witaj i żegnaj

Hux spędził lwią część dziewięćdziesięciu minut, próbując przekonać samego siebie, że cieszy się z powrotu do swojego biurka. Praca administracyjna potrafiła koić nerwy, kiedy wszystko szło tak, jak powinno. Miał do swojej dyspozycji kubek parującej herbaty i ciszę. Niecałe dwadzieścia cztery godzin temu został pouczony na temat związków międzyludzkich przez paskudnego kosmitę, doświadczył perfekcyjnie wykonanego obciągania, wrócił na planetę centralną dokładnie na czas, żeby rozkazać rozpoczęcie tortur dwóch ludzi, a następnie wezwał do siebie Dyrektora Spraw Wewnętrznych. Podczas gdy Hux niecierpliwie bębnił palcami o biurko, potencjalnych zdrajców odszukiwano i obezwładniano.

Był to, jeśli pominąć poranek, najbardziej przeciętny dzień, jaki przytrafił mu się od dłuższego czasu. Życie Huxa nigdy nie należało do zwyczajnych – aspirowanie do zostania Imperatorem nie stanowiło celu łatwego do osiągnięcia – ale obecność Rena w jego starannie uporządkowanych planach jak na jego gust popchnęła wszystko za bardzo w stronę mistycyzmu i konspiracji. Odczuwanie sympatii do osoby, z którą się sypiało, przypominało trochę przyprowadzenie rankora na spotkanie komitetu. Niestosowne i prawdopodobnie coś pójdzie nie tak; na przykład ugryzie cię w tyłek. Albo w szyję, albo w biodro, albo jakiekolwiek inne miejsce, jeśli o to poprosi, bo Ren był mu całkowicie oddany.

Hux rozważał właśnie zapalenie papierosa tylko po to, żeby urazić Dyrektora zapachem, kiedy ten upiór wszedł właśnie do jego biura we własnej osobie. Ira-Jann wyglądał, jak zwykle zresztą, na zdecydowanie za mało martwego.

– Proszę zająć miejsce, Dyrektorze – powiedział Hux. Przełknął odruchowy strach, jaki zaczął czuć w stosunku do niego w szkole; Ira-Jann znajdował się przed nim na jego własnych warunkach, nie krył się za holo.

– Zostało mi powiedziane, że to pilne. Nie odczuwam radości z tkwienia w korkach na drogach, żeby przybyć tutaj z drugiego końca miasta – odparł Dyrektor, siadając ze skrzyżowanymi nogami. Skóra Ira-Janna, tak cienka, że niemal półprzezroczysta, przypominała generałowi Snoke'a.

Osiągnięcie na tyle dużego ruchu, żeby pojawiały się korki, było czymś, nad czym stolica Miraxis wciąż pracowała, ale rzecz jasna Ira-Jann lubił udawać, że na ulicy da się zobaczyć więcej niż pięć śmigaczy na raz. Hux aktywował holokostkę Fairhand, ustawiwszy ją wcześniej tak, żeby pokazywała nagranie z jego własnego aresztu. Mógł wybrać czyjś inny, ale podobała mu się wizja zmuszenia Ira-Janna do obejrzenia, jak jego młodsza wersja pluje na ludzi.

– Skąd pochodzą te akta? – zapytał Ira-Jann. Wyglądał na zupełnie spokojnego, jeśli nie liczyć napięcia kryjącego się w ustach, które sugerowało rozczarowanie natury osobistej.

Hux złączył palce dłoni.

– Senator Ren odkupił holokostkę od łowcy nagród w Republic City. Tylko ty i Minister Fairhand mieliście dostęp do tych danych. Jeśli nie próbowałeś zarobić kilku dodatkowych republikańskich kredytów na boku, jedyną logiczną konkluzją wydaje się, że Fairhand zabrała kostkę ze sobą, zanim zbiegła na Hosnian Prime.

Ira-Jann zacisnął wargi.

– Czego chcesz?

– Oddziałów. Zaopatrzenia. I obu z tych rzeczy na korzystniejszych warunkach niż poprzednio, wliczając w to przedłużenie kontraktu na okres czterech lat. Mam już przygotowaną jego treść na datapadzie, potrzebuję tylko twojej sygnatury DNA.

– Wojna jeszcze nigdy nie rozwiązała ani jednego problemu społecznego, generale – oznajmił Ira-Jann monotonnym głosem, przyciskając kciuk do datapada, aby podpisać nową umowę. – Klęski głodu się zakończyły. Populacja się zwiększa. Jeśli nie brać pod uwagę wojska, ludzie w badaniach wykazują wyższy poziom szczęścia niż kiedykolwiek wcześniej. Mamy tutaj wszystko, czego potrzebujemy, a mimo to chcesz nas wciągnąć w kolejny konflikt zbrojny.

Hux musiał ponownie złożyć ręce na kolanach. Czuł, jak powoli spływa na niego wściekłość, i nie chciał, żeby Ira-Jann to dostrzegł.

– Jak zdefiniowałbyś „wszystko, czego potrzebujemy"? Bo obecnie znajdujemy się tak daleko od standardu życia na planetach Rdzenia, że gratulujemy sobie nawzajem z zaopatrzenia każdego obywatela w nowy zestaw ubrań raz na dwa lata. Połowa naszych wiadomości ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, więc zawsze wysyłamy każdą trzy razy.

– Wyolbrzymiasz. A światy Rdzenia stanowią pułapkę – odparł Ira-Jann. – Sam środek pajęczej sieci. Z bogactwem przychodzi też korupcja i niesnaski.

Dyrektor wykazywał szkaradną krótkowzroczność. W jego wizjach obywatele Najwyższego Porządku powinni chować się przed światem w norach i żywić się przetworzonym mchem.

– Dyktowanie działań Najwyższego Porządku nie należy do twoich zadań.

– Moje doświadczenia temu przeczą. Dzielimy się władzą, nieważne, jak bardzo ci się to nie podoba – powiedział Ira-Jann, biorąc holokostkę. – Dlaczego Kylo Ren ci to podarował? Ze względu na seks, a przynajmniej tak zakładam. Ostatecznie to w ten sposób udawało ci się posunąć karierę do przodu w przeszłości. Był ten mężczyzna z marynarki… Forla?

Gdyby Hux odpowiedział, Ira-Jann wiedziałby, że trafił we wrażliwe miejsce.

