- Remus! - zawołał z ulgą James, otwierając drzwi frontowe na oścież. Mężczyzna w odpowiedzi posłał mu zaskoczone spojrzenie. - W ostatniej chwili!
- Mieliśmy się spotkać u Amelii. - Lunatyk zmarszczył brwi i niepewnie przestąpił przez próg domu państwa Potterów.
- Ktoś ukradł róg dwurożca.
Remus wytrzeszczył oczy na Jamesa w przerażeniu.
- Jak to ukradł? - powtórzył powoli i zdawkowo, uważnie studiując wzrokiem twarz przyjaciela.
- Ktoś zabrał świstoklika Syriusza i włamał się do mieszkania Amelii. Róg zaginął. Nie wiemy, kto to mógł być, ale podejrzewamy, że ktoś w Zakonie jest zdrajcą.
- W Zakonie? - zdziwił się, opadając na najbliższe krzesło i oddychając głęboko. - W Zakonie Feniksa?
- Tak - potwierdził James, mimowolnie zaciskając i rozprostowując dłonie przed sobą. - Właśnie mieliśmy iść z Syriuszem do Dumbledore'a. Trzeba go jak najszybciej powiadomić.
- Skąd wiecie, że to ktoś z Zakonu?
- Bo mało kto wiedział o rogu dwurożca - westchnął, siadając przy stole i podpierając głowę na dłoniach. - I do tego ukradziono świstoklika, który kierował do mieszkania Amelii, a tylko garstka osób wiedziała o jego istnieniu.
- Czy z Amelią wszystko w porządku?
- Tak, na szczęście nic jej się nie stało. Jest tutaj - odparł James, kiwając głową w kierunku schodów prowadzących na piętro.
- Merlinie… - jęknął Remus, przejeżdżając ręką po zmęczonej twarzy. Jego oczy z dnia na dzień stawały się coraz bardziej podkrążone, skórę miał cienką i poszarzałą, a blizny na twarzy jeszcze wypuklejsze i bardziej widoczne niż zawsze. Nieubłaganie zbliżała się pełnia. - Kto w Zakonie mógłby być zdrajcą?
- Nie wiem, Remusie. - James potrząsnął smutno głową, nie chcąc nawet myśleć, kim była ta osoba. W Zakonie wszyscy darzyli się wzajemnym zaufaniem, zresztą pozostało ich raptem osiemnastu. Byli wspólnotą, przyjaźnili się ze sobą…
- Tak czy inaczej, uważam, że powinniśmy przećwiczyć szatańską pożogę - oznajmił. - Nie wiadomo, kiedy śmierciożercy użyją rogu i zaatakują.
- Masz absolutną rację, Remusie - powiedziała Amelia, wyłaniając się w kuchni. - Najlepiej by było, gdyby cały Zakon zaczął ćwiczyć…
- Na razie trzeba z tym iść do Dumbledore'a i on zdecyduje, co dalej - odparł stanowczo James.
- Dumbledore'a przecież nie ma - zauważyła Amelia, nalewając wody do czajnika i odpalając palnik. - Negocjuje różdżki u Gregorowicza.
Jamesowi momentalnie zrzedła mina.
- Trzeba go natychmiast ściągnąć do Anglii - rzekł po chwili. - Jak Voldemort zaatakuje teraz, to nie mamy żadnych szans.
- Co w takim razie proponujesz?
- Pójdę z Syriuszem do Moody'ego. Myślę, że on będzie wiedział, gdzie jest Albus i się z nim skontaktuje - odpowiedział powoli. - A ty i Remus poćwiczycie szatańską pożogę?
- Tak zrobimy - poparł go Lunatyk, kiwając głową. - Trzeba być gotowym na ewentualne zniszczenie rogu podczas pojedynku ze śmierciożercami.
- W porządku - bąknęła Amelia, nalewając wodę do dzbanka z liśćmi herbaty.
Przez chwilę obserwowała jak woda powoli przybiera bursztynowy kolor, a listki rozprostowują się i płyną w dół, powoli osiadając na dnie. Nigdy szczególnie nie wierzyła w wiarygodność wróżb z fusów, ale teraz miała nieodpartą chęć wywróżenia czegokolwiek, co odpowiedziałoby jej na chociaż jedno pytanie... Kiedy Voldemort zamierzał zaatakować? Czy chciał użyć rogu, żeby wtargnąć do Hogwartu? A może do Ministerstwa Magii? Znając właściwości tego przedmiotu, Zakon miał jeszcze trochę czasu, zanim udałoby się rozwinąć jego moc na tyle, żeby dostać się na tak silnie zabezpieczony teren, jakim był Hogwart czy Ministerstwo. Z drugiej strony, od teraz żyli w ciągłym niebezpieczeństwie, a ulubione hasło Moody'ego - "Stała czujność", na dźwięk którego cały Zakon prychał pod nosem, w świetle ostatnich wydarzeń nabierało zupełnie nowego znaczenia.
- Wspaniale - warknął Moody, gwałtownym ruchem wyciągając drewnianą nogę na krześle. Syriusz pomyślał, że proteza Szalonookiego, choć niepozorna, przy niewielkim wysiłku mogłaby owo krzesło złamać w pół. - Nie można było zostawić tego rogu tam, gdzie był?
