiał się od czasu do czasu w drobnych gestach, słowach, spojrzeniach. Pochodziła z gór, to było nieuniknione… A do tego wiele w życiu przeszła. Mimo że wciąż mu o tym nie opowiedziała, czuł, iż za jej działaniami czai się kolejna smutna, wojenna historia. Albo nawet gorzej – Bluebell. Przecież zawsze tak było.
Istniała też całkiem prawdopodobna możliwość, że nie usprawiedliwiał jej z powodu współczucia czy sympatii. Może w głębi duszy cieszył się, że Alecto dostała dokładnie to, na co zasłużyła?
– Nie życzę sobie więcej zamieszania – odezwał się ponownie Snape, pochylając nad bibliotekarką z ostrzegawczą miną. – Carrowowie to mój bagaż i muszę go nieść, czy mi się to podoba, czy nie. Ale pani to nie dotyczy, panno Buchanan. W każdej chwili mogę panią stąd wyrzucić.
Groźba nie odniosła pożądanego skutku.
– Obiecał pan, że rozwiąże tę sprawę, dyrektorze. Złamał pan dane słowo – zarzuciła mu.
– Bezczelność!
– Czyżby?
– Co miałem zrobić? – prychnął z rosnącą irytacją.
– Cokolwiek. Jest pan dyrektorem czy nie?
Te słowa nieco nim wstrząsnęły, ale też otrzeźwiły. Przypomniał sobie, gdzie jest, co robi i z kim rozmawia. Stał się bardziej świadomy swojego położenia. Nagle, w nerwowym poruszeniu, znalazł się bardzo blisko Belli Brae. Za blisko. Niemal czuł promieniujące od niej ciepło. Z dłonią na jej opartej na kontuarze dłoni (jak się tam znalazła?), ściskając jej drobne palce. Z nożyczkami nadal w zasięgu wzroku i uchwytu. Momentalnie cofnął rękę. Bella Brae patrzyła na niego wyzywająco i ani myślała się cofnąć. Miał ochotę ją udusić!
– Mogłam znieść, gdy czepiała się wyłącznie mnie – powiedziała znacznie ciszej i spokojniej. – Ale kiedy zaczęła grozić paleniem książek, coś we mnie pękło. Całkiem niedawno zasugerowała mi, że nadejdą takie noce, kiedy nie będzie pana w zamku, a wtedy pojawią się ponownie i nikt mnie nie obroni. Nie miałam powodu, żeby jej nie wierzyć. Być może profesor Carrow wie lepiej, w jaki sposób spędza pan noce.
– Wypraszam sobie! – przerwał jej błyskawicznie. – I zapewniam, że obie pani zachowują w tym temacie zbliżony poziom ignorancji.
– Nieważne! – kontynuowała, ale coś w jej głosie przekonało Severusa, że powyższe zaprzeczenie było dla niej istotne. – Ja nie lubię gróźb, panie dyrektorze, źle na nie reaguję. Musiałam coś zrobić.
Książki! A więc panna Buchanan była przekonana, że prawie mordując Carrow, ratuje od upadku kulturę słowa pisanego. Co za poświęcenie! Pewnie powinien jej wystawić oficjalną pochwałę za wzorową postawę w pracy.
Severus odsunął się na bezpieczną odległość, po czym ponownie owinął nożyczki w materiał i ukrył bezpiecznie w kieszeni przepastnej szaty.
– Pozbędę się tego, panno Buchanan – oświadczył, podjąwszy trudną decyzję. – Nie ma narzędzia, nie ma zbrodni, nie ma winnych.
– Co takiego? – zdziwiła się. – Ale dlaczego?
– Zrobię to pod jednym warunkiem: ten śmieszny konflikt zakończy się tu i teraz – zapowiedział surowym tonem. – Jako dyrektor tej placówki ogłaszam remis i nie życzę sobie dalszych eskalacji.
– Mogę ręczyć tylko za siebie – zaznaczyła Bella Brae.
– To wystarczy, panną Carrow zajmę się sam. Zresztą, zbyt szybko nie wróci do pełnej sprawności.
