1970
Assuarin zadrżał z zimna, usiłując dostrzec ruch pomiędzy pokrytymi śniegiem drzewami. Przeklinał wyczulenie karelianów na magię. Gdyby nie fakt, że stworzenia sprytnie uciekały, gdy tylko wywęszyły najlżejsze z zaklęć, Assuarin mógłby rzucić na siebie czar rozgrzewający. Teraz jedynie mógł dziękować niebiosom za swój gruby płaszcz i zagryźć wargę, by nie szczękać zębami.
Trzeci rok włóczył się po Syberii. Zdążył już zasłynąć jako najskuteczniejszy łowca karelianów – chociaż rzucane słabą różdżką, jego zaklęcia były dostatecznie silne by powalić ogromne magiczne stworzenia. Futra z osobników, które upolował były sprzedawane w całej Rosji. Nie raz zastanawiał się, czy któreś trafiły do Petersburga, czy któreś otulało ciało jego matki, Tatiany Romanowej. Kolor futra idealnie współgrałby z jej ceremonialnymi szatami w barwach neutralnych.
Gdyby zlecić mugolowi opisanie kareliana, powiedziałby, że stworzenie to było diabelską mieszanką wilka z niedźwiedziem. Jednak mugole nie przeżywali bliskich spotkań z tymi zwierzętami. W każdym razie, były to olbrzymie stworzenia, kształtem rzeczywiście przypominające grizzly, ale wyróżniające się wilczym pyskiem i futrzanym, długim, zakręconym ogonem. Charakterystyczne było ubarwienie ich grubego futra – czarne, z białym oznakowaniem na pysku, piersi, czasem na końcu ogona – każdy osobnik wyglądał trochę inaczej.
Mimo groźnego wyglądu, te zwierzęta atakowały tylko, kiedy ktoś zakłócił ich spokój, albo naruszył terytorium. Żywiły się łapanymi w strumieniach rybami, żyły w stadach liczących po kilka osobników. Czarodzieje polowali na nie ze względu na futra i kły, z których wykonywano rdzenie różdżek. Karelianami nazwano je z powodu krainy w Finlandii, skąd pochodziły.
Stado, które dzisiaj Assuarin usiłował namierzyć, wymykało mu się już od kilku tygodni. Wiedział, że nie ma co wracać do wioski czarodziejów z pustymi rękoma – dali mu chatę i żywili go za obietnicę, że dostarczy im ciało dorosłego kareliana. Do następnej wioski miał osiem godzin lotu na miotle. Naprawdę powinien się skupić.
W swojej łowieckiej tułaczce Assuarin widział głębszy sens. W ciągu tygodnia, jaki dostał na uporządkowanie swoich spraw w Petersburgu dowiedział się sporo o swojej biologicznej matce. Była wychowana i wyszkolona jak typowa córka elity. Miała kuzynkę, z którą się nie rozstawała. Brała udział w wojnie, została ranna podczas ataku na Berlin. Jej kuzynka zaginęła, uznano ją za martwą. Sama Tatiana też zniknęła na jakiś czas, by powrócić i przywrócić porządek w podzielonym, zgnębionym biedą Petersburgu. Od wielu lat matka Assuarina żelazną ręką rządziła magiczną populacją Wenecji Północy. Niełatwo było oddzielić prawdę od plotek, ale przekaz całości był jasny - nie było nic dziwnego w tym, że Tatiana nie kiwnęła palcem by uchronić Assuarina przed wygnaniem. Jeśli Assuarin chciał zwrócić na siebie kiedyś uwagę matki, powinien wyciągnąć lekcję z pobytu w syberyjskich wioskach.
A lekcja była cenna. Syberyjskie realia magicznej społeczności bardzo różniły się od miejskiej scenerii Petersburga. Tutaj nie sięgały macki matriarchatu, tu nikt nie prowadził politycznych gier – liczyło się tylko to, by przeżyć, a większe szanse na to były przy współpracy. Może biedniejsi, może mniej wyrafinowani – czarodzieje i czarownice z Syberii wydawali się być szczęśliwsi, zadowoleni ze swojego życia. Ten kontrast wciąż raził Assuarina, nawet po trzech latach.
Trzask. Assuarin zamarł, lecz to chyba tylko śnieżna czapa spadła z zielonego świerka. Tajga nauczyła go czujności. Może umiejętność bezszelestnego poruszania się po śniegu nie na wiele mogła się zdać w mieście, ale nabyte w lesie zdolności tropienia lub wtapiania się w krajobraz były uniwersalne. Gdyby jeszcze Assuarinowi udało się znaleźć kogoś do trenowania pojedynków, to być może pewnego dnia mógłby wrócić do Petersburga by rzucić wyzwanie radzie.