– To, co obecnie istotne, Dyrektorze, to fakt, że twoja protegowana cię zdradziła. Twoja wizja nie potrafi zainspirować do dochowania lojalności. Moja tak. Być może Fairhand nienawidziła cię przez cały ten czas.

Przez chwilę Ira-Jann wyglądał, jakby zraniła go ta uwaga. A potem jego wyraz twarzy rozpogodził się w zwyczajną dla niego maskę.

– Zajmę się dzisiaj znalezieniem jej zastępstwa. Czy masz coś jeszcze do omówienia? Jestem bardzo zajętym człowiekiem.

– Nie. Chcę, żebyś sobie poszedł.

Po tym, jak Ira-Jann wyszedł i zamknął za sobą drzwi, Hux pozwolił sobie na odetchnięcie. Nalał sowitą ilość whisky do swojej herbaty i zamierzał nagrodzić samego siebie za niewybuchnięcie wściekłością poprzez spędzenie reszty dnia w stanie nietrzeźwości. Gdyby cokolwiek rzeczywiście wymagało jego uwagi, w szufladzie biurka nadal miał kilka tabletek ze stymem. Wszystko znajdowało się w tak zaawansowanej fazie przygotowań, od Starkillera po szturmowców, że nie pozostawało mu do zrobienia właściwie nic. Wszystko, co zostało do zrobienia, to rozpoczęcie wojny.

Hux obudził się o piątej nad ranem, zaniepokojony i spocony. Czasami klimatyzacja wyłączała się w nocy, wystawiając generała na łaskę charakterystycznej dla lata duchoty Miraxis. Zanim pracownik techniczny przyjdzie się tym zająć, minie kilka godzin, bo żaden cywil nie odbierze komlinka przed pierwszymi syrenami. A Hux miał w skrzynce jakąś nową wiadomość. Zdrajcy zostali pojmani, a ich przesłuchania rozpoczęte. Tortury nie trzymały się godzin biznesowych.

Była to wstrętna praca. Większość środków używanych przez imperialne droidy do przesłuchań składała się ze związków chemicznych, których nikt nie umiał już otrzymać albo których synteza okazała się zbyt nieefektywna kosztowo. Podejście Najwyższego Porządku było o wiele bardziej bezpośrednie. Hux zapamiętał kroki: prowadzący przesłuchania zaczynali od odwodnienia, stresu środowiskowego i pozbawienia snu. Jeśli to nie złamało podmiotu, to przesłuchanie stawało się bardziej fizyczne. Paznokcie. Zęby. Zawsze tylko jedno oko. Celem było przedłużenie tortur tak długo, jak to tylko możliwe, zanim zadano nieodwracalne obrażenia, jako że podmiot musiał mieć przynajmniej jakieś złudzenia o możliwości powrotu do swojego dawnego życia.

Naprawienie urządzenia do klimatyzacji stanowiłoby dobry sposób na odwrócenie uwagi. Założył dawne ubrania do ćwiczeń, jeszcze z czasów pobytu w Akademii, które wciąż na niego pasowały, bo tak jak wtedy, tak i teraz omijał szerokim łukiem wszelkie rodzaje ćwiczeń sportowych. Niechodzenie na nieistotne lekcje stanowiło wśród kadetów dziedzictwa prestiżową grę, którą Hux całkiem kreatywnie wygrał. Kiedy już uda mu się zdjąć klimatyzator ze ściany, rozgryzienie tego, jak działa, z całą pewnością zajmie najwyżej chwilę. Nie widział nigdzie zaworu do szybkiego opuszczenia tej kupy złomu, nie było też śladów lutowania ani śrub.

Hux zorientował się, że być może nie znajduje się w odpowiednim nastroju do naprawiania rzeczy, kiedy jego próba szybkiego zdjęcia klimatyzatora skończyła się na wygięciu plastali w kilku miejscach. Substancja chłodząca zaczęła kapać na podłogę, a jego domowy system bezpieczeństwa grzecznie ostrzegał go o wycieku toksycznego, ale niezagrażającego życiu gazu. Powód zepsucia się maszyny stał się natychmiast jasny: szczur dostał się do środka i umarł. Jego matka odczytałaby to jako zły znak. Hux widział w tym znak, że niechybnie powinien założyć parę rękawiczek i wrzucić zwłoki do spalacza, a potem odpowiednio się ubrać i wyjść do biura wcześnie.

Kseno siła robocza w ogrodzie rzuciła zaciekawione spojrzenie jego śmigaczowi, kiedy przelatywał koło niego. Po spędzeniu takiej ilości czasu na planecie wyposażonej w szereg różnych zapachów (wliczając w to zaskakujące zwłoki zamknięte w małych przestrzeniach), Hux zaczynał tęsknić za powietrzem na statku gwiezdnym, wiecznie pachnącym elektrycznością. Powietrze na bazie Starkillera było nawet lepsze: nieskazitelnie czyste, a jednak przesycone obecnością wypełnionych energią kryształów kyber, które ją zasilały.

Jedyną osobą, jaka zjawiła się w budynku przed nim, była strażnik ze zmiany nocnej. Skanowała niezgrabnie wyglądający komlink.

– Panie generale – powiedziała, zrywając się na nogi, żeby mu zasalutować – jakiś cywilniak zostawił to dla pana. To nie bomba, ale cholernie dziwnie wyglądający sprzęt. Jedyna wiadomość, jaka została z tym dostarczona, to, że służy do „myślenia inaczej".

Po spotkaniu ze Snokiem Ren zachowywał się zupełnie inaczej niż zazwyczaj, niepewnie i gorączkowo. Chociaż Hux z całą pewnością zabezpieczył sobie znaczną część jego lojalności, wciąż musiał zachować ostrożność w tym, jak planował pozbyć się tamtego kosmity. Wziął komlink od strażnik i zamknął za sobą drzwi biura, zanim włączył w urządzeniu opcję odbierania. Niemal natychmiast nadeszła prośba o połączenie na żywo. Technicy od sprzętu w Republice byli zdecydowanie za sprytni.

– Przy komie – powiedział Hux. Gdzie w ogóle podziewał się Ren, jeśli był na tyle blisko, żeby móc połączyć się z nim przez kom? W odpowiedzi usłyszał głównie zakłócenia, chociaż był w stanie rozpoznać między nimi głos senatora. – Słyszysz mnie w ogóle? Po mojej stronie brzmi koszmarnie. – Jeszcze więcej zakłóceń, które wypaczyły to, co Ren mówił. Irytacja Huxa narastała. – Nie mam za wiele czasu, żeby walczyć z tą machinerią.