- Mieliśmy w planach go zniszczyć - wyjaśnił rzeczowo. - I Dumbledore miał nam w tym pomóc.
Brwi Alastora podjechały do góry tak wysoko, że Syriusz odniósł wrażenie, jakby magiczne oko aurora miało zaraz wypaść mu z oczodołu.
- I kiedy nastąpiła ta nagła zmiana planów?
- Kilka dni temu. To moja wina... Ja wpadłem na pomysł, żeby pojechać po ten róg, a potem zostawiłem go w mieszkaniu Bones, narażając ją na atak ze strony śmierciożerców - westchnął, przejeżdżając dłonią po twarzy.
- No bo ty, Black, najpierw robisz, a potem myślisz - parsknął Moody, chociaż w jego śmiechu nie było ani krzty wesołości.
- Ale nikt nie przypuszczał, że w Zakonie jest zdrajca, który mógłby ukraść ten róg - próbował bronić go James, na co Syriusz w odpowiedzi posłał mu spojrzenie pełne wdzięczności. - I w ten sposób, przynajmniej się o tym dowiedzieliśmy.
- I przy okazji siedzimy po uszy w gównie - skwitował Moody, wstając i wyciągając z szuflady rolkę pergaminu, pióro i kałamarz. - Wysyłam sowę do Albusa i mam nadzieję, że dotrze ona do niego zanim wszyscy będziemy martwi.
- A co z Zakonem? - zapytał James z zaniepokojeniem w głosie.
- Nie będziemy siali paniki - odparł, rozwijając arkusz pergaminu na stole. - Przynajmniej na razie, bo zdrajca nam ucieknie i tyle go widzieli. Skoro władowaliście już całą magiczną Anglię w tarapaty, to chociaż użyjcie tych waszych ptasich móżdżków do czegoś sensownego i spróbujcie wydedukować, kto spośród nas jest śmierciożercą.
Syriusz w myślach stwierdził, że czuł się tak, jakby znowu znalazł się w szkole i wysłuchiwał kolejnej reprymendy od McGonagall. Chociaż musiał przyznać, iż rozmowy u niej były jednak nieco przyjemniejsze - poczciwa Minerwa przynajmniej ich nie obrażała…
Moody przystąpił do pisania listu, a Syriusz wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Jamesem. Zrozumieli się bez słów - oboje wiedzieli, że muszą wytypować kogokolwiek z Zakonu, żeby Moody miał jakiś punkt zaczepienia w ratowaniu tragicznej sytuacji, w której się znaleźli.
- Nie chcę na nikogo kierować oskarżeń, ale… - James zawahał się na moment. - Towarzystwo, w którym obraca się Mundungus zawsze wydawało mi się być szemrane.
- Bo Mundungus cały jest szemrany - mruknął Moody, nie odrywając wzroku od pergaminu, który pospiesznie zapisywał. - Ale z jakiegoś powodu Dumbledore ufa mu bezgranicznie.
- A może Dumbledore się myli?
- Na pewno nie - zaprzeczył stanowczo. - Dumbledore zna go lepiej niż my. Ja sam nieraz pytałem się go o Fletchera, bo on wygląda na takiego, co mógłby grać na dwa fronty; Albus jednak jest przekonany co do jego lojalności. Myślcie nad kimś, kto mógłby wiedzieć zarówno o rogu, jak i świstokliku.
- Każdy mógł wiedzieć o świstokliku - burknął ponuro Syriusz. - Wystarczyłoby nas podsłuchać.
Moody odłożył na chwilę pióro i obrzucił go badawczym spojrzeniem.
- A wydaje ci się, że ktoś was podsłuchiwał? - zapytał sceptycznie. - Myślisz, że ilu jest animagów w Zakonie? I ilu z nas ma pelerynę niewidkę?
- No… Niewielu.
- Właśnie, Black - szepnął Moody konspiracyjnie. - Niewielu.
Auror z powrotem pochylił się nad pergaminem, a Syriusz nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Moody chciał mu coś zasugerować. Albo raczej kogoś...
- A Sturgis? - zapytał James. - Nie żebym coś do niego miał, bo zawsze wydawał się być w porządku, ale niepokoi mnie to, że ciągle milczy i słowem się nie odzywa na zebraniach. Właściwie nie wiadomo, jakie mógłby skrywać intencje…
- No, za Podmore'a to ręczyć nie mogę - westchnął Moody. - Ale wiem gdzie mieszka. Sprawdzę go.
Syriusz dalej nie słuchał wymiany zdań Jamesa i Moody'ego, gdyż całą jego uwagę pochłonęły myśli, że zarówno pani Potter wczoraj, jak i Moody przed chwilą zasugerowali, że zdrajcą mógłby być ktoś im bliski.
I wtedy pomyślał, że przecież Peter ostatnio dziwnie się zachowywał - coraz bardziej zamykał się w sobie, oddalał od przyjaciół, przestał zgłaszać na akcje… Wiedział też o rogu dwurożca i o świstokliku, a w dodatku znał dokładną lokalizację mieszkania Amelii. Zauważalna była zmiana w jego wyglądzie - schudł, sposępniał, prawie w ogóle nie przypominał dawnego siebie; chociaż równie dobrze mógł to być efekt choroby, z którą ostatnio się zmagał…
Syriusz pokręcił szybko głową. Te oskarżenia były absurdalne - Glizdek był ich przyjacielem od zawsze i w życiu nie przeszedłby na stronę Voldemorta, a on powinien się wstydzić, że w ogóle o czymś takim pomyślał.