Uszedł jeszcze z kilometr, szukając śladów karelianów, gdy usłyszał charakterystyczny dźwięk – coś pomiędzy szczeknięciem, wyciem a rykiem. Spodziewał się, że dźwięk ustanie, ale odpowiedział mu drugi ryk. Assuarin zmarszczył oszronione brwi, ponieważ zorientował się, że to rozpaczliwe nawoływanie do ucieczki.
Lecz kareliany nie miały naturalnych wrogów w syberyjskiej tajdze. Smoki nie zamieszkiwały tych terenów. Jedynym czynnikiem, przed którym kareliany uciekały był człowiek. Dokładniej, człowiek obdarzony magią.
- Cholera. – mruknął Assuarin, bo kolejne wycie rozległo się dużo bliżej. Zrobił jeszcze kilka kroków naprzód, a potem otworzył szeroko oczy - wydawało mu się, że widzi kolorowe błyski. Mocniej zacisnął zziębnięte palce na różdżce – był bardzo głęboko w lesie – tu nie powinno być żadnych ludzi.
-AUUUU! - przeraźliwy dźwięk zmroził do kości Assuarina, ale jeszcze gorzej się poczuł, gdy usłyszał głuche uderzenia mocarnych łap o śnieg. Słuch rzadko mylił Assuarina - wyglądało na to, że stado co najmniej kilkunastu karelianów pędziło prosto na niego. Do głowy przyszła mu tylko jedna sensowna myśl – podbiegł do najbliższego drzewa i przywarł plecami do pnia.
Zmysły go nie oszukiwały. Widział potężne magiczne stworzenia, biegnące z podkulonymi ogonami jak przerażone psy. Obserwował czarno-białe futro zjeżone na grzbiecie. Gdy jeden przebiegł tuż obok, Assuarin mógł nawet dostrzec strach w ciemnobursztynowych oczach zwierzęcia.
Przez piętnaście minut Assuarin nie ważył się drgnąć. Nie był głupcem, by atakować któregoś z przerażonych karelianów. Podejść, wynaleźć najsłabszego i poczekać aż oddali się od stada – to miało szansę powodzenia. Ale tak? Gdy mógł tylko je rozjuszyć? Wyglądało na to, iż będzie musiał przenieść się do innej wioski, pozwalając ludziom z tej poprzedniej myśleć, że zginął w lesie.
Najpierw jednak chciał zbadać, co mogło tak wystraszyć kareliany. Wyjrzawszy zza drzewa, już miał prawie stuprocentową pewność, że był to mag – w oddali widział kolorowe rozbłyski. Assuarin zaczął bezszelestnie skradać się w tamtym kierunku, stąpając po śladach karelianów.
Jak się okazało, wewnątrz gęstej tajgi znajdowała się owalna polana, której obrzeżem płynął strumień – to tutaj kareliany musiały łowić ryby, zanim coś je przepędziło. Albo raczej ktoś. Assuarin widział dwie wyprostowane ludzkie sylwetki i kamienny stół, na którym leżała trzecia postać.
Podszedł jeszcze bliżej. Teraz mógł już stwierdzić, że stojące przy stole sylwetki były kobiece – dwie czarownice, ubrane w świetnie skrojone futra. Futro jednej było całe czarne – to była starsza kobieta, o charakterystycznych, ciemnofioletowych włosach. Płaszcz drugiej stapiał się ze śniegiem - biały, kontrastujący w włosami o pięknym, kasztanowym kolorze. Młodsza czarownica była jeszcze dziewczyną – Assuarin szacował, że mogła być maksymalnie w jego wieku.
Kamienny stół, prawdopodobnie transmutowany, wskazywał na to, że wiedźmy były potężne. Ze swoją słabą rdzeniowo i wątłą objętościowo różdżką Assuarin nie byłby w stanie tak transmutować kawałka kamienia. Lecz istotniejsze od samego stołu było leżące na nim ciało.
Assuarin miał okropne podejrzenie, że bezwładna figura na stole nie miała w sobie ani krztyny magii. Ubrana była w płaszcz ze skrawków futer, czyli strój charakterystyczny dla mugolskich mieszkańców syberyjskich wiosek. Z tego miejsca Assuarin widział też blade, nijakie oblicze i jasne, sztywne od mrozu włosy.
Zrobił jeszcze kilka bezszelestnych kroków. Teraz mógł już słyszeć, że dwie wiedźmy intonowały jakieś nieznane mu zaklęcia. Od potężnego wibrowania ich głosów przez ciało Assuarina przebiegały lodowate dreszcze.
Okrąg wirujących, czerwonych świateł wytworzył się na polanie, zamigotał, rozbłysnął i zgasł. Starsza z wiedźm zgarbiła się, młodsza westchnęła. Assuarin obserwował jak kasztanowowłosa podchodzi do młodej mugolki leżącej na stole.