Wreszcie usłyszał kilka słów od Rena, o tym, że udało mu się ująć Fairhand i że przekaże mu więcej informacji wkrótce.

– Gdzie się znajdujesz? – zapytał Hux, obserwując, jak dioda przy napisie „odbieranie" zapala się i gaśnie, sygnalizując, że urządzenie znajduje się w zasięgu odbioru, ale jednocześnie poza nim. – Przekaż mi je tak szybko, jak to możliwe. Cholerny sygnał słabnie dalej. Zaraz czegoś spróbuję.

Hux przywalił w sam środek komlinka. Przez chwilę, zbyt krótką chwilę, widział Rena, zmęczonego i pełnego skruchy, zanim sygnał ograniczył się ponownie wyłącznie do audio. Ale przynajmniej teraz rozumiał część z tego, co senator mówił.

– Czy atakujecie obecnie jakąś planetę… o sektor 39? – zapytał Ren.

Ten teren znajdował się całkowicie poza zasięgiem operacji Najwyższego Porządku. Kilku ze starych Imperialistów odmówiło dołączenia do Porządku i działało na własną rękę, ale ich statki miały wyłącznie szkieletową załogę i od dekad nie pojawiły się o nich żadne doniesienia.

– Nie. Ktoś zgłosił obecność Gwiezdnego Niszczyciela?

– Razem z kilkoma szwadronami TIE. Czasami z machinami naziemnymi.

Była tylko jedna osoba, która mogłaby zgromadzić tyle sprzętu i skierować go do Sektora 39. Hux do tej pory podejrzewał, że Vale Forla zdążył się już poddać i osiąść na jakiejś planecie, żeby umrzeć z rozczarowania.

– Najwyraźniej ten diabeł wrócił. Zgaduję, że to statek kapitana Forli. Jest zdrajcą.

– W takim razie nie będzie ci przeszkadzać… lokalizację Ruchowi Oporu?

Vale stanowił kolejną zmienną, której Hux nie chciał w ich obecnej sytuacji.

– Przeszkadzać? Ulży mi. – Pasek odbierania na komie zamigotał. Ren prawdopodobnie nie usłyszał ani słowa z jego odpowiedzi. – Niech piekło pochłonie tę pieprzoną maszynę za brak współpracy – mruknął. – Tak, rzuć Forlę Organie na pożarcie. Ale muszę kończyć.

Hux wyłączył komlink, czując się niewytłumaczalnie dotknięty. Napisał Renowi stosowną wiadomość tekstową, wypisując szczegółowo przestarzałe manewry, jakich Vale mógł użyć. Przypomnienie o nim było jak znalezienie na ciele nieoczekiwanej, na poły zagojonej rany. Vale zbiegł sześć lat temu; generał pozbył się wspomnień o nim ze swojego mózgu. To, co dla młodszego Huxa było niewybaczalną, niezrozumiałą zdradą, przeminęło i wyblakło do zaledwie żalu.

Spotkali się po raz pierwszy w barze dla oficerów na planecie granicznej, Vale miał krew pod paznokciami. Hux zauważył to, kiedy pochylił się do przodu, pozwalając mu zapalić swojego papierosa. Zapytał Vale'a, czy ma zapalniczkę, bo podobało mu się, jak wyglądał, wysoki i pewien siebie, z włosami przyciętymi niemal na tyle krótko, że zgodnie z regulaminem.

– Major Hux – powiedział mężczyzna, a jego spojrzenie opadło na chwilę do opaski na jego mundurze. – Zdecydowanie zastanawiam się, co sprowadza cię tak daleko. – Brzmiał, jakby dopiero kilka dni temu wrócił z Coruscantu; akcent miał tak perfekcyjny, że Hux z miejsca założył, że musi być wyuczony. Biorąc pod uwagę to oraz brak emblematu ze stopniem na mundurze o kroju charakterystycznym dla marynarki wojennej, Vale musiał służyć w wywiadzie albo jakimś jeszcze gorszym miejscu.

– Skąd wiesz, kim jestem? – zapytał Hux.

– Pracowałem trochę dla twojego ojca. Przy niczym, co trafiłoby do szerszej informacji publicznej, więc wybaczę ci to, że mnie nie rozpoznałeś. Nazywam się Vale Forla.

To nazwisko nie mówiło Huxowi nic.

– Nie wyglądasz na kogoś w odpowiednim wieku, żeby mu służyć.

– Nie jesteś w odpowiednim wieku, żeby dosłużyć się rangi majora, a jednak ją zdobyłeś. Admirał Sloane lubiła nazywać nas głodnym pokoleniem, pożerającym wszystkie wakaty pozostawione przez wojnę domową. Ale nie tylko z tego względu, nie zapominajmy, ilu z nas zmarło nagle w czasach klęsk głodu.

Vale znakomicie radził sobie w unikaniu udzielenia odpowiedzi na pytania Huxa w sposób, przez który wydawało się, że na nie odpowiedział. Zwracał się do niego, używając pierwszego imienia; upierał się, że Najwyższy Porządek sam sobie szkodzi, uparcie trzymając się formalności. Dopiero po kilku drinkach Huxowi udało się wydobyć z Vale'a informację o jego stopniu – komandor porucznik – i koniec końców poszedł z nim do jego pokoju hotelowego. Vale wciąż miał krew pod paznokciami, kiedy uprawiali seks. Hux, zbyt zmęczony i pijany, żeby wrócić na piechotę do swojego pokoju, zasnął w jego łóżku.

Następnego dnia dowiedział się, że porucznik marynarki podejrzewany o łapówkarstwo został uduszony w toalecie baru, w którym pili. Vale w najwyższym spokoju pozostał w barze całe godziny już po; morderstwo stanowiło jedną z wielu rzeczy, jakie robił bezceremonialnie. Tak rozpoczęła się ich znajomość. Przez pierwsze kilka miesięcy była wyłącznie korzystna. Hux nauczył się wiele o mokrej robocie, jaka miała miejsce za kulisami, kiedy zbyt pochłaniała go logistyka programu szkoleniowego dla szturmowców, a Vale lubił przechwalać się swoimi dokonaniami tylko odrobinę mniej, niż lubił jego koneksje w armii. Hux przywykł do tego, jak obecność Forli wszystko ułatwiała; nawet źle sypiał, kiedy za długo go przy nim nie było, bo Vale ciągle wpraszał się do jego kwatery. Ich rywale umierali w tajemniczych okolicznościach bądź dostawali transfery w tempie, jakie powinno zostać zauważone i zakwestionowane, ale wojsko nie miało jeszcze jednoczącego celu w postaci wygrania wojny i poszczególne jednostki nie zostały jeszcze ze sobą połączone.