- Halo, Syriuszu, jesteś tam? - James pomachał mu ręką przed twarzą.
Syriusz otrząsnął się z letargu i powoli skinął głową, dając do zrozumienia, że mentalnie dalej był obecny z nimi w pomieszczeniu.
- Ustaliliśmy z Moody'm, że najlepiej by było wszystkich po kolei sprawdzić.
- Tak, ale wolałbym, żebyś zrobił to ty, Shacklebolt i może Lupin - wtrącił Alastor, zwracając się do Jamesa, na co Syriusz w odpowiedzi prychnął. Też mu coś… Może i był nieco impulsywny, ale Moody mógłby chociaż stwarzać jakieś pozory i go jawnie nie dyskryminować. - Bez urazy, Black.
- W porządku - rzucił z niezadowoleniem.
W sumie i tak nie miał ochoty robić rundki po domach wszystkich członków Zakonu. Jego myśli wciąż absorbowały obawy dotyczące Petera. Co, jeśli ten jeden jedyny raz jego przeczucie go nie zwodziło? Z drugiej strony targały nim ogromne wątpliwości - w końcu Glizdek był ich przyjacielem, a James… James ani śmiałby skierować cienia podejrzeń na jednego z Huncwotów. Gdyby Syriusz bezpodstawnie oskarżył Petera o zdradę, która nigdy nie miała miejsca, świadczyłoby to o jego braku zaufania i być może o rychłym początku końca huncwockiej przyjaźni.
Z przekąsem pomyślał, że generatorem wszelkich jego problemów była Bones - nie dość, że irracjonalnie zaczęło mu na niej zależeć i - sam przed sobą musiał przyznać - trochę zaangażował się w relację, która zaczęła się między nimi kształtować, to jeszcze przez nią i jej przeklęte mieszkanie, jego myśli zaczęły wchodzić na niebezpieczne tory, kierując poważne zarzuty wobec jednego z najlepszych przyjaciół.
I do tego wszystkiego, w tej jednej, paradoksalnie trudnej sytuacji nie mógł poradzić się Jamesa. Musiał to przed nim zachować w tajemnicy.
Dom Petera znajdował się w mugolskiej dzielnicy w niedalekim sąsiedztwie Doliny Godryka. Syriusz doskonale go pamiętał - z zewnątrz wyglądał biednie, głównie za sprawą odbarwionej elewacji i rdzewiejących rynn, jednak w środku był bardzo przytulny, a pomieszczenia zdawała się wypełniać dobra energia. Peter mieszkał w nim wraz z matką. Syriusz lubił przebywać w tym domu - stanowił on niekwestionowane zaprzeczenie chłodnego, arystokratycznego wystroju Grimmauld Place 12 - jednak miał ku temu okazję tylko kilka razy w wakacje, gdy jeszcze chodzili do Hogwartu.
Podszedł do drzwi i pociągnął za zwisający obok nich łańcuszek, wprawiając w ruch niewielki, żeliwny dzwonek. Jego uszu dotarł głuchy, bardziej stukający niż dźwięczący odgłos, jednak okazał się być wystarczająco głośny, żeby zwrócić uwagę któregoś z domowników, bo za ścianą usłyszał kroki.
Drzwi otworzyły się, a jego oczom ukazała się pani Pettigrew. Wyglądała inaczej niż wtedy, gdy widział ją po raz ostatni - na długich, jasnych włosach odznaczały się siwe pasma, a jej pulchna twarz była teraz wyraźnie chudsza i usiana zmarszczkami.
- Dzień dobry - powiedział. - Jest w domu Peter?
- Wyszedł gdzieś rano - odparła zaskoczona, marszcząc czoło. - Syriusz, tak? Strasznie się zmieniłeś, nie poznałabym cię…
Uśmiechnął się do niej lekko.
- A wie pani może, gdzie wyszedł?
- Prawdę mówiąc, myślałam, że jest z wami - odpowiedziała, a Syriusz od razu wyczuł niepokój w jej głosie. - Za każdym razem tak mówi, gdy wychodzi.
Być może kiedyś tak było, ale Peter przez ostatni miesiąc nie wychodził z nimi prawie wcale. Słowa pani Pettigrew utwierdziły Syriusza w przekonaniu, że coś było nie tak, a w dodatku ona sama wydawała się być przejęta tym, gdzie jej syn się podziewał, co jeszcze bardziej pogłębiło jego obawy.
- Wejdziesz do środka?
- Nie, dziękuję - pokręcił machinalnie głową. - Nie wie pani, gdzie jeszcze mógłbym go znaleźć?
- Nic mi nie przychodzi do głowy.
- W porządku. Pójdę już.
Pożegnawszy się krótko z panią Pettigrew, która w dalszym ciągu tkwiła na ganku z zaskoczoną miną, opuścił teren jej domu i teleportował się w pierwszej pustej alejce.