Uznając sprawę za załatwioną, Severus skierował się do wyjścia. Pechowe nożyczki niemal paliły go w kieszeni i pragnął się ich jak najszybciej pozbyć. Patrząc, jak mija ją bez jednego spojrzenia, Bella Brae po raz pierwszy uświadomiła sobie, co zrobiła…
I co potencjalnie straciła.
– Zrozumiem, jeśli nie zechce mnie pan więcej widzieć – szepnęła przygnębiona.
Snape nie powiedział jednak ostatniego słowa.
– Proszę nie robić sobie złudnych nadziei, nie zamierzam pani oglądać tylko do czwartku – odezwał się już z ręką na klamce. – Zapraszam na kolejną lekcję, spóźnienie nie będzie mile widziane.
Nie czekał na jej reakcję. Wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi.
Oczywiście, że ich prywatne spotkania należało kontynuować. Bo teraz, bardziej niż kiedykolwiek przedtem, Severus pragnął mieć Bellę Brae na oku (i z dala od Alecto), żeby pilnie zbadać całą jej historię.
– Może napijesz się jeszcze herbatki, kochanie? – zaproponowała uprzejmie Pomona Sprout, zatrzymując się przed Bellą Brae z parującym czajniczkiem.
– Bardzo chętnie, dziękuję – odpowiedziała z uśmiechem bibliotekarka.
Pozostałe zgromadzone w pokoju czarownice – Pomfrey, McGonagall i Pince – przyglądały się, jak zgrabnie i szybko porusza palcami, wyszywając sielski obrazek na kawałku jedwabiu. Minerwa sięgnęła po puszkę z maślanymi herbatnikami.
– Jakie przyjemne popołudnie, czyż nie? – cieszyła się Poppy. – Robótki ręczne to idealna rozrywka na jesienne wieczory, pewnie się ze mną zgodzicie, moje drogie.
Wszystkie wiedźmy zgodnie zamruczały, choć w większości używały magii, a nie własnych rąk. Różdżka profesor McGonagall dziergała właśnie długi na milę zimowy szalik w kratę, różdżka Poppy koronkową serwetkę, a różdżka Pomony… chyba wełnianą osłonkę na jakąś szczególnie wrażliwą na spadek temperatury, egzotyczną roślinę, która aktualnie była jej oczkiem w głowie. Irma Pince wyłamała się z szeregu i również ręcznie zszywała jedną z wyjątkowo cennych, zniszczonych w trakcie dzikiego najazdu książek. Bella Brae spojrzała z uczuciem na swoją surową, niezbyt dotąd lubianą szefową.
– Tak, tak, to bardzo przyjemne, odstresowujące zajęcie – zgodziła się wicedyrektorka. – Oczywiście zajmuję się tym regularnie, odkąd babcia nauczyła mnie pierwszych kilku zaklęć krawieckich, ale w towarzystwie zawsze jest raźniej.
– No i twoja herbata zawsze jest przepyszna, Minerwo – pochwaliła pani Pince.
– Sekret stanowi odpowiednia mieszanka, czas parzenia… I mleko bezwzględnie należy dodać na samym końcu.
– Naturalnie.
– Ależ to się rozumie samo przez się!
– Bezsprzecznie!
– Bardzo smaczna – zgodziła się Bella Brae. – Dodatkowo brązowy cukier nadaje ten delikatnie karmelowy posmak.
– Znasz się na rzeczy, kochanie. – Pokiwała głową pani Pomfrey.
Panna Buchanan pociągnęła łyk herbaty i rozjarzyła się w kolejnym uśmiechu, po czym ponownie pochyliła się nad robótką. Pozostałe czarownice szybko wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.
Od samego rana, kiedy to Irma Pince wparowała do pokoju nauczycielskiego, dzieląc się z resztą żeńskiej kadry rewelacjami o dyrektorze, który wpadł do biblioteki z pianą na ustach i zażądał widzenia sam na sam z Bellą Brae, zastanawiały się tylko nad jednym. Co łączyło Snape'a i dziewczynę z biblioteki? Dlatego niezwłocznie otrzymała zaproszenie na wieczorek z herbatką i szydełkiem. Zjawiła się wniebowzięta, z własnym koszyczkiem na robótki i wielką czekoladą z Miodowego Królestwa. Od tamtego momentu pracowała zawzięcie… Niestety w milczeniu. Mimo że podobno była taka gadatliwa, teraz nabrała wody w usta, wymieniając z nimi jedynie konwencjonalne uprzejmości. Jak na złość.