- Transmutacja to za mało. – rzekła młoda czarownica po rosyjsku, z melodyjnym akcentem.
- To najpotężniejsza z gałęzi magicznych nauk. I płynie w twoich żyłach. – odwarknęła starsza. Assuarin zdołał zauważyć ciekawość na pięknej twarzy młodszej. Musiał przyznać, w tej odzianej na biało czarownicy było coś hipnotyzującego.
- Ale nie wystarcza. – młoda kobieta wzruszyła ramionami.
- Bo to, co chcemy osiągnąć, wymaga ofiary większej niż twoja nadzwyczajna moc, Allegro Mauro. – oświadczyła fioletowowłosa wiedźma.
Assuarin z fascynacją obserwował jak wiedźma o niespotykanym, podwójnym imieniu marszczy czoło, zastanawiając się. Z ładnie skrojonych ust uciekło westchnienie – rezygnacji.
- Zatem ona musi zginąć? – tym razem melodyjny głos przywiódł Assuarinowi na myśl zagubioną dziewczynkę.
- To tylko mugolka. – starsza wiedźma podeszła do Allegry Maury i podała jej coś błyszczącego. Assuarin wstrzymał oddech, gdy zorientował się, że patrzy na sztylet, że pod pogardliwymi słowami kryje się rozkaz zamordowania leżącej na stole dziewczyny.
Wychowanie na ulicach Petersburga nieco uodporniło Assuarina na śmierć – ale nie odczłowieczyło go na tyle, by mógł beznamiętnie obserwować mord na bezbronnej mugolce. Już miał zabrać się za rzucenie oszałamiającego zaklęcia, gdy odkrył, że nie jest w stanie się poruszyć. Zerknął w dół – jego ciało powoli obrastała warstwa lodu, unieruchamiając rękę dzierżącą różdżkę. Przerażony, spojrzał na młodą dziewczynę, która bębniła palcami wolnej ręki o udo w niby zwyczajnym tiku. Lecz to była magia – imponująca, potężna magia transmutująca śnieg na ubraniach Assuarina w krępujący lód.
Allegra Maura wiedziała, że ktoś je obserwuje. Lecz czy jej towarzyszka… może mistrzyni, mentorka… albo matka, też wyczuła obecność Assuarina?
- Szybciej. – warknęła kobieta w czarnym płaszczu. Było w niej coś znajomego. Assuarin zrozumiał co, gdy odeszła kilka kroków w tył. Chód – generalski marsz. Ta kobieta poruszała się jak członkinie Rady Elektorskiej.
Kasztanowowłosa Allegra Maura podeszła do stołu. Jedną rękę uniosła w górę – coś na niej błyszczało – czyżby pierścień? W drugiej dłoni dzierżyła sztylet, który przyłożyła do gardła nieprzytomnej, ledwie oddychającej mugolki.
Assuarin nie krzyknął, jedynie zamknął oczy, bowiem rozbłysło czerwone światło, a na kamienny stół bryznęła krew. Gdy podniósł zaciskane powieki, zobaczył, że Allegra Maura klęczy przy blacie, jakby modliła się przy zwłokach mugolskiej wieśniaczki.
- Udało się? – starsza czarownica podeszła bliżej na nieco chwiejnych nogach – magiczne wyładowanie było najsilniejszym, jakiego Assuarin doświadczył w swoim życiu.
- Nnie wiem. – ciało Allegry Maury zadrżało. Jej twarz była skryta za kurtyną kasztanowych włosów.
- Wstań.
Gdy już obie czarownice stały wyprostowane i patrzyły sobie w oczy, Assuarinowi przyszło do głowy, że chociaż wcale nie były do siebie podobne, starsza patrzyła na młodszą z matczynym podziwem. Albo raczej tym twardym matczynym uznaniem, które od razu przywiodło Assuarinowi na myśl Tatianę. Ileż on by dał, żeby jego matka tak na niego spojrzała! Czy jednak on zabiłby bezbronną, z zimną krwią?
- Spróbuj. – była jakaś szaleńcza ekscytacja w tonie wiedźmy o fioletowych włosach.
Młoda Allegra Maura wyprostowała się i zamknęła oczy. Assuarin wstrzymał oddech, gdy skóra dziewczyny zaskrzyła się… jej sylwetka zaczęła maleć… wreszcie jej kasztanowe włosy zmieniły kolor na nijaki blond, a piękna twarz o ostrych rysach zaokrągliła się.