Pokątna po ostatnim ataku śmierciożerców jeszcze nie tętniła życiem, ale im więcej czasu mijało, tym czarodzieje zdawali się mniej przejmować ich ostatnią napaścią. Po zniszczeniach, które się dokonały, nie było już śladu, a ulica powróciła do pierwotnego wyglądu. Syriusz wszedł do Dziurawego Kotła, ze zdumieniem odkrywając, że niemal każdy stolik w lokalu był zajęty, a sam pub przyciągał teraz bardzo zróżnicowaną klientelę. Podszedł do baru i usiadł na jednym z wolnych krzeseł, praktycznie w samym kącie sali.
- Syriusz - powiedział wesoło Tom, odwracając się do niego. - Co dla ciebie?
- Cześć, Tom - odparł, uśmiechając się półgębkiem. - Whisky z lodem.
Merlinie, do czego to doszło, że wylądował samotnie w Dziurawym Kotle z zamiarem utopienia smutków w alkoholu.
- Dawno cię nie widziałem - zagaił, wsypując kostki lodu do szklanki i nalewając odmierzoną ilość Ognistej. - Co słychać?
- Wszystko po staremu - odparł, rozglądając się uważnie po wnętrzu lokalu. - Zawsze tu były takie tłumy?
Tom pokręcił głową i pochylił się w jego stronę.
- Różni ludzie się tutaj teraz kręcą - odpowiedział cicho, niemalże szeptem. - Sam wiesz, jaka jest sytuacja…
Syriuszowi nie trzeba było tłumaczyć, co miał na myśli - doskonale orientował się w ostatnich działaniach Voldemorta i omiótłszy spojrzeniem siedzących przy stolikach gości, mógł z całą pewnością stwierdzić, że miał podejrzenia, czy kilku z nich nie było jego entuzjastami.
- Widziałem wzmiankę o tobie w Proroku - dodał już normalnym głosem. - Powinieneś dostać od nich publiczne przeprosiny, naprawdę… Najpierw oskarżyli cię o coś tak poważnego, a potem okazało się, że wcale nie chodzi o ciebie.
- Nie przejąłem się tym za bardzo - wzruszył ramionami, domyślając się, że chodzi o artykuł sprzed miesiąca, w którym zamieszczono informację o poszukiwaniach w związku z jego rzekomym dołączeniem w szeregi Voldemorta. - Ominęła mnie ta wzmianka, byłem wtedy w Albanii.
- Nowa praca? - zapytał, na co Syriusz przytaknął. - Ach, gdybym ja miał taką możliwość, to bym w ogóle teraz nie wracał do Londynu…
Nie odpowiedział nic; uwagę Toma odwrócił czarodziej, który podszedł do baru i złożył u niego zamówienie.
- Syriuszu, a ta informacja o Regulusie? - szepnął, gdy obsłużył mężczyznę i ten oddalił się od baru. - Czy to prawda?
Syriusz poczuł, że zawartość jego żołądka wywróciła się do góry nogami.
- Raczej tak - mruknął posępnie.
- Przykro mi - powiedział, patrząc na niego współczująco. - Ja sam mam dwóch braci i wiem, że zawsze mogę na nich liczyć. Nie chciałbym się nigdy dowiedzieć, że którykolwiek z nich jest śmierciożercą…
Syriusz jednym haustem opróżnił zawartość szklanki i zaraz zamówił następną kolejkę. Wspomnienie Regulusa jeszcze bardziej pogrążyło go w ponurym nastroju. Alkohol działał na niego dzisiaj wyjątkowo depresyjnie, a im więcej go pił, tym po jego głowie dotkliwiej snuły się chmurne refleksje, spowijające jego myśli w gorzkich introspekcjach.
Gdyby tylko miał z nim lepszy kontakt, być może Regulus by teraz żył.
Chociaż na trzeźwo wolał się do tego nie przyznawać nikomu, Syriusz okrutnie żałował, że nie potrafił zbliżyć się do brata w dorosłym życiu. Kiedyś był dla Regulusa wzorem, a w dzieciństwie byli sobie bliscy - różnice między nimi zaczęły się uwypuklać, gdy poszedł do Hogwartu, trafił do Gryffindoru i zaczął być coraz bardziej krytykowany przez matkę, podczas gdy Regulus coraz bardziej wychwalany…
Z jednej strony oceniał go surowo - nigdy nie podobały mu się jego fascynacje czarną magią i Reg miał swój rozum, żeby wiedzieć, z czym wiąże się sługa u Voldemorta, z drugiej strony - jego brat był bardzo młody i naiwny, miał raptem 17 lat… Syriusz poniekąd obwiniał się o jego śmierć; mógł w porę odnaleźć go, ostrzec, a może także uratować. Jeśli Regulus wycofał się z zadania, które powierzył mu Voldemort, to oznaczało, że miał sumienie, zdobył się na chwilę refleksji nad tym, co robi i Syriusz w głębi duszy czuł, że w tej wojnie Reg nie był do końca tym złym…
- Skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? - warknął, trzymając Regulusa za kołnierz i przyciskając mu różdżkę do szyi.
- Prześledziłem cię - odparł, oddychając ciężko. - Ten jeden jedyny raz, gdy postanowiłeś wrócić do siebie na piechotę.