To, że ktoś taki jak Vale stanie się zbyt pewny siebie, było nieuniknione. Ciągła praca poza zakresem zwykłych regulacji uczyniła go niecierpliwym, niezdolnym do zobaczenia dalekosiężnych skutków swoich działań. Początek końca wydarzył się na przyjęciu wydanym przez Carise Sindian. Pani Carise, jak naciskała, by się do niej zwracano, raczyła wszystkich opowieścią o tym, jak pobiła senator Organę poprzez ujawnienie, że jest ona córką Dartha Vadera. Vader nie interesował Huxa zbyt żywo; nie wierzył raczej w moce Sithów w tamtym czasie. Panował nastrój pełen triumfu, zupełnie jakby Republika miała niedługo przybiec z płaczem w Nieznane Rejony i błagać o przejęcie przez nich przywództwa. Irytacja Vale'a była czymś do przewidzenia, ale napad wściekłości, przez który wyszedł gniewnie do ogrodu, już nie. Zażenowany tym Hux przeprosił za niego, po czym poszedł go szukać.

– Mam dosyć tego zgromadzenia idiotów – oznajmił Vale, chodząc po ogrodzie gorączkowym krokiem. – Gnidy, wszyscy co do jednego. Mężczyźni tacy jak my nie powinni zadowalać się gruzami czyjegoś imperium.

– Co niby proponujesz, założyć nowe?

– A nie dalibyśmy rady? Galaktyka stoi przed nami otworem. – Rozłożył ramiona szeroko, po czym wskazał na gwiazdy, jakby rzeczywiście kryło się w nich coś obiecującego. – Najwyższy Porządek nie chce ludzi takich jak my. Nienawidzi nas. Wydaje ci się, że wszystkie te lata prania mózgów znikną, jeśli nałożysz sobie koronę na głowę? Albo jeśli zabijemy Dyrektora? Prędzej pozwolę im narozmnażać się, aż zapomną, kim są, niż złamię sobie kark, próbując pomóc im wstać z błota, w którym się tarzają.

– Może cię to zaskoczyć, ale żaden z moich planów dotyczących przyszłości Najwyższego Porządku nie zawiera w sobie punktu, w którym przedstawiam cię wszystkim jako mojego chłopaka – warknął Hux.

Vale wykrzywił się, zaciskając pięści, a potem otwierając dłonie. Przez chwilę Hux był pewien, że go uderzy. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

– Nie wiem, dlaczego tracę na ciebie czas – powiedział tylko i odszedł, odmawiając Huxowi kłótni, której ten pragnął. Zaledwie kilka godzin później Vale wczołgał się z powrotem do jego łóżka, mamrocząc przeprosiny, w których za nic nie przepraszał, ale mówił, że są wszystkim, co mają. Jego oddech pachniał alkoholem.

Hux rzadziej go później widywał. Nie został zastąpiony kimś innym ani porzucony; Vale był po prostu zajęty czymś innym, czym nie raczył się podzielić, co wywołało u Huxa podejrzliwość. Każde działanie pozostawiało po sobie jakiś ślad pod postacią ludzi lub danych. Umieszczenie nadajników w ubraniach Forli było nawet łatwiejsze niż przeszukanie jego datapada. Jedno i drugie stanowiło zdradę zaufania, ale Vale zasłużył sobie na nią, trzymając rzeczy w tajemnicy.

Kiedy Hux dodał do siebie pozornie niepowiązane działania Vale'a, korzystanie z każdej przysługi, jaką ludzie byli mu winni, i każdego strzępka materiałów do szantażu, jakie zgromadził w czasie swojej kariery, aż wzdrygnął się, widząc rezultat. Forla zamierzał ukraść Gwiezdnego Niszczyciela i odniósłby w tej kwestii sukces. Wymyślił ściśle tajną symulację walki, na którą zaprosił tylko ludzi, którzy z tej czy innej racji mieli powód nienawidzić Najwyższego Porządku. Kilku z nich prawdopodobnie będzie rozważać bunt na pokładzie, kiedy już zorientują się, do czego Vale ich zmusił, ale do tego czasu jego pomysł zyskałby zbyt wiele rozpędu. Wszyscy co do jednego zdążą zostać naznaczeni jako zdrajcy wobec Najwyższego Porządku.

Powinien bezzwłocznie zgłosić zamiary Vale'a. Zaledwie godzina pozostała do rozpoczęcia „symulacji". Zamiast tego Hux postanowił spróbować go powstrzymać. Wydawało mu się, że mógł jakoś przekonać Forlę, żeby zarzucił te plany, użyć argumentów bazujących na emocjach przeciw jego ambicji. Wiedział, jaką drogę Vale wybierze, żeby dotrzeć do Gwiezdnego Niszczyciela: tę pośród wijących się korytarzy, gdzie prawdopodobnie nikt nie będzie go szukał.

Znalazł go samego, akurat gdy zatrzymał się w jakimś ciemnym kącie, żeby wysłać do kogoś wiadomość przez swój komlink. Vale obrócił się, słysząc kroki Huxa, a na jego twarzy malowało się zrozumienie.

– Długo ci to zajęło – stwierdził, a jego usta rozciągnęły się w uśmiechu na pokaz. – Dołącz do mnie. Nie chcę, żeby mogli cię dalej wykorzystywać.

– Gdyby ci naprawdę zależało – odparł Hux – nie utrzymywałbyś tego wszystkiego w tajemnicy.

– Bo próbowałbyś mnie powstrzymać! – Vale poruszył się za szybko dla Huxa, przyszpilając go do ściany i przystawiając mu blaster do czoła. Bezpiecznik kliknął, przesunięty kciukiem na pozycję „wyłącz". Hux mógł próbować się wydostać z tego uchwytu, ale wiedział, że przegrałby. – Powiedz mi, że to nieprawda, a padnę przed tobą na kolana i będę błagał o wybaczenie. Powinieneś teraz skłamać. Jedyne rozwiązanie, które zagwarantuje mi, że nie doniesiesz na mnie ani nie zniszczysz wszystkich moich planów, to cię zabić.