Zamiast czarownicy, w biały płaszcz ubrana była mugolka, której ciało leżało na kamiennym stole. Oczy Assuarina pewnie wyglądały jak wielkie spodki. To musiała być zaawansowana czarna magia. Może jakiś rodzaj metamorfomagii, ale nie… mugolka nie żyła…
- Udało się! – czarownica o fioletowych włosach zaśmiała się głośno i podskoczyła na śniegu. W jej radości kryło się szaleństwo, które napawało Assuarina wstrętem.
- Czuję się jak przy Eliksirze Wielosokowym. – głos wciąż należał do Allegry Maury.
- Dobrze, wspaniale. Mogę spróbować? – spytała podniecona starsza wiedźma.
To chyba rzeczywiście był pierścień. Kiedy Allegra Maura go zdjęła, wróciła do swojej postaci. Kiedy starsza czarownica go założyła, stała się zabitą mugolką. Jej śmiech rozbrzmiewał głośno w uśpionym lesie. Allegra Maura nie uśmiechała się.
- Wracaj do domu, mamo. Ja zajmę się ciałem. – dziewczyna dotknęła czarnego futra. Assuarin zagryzł wargę – trudno było mu sobie wyobrazić, by pomiędzy nimi dwiema było jakieś pokrewieństwo. Ale czy mógł ufać własnym oczom, gdy widział tak potężną transformację jak przed chwilą?
- To jest przełom, Allegro Mauro. To jest moment, na który czekałyśmy tak długo. Ale nic z tego by się nie powiodło, gdyby nie twoje zdolności. Jestem z ciebie dumna. – gdy Allegra cofnęła się od nijakiej kobiety usiłującej ją objąć, starsza czarownica dopiero po kilku sekundach zorientowała się co było problemem. Zdjęła pierścień i powróciła do swojej formy. Ucałowała oba policzki… córki. A potem teleportowała się.
Gdy Allegra Maura zaczęła iść w stronę Assuarina, mag przypomniał sobie, że ona wiedziała o jego obecności. Jej transmutacja wciąż wiązała nogi i ręce czarodzieja. Nie mógł się z nią równać – wydawała mu się potężniejsza niż nawet Tatiana. Czy więc oto miał zginąć, bo widział coś, czego nie powinien?
Wychylał się zza drzewa, ona ustawiła się przed nim. Teraz widział jej twarz dokładnie – ostre rysy, prosty nos i ogromne, hiponotyzujące, zielone oczy. Była piękna, pomyślał, ale zaraz skarcił się za tą myśl. Co mu z tego, że wiedźma, która miała go zabić, wyróżniała się wyrazistą urodą?
- Masz szczęście, że matka cię nie wyczuła. – odezwała się, badając wzrokiem jego twarz. Czuł się, jakby ktoś prześwietlał go tym dziwnym, mugolskim wynalazkiem – rentgenem.
- Nie zabijaj mnie. – odważył się powiedzieć, chociaż trudno było mu dodać do tego błagalne spojrzenie. Nie umiał błagać o życie. Wychowanie w Petersburgu wykluczało takie sytuacje.
- Nie zrobię tego, jeśli przysięgniesz, że nigdy nie powiesz nikomu o tym, co widziałeś. – odparła, poprawiając kasztanowe włosy. Nie miała różdżki, ale wciąż trzymała w ręce ociekający krwią sztylet. Rubinowe krople skapywały po ostrzu, barwiąc na czerwono śnieg.
- Obiecuję. – starał się to powiedzieć z maksymalną szczerością. Od tego, czy ona mu uwierzy, zależało jego życie.
Skinęła głową. A potem uniosła sztylet. Assuarin chciał krzyknąć, jednak ona wcale nie wbiła broni w jego pierś. Transmutowała sztylet w łopatę.
- Pochowasz ją, dobrze? Nie chcę, by rozszarpały ją zwierzęta. Miała na imię Elizavieta. – Allegra Maura oparła łopatę o drzewo. Assuarin nawet pomyślał, że smutek w jej zielonych oczach był autentyczny.
- Oczywiście. – wycharczał. Patrzył jak kobieta cofa się kilka kroków, a potem znika. W momencie, w którym rozmyła się, bez żadnego dźwięku, lód unieruchamiający Assuarina puścił.
Czarodziej złapał łopatę, krzywiąc się na widok czubka pokrytego krwią. Trzonek był ciepły. Czując się jednoznacznie okropnie, Assuarin podszedł do porzuconego na kamiennym stole ciała.
Cięcie na gardle było precyzyjne, śmierć musiała nastąpić natychmiast. Assuarin sam nie wiedział czemu, ale pogładził policzek mugolskiej dziewczyny. Był już zimny – w tej temperaturze ciepło uciekało z ciała bardzo szybko. Mężczyzna z maksymalną delikatnością uniósł jedną z powiek martwej mugolki. Miała nijakie, szare oczy.