- I czego chcesz? - syknął, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na jego szacie. - Twój pan kazał ci mnie zabić?
- Nie - powiedział hardo, patrząc mu prosto w oczy. - Chciałem cię zobaczyć.
Syriusz zaśmiał się zimno.
- I miałbym w to uwierzyć?
- Tak, Syriuszu - odpowiedział zaskakująco miękkim tonem. Mężczyzna nieświadomie poluzował uścisk na tyle, że Regulus zgrabnie się z niego wyswobodził. - Jestem twoim bratem, zapomniałeś już?
Gdyby Syriusz wiedział, że to było ich ostatnie spotkanie, z pewnością miałoby ono nieco inny przebieg.
Miał straszliwą ochotę porozmawiać o tym z Bones - ona z pewnością by go zrozumiała; zresztą od razu przejrzała go, gdy początkowo odmówił wykorzystania rejestru Rega w sprawie swojego raportu. Uświadomiła mu wtedy coś bardzo ważnego:
To nie ma znaczenia jaki mieliście kontakt - odrzekła powoli, patrząc mu odważnie w oczy. - Jeśli tobie na nim zależało, to jemu na pewno również.
Nie miał pojęcia, na jakiej podstawie wysnuła taki wniosek, ale zdecydowanie pamiętał jej bystre spojrzenie i swój szok, gdy uzmysłowił sobie, że wystarczyło jej tak niewiele, żeby domyśleć się całej prawdy o nim i Regulusie. Westchnął ciężko. Rozmowa z Amelią by mu pomogła - była jedną z nielicznych osób, które go rozumiały i umiały pocieszyć. Merlinie, jak on za nią tęsknił…
Drzwi Dziurawego Kotła otworzyły się, a Syriusz spojrzał w ich stronę i momentalnie zesztywniał na krześle. Do środka wszedł Peter w towarzystwie dwóch mężczyzn, których twarzy ani trochę nie rozpoznawał, ale mógł z całą pewnością stwierdzić, że nie wyglądali na przyjemnych typów. Natychmiast go otrzeźwiło, a myśli o Regulusie i Amelii rozmyły się, znikając z jego głowy.
Mężczyźni usiedli przy stoliku na drugim końcu sali, od razu składając zamówienie u kelnerki. Syriusz miał wielką ochotę wstać i zapytać Petera, w jakie kłopoty się wpakował - wszystko po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że to nad czym od rana rozmyślał, nigdy nie miało racji bytu... Zdusił w sobie jednak tę chęć i zamiast tego postanowił go obserwować. Ich stolik był od niego oddalony o kilkanaście stóp, w dodatku Peter siedział plecami do baru, więc nie było opcji, żeby mógł go zauważyć.
Syriusz zapłacił Tomowi, po czym wstał i czmychnął ukradkiem do łazienki. Wychodząc z niej już jako pies, przebiegł pod nogami jakiejś pary i położył się za filarem w bezpośrednim sąsiedztwie stolika, przy którym siedział Peter. Było późne popołudnie i za oknami robiło się coraz ciemniej, Dziurawy Kocioł zaś skąpany był w półmroku, więc jego czarna sierść doskonale wtapiała się w ponure wnętrze pubu.
- Teraz też szykuje się niezła akcja - powiedział praktycznie niesłyszalnym szeptem jeden z mężczyzn. Gdyby nie to, że w psiej postaci wszystkie zmysły Syriusza wyostrzały się, to nie byłby w stanie wychwycić ani słowa.
- Nie mogę się już doczekać - dodał ktoś inny. - Swoją drogą, nieźle ci poszła ta misja… On szukał tego od miesięcy.
Syriusz podniósł łeb w zaciekawieniu. Kim był "on" i czego szukał? Miał przeogromną nadzieję, że Peter nie władował się w konszachty ze śmierciożercami...
- A to nic takiego - odparł Peter, chociaż jego głos był pełen samozadowolenia. - Bułka z masłem.
- No, zaskoczyłeś nas. Myśleliśmy przez chwilę, że pękniesz i zwiejesz przy pierwszej okazji, tak jak młody Black.
Słowa mężczyzny zadźwięczały mu w uszach. W pierwszej chwili Syriusz nie uwierzył w to, co przed chwilą usłyszał, jednak gdy jego szok nieco ustąpił, uderzyła go nagła fala gorąca. Chociaż w swojej formie animagicznej jego uczucia były o wiele mniej skomplikowane, poczuł się tak, jakby ktoś wymierzył mu siarczysty policzek.
Tak jak młody Black?
Resztki jego nadziei posypały się niczym domek z kart. Jego przeczucie go nie zwiodło, a najgorsze obawy potwierdziły się - Peter był śmierciożercą i musiał się z tym pogodzić.
- No co ty… Ja? - obruszył się Peter. Głos mu zadrżał, a jego ton zmienił się; nie brzmiał już tak pewnie, jak jeszcze przed chwilą.