– To naprawdę okropne, co przydarzyło się tej… biednej nauczycielce mugoloznawstwa – zagadnęła profesor Sprout. Sądząc po wesołym tonie jej głosu, pierwotnie zamierzała użyć zupełnie innych słów.
– Potworność – zgodziła się Poppy, nagle bardzo zainteresowana swoją serwetką.
– Jak można się samemu nadziać na… – analizowała pani Pince, również potykając się na próbie wyrażenia myśli w kulturalny sposób. – Doprawdy nieprawdopodobne.
– Tak bywa, gdy ktoś jest… nieostrożny – stwierdziła surowo Minerwa, która zapewne miała co innego na końcu języka.
– Ona pije – wtrąciła cicho Bella Brae.
– Co takiego, kochanie? – nie dosłyszała Pomona.
– Profesor Carrow nadużywa alkoholu – powtórzyła odważniej.
– Cóż, to by wiele wyjaśniało – stwierdziła Minerwa.
– Oni oboje nie wylewają za kołnierz – rzuciła z pogardą Irma. – I oto skutki. – Wskazała wymownie sponiewieraną książkę na swoich kolanach.
Panna Buchanan westchnęła boleśnie na wspomnienie upiornej nocy w bibliotece i setek niewinnych ofiar.
– Słyszałam, że rana źle się goi – zwróciła się z kolei profesor McGonagall do pani Pomfrey.
Pielęgniarka obojętnie wzruszyła ramionami.
– Nie przyszli z tym do mnie, więc nic nie mogłam zrobić. Wiesz, jacy oni są… – urwała, zerkając kontrolnie na Bellę Brae. – Wolą załatwiać takie sprawy we własnym gronie.
Nie ulegało wątpliwości, że gdyby nie obecność panny Buchanan rozmowa potoczyłaby się znacznie żywiej i z mniejszą kurtuazją.
– Z pewnością prywatna apteczka pana dyrektora okazała się dużą pomocą – powiedziała beztrosko bibliotekarka.
Gdy pozostałe czarownice zawiesiły na niej wzrok, uświadomiła sobie, że popełniła poważny błąd.
– Apteczka… dyrektora? – powtórzyła zdumiona Poppy. – On ma coś takiego?!
Bella Brae doszła do spóźnionego wniosku, że chyba nie powinna wiedzieć o takich rzeczach, a już na pewno nierozsądnie było rozpowiadać o nich dalej.
– Owszem – przyznała, nie mając wyjścia. – Ja… To znaczy… – odchrząknęła z zakłopotaniem. – Pewnego razu miałam okazję z niej skorzystać.
– Oj, kochanie – wtrąciła szczerze przejęta pani Pomfrey. – Nie wolno przyjmować niesprawdzonych leków, mogą zawierać w składzie niestworzone rzeczy! Gdybyś kiedyś potrzebowała pomocy medycznej, koniecznie zwróć się z tym do mnie, dobrze?
Bella Brae zgodziła się bez dyskusji.
– Świetnie, świetnie – ucieszyła się pielęgniarka, klepiąc ją po dłoni. – Korzystam tylko z usług sprawdzonych dostawców.
– Choć trzeba mu… dyrektorowi przyznać, że do mikstur ma smykałkę – oddała mu sprawiedliwość pani Pince. – Albus zawsze…
Zgromadzone w pokoju kobiety uciszyły ją samą siłą intensywnych spojrzeń.
– Tak tylko mówię – mruknęła pod nosem na swoją obronę.
– Drogi, kochany Albus – westchnęła Pomona nabrzmiałym z powodu tłumionych emocji głosem.
Poppy wytarła oczy w nadal niegotową serwetkę, po czym sama siebie zbeształa za niszczenie materiału. Bella Brae uprzejmie podała jej czystą, samodzielnie przez siebie wyhaftowaną chusteczkę ozdobioną subetlnymi szkockimi dzwoneczkami i monogramem „BB".