Gdzieś w oddali rozległo się krakanie kruka. Assuarin oderwał wzrok od zwłok i wbił łopatę w śnieg, krzywiąc się, gdy natrafił na zmarzniętą ziemię.
Allegra Maura nie zostawiłaby mu łopaty, gdyby nie chciała, by pochował Elizavietę po mugolsku. Nie potrafiąc wyrzucić z umysłu obrazu smutnych, zielonych oczu, Assuarin kopał, a pot zamarzał na jego czole.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
1998
,,Voldemort nie żyje. Wojna dobiegła końca." – te myśli krążyły po głowie Minerwy, siedzącej na jednym z bogato zdobionych foteli w stylu empire, w bibliotece rezydencji McGonagallów.
Albus nie przeszkadzał jej w rozmyślaniach – już wcześniej przywołał sobie jakąś książkę i teraz oglądał ją ze spokojem, a jedynym odgłosem był jego oddech i szelest starych kartek. Minerwa kątem oka obserwowała jak jego dłoń machinalnie odgarnia kasztanowe włosy z policzka, by potem pogładzić coraz dłuższą, kasztanową brodę. Na jego gładkim czole pojawiła się delikatna zmarszczka, jak zwykle, gdy nad czymś się intensywnie zastanawiał.
Wyczuła lekkie drgnięcie bariery ochronnej, zwiastujące przybycie oczekiwanych gości. Uniosła nieco głowę - Albus tego nie zauważył, pochłonięty lekturą. Teraz widziała czubek swojej głowy w ozdobnym lustrze nad kredensem. Zmarszczyła brwi – jej włosy były coraz mniej srebrne, a coraz bardziej białe. To tylko pokazywało, że ma coraz mniej czasu – kobiety o czarnych włosach zazwyczaj umierały siwe, nie białe. Babka Minerwy na łożu śmierci miała zaledwie kilka zupełnie białych pasm.
Odwróciła wzrok od lustra i wygładziła czarną szatę, na moment przed tym, jak drzwi się otworzyły.
Niemożliwością było nie widzieć jej podobieństwa do starszej siostry. Miała te same ciemne włosy, kwadratową twarz i ciężkie powieki, chociaż jej oczy były nieco łagodniejsze. Nie można też było mieć wątpliwości, że wychowała się w rodzie czystej krwi – świadczyła o tym wyprostowana sylwetka i gracja, z jaką się poruszała, szczególnie, że trzymała w dłoniach niemowlę owinięte w niebieski kocyk.
- Witaj Andromedo. – rzekła cicho Minerwa, bardzo ostrożnie unosząc kąciki ust.
- Dzień dobry profesor McGonnagall, profesorze Dumbledore. – kobieta dygnęła płytko.
- Usiądź proszę. – Minerwa wskazała kobiecie fotel obok.
- Napijesz się herbaty? – spytał Albus, przywołując dzbanek. Andromeda Tonks pokiwała głową, a potem rozejrzała się ciekawie.
- Dziadek opowiadał mi o tym miejscu. Mówił, że McGonagallowie są jedyną rodziną, która łączy w sobie magię, czystą krew i mugolskie szlachectwo. Chyba wiem, co miał na myśli, madame. – wyjaśniła Andromeda.
- Nie długo. – mruknęła niedosłyszalnie Minerwa.
Była ostatnią z klanu. Mimo tego, że splamiła swój honor, krew w jej żyłach była dziedzictwem McGonnagallów. Nie przedłużyła swojego rodu, zatem z jej śmiercią umrze wszystko, co utożsamiano z McGonagallami.
- Myślę, że powinnaś porzucić nasze tytuły, Andromedo. Już nie jesteśmy twoimi nauczycielami. – powiedziała Minerwa głośniej.
- Jak sobie p… życzysz, Minerwo. – głos kobiety zadrżał, a uwadze Minerwy nie umknęło, że mocniej przysunęła śpiące niemowlę do piersi.
- Jak sobie radzisz z tym wszystkim, droga Andromedo? – spytał uprzejmie Albus, stawiając przed czarownicą filiżankę z herbatą.
Matka Nimfadory westchnęła. Minerwa była pod wrażeniem tego, jak dobrze kobieta panowała nad emocjami. Ale z drugiej strony to zawsze była silna dziewczyna – na tyle, by przeciwstawić się całemu rodowi i wyjść za maga mugolskiego pochodzenia.
- Mam wnuka. On mnie potrzebuje. – rzekła cicho Andromeda.
- Gdybyś potrzebowała jakiejkolwiek pomocy… nie ważne… czy opieki, czy schronienia, czy środków… czegokolwiek… - zaczęła nauczycielka, ale Andromeda jej przerwała.