- Swoją drogą, ciekawi mnie, gdzie Black się ukrywa i jak nas przechytrzył. Wszyscy myśleliśmy, że nie żyje, nawet on w to uwierzył…
- A nie pomyślałeś, że Ministerstwo karmi nas kłamstwami? - prychnął drugi mężczyzna. - Ja myślę, że on naprawdę go dopadł. Black był strasznym tchórzem, a pod koniec już mu do reszty odbiło… To, co myśmy robili bez mrugnięcia okiem, jemu przychodziło z wielkim trudem. Arystokracka mimoza, doprawdy. Myślał, że sobie rączek nie pobrudzi…
Syriusz w ostatniej chwili powstrzymał się przed rzuceniem się na mężczyznę. W środku cały gotował się ze złości, ale jedyne, co mógł zrobić, to zacisnąć zęby i w milczeniu czekać na rozwój sytuacji.
Merlinie, to oznaczało, że Reg naprawdę się wycofał i to nie dlatego, że zadanie było za trudne, ale dlatego, że nie chciał być dłużej śmierciożercą.
- Jego dane osobowe znają, to je podali - dodał ten sam mężczyzna. - Innych nie mają, więc w gazecie napisali, co wiedzieli. Tania zagrywka, żeby stworzyć pozory, że coś robią.
- Ministerstwo samo w sobie to może i nic nie robi. Za to Dumbledore… - Pierwszy mężczyzna wymówił imię dyrektora bardzo cicho, o wiele ciszej niż resztę zdania, a jego krzesło zaskrzypiało tak, jakby nachylił się, żeby jeszcze bardziej skrócić odległość między towarzyszami. - ...Wyszkolił sobie dość konkretną armię.
- Daj spokój - żachnął się Peter. - Nie mają żadnych szans, zwłaszcza, że teraz mamy sporą przewagę.
Nie miał już najmniejszych wątpliwości - to Pettigrew zabrał jego świstoklika i ukradł róg dwurożca z mieszkania Amelii. Jego głos przepełniała duma, jakby oszukanie przyjaciół było jego największym osiągnięciem, kwintesencją sprytu i przebiegłości, które tak naprawdę wcale nie odzwierciedlały charakteru Petera, lecz on sam zdawał się twierdzić inaczej, brylując w towarzystwie śmierciożerców oraz pławiąc się w ich zainteresowaniu i złudnym splendorze. Syriusz wbił boleśnie pazury w drewniane deski, czując ogarniającą go nienawiść.
- Szkoda, że nie możemy ich ostrzec… Może byśmy powalczyli trochę dłużej niż kilka minut.
Po pomieszczeniu rozległ się rechoczący śmiech, a serce Syriusza załomotało boleśnie w klatce piersiowej. Merlinie, zdrada Petera nie była w tym wszystkim najgorsza. Oni naprawdę szykowali atak i to w bardzo nieodległej przyszłości...
Dalsza rozmowa Glizdogona z mężczyznami nie traktowała o niczym istotnym, więc po paru minutach postanowił wyjść z pubu zanim któryś z kelnerów potknąłby się o niego, za co zostałby wyrzucony za drzwi. Niebo było już niemal czarne, a na prawie wyludnionej Pokątnej migotały blado lampy uliczne. Schował się w cieniu rzucanym przez ścianę stojącego naprzeciwko budynku, żeby mieć dobrą widoczność na opuszczających lokal gości.
Nie musiał długo czekać; po niecałych dwudziestu minutach z Dziurawego Kotła wyłonił się Peter. Był sam - widocznie mężczyźni, z którymi przyszedł, dalej nie opuścili pubu. Syriusz w mgnieniu oka poderwał się i rzucił na niego tak, że obydwaj zatoczyli się do tyłu, w wyniku czego Peter gruchnął plecami o ziemię, a on leżał na nim, przyciskając łapy do jego klatki piersiowej.
- Syriusz? - wysapał Glizdogon.
Mężczyzna, nie mówiąc nic, przemienił się w człowieka, po czym nie wypuszczając Petera z rąk, wstał, ciągnąc go za sobą do góry i teleportował się z nim w pierwsze miejsce, jakie przyszło mu do głowy.
Znaleźli się na polanie Remusa.
- Syriusz - powtórzył Peter. Był cały czerwony na twarzy, a w jego oczach malowało się przerażenie. Lewą ręką sięgnął do kieszeni spodni, próbując wymacać w nich różdżkę.
- TY OBRZYDLIWY, PODŁY, PARSZYWY ZDRAJCO - wrzasnął, unieruchamiając go na trawie twarzą w dół i przechwytując jego różdżkę, zanim ten zdążyłby jej użyć przeciwko niemu. - Źle ci było z nami? Co takiego naobiecywał ci Voldemort?
- Syriuszu, wysłuchaj mnie - sapnął rozpaczliwie Glizdogon, biorąc krótkie, łapczywe wdechy. Jego twarz zmieniła kolor z czerwieni na purpurę. - Dusisz mnie.
- I BARDZO DOBRZE - skwitował, w dalszym ciągu przyciskając kolana do jego pleców. Był tak wściekły, że nie tyle drżały mu kończyny, co cały dygotał ze złości. - Jak mogłeś nas zdradzić, Peter? Byliśmy przyjaciółmi… Nie gryzie cię sumienie?
- Och, Syriuszu, ja nie chciałem… - pisnął. - Ja naprawdę nie chciałem… Oni mnie do tego zmusili.