– Dziękuję, moja droga.
– Możesz ją zatrzymać, Poppy, uszyłam cały komplet.
– O, jesteś naprawdę uzdolniona.
– Dziękuję. – Z wdziękiem przyjęła komplement.
– I śpiewasz, prawda?
– Ja… Hm – urwała zakłopotana.
Wszystkie cztery czarownice znowu wpatrywały się w nią natrętnie znad własnych robótek, filiżanek z herbatą i talerzyków z ciasteczkami. Bella Brae nagle zapragnęła znaleźć się na drugim końcu zamku.
– Czy w dawnych czasach nie śpiewało się piosenek podczas pracy? – przypomniała sobie Pomona. – Zaśpiewaj nam coś, kochanie.
– Znasz mnóstwo tradycyjnych piosenek – dodała Irma nieco kwaśno.
– Poprosimy o oryginalną, szkocką pprzyśpiewkę. – Minerwa dołączyła do próśb koleżanek, dumna z obecności krajanki.
Panna Buchanan uśmiechnęła się do niej refleksyjnie.
– No dobrze, myślę, że mogę spełnić to życzenie.
Zastanowiła się chwilę, zanim wybrała idealne słowa.
He mo leannan, hò mo leannan
'S e mo leannan a' fear ùr
He mo leannan, hò mo leannan
He my darling, hò my darling
He's my sweetheart, the new one
He my darling, hò my darling
Kolejna prywatna lekcja Belli Brae dobiegała końca, a Severus był z niej całkiem zadowolony. Panna Buchanan nie zawsze spełniała jego oczekiwania, jednak zdecydowanie nabierała wprawy w posługiwaniu się magią. Pierwotny opór, sceptycyzm oraz niechęć, jakie okazywała, stopiły się niczym zeszłoroczny śnieg, ukazując pierwsze… błękitne dzwoneczki.
Uczennica odłożyła różdżkę, nauczyciel odsunął od siebie pustą filiżankę. Przerobili w przyspieszonym tempie materiał pierwszych pięciu lat Hogwartu, więc mogli się czuć całkiem usatysfakcjonowani. Bella Brae szczególnie powinna wykazywać typowe dla siebie permanentne uszczęśliwienie, ale tego dnia wydawała mu się wyjątkowo poważna. Polecenia wykonywała bez zbędnych komentarzy, cały czas pozostawała skupiona i nie próbowała żartować. Severus zastanawiał się, czy chodziło o sekret, który dzielili… Czy może nagle uderzyły ją spóźnione wyrzuty sumienia – ramię w ramię z obawą o kolejny krok Alecto, gdy w pełni odzyska zdrowie i charakterystyczną dla siebie wściekłość na wszystko. Gdy już myślał, że tego dnia niczego nowego się nie dowie (skoro Bella Brae była tak nieskora do rozmowy), ona niespodziewanie przysunęła krzesło bliżej do biurka i oparła dłonie na blacie. Splotła przed sobą palce, jakby chciała powstrzymać je przed drżeniem.
– Coś się stało, panno Buchanan? – zapytał czujnie.
– Tak. Nie. Jeszcze nie – odpowiedziała nieskładnie.
Przyjrzał jej się uważnie. Uciekła przed nim wzrokiem, który teraz krążył po zawieszonych w gabinecie portretach poważnych czarodziejów. Severus mógłby się jednak założyć, że Bella Brae nie widzi w tej chwili żadnego z dyrektorów, skupiona na własnych myślach.
– Wiem, czego pan ode mnie oczekuje – stwierdziła – ale nie mam pewności, czy naprawdę chciałby pan to otrzymać.
– Panno Buchanan, zapewniam, że…
– Niczego nie robi pan bezinteresownie, prawda? – To nie było pytanie, wytknęła mi ten fakt z absolutną pewnością. – Doceniam pana pomoc, jednak nie jestem aż tak bardzo oderwana od rzeczywistości. Nie wiem, ile na mój temat zdążył panu przekazać poprzednik, ale coś musiał…
Przerwała, nadal unikając jego wzroku. Severus rozważał, co mogła sobie pomyśleć. Musiał przyznać, że w ostatnim czasie nie zawsze zachowywał się rozsądnie… Nie potrafił sobie jednak wyobrazić, na co konkretnie panna Buchanan zwróciła uwagę i jakie wnioski wyciągnęła. Nie potrafił zdecydować się na linię obrony.