Serce Huxa biło bezsensownie gniewnie. W jego umyśle pozostała tylko jedna myśl: jeśli Vale go teraz zastrzeli, zasługiwał na to ze względu na swoją głupotę. Nie mógł zmusić się do kłamstwa; resztką dumy, jaka pozostała mu w tej konfrontacji, było to, że nie błagał też o życie.

– Myślisz, że to właśnie bym zrobił?

– Tak.

Hux patrzył, jak Vale siłuje się z własnym sumieniem. Biorąc pod uwagę, że na samym początku pociągał Huxa ze względu na jego brak, teraz naprawdę czekał już tylko na śmierć. Ale Vale opuścił blaster.

– Mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz się na moim miejscu – powiedział, cofając się. – Że będziesz trzymał czyjeś życie w swoich rękach i będzie w tobie zbyt wiele sentymentalnych uczuć, żeby nacisnąć na spust. Do widzenia, Armitage. Będę za tobą tęsknił. Jeśli mi na to pozwolisz.

Wartości Gwiezdnych Niszczycieli nie dało się przecenić. Reprezentowały sobą lata poświęcone na gromadzenie surowców, a ich załogi liczyły tysiące ludzi. Pozwolenie Vale'owi na kradzież jednego z nich stanowiło najwyższy wyraz sabotażu samego siebie i potencjalnie mogło zakończyć jego karierę, biorąc pod uwagę to, jak blisko byli związani. Hux wciąż nie wiedział, dlaczego nigdy nie doniósł na Forlę. Wspólna, dzielona przez nich wściekłość na wskazanych przez Vale'a „ich", cywili, którzy łykali bezkrytycznie programy Dyrektora. Być może Hux po prostu chciał pokazać Forli, że się mylił, nieważne, ile by to go nie kosztowało. Postępowanie wprost przeciwnie do tego, co było od niego oczekiwane, wyznaczyło tok większości życia Huxa.

Po dezercji Vale'a Hux został poddany przesłuchaniu. Zrozumiał, że to nie tortury, kiedy nie skuli mu rąk, ale jeden z pracowników podwinął mu rękaw munduru i wstrzyknął mu coś. Coś, co miało obniżyć jego zahamowania. Forla wyznał mu kiedyś, że najlepszym sposobem na oparcie się metodom przesłuchiwania było policzenie do trzydziestu, zanim zacznie się cokolwiek mówić.

– Pamiętaj, że możesz kontrolować każdą sytuację – oznajmił wtedy.

Hux nie potrafił sobie przypomnieć niczego z samego przesłuchania, tylko liczenie. Po wszystkim Sere pojawił się, żeby go zabrać, zupełnie jak osiem lat wcześniej. Przynajmniej tym razem Huxowi nie kapała krew z nosa.

W głowie wciąż kręciło mu się od zastrzyku, kiedy oparł się na siedzeniu śmigacza. Patrząc, jak światła miasta powoli zostają wyłączane, Hux czuł, jak zmienia się w kogoś innego, lepszego w robieniu tego, co musi zostać zrobione. To uczucie przypominało mu trochę śmierć.

Poczucie, że wszystko znajduje się na właściwym miejscu, powróciło do Huxa, kiedy zajął swoje miejsce na mostku Finalizera. Na statku to on stanowił najwyższy autorytet. Zakwestionowanie choćby jednego jego rozkazu równało się z oddaniem się pod sąd wojskowy, o wiele skuteczniejszy niż gromada rywalizujących ze sobą despotów na jakiejkolwiek planecie. Konieczne było, aby Finalizer pokazał się w światach przygranicznych, żeby przypomnieć lokalnym nacjom, że wojska Najwyższego Porządku dysponowały potęgą starego Imperium, mając przy okazji na swoim koncie mniej niepowodzeń. Inspekcje baz należało przeprowadzić osobiście. Hux musiał nadgonić zaległości z tuzinów różnych obowiązków, jakie zaniedbał w trakcie swoich niedawnych nieobecności.

Ale był zaabsorbowany czymś innym. Nadajnik, który zostawił na statku Snoke'a, przesyłał mu informacje o obecnym miejscu pobytu stwora. Snoke niemal się nie przemieszczał; jego statek poruszał się po orbitach niezamieszkanych światów w Środkowych Rubieżach, zmieniając co kilka dni planetę. Posiadanie informacji na temat tego, gdzie ten stwór się znajdował, ale konieczność czekania na odpowiedni moment, aby go wyeliminować, było męczące. Jeśli chodziło o sektor 39, nie dało się uzasadnić wysłania do niego jednostki zwiadowczej, żeby na własne oczy przekonała się, czy Ruch Oporu zniszczył skradzionego przez Vale'a Gwiezdnego Niszczyciela, więc wciąż wracał myślami do tej potencjalnie niezakończonej sprawy. Gdyby okazało się, że głupota jego młodości wreszcie jakoś się opłaciła, wzmacniając wiarygodność Rena u Organy, byłaby to wspaniała wiadomość.

Codziennie dostawał raport na temat postępów w przesłuchaniach. Hazardzista przyznał się do sprzedania Organie informacji trzeciego dnia, ale przerwanie całej akcji w tym punkcie było zbyt ryzykowne. Na pewno miał więcej informacji, które przydałyby się Huxowi, więc przesłuchanie trwało dalej. Drugi potencjalny zdrajca, kobieta z piątką dzieci, niemal na pewno był niewinny. Kiedy przesłuchania dotarły do finalnych faz tortur, Hux zaczął czytać raporty z poranną filiżanką kawy, przeklinając swój wrażliwy żołądek. Współczucie i przewrażliwienie na punkcie cierpienia innych ludzi były tak samo pozbawione sensu.

Statystycznie rzecz biorąc, wszystkie informacje, jakie dało się wydostać z przesłuchiwanego, padały w ciągu pierwszych sześciu dni. Hux zamykał właśnie szósty raport, kiedy kom od Rena wydał z siebie sygnał oznaczający nadchodzącą wiadomość. Była to jedna z tych nagranych wcześniej, co Hux stwierdził z mieszaniną ulgi i zawodu. Jako że znajdował się w prywatności swojej kabiny, włączył odtwarzanie.

Na nagraniu widać było Fairhand od pasa w górę. Wyglądała zupełnie inaczej niż kobieta, której pozycję Hux próbował osłabić latami za wszelką cenę; włosy opadały jej na ramiona, ale kilka długich chwil zajęło mu zorientowanie się, że tą zdumiewającą zmianę w wyglądzie stanowiła jej klatka piersiowa, obecnie zupełnie płaska.