- Dlaczego mi to pani… dlaczego mi to proponujesz, Minerwo? Narcyza, rozumiem, czuje się winna; Harry jest ojcem chrzestnym malca, ale ty? – Andromeda zmrużyła oczy.
Albus zerknął na Minerwę- częściowo z troską, częściowo z ciekawością. Wiedział, jak źle znosi taką bezpośredniość. Nauczyła się tego od niego – nieustannego kluczenia po gruncie wymijających odpowiedzi.
- Lupin i twoja córka byli moimi uczniami… - zaczęła ostrożnie Minerwa.
- Ja też, ale nie napisałaś nawet do mnie, gdy mnie wydziedziczyli. Dlaczego miałoby cię interesować dziecko wilkołaka? – ostre słowa Andromedy uświadomiły Minerwie jedną istotną prawdę – ta kobieta jej nie ufała. Pamiętała ją jako ideał czystej krwi, uosobienie purytańskich wartości, przed którymi uciekła. Pamiętała ją jako surową nauczycielkę. Jak Minerwa miała jej teraz powiedzieć o tym, czego się zobowiązała?
- Minerwa nadzorowała przemiany Remusa podczas lat jego nauki w Hogwarcie. Bardzo dbała o niego i twoją córkę. Myślę, że niesprawiedliwie ją oceniasz. – odezwał się Albus. Minerwa nie wiedziała, jak okazać mu wdzięczność za tak niespodziewane poparcie, więc jedynie skinęła głową.
- Oczywiście że tak. Myślicie, że o kim moja córka opowiadała przez każde wakacje? Profesor McGonagall to, profesor McGonagall tamto… Zawsze dobra, zawsze wspierająca moje dziecko w wszystkich jej wyborach, nawet jeśli zaprowadziły ją one na śmierć! Przecież wiem, że to ona odpowiada za to, że Nimfadora zdała wyśmienicie SUMY i OWUTEMY, że to ona wepchnęła moje dziecko pod skrzydła Szalonookiego, że to ona popierała związek mojej córki z Lupinem! – na policzkach Andromedy pojawiły się rumieńce.
Nie ważne było, ile bólu sprawiły jej te słowa, Minerwa milczała. Z obojętną miną wpatrywała się w loki małego Teda, które zmieniały kolory – oznaka odziedziczonej po matce zdolności zmiany wyglądu.
- Jestem pewien, że Minerwie zależało na szczęściu twojej córki. – rzekł cicho Albus.
Andromeda przygryzła wargę, jakby obawiała się, że zaraz powie o jedno słowo za dużo. Minerwa czuła się okropnie, wiedząc, że kobieta częściowo boi się jej.
- Czy mógłbym go potrzymać? – spytał Albus, nieco weselszym tonem.
Andromeda zawahała się, ale delikatnie przekazała mu dziecko.
Minerwa westchnęła lekko. Ile razy wyobrażała sobie podobną scenę? Albus, młody i radosny, trzymający w ramionach zdrowe, śliczne dziecko. Widziała, jak jego oczy migotają coraz szybciej i szybciej, jak długie palce pieszczotliwie gładzą główkę chłopca. Przez myśl jej przemknęło, że Albus byłby cudownym ojcem.
Zaciskała dłonie na różdżce tak mocno, że dopiero pieczenie po skaleczeniu palca o oprawę szmaragdu uświadomiło jej ogrom odczuwanych emocji. Czym prędzej uleczyła rankę i wytarła palce o szatę, a potem spojrzała na Andromedę i powiedziała:
- Remus prosił mnie, bym została matką chrzestną jego syna. – głos Minerwy był zupełnie wyprany z emocji.
- CO? – Andromeda zerwała się na nogi. Minerwa pogratulowała w myślach Albusowi za zabranie od niej dziecka.
- Początkowo odmówiłam, ale wymógł na mnie obietnicę, że przeprowadzimy ceremonię gdy wojna się skończy. Zgodziłam się, bo nie wierzyłam, że przeżyję tą wojnę. – wyjaśniła Minerwa. Kątem oka widziała błysk smutku na twarzy Albusa.
- To niemożliwe. – Andromeda pokręciła głową.
- Dziecko nie zostało związane ze mną magią. Jeśli sobie tego nie życzysz, nie zostanę jego matką chrzestną, wyznaczysz kogoś odpowiedniejszego. Uznałam jednak, że powinnaś wiedzieć. – Minerwa podjęła decyzję o wycofaniu się dopiero teraz, chociaż dojrzewała ona w niej już do kilku tygodni – główny argument, którym próbowała przekonać Remusa do zmiany zdania nie stracił na ważności – Teddy zasługiwał na żyjącą matkę chrzestną. A ona i tak miała już zbyt wiele obietnic do wypełnienia – oraz coraz mniej czasu…
- Ja… oni tego chcieli? – spytała cicho Andromeda, a potem przycupnęła z powrotem na brzegu fotela.