Na szczęście Bella Brae nie trzymała go długo w niepewności.
– Interesował się pan badaniami moich rodziców, czyż nie? – zapytała, z góry znając odpowiedź.
Zdziwiła go okazana przez nią przenikliwość. Umysł panny Buchanan wcale nie zawędrował w stronę wątków znanych z kobiecych powieści, tylko od razu trafił w samo sedno. Poważnie skinął głową.
– Zdaje się, że sam pani o tym wspomniałem przy jednej z minionych okazji – przypomniał.
– Owszem, ale zachował pan dla siebie informację o tym, że rozpoczął poszukiwania na własną rękę.
Nie potwierdził ani nie zaprzeczył. Po prostu nie odpowiedział. Czekał na dalszy rozwój wypadków.
– Uprzedzałam, że to niebezpieczne – kontynuowała Bella Brae, podnosząc na niego wzrok. – Zostałam ostrzeżona… Tak zwykle bywa, gdy ktoś zaczyna węszyć wokół tej starej sprawy.
– Czy to znaczy, że jakieś ślady nadal istnieją?
– Nie. Nie wiem – poprawiła się. – Nie jestem pewna. Zabrali wszystko, ale nie mam pojęcia, co z tym zrobili. Podejrzewam, że zniszczyli… Jak zwykle w takich wypadkach.
– Co zniszczyli? – zagadnął Severus, wbrew sobie odczuwając rosnące napięcie.
Bella Brae wydawała się zdziwiona pytaniem.
– Pan naprawdę nie wie, o co w tym wszystkim chodzi, prawda?
– Panno Buchanan – odezwał się, podejmując w końcu decyzję. – Odkąd tylko pojawiła się pani w mojej szkole, zauważyłem, że jest pani zagadką owiniętą w tajemnicę. Chciałbym pani pomóc, jak wywnioskowałem z naszych wcześniejszych rozmów, zgodnie wolą mojego poprzednika. Doskonale wychwytuję te momenty, kiedy wspomina pani o skomplikowanej przeszłości, dawnych kłopotach i chęci ukrycia się przed światem. Mogę to zrozumieć i chciałbym panią wesprzeć, ale w tym celu musi pani chociaż w przybliżeniu nakreślić mi swoją sytuację. Wyjaśnić, jak mam to zrobić. A sądzę, że oboje dobrze wiemy, że kluczem do tego „jak" będzie najprawdopodobniej „dlaczego". Dlatego właśnie o to panią dzisiaj pytam.
Bella Brae wyprostowała się na krześle, jednocześnie odsuwając się od rozmówcy. Nadal się wahała, gdy sięgała ręką do swojej szyi. Znajdował się na niej dobrze ukryty pod szatą, szalem i wszystkimi innymi warstwami odzienia łańcuszek, którego Severus nigdy wcześniej nie zauważył. Ciekawsza od łańcuszka okazała się jednak dyndająca na jego końcu zawieszka. Bella Brae szarpnęła za błyskotkę i po chwili na jej dłoni leżała przezroczysta fiolka wypełniona wirującymi leniwie smużkami dymu.
– Czy wie pan, co to jest, panie dyrektorze?
– Wspomnienia – rozpoznał od razu. – Do kogo należą?
– Do mnie. Jeżeli życzy pan sobie je obejrzeć, bardzo proszę. – Położyła fiolkę na biurku i przesunęła w jego stronę. – Jednak później nie będzie odwrotu. Mam nadzieję, że zdaje pan sobie z tego sprawę. Żyjemy w niebezpiecznych czasach.
Zaintrygowany Severus podniósł się z miejsca. Wraz ze stanowiskiem i gabinetem odziedziczył wszelkie ruchomości Dumbledore'a – za wyjątkiem kilku nieważnych drobiazgów i łącznie z myślodsiewnią, którą ustawił teraz na biurku. Panna Buchanan śledziła wzrokiem te przygotowania, po czym również się podniosła i stanęła obok niego. Pozwoliła mu otworzyć fiolkę, ale gdy chciał umieścić wspomnienia w kamiennej misie, przytrzymała go za mankiet.