Hux mógł zrobić dla niego tak wiele, ale Fairhand nigdy nie poruszył nawet tematu. Wojsko zajęłoby się nim jak każdym innym, kogo potępiał program Rodziny Najpierw. Istniały sposoby, aby zmienić oznaczenie płci w dokumentach, jeśli ktoś służył odpowiednio długo. Nawet operacje i hormony nie znajdowały się poza zasięgiem możliwości. Fairhand o tym wiedział. Bez wątpienia o tym wiedział.

– Generale. Nienawidziłeś mnie przez lata, a teraz znajduję się na łasce twojego szalonego Jedi – oznajmił Fairhand. – Pomógł mi stać się obywatelem Republiki. To coś, co może mi odebrać w bardzo łatwy sposób. Wydaje mi się, że wyczuwałeś, że jestem do ciebie podobny, nawet jeśli nigdy nie wyraziłeś tego na głos.

Oczywiście, że Hux miał swoje podejrzenia. Fairhand nigdy nie zachowywał się nieswojo w jego towarzystwie, w przeciwieństwie do bardzo wielu cywilów, chociaż on akurat miał więcej informacji na temat „skłonności" Huxa niż ktokolwiek inny. Kiedy generał rozważał wcześniejsze zachowanie Fairhanda z tymi nowymi informacjami, czuł przede wszystkim wściekłość. Fairhand był zdrajcą nie tylko wobec Porządku, ale także wobec podobnych sobie.

Zupełnie jakby ten wiedział, że Hux będzie bliski apopleksji, umilkł na chwilę, zanim kontynuował swoją wypowiedź.

– Miałem osiem lat, kiedy powstała Rodzina Najpierw. Powiedziałem już rodzicom, że jestem chłopcem i byłem w drodze do urzędu, żeby skorygować moją płeć w dokumentach. Byłem tak podekscytowany, że w ogóle nie usłyszałem obwieszczeń nadawanych przez głośniki. Moja matka dowiedziała się o wszystkim szybciej niż ktokolwiek inny, bo pracowała w szkolnym biurze transmisji. Udała, że nagle się rozchorowała, i pobiegła po mnie. Podniosła mnie z podłogi i zaczęła płakać. Powiedziała mi, że muszę udawać, że jestem dziewczynką albo już nigdy nie będę bezpieczny.

Współpracowałem z Dyrektorem, żeby móc pomóc chronić ludzi takich jak my. Stawiałeś opór, a teraz próbujesz skończyć z całym tym systemem. Nie wiem, czy którykolwiek z nas jest odważny albo czy w ogóle ma rację, postępując według własnego przekonania. Nie możemy zrobić krótkiej analizy za i przeciw, zestawić ludzi, których ocaliliśmy, z tymi, których poświęciliśmy.

Fairhand zaczął wycierać oczy, próbując uspokoić emocje, zanim zdecydował się mówić dalej.

– Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz. Ale są rzeczy związane z Rodziną Najpierw, które powinieneś wiedzieć.

Zanim Imperium upadło, Dyrektor był aktuariuszem. Większość z jego pracy wiązała się z odpowiadaniem na pytania, czy używanie importowanej z innego systemu niewolniczej siły roboczej jest bardziej efektywne kosztowo niż płacenie zdesperowanym lokalnym mieszkańcom, czy też nie. Na krótko przed wojną Ira-Jann odwiedził świat zamieszkały przez świadome stworzenia o pięciu różnych płciach, zależnych od cech fizycznych i fazy księżyca. Istniały sztywne zasady na temat tego, jak przedstawiciele tych płci mogli się ze sobą komunikować i kiedy. Zalążek Rodziny Najpierw powstał, kiedy Ira-Jann wyjrzał przez okno i zobaczył, jak część kosmitów zabija jednego z nich poprzez ukamienowanie na publicznym placu, bo zrobiło coś w trakcie rosnącego księżyca, nie malejącego. Ira-Jann był zafascynowany ideą kultury, której członkowie mogą zabić za definicję płci, którą sami stworzyli.

Statystyki były dla niego zawsze najważniejsze, razem z tym, jak można nimi manipulować na swoją korzyść. Żeby zmaksymalizować lub zminimalizować efektywność. Obaj wiemy, jak ciężko było wszystkim, kiedy Najwyższy Porządek zaczął kolonizować Niezbadane Rejony. Mieliśmy nawet mniejszy dostęp do zasobów niż obecnie, a wojsko miało do nich priorytetowy dostęp. Koniec końców spowodowało to znaczącą liczbowo zmianę w strukturze wojska. Jeśli osoba trans chciała mieć stały dostęp do hormonów, wstępowała do wojska. Rekombinacja genowa dla par jednopłciowych, które chciały mieć dzieci, znajdowała się poza zasięgiem cywili, ale nie oficerów.

Różnica demograficzna była początkowo relatywnie mała. Ira-Jann pielęgnował ją, dbał, aby się zwiększała. – Z każdym kolejnym słowem Fairhanda Hux czuł, jak żołądek zaciska mu się coraz bardziej. – W ten sposób ostatecznie poza sposobem myślenia znalazło się coś, dzięki czemu można było oddzielić cywili od wojskowych. Dyrektor nie wierzył nigdy w ani jedno słowo na temat wartości rodzinnych, patriotyzmu czy poświęcenia. Wszystko, co musieliśmy ścierpieć, szczególnie to, jak inni na nas patrzą, jakbyśmy byli podludźmi, jakbyśmy na własne życzenie to wybrali, to wszystko z powodu statystyk. Oszacował, jak zmusić nas do bezradności, żeby mógł przejąć władzę.

O większości życia Huxa zadecydował punkt danych. Niemal się roześmiał.

– Rodzina Najpierw sama w sobie by nie wystarczyła. – Głos Fairhanda był pozbawiony emocji. Wiedział o tym już od bardzo dawna. – Musiał pojawić się ten pierwszy kamyk, który spowoduje lawinę, coś, co podzieli ludzi i sprawi, że zaczną się bać własnego cienia. Więc Dyrektor sfabrykował klęski głodu. Było to proste do zrobienia: wystarczyło tylko zmienić odpowiednie sekcje danych i nagle składy żywności stały się „puste". Jedzenie gniło, podczas gdy miliony ludzi umierały z głodu. Dyrektor zgarnął pochwały za nakarmienie głodnych, kiedy to on sam wywołał głód. Potem ludzie oddali całą władzę w jego ręce.