- Tak twierdził Remus. Podczas bitwy nie zdążyłam na ten temat porozmawiać z Nimfadorą… - Minerwa stłumiła drżenie rąk.
Mały Teddy zaczął płakać cicho, obudziwszy się najwyraźniej ze snu. Albus kołysał go miarowo, nucąc cicho.
- Nie wiem… - Andromeda urwała. Minerwa wiedziała, że nie powinna była oznajmiać tego kobiecie w taki sposób. Myliła się, zakładając, że córa Blacków pragnie bezpośredniości w odpowiedzi na bezpośredniość.
- Możesz zapomnieć o tym co powiedziałam. Możesz zabrać Teddy'iego i nie przejmować się mną więcej – nie będę się wtrącać, zresztą jestem pewna, że wychowasz go tak dobrze jak Nimfadorę bez mojej pomocy. – Minerwa wiele wysiłku włożyła w to, by jej głos był ciepły i kojący.
- Ja po prostu nie wiem co o tym myśleć. Nie przypuszczałam… chciałam jedynie, byś miała na niego oko kiedy już trafi do Hogwartu. – Andromeda potrząsnęła głową w wyraźnej rozterce.
Minerwa milczała. Tego jednego nie mogła jej obiecać.
- Muszę to przemyśleć. Napiszę do pani, pani profesor. – zdecydowała czarownica, a potem wzięła już uspokojonego chłopca od Albusa.
Lecz Teddy zaczął płakać na nowo, gdy Andromeda się odwróciła. Tym razem płakał głośniej, rozdzierająco. Jego babka prawie wybiegła z biblioteki, zostawiając Minerwę i Albusa samych.
Nawet go nie dotknęła. Ta myśl zabolała nagle Minerwę.
- Jeśli Remus i Nimfadora chcieli, byś została matką chrzestną ich syna, to powinnaś nią być. – odezwał się Albus z powagą.
- Nie rozumiesz. Ja nie chciałam tej roli. Zresztą żaden mój chrześniak nie ma łatwego życia. – odburknęła, zapadając się głębiej w fotelu.
- Rozumiem, dlaczego nie chciałaś tej roli przed bitwą, ale teraz? Opieka twoja i Harry'ego zapewni temu chłopcu wielkie możliwości. – Albus pociągnął łyk herbaty i skrzywił się, a potem dosypał do niej trzy łyżeczki cukru.
- Możliwości? Posłuchaj swoich słów, znów to robisz! Znów próbujesz manipulować ludzkim losem! – Minerwa była zła, że sięgnęła akurat po te bolesne argumenty, ale miała przynajmniej tę ulgę, że osiągnęły zamierzony skutek.
- Wybacz. Nie powinienem się wtrącać. – Albus z powrotem sięgnął po odłożoną wcześniej książkę.
Minerwa przez moment usiłowała utrwalić sobie w pamięci twarzyczkę małego synka Remusa i Tonks, ale to wszystko prowadziło jedynie do rozpamiętywania innego chłopca, którego zobowiązała się chronić.
- Minnie? – pytanie Albusa wyrwało ją z rozmyślań.
- Tak?
- Podobno ukryłaś część moich rzeczy przed przeszukaniem gabinetu przez ministerstwo.
Uniosła głowę. Czujnie patrzyła mu w oczy, szukając wyzwania, którego jeszcze nie była gotowa podjąć. Znalazła w nich jedynie migotanie.
- Wiedziałam, że ministerstwo prędzej czy później upadnie. Nie chciałam, by śmierciożercy mieli dostęp do tajemnic Zakonu. – odpowiedziała.
- To było rozsądne posunięcie. Zniszczyłaś te rzeczy? – Albus nie spuszczał wzroku z jej twarzy.
- Tylko to, co uznałam za nieistotne. Reszta jest tutaj, w rezydencji. Chcesz odzyskać te papiery? – spytała.
- Byłbym wdzięczny. – odpowiedział.
Zaczęła kreślić skomplikowane ruchy różdżką. Otwarcie sejfu oczywiście kosztowało ją sporo skupienia i energii, a jego obserwowanie nie pomagało. W końcu przez drzwi przeleciał ogromny karton i wylądował z hukiem na podłodze przed Albusem.
- Zachowałaś aż tyle? Byłem pewien, że zniszczyłaś prawie wszystko. – Albus z niecierpliwością otworzył karton.
- I książki… i listy… - mruczał czarodziej, wykładając na niski stolik książki i pliki pergaminów. Przeglądał je z prawie dziecięcą radością.
- Myślałem, że już ich nie znajdę. – uśmiechnął się do niej z wdzięcznością, ściskając ogromny plik listów od Flammelów.