– Chyba nie muszę panu przypominać o dyskrecji – powiedziała cicho. – To, co pan zobaczy, bardzo wiele zmieni.
Kolejny sekret, z czasem robiło się ich coraz więcej. Po takim wstępie Snape nie mógł się już wycofać. Spotkało go już tyle niespodzianek ze strony Belli Brae, był gotowy na ostatnią – tę najważniejszą.
– Może mi pani zaufać, panno Buchanan – zapewnił. – Jak rozumiem, idzie pani ze mną?
– Muszę – zaznaczyła zdecydowanie. – Przekona się pan, że te wspomnienia… Nie zachowały się w idealnym stanie.
Severus uwolnił delikatne nitki pamięci panny Buchanan, a gdy zaczęły swobodnie wirować w myślodsiewni, oboje pochylili się nad biurkiem. Po chwili poczuli szarpnięcie i gabinet wokół nich zawirował. Severus nie lubił tego momentu, nieświadomie przymknął oczy. Dłoń Belli Brae nadal zaciskała się na jego rękawie, jakby bała się, że go zgubi podczas zanurzania się w mroki własnej pamięci.
Kiedy Snape ponownie otworzył oczy, znalazł się… W samym środku starego filmu. Ukrywane przez pannę Buchanan wspomnienie rzeczywiście było dziwne: wyblakłe, nieostre niczym prześwietlony kadr, w zasadzie czarno-białe. Severus rozejrzał się dookoła, po ładnie urządzonym, przytulnym wnętrzu. Ściany pokrywały tapety w roślinny wzorek, sprzęty były proste i praktyczne, ale mimo to wyglądały na komfortowe.
– To nasze mugolskie mieszkanie w Londynie – poinformowała go Bella Brae. – A tam… jestem ja.
Wskazała dziewczynkę, która nadeszła z głębi domu, niosąc w ramionach dużą skrzynkę. Nie musiała nic więcej mówić, bo chociaż rysy młodej twarzy – jak wszystkie inne szczegóły – rozmywały się w oczach, to gęste, rude włosy Severus rozpoznałby wszędzie. Młoda panna Buchanan miała na sobie szkolny mundurek, a na głowie imponującą kokardę. Zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami po drugiej stronie krótkiego korytarza i zapukała.
– Mamo, to ja. – Głos był śpiewny, choć bez śladu akcentu.
– Wejdź, Bello – odpowiedziano jej zza drzwi. – Przyniosłaś to, o co prosiłam?
– Tak, mam wszystko.
Drzwi się otworzyły i Bella Brae zniknęła w środku.
– Chodźmy – zachęciła jej dorosła wersja, pociągając dyrektora za rękaw.
W kolejnym, znacznie większym pokoju wszystkie meble odsunięto na boki, pozostawiając na środku wolną przestrzeń. Dokazywały tam trzy inne dziewczynki w mundurkach, śmiejąc się i plotkując. Każda z nich trzymała w dłoni różdżkę, jednak nie wyglądały one jak rzemieślnicze arcydzieła spod znaku Ollivandera. Były krótsze, grubsze, bardziej toporne – typowy półprodukt przed ostatecznym wykończeniem.
– Dziewczynki, dziewczynki! – uciszała je kobieta siedząca za zawalonym papierami biurkiem dosuniętym niemal do ściany. – Nie rozmawiamy teraz, tylko pracujemy. Pokażcie mi, czego się nauczyłyście.
Wnioskując po czułym spojrzeniu, jakie rzuciła jej dorosła Bella Brae, była to jej matka. Obok niej siedział mężczyzna, notując coś pracowicie i ani na chwilę nie podnosząc głowy. Na jego nosie połyskiwały szkła okularów całkiem podobnych do tych, jakie nosiła panna Buchanan. Jej młodsza wersja podała rodzicom pudło, w którym coś zagrzechotało (Severus mógłby się założyć, że znajdował się tam cały zapas magicznych przyrządów), po czym dołączyła do koleżanek.