- Naprawdę? - zapytał jadowicie. Kpiący uśmiech wykwitł na jego twarzy. - Ciekawe, bo nie wyglądasz, jakbyś był pod działaniem Imperiusa.
- Grozili mi i mojej matce...
- TO TRZEBA BYŁO IŚĆ Z TYM DO NAS - wrzasnął, czując, że kolejna fala gniewu ogarnia jego ciało, paraliżuje je w nieoczekiwanym amoku i zalewa od środka mieszanką wrzawy, furii i goryczy. - MY BYŚMY CI POMOGLI, ALE TY WOLAŁEŚ NAS ZDRADZIĆ.
- Chciałem, Syriuszu… Gdybyś tylko wiedział, jak bardzo tego chciałem - jęknął Peter, a jego usta wydęły się w bolesnym grymasie. - Ale nie mogłem. Oni znaleźli mnie, szantażowali, grozili… Nie miałem innego wyjścia…
Syriusz zawahał się na moment.
- Kłamiesz - wycedził przez zęby, uważnie oglądając profil twarzy Glizdogona. Znał go tyle lat, że potrafił rozpoznać, kiedy był z nim szczery. - W Dziurawym Kotle nie wyglądałeś na szczególnie uciśnionego.
- To tylko takie wrażenie - sapnął, a jego pucołowate policzki przybrały ciemny odcień czerwieni. - Syriuszu, puść mnie proszę, zabierz do kwatery… Ja ci wszystko wyjaśnię.
- Masz na to czas teraz - powiedział sucho. - Jak długo to trwa? Ile informacji o Zakonie im sprzedałeś?
- Niedługo, na pewno mniej niż miesiąc. - Syriusz nieświadomie zsunął kolana z jego kręgosłupa, a Glizdogon szarpnął się, przewracając na plecy. - Prawie nic im nie powiedziałem… Naprawdę, same strzępki informacji.
- Czy oni wiedzą, gdzie jest kwatera Zakonu? - zapytał cicho, chociaż w głębi duszy czuł, że znał odpowiedź na to pytanie.
Peter pokręcił głową w przeczącym ruchu, lecz Syriusz ani przez chwilę mu nie uwierzył - prawdę mówiąc, wątpił w prawdziwość każdego słowa, które usłyszał od niego od momentu złapania go pod Dziurawym Kotłem.
- Nie jestem zdrajcą, Łapo. Nic nie mogłem poradzić…
- Jesteś, Pettigrew - skwitował gorzko. - Przy pierwszej, nadarzającej się okazji ukradłeś róg dla Voldemorta. Gdybyś był po naszej stronie, chyba byś się tak nie palił do tego zadania, co?
- Musiałem to zrobić - odrzekł piskliwie. - Tylko tak mogłem pozyskać jego zaufanie…
- O widzisz - warknął Syriusz. - Czyli teraz jednak przyznajesz się, że Voldemort to twój koleżka?
- Nie! - zaprzeczył gorączkowo. - Musiałem sprawić, żeby mi zaufał, bo to był jedyny sposób, żeby oszczędził mi życie...
- Przy okazji narażając nas wszystkich na śmierć. - Syriusz jeszcze mocniej przycisnął różdżkę do jego szyi. - Wiesz, że to przez ciebie Fabian i Gideon nie żyją? Zastawiliście na nas pułapkę.
- Nic nie mogłem poradzić!
- Ciekawe, kto byłby następny - wypluł pogardliwie, nie zważając na jego tłumaczenia. - Może James? Albo Remus? Pewnie nie miałbyś żadnych skrupułów...
- Ja to wyjaśnię, tylko daj mi szansę!
- My byśmy oddali za ciebie życie, Peter - powiedział cicho. W jego głosie czaił się zawód. - A ty tak po prostu nas sprzedałeś. Zawsze byłeś wygodny i żałuję, że dopiero teraz to zauważyłem. Kiedyś uczepiłeś się Jamesa jak rzep psiego ogona i już wiem, że to było celowe zagranie; zapewniłeś sobie ochronę na cały okres szkoły. A teraz, gdy Voldemort rośnie w siłę i szala zwycięstwa przechyla się na naszą niekorzyść, ty odwracasz się od przyjaciół i przystajesz do wroga z nadzieją, że on cię ochroni... W twojej tępej głowie ani razu nie pojawiła się myśl, że może jesteś tylko jego kukiełką, a on z przyjemnością wykorzysta informacje, które mu podasz, po czym bez mrugnięcia okiem zabije.
Glizdogon milczał, oddychając ciężko i chrapliwie.
- Złą stronę wybrałeś, Peter. Gdy Zakon dowie się o twojej zdradzie, nie będziesz już dłużej potrzebny Voldemortowi.
Syriusz wiedział, że jego słowa brzmiały brutalnie, ale ani trochę ich nie żałował - chciał, żeby Pettigrew poczuł, czym był prawdziwy strach i bardzo pragnął, żeby pożałował tego, co zrobił.
Wyraz twarzy Glizdogona zmienił się diametralnie, a Syriusz zauważył, że pojawił się na niej gniew.
- Jesteś okrutny - powiedział zimno, o wiele zimniej niż miał w zwyczaju i Syriusz mógłby przysiąc, że nigdy nie słyszał u niego takiego tonu. - Niczym się nie różnisz od rodziny, którą tak gardzisz. James i Remus by mnie wysłuchali.