Wtem z jakiejś książki wypadła pojedyncza kartka. Albus podniósł ją, a potem zmarszczył brwi. Minerwa uniosła swoje. Bez słowa podał jej kawałek papieru.
Natychmiast rozpoznała pismo, choć było bardzo koślawe, zupełnie jakby dłoń piszącej osoby drżała niepohamowanie.
,,Pamięć serca jest trwalsza od pamięci umysłu."
- To pismo twojej babki. – oznajmił Albus, w razie gdyby tego nie zauważyła.
- Kiedy to dostałeś? – spytała, oddając mu kartkę, jakby ją parzyła.
- Niedługo przed jej śmiercią. – odpowiedział, chociaż tego się domyślała. Jej głowa odruchowo zwróciła się w stronę korytarza, gdzie wisiał portret lady Theresy.
- Próbowałem pytać o to jej portret. Nie chciała powiedzieć. Nie zdradziła tego nawet Armando. To takie dziwne, bo na początku byłem pewny, że chciała tą wiadomość wysłać do niego. – wyjaśnił czarodziej.
Minerwa nagle była doskonale świadoma tego, jaką próbę podjęła jej babka. Jak bardzo starsza dama pragnęła jej szczęścia. Przeliczyła się jednak. Jej wnuczkę zbyt dobrze wyszkolono w czyszczeniu pamięci.
- Była umierająca, pewnie nie wiedziała co pisze. – rzekła cicho, rozpaczliwie pragnąc, by on chociaż spróbował w to uwierzyć.
- Pewnie tak, skoro ty też nie wiesz co to oznacza. – wyraźnie widziała, jak go rozczarowała.
Przez chwilę Albus jeszcze grzebał w kartonie. Minerwa obserwowała go uważnie. Wreszcie mag podniósł głowę i spojrzał na nią z powagą.
- Spaliłaś swoje listy? – spytał, bardzo ostrożnym tonem.
- Nie, ukryłam je osobno. Chcesz je z powrotem? – obojętna maska na jej twarzy była idealną przykrywką dla serca nakazującego Minerwie ucieczkę, zanim on zapyta o inne rzeczy… o zdjęcia…
- Nie trudź się. U ciebie będą bezpieczniejsze. Ale jeszcze jedna rzecz… nie znalazłaś może pustego, małego, czerwonego notesu? – spojrzał na nią.
Wiedziała, że to kluczowy moment. Jeśli ona przyzna się, że udało jej się poznać zaczarowaną zawartość notesu, nie unikną bolesnej konfrontacji wzajemnych żalów i pytań. Jeśli powie, że go nie znalazła, on pomyśli, że zabrało go ministerstwo, albo Severus. Co miała mu powiedzieć?
- Był pusty, dlatego go spaliłam. Było to coś istotnego? – mówiła lekkim tonem, z wysiłkiem utrzymując kontakt wzrokowy.
Zobaczyła jednocześnie żal i ulgę na jego twarzy. Dotarło do niej, że on też nie czuje się gotowy na tą konfrontację. Te pytania wynikały z chęci odzyskania tych przedmiotów, nie z chęci postawienia jej pod ścianą.
- Nie było to nic, czego nie mógłbym stworzyć na nowo. – powiedział cicho.
Odwróciła się, by nie widział grymasu na jej twarzy. Oczywiście, że mógł stworzyć te wszystkie szkice od nowa – lecz jedynie bazując na wspomnieniach.
Patrząc na swoje upiorne ręce, Minerwa pomyślała, że nie zostało w niej już nic pięknego – bo przecież nie mogła okłamywać się co do piękna swojej duszy.
oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
Dziesięć rozdziałów za nami, czyli prawie jedna trzecia... jak Wam się podoba ta część jak na razie?
Jestem niezmiernie wdzięczna za wszystkie reviews! Wikluk, Spalony82, SchaMG, diople33 - bardzo dziękuję, niejednokrotnie Wasze komentarze wywoływały uśmiech na mojej twarzy. To dla mnie naprawdę miłe, że dalej śledzicie tą historię. Podejrzewam, że snucie przypuszczeń co do dalszych rozdziałów nie jest łatwe, dlatego doceniam to podwójnie i pozwolę sobie zdradzić, że Wasze przewidywania raz są trafne, a raz nie... hahaha, może powyższy rozdział wyjaśni coś więcej, albo jeszcze bardziej namiesza... ;)
Obawiam się, że frustracja związana z patem w relacji Minerwy z Albusem pewnie wzrośnie po tym rozdziale. Nie wypieram się - tak to napisałam i ten związek dalej będzie się rozwijał dość wolno, ale na osłodę jest szybsze tempo akcji w wątkach rosyjskich.
Trzymajcie się,
Emeraldina