– Bello, może ty zaczniesz, dobrze? – poleciła jej matka, zaglądając do skrzynki i faktycznie wyciągając stamtąd więcej różdżek. W trakcie kolejnych ruchów jej sylwetka jakby się rozwarstwiała i sklejała na nowo. Ktoś brutalnie manipulował przy tym wspomnieniu, a jednak udało się je zachować. – Na trzy, moje drogie dziewczynki. Raz, dwa, trzy!
Młoda Bella Brae uniosła ładną i z pewnością legalnie pozyskaną różdżkę – odmienną od tej, która posługiwała się obecnie podczas lekcji w gabinecie Severusa.
– Accio! – zawołała, a wtedy z sekretarzyka zerwała się książka i miękko wylądowała w jej wyciągniętej dłoni.
– Accio! – powtórzyły chórem pozostałe dziewczęta, powtarzając ruch jej nadgarstka.
Po pomieszczeniu – ku ich wielkiej radości – zaczęły fruwać rozmaite przedmioty, zderzając się ze sobą, wpadając na ściany i spadając na podłogę. Tylko zadowolona z siebie brunetka poprawnie rzuciła zaklęcie i teraz ściskała w dłoni porcelanową figurkę pastereczki.
– Czarodziejki? – zapytała niepewnie Severus, bo jeśli nimi były, powinny znajdować się w szkole.
Panna Buchanan pokręciła głową.
– Mugolki. Moje szkolne koleżanki.
– Jak to możliwe?
Wpatrzona do tej pory w swoją młodszą wersję Bella Brae odwróciła się do niego z niespotykanie poważnym, wręcz ponurym wyrazem twarzy. Przygryzła wargę.
– Panno Buchanan? – ponaglił ją. – Chcę wiedzieć.
– Moi rodzice nie tylko badali zwyczaje mugoli, chociaż tym oczywiście również się zajmowali. Przy okazji – zaczęła opowiadać. – Tak naprawdę fascynowały ich naturalne źródła magii i sposób, w jaki budzi się u osób niepochodzących z czarodziejskich rodzin. Skąd się bierze? Dlaczego u niektórych się odzywa, a u innych nie? – Bella Brae wykręcała nerwowo palce, przyglądając się mugolskim dziewczynkom, które z energią i śmiechem wymachiwały różdżkami. – Dlaczego mugolskie kobiety teoretycznie pozbawione daru magii mogły w pewnych okolicznościach z powodzeniem rzucać nawet bardzo silne zaklęcia? Z pewnością pan to zna. Mówią o tym ludowe opowieści, ballady, mitologie… Podobne narracje wciąż pojawiają się w mugolskich gazetach.: „Pod wpływem adrenaliny pewna kobieta podniosła samochód, pod którym było uwięzione jej dziecko".
– Owszem, te sprawy są mi wiadome – potwierdził.
Bella Brae uśmiechnęła się do niego gorzko.
– Nie spodziewali się tego, na co trafili.
– Co ma pani na myśli, panno Buchanan?
– To wcale nie jest tak, że ludzie rodzą się z magią lub bez – powiedziała, a jej szare oczy rozbłysły fascynacją, którą od wielu lat musiała ukrywać przed całym światem. – Ona jest w każdym. Zawsze. Czy zostanie obudzona, to już zupełnie inna kwestia.
– Czyli w odpowiednich okolicznościach każdy mógłby…
– Nie „mógłby". Może. Bez trybu przypuszczającego – stwierdziła z przekonaniem. – To trochę tak, jak w przypadku uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Niekoniecznie są mniej zdolni, po prostu metodyka nauczania nie jest dostosowana do ich możliwości, a w takim wypadku należy zmienić podejście. Czy wiedział pan, że nasze różdżki są skalibrowane w bardzo konkretny sposób?
– Który oczywiście nie jest jedynym z możliwych?
– Naturalnie, że nie. W zasadzie stanowi najbardziej wykluczający, niesprawiedliwy wybór. Gdyby odrobinę zmienić parametry…
Severus usłyszał kolejny wybuch dziewczęcego śmiechu i zobaczył, jak z różdżki ciemnowłosej mugolki wytryska imponująca fontanna.