Dźwięki holonagrania zlały się w jego uszach w jeden przeciągły biały szum, zupełnie jakby ktoś strzelił z blastera tuż obok jego bębenków. Cywile wycierpieli najwięcej; wojsko miało własny system zaopatrzenia. Dlatego Hux pojawiał się w szkole syty, kiedy stołówka świeciła pustkami, a dzieci w jego klasie dosłownie umierały przy swoich biurkach. Próbował wyobrazić sobie ogrom narcyzmu Ira-Janna, który nakazał mu zabić miliony, żeby móc później zmienić ocalałe niedobitki w walczące ze sobą frakcje.

Huxowi akurat udało się dotoczyć do łazienki, zanim zwymiotował. Co za marnotrawstwo jedzenia. Głos Rena dobiegł z koma, zdając sprawozdanie ze zwycięstwa Ruchu Oporu w starciu z Gwiezdnym Niszczycielem. Znaleziono zaledwie kilka osób, które przeżyły walkę, i udało się potwierdzić śmierć kapitana statku. Hux nie potrafił się zmusić do tego, żeby się tym przejąć. Zostało mu akurat tyle przytomności umysłu, żeby poinformować, że nie stawi się na swoją zmianę na mostku, po czym pozwolił swojej głowie opaść bezwładnie na chłodną podłogę z durastali.

Może Vale byłby nieco bardziej cierpliwy, gdyby tylko wiedział, że Rodzina Naprzód to czysta fikcja.

Ponowne oszacowanie sytuacji w odpowiedni sposób zajęło Huxowi kilka godzin. Odkładając na bok osobiste uczucia, można było dojść do wniosku, że hipokryzja Ira-Janna miała rozległe praktyczne zastosowania. Fairhand właśnie potencjalnie dostarczył lojalność cywili Najwyższego Porządku wprost w ręce Huxa, co niemal wynagradzało jego zdradę i kłamstwa. Ale należało najpierw zebrać dowody, pokazujące rolę, jaką Dyrektor odegrał w klęskach głodu. Prawda nie mogła zostać ujawniona, póki nie nadszedł idealny moment i właściwe środki ku temu.

Hux wciąż czuł się tak wściekły, że miał wrażenie, że to uczucie zmieniło się w namacalną obecność; coś ciężkiego, co siedziało na nim i czego nie mógł się pozbyć. Jakimś cudem będzie musiał nadal spoglądać Ira-Jannowi prosto w twarz, nienawidząc go tylko w zwykłym dla siebie stopniu. Zaczynał powoli odzyskiwać chwiejne panowanie nad sobą, kiedy ten cholerny komlink pokazał kolejną nadchodzącą wiadomość.

Ta pochodziła z innego źródła niż poprzednie. Pierwsza pesymistyczna myśl, jaka pojawiła się w głowie Huxa, to ta, że komuś udało się namierzyć komlink Rena, choć równie prawdopodobne było, że Fairhand po prostu przypomniał sobie jakiś kolejny, jeszcze bardziej druzgoczący detal na temat Dyrektora. Krzywiąc się na zapas, generał ponownie włączył swoje urządzenie.

Na statku Snoke'a było tak ciemno, że Hux praktycznie nie był w stanie dojrzeć niczego poza bladą twarzą Rena i rękami kosmity.

– Jesteś instrumentem, Kylo Renie – powiedział Snoke cicho – i to takim, jakiego galaktyka jeszcze nie widziała. I to ja się tobą posługuję, nie Armitage Hux.

Potem było już tylko gorzej. Najtrudniejszy do zniesienia okazał się moment, w którym Ren zakrył usta dłonią, żeby ukryć nierówny, histeryczny odgłos swojego oddechu. Wszystko, co nastąpiło później, stanowiło automatyczną, uwarunkowaną odpowiedź. Hux wiedział, jak wygląda ktoś, kto poddał swoją wolną wolę: jego ojciec doprowadził do perfekcji otrzymywanie takiego wyrazu twarzy w swoich szturmowcach.

Kylo Ren ofiarowałby mi wszystko włącznie z twoim życiem.

Co Hux zgodnie z planami Snoke'a miał niby wywnioskować z tego holonagrania? Powinien ujrzeć Rena jako skalaną własność? Rodzącego się zdrajcę? Nic z tego, co zrobił Ren, nie było zrobione z przyzwoleniem. Szpony Snoke'a wbijały się głęboko w jego umysł, a jednak psychika senatora powoli się od nich uwalniała na ich oczach. I Ren rozpaczliwie pragnął prędzej roztrzaskać ją na kawałeczki niż wypełnić rozkazy Snoke'a.

Ufam, że zareagujesz na nią z całym profesjonalizmem, jaki przystoi.

Nadajnik spełnił swoją rolę idealnie. Hux dotarł na statek Snoke'a zaledwie kilka godzin po otrzymaniu wiadomości. Wyobrażał sobie jego przerażenie, kiedy zamiast otrzymać słowa kapitulacji, czujniki jego szalupy wykryły prom dowodzenia typu Upsilon dosłownie na chwilę, zanim ten otworzył ogień, niszcząc hipernapęd.

– Otwórz główny hangar albo przygotuj się na bycie zmiecionym z powierzchni – powiedział Hux na kanale komu. – Masz dwie minuty.

Dziewięćdziesiąt sekund później główny hangar został otwarty. Jego szturmowcy poszli przodem, robiąc zwiad i szukając oporu, który nie miał nadejść. Po wyeliminowaniu droida medycznego szybko zaraportowali, że statek został zabezpieczony.

– Znajdujemy się przy drzwiach, które pan opisał, panie generale – oznajmił sierżant. – Podłączamy ładunki termalne. Trzydzieści sekund do detonacji. – Hux usłyszał odgłos ich wybuchu po przeciwległej stronie statku. – Czysto. Kseno w zasięgu wzroku.

– Dobra robota. Nie nawiązywać kontaktu.

– Tak jest, panie generale.

Hux zaczął iść w kierunku komnaty Snoke'a szybkim krokiem. Natychmiastowe i decydujące operacje stanowiły jedną z rzeczy, które sprawiały mu największą przyjemność; były przy tym również rzadkie. Zbyt wiele jego życia wiązało się z czekaniem. Snoke będzie cierpiał, bo na to zasługiwał i dlatego, że Hux musiał oszczędzić zbyt wiele innych ludzi zasługujących na złamanie karku. Opuścił rękę do blastera, czując utracony wcześniej przyjemny dreszcz kontroli.