– Cathy wykazywała największy potencjał. – Bella Brae podążyła za jego wzrokiem. – Moja mama była zdumiona, że nie otrzymała listu z Hogwartu. Zdiagnozowała u niej jednak silne psychologiczne blokady, więc może to było przyczyną. Cathy nie wierzyła w takie głupoty, jak wróżki czy czary. Pochodziła z surowej, konserwatywnej rodziny.
– W jaki sposób dobierano dziewczynki?
– Dziewczynki i chłopców – poprawiła go panna Buchanan. – Wybór był losowy. Badania prowadzono w tajemnicy i nieoficjalnie. Wolna amerykanka, dlatego tak łatwo było je później skasować. Na samym początku musieliśmy czyścić pamięć uczestnikom, ale to pociągało za sobą zbyt niszczące skutki uboczne. Grupa fokusowa, którą widzi pan tutaj, jest przekonana, że testuje prototypowe zabawki. Ten pretekst sprawdzał się najlepiej, a rodzice otrzymywali drobne wynagrodzenie.
Gdy Bella Brae powiedziała ostatnie słowo, i tak poważnie naruszone wspomnienie zaczęło się rwać. Pojawiły się oślepiające błyski, a ściany mieszkania rozmywały się w kolorowe plamy. Nadal było słychać głosy, ale postacie znikały, stapiając się z tłem.
– Bello, wyprowadź koleżanki. – Severus usłyszał zaniepokojony głos pani Buchanan. – Musimy skończyć na dzisiaj… To chyba ktoś z ministerstwa – dodała ciszej w stronę męża. – Wydarzyło się coś złego.
Zimna dłoń Belli Brae zacisnęła się na jego rękawie. Spojrzał na jej bladą twarz, która teraz przypominała maskę.
– Zabrali nam tak wiele – powiedziała niewyraźnie, bo jej wargi drżały. – Dokumenty zniknęły, wspomnienia… Sam pan widzi, co z nimi zrobili. Ministerstwo zatarło wszelkie ślady, społeczeństwo czarodziejów nigdy nie zaakceptowałoby, że każdy… Nie byli na to gotowi. Może nigdy nie będą? Ale to nie jest najgorsze.
Była całkiem rozbita. Gdy odwróciła się do niego, zobaczył, że jej oczy są wilgotne. Automatycznie, niemal bez udziału woli, chwycił jej trzęsące się dłonie i ścisnął w swoich.
W tej samej chwili poczuli szarpnięcie, gdy nadwyrężone wspomnienie ostatecznie się urwało. Wylądowali z powrotem w gabinecie. Severus usadził Bellę Brae na krześle. Zapadła się w siedzenie i oparła ciężką głowę na dłoni.
– Co się stało? – zapytał.
Za pomocą zaklęcia podgrzał resztkę herbaty w imbryku i nalał do jej filiżanki. Sprawiała wrażenie, jakby bardziej potrzebowała Ognistej, ale nie miał odwagi zaproponować alkoholu – nie po ostatnich wypadkach.
– Wkrótce potem zostaliśmy wezwani do powrotu… I napadnięci po drodze do domu. Oczywiście nie przez przedstawicieli ministerstwa, to była ta druga opcja. Ledwo udało nam się ujść z życiem. Później, wbrew zaleceniom przełożonych, moja mama nadal utrzymywała kontakty po mugolskiej stronie. Właśnie w ten sposób dowiedziała się, że… – Głos na moment zawiódł Bellę Brae. – Wszystkie moje koleżanki nie żyją. Zginęła też większość mugoli, którzy kiedykolwiek z nami współpracowali. Byli systematycznie mordowani, sprawców nigdy nie odkryto.
„Sprawcy", skorygował Severus w myślach.
Miał na ten temat własną teorię, ale nie zamierzał się nią jeszcze z nikim dzielić. Przyglądał się w zamyśleniu pochlipującej przy jego biurku pannie Buchanan, symbolowi rewolucji, która mogła zmienić cały czarodziejski świat, i miał coraz gorsze przeczucia.