Snoke siedział w tym samym miejscu, w którym Hux ostatnio go widział, wyglądając przy tym jak upiór, którego Ren wykopał i ułożył w obecnej pozycji. Stwór skierował swoje czarne oczy na generała; czekał.

– Nie podnoś się ze względu na mnie – oznajmił Hux, podchodząc bliżej. – Powiesz mi, co zrobiłeś Kylo, albo skorzystam z wielką przyjemnością ze sposobności, żeby zastrzelić cię teraz, a nie kiedy indziej. – Podniósł blaster i przystawił go Snoke'owi do głowy, trącając jego wydelikacone czoło lufą.

Należało przyznać, że Snoke się nawet nie wzdrygnął.

– Co mu zrobiłeś? – zapytał Hux tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Pranie mózgu, rzecz jasna.

– Kylo znajduje się obecnie w drodze do tego miejsca. Godzina twojej wizyty nie była najbardziej fortunna.

– Nie boję się go. A teraz mów, stworze. – Hux uderzył Snoke'a w twarz blasterem, z rozkoszą słysząc chrupnięcie. To poszły kości nosa. Pragnął kontynuować, aż z twarzy Snoke'a zostanie tylko zakrwawiona breja. – Mów. Graj na czas.

Kiedy Snoke odchylił głowę, żeby odsunąć się od blastera, Hux poruszył ręką razem z nim.

– Niech tak będzie, generale – powiedział Snoke. – Zacząłem, kiedy był dzieckiem. Bez opieki, jaką nad nim roztoczyłem, tamten chłopiec stałby się twoim wrogiem.

Kiedy tylko Snoke rozpoczął relację o deprawacji Rena, w której zdecydowanie wyolbrzymiał swoją rolę, Hux przesunął kciuk w stronę urządzenia rejestrującego audio, jakie miał ukryte wewnątrz blastera. Stworzenie z pełnią dumy nakreśliło słowami dekadę wypełnioną manipulacją, opisując szczegółowo bezbronność Rena; jego głos wypełniało przywiązanie. Masakra w szkole Skywalkera dała Renowi bezwzględność, jakiej potrzebował. Od tamtej pory mógł zabijać bez wahania i wyrzutów sumienia, bo miał już na rękach krew dzieci, z którymi się uczył. Hux poprawił ułożenie rąk na blasterze, gdy Snoke opisywał jakiegoś dziwnego potwora uformowanego z Mocy; bardziej poruszyła go niewinność Rena niż cały ten mistycyzm. Kim tak naprawdę był senator, jeśli nie zabójcą Jedi?

– Musisz zostawić mnie przy życiu – powiedział Snoke. – Gdyby Kylo wiedział, jak został oszukany, czy myślisz, że do czegokolwiek by ci się przydał? Wróci do swojej rodziny, czołgając się na kolanach, i do jasnej strony. Co takiego niby Ben Organa uczyniłby dla Najwyższego Porządku? Dla ciebie?

W tym, jak Snoke rozumiał ludzi, kryła się pewna istotna skaza: tożsamość nie była czymś, co dało się włączyć i wyłączyć ze względu na dostępne dla kogoś informacje. Hux zmieniłby w sobie wiele, gdyby to założenie znajdowało się chociażby blisko prawdy. Ale pomimo ignorancji Snoke'a niebezpieczeństwo tego, że Ren może zmienić stronę, po której się opowiada – a przynajmniej opuścić stronę Huxa – było prawdziwe.

Dźwięk komlinku Huxa przerwał ten ciąg myśli.

– Wróg na statku! – zaraportowała sierżant tuż przed tym, jak komlink się rozłączył, ucinając jej krzyk. Szturmowcy byli jednymi z najlepszych, jakie Hux miał do swojej dyspozycji.

A jednak się go boisz – wyszeptał Snoke. – Nie jest za późno.

Trzask miecza świetlnego Rena sprawił, że Hux odwrócił głowę. Senator stał w resztkach, jakie pozostały po wysadzonych drzwiach, a na jego pozbawionej maski twarzy malowało się przerażenie. Huxowi została prawdopodobnie jakaś sekunda na stwierdzenie, czy lepiej dla Rena będzie, jeśli Snoke będzie martwy, czy żywy.

Wyćwiczone odruchy oszczędziły mu podjęcia tej decyzji, zmuszając do automatycznego pociągnięcia za spust, zanim Ren mógłby go powstrzymać. Strzał nie pozostawił z głowy Snoke'a nic. Gdyby tylko Hux mógł postąpić tak samo z większą ilością swoich rywali.

Niewidzialne palce zacisnęły się wokół jego tchawicy. Został podniesiony nad podłogę, nie mógł zaczerpnąć oddechu, nie potrafił powstrzymać się przed bezcelową próbą wyrwania się z objęć Rena. Tak musiały czuć się ofiary Dartha Vadera, a gwiazdy rozbłyskały im przed oczami, kiedy stawały się zaledwie kolejną częścią jego legendy. Jego sposób na ukaranie kogoś w absolutnym, samowolnym wymiarze.

Żółć zaczynała wkradać się w brązowe tęczówki Rena, ale jego podniesione ręce nie były nadal pewnie wyciągnięte przed siebie.

– Odebrałeś mi go – powiedział cicho. Coś innego przez niego przemawiało. Hux niemal był w stanie to ujrzeć, tę ciemność, która tak wygłodniale podążała za Renem krok w krok. A być może po prostu miał halucynacje z niedoboru tlenu. – Zdradziłeś mnie. Skłamałeś.

Hux mógł tylko z trudem próbować zaczerpnąć oddechu. Prawda była uwięziona w jego miażdżonym gardle.

Tytuł rozdziału w oryginale brzmiał "hail and farewell", co odnosi się do tradycji o tej samej nazwie w amerykańskiej armii, która polega na jednoczesnym uczczeniu oficera, który odchodzi ze stanowiska/jednostki i powitaniu tego, który niejako wchodzi na jego miejsce. Coś w stylu zmiany warty ;D
"Vale" wzięło się z łaciny i oznacza "żegnaj". Najczęściej kojarzy się to ze sformułowaniem "frater ave atque vale" z wiersza Catullusa. Tym wersem wita on i żegna jednocześnie swojego zmarłego brata.