- Ja ciebie cały czas słucham - odpowiedział spokojnie, nie chcąc dać mu się sprowokować. - Jednak od kilkunastu minut nie jesteś w stanie powiedzieć mi niczego, co tłumaczyłoby twoją zdradę.
Prawie się zawahał i musiał przyznać Peterowi, że był cwany.
- Dobrze, w takim razie powiem ci - odrzekł powoli. - Któregoś wieczoru na Nokturnie napadli na mnie śmierciożercy. To byli Carrow i Rosier, pamiętali mnie ze szkoły. Rosier wiedział, że zawsze trzymałem się z wami i domyślił się, że mam coś wspólnego z Dumbledore'em i Zakonem. Uprowadzili mnie; zanim się obejrzałem, leżałem na podłodze w jakiejś piwnicy, a nade mną stał... No wiesz kto.
Syriusz skinął głową.
- Najpierw mnie torturował. Chciał wyciągnąć ode mnie informacje na temat Dumbledore'a, a potem zaproponował mi litość, pod warunkiem, że zawrę z nim sojusz i będę dla niego szpiegował. Nie mogłem się nie zgodzić, inaczej by mnie zabił…
- Wolałbym zginąć niż dołączyć do jego zgrai.
- Nie rozumiesz - bąknął cicho. - I nigdy mnie nie zrozumiesz, Syriuszu. Bałem się go tak samo mocno, jak boję się śmierci. Nie chciałem umierać; życie to wszystko, co mam…
- I z tego strachu oceniłeś je na więcej warte niż nasze? - Łapa parsknął zimnym śmiechem. - Gdybyś był mądry, to byś od razu po szkole wyjechał z kraju. Po co w ogóle wstąpiłeś do Zakonu?
- Bo chciałem walczyć i walczyłem razem z wami!
- Bo miałeś z tego korzyści.
- Syriuszu, miej litość - powiedział, wpatrując się w niego błagalnie. - Powiadom Dumbledore'a, przecież wiesz, że nie jestem tym złym…
- Żeby ochronił ci tyłek przed Voldemortem? - prychnął. - Jesteś żałosny, Peter.
Syriusz ani myślał mu pomóc - jedyne wyjście z tej sytuacji widział w jak najszybszym teleportowaniu go do Kingsleya. Tylko on spośród zaangażowanych w Zakon aurorów nie był zawieszony w swoich prawach, więc był jedyną osobą, która mogłaby umieścić Petera w Azkabanie.
Syriusz, nie wypuszczając Glizdogona z rąk, wstał, podnosząc go ze sobą do góry. Nagle poczuł, że jego szata pod palcami robi się wiotka i miękka, a po chwili już jej wcale nie trzymał. Peter zniknął z jego pola widzenia.
Syriuszowi serce zabiło mocniej w piersi, ale wiedział, że Glizdogon nie mógł się teleportować, bo w dłoni nadal trzymał jego różdżkę. Natychmiast przemienił się w psa, wiedząc, że w ludzkiej postaci nie będzie w stanie odnaleźć niewielkiego szczura w nocy pośród traw. Zapach Petera był ledwo wyczuwalny, ale z całych sił wytężył swój psi nos i rzucił się za nim w pogoń. Jego wzrok był za słaby, żeby móc go dostrzec i Syriusz zbyt głośno przebierał łapami, żeby cokolwiek usłyszeć, ale węch nigdy go nie zawodził. Miał tę przewagę, że był większy i szybszy, i musiał go znaleźć, ten parszywy zdrajca nie mógł mu tak po prostu umknąć…
Po przebiegnięciu kilkunastu jardów, nie czuł już nic. Peter uciekł.
- JAMES! - ryknął Syriusz, nieomal nie wpadając na przyjaciela, gdy ten otworzył mu drzwi.
- Merlinie, Syriuszu, co się stało? - zapytał, patrząc z niepokojem na zrozpaczoną twarz przyjaciela.
- Peter… - wysapał, biorąc głęboki wdech. - Peter…
- Co z nim? - Oczy Jamesa rozszerzyły się ze strachu. - Ma kłopoty? Jest ranny?
- Jest zdrajcą - jęknął Syriusz, chowając twarz w dłoniach. Rogacz spiął się i osłupiał, a na jego twarzy pojawiła się mieszanka szoku i niedowierzania.
- Niemożliwe - szepnął po chwili pełnej dramatycznej ciszy. - Peter nigdy by nas nie zdradził.
- On to naprawdę zrobił, James - powiedział nieco bardziej żałośnie i rozpaczliwie niż zakładał, ale cała sprawa przytłoczyła go tak bardzo, że nie mógł zwalczyć targających nim emocji, a w dodatku bardzo zależało mu na tym, żeby Rogacz mu uwierzył. - Widziałem go, rozmawiałem z nim. Peter jest śmierciożercą.
- Ale jak…?
Syriusz opowiedział mu całą historię - począwszy od jego pojawienia się w Dziurawym Kotle po rozmowę z Peterem na polanie. James przysłuchiwał się uważnie całej opowieści. Z każdą minutą jego twarz spowijał coraz głębszy niepokój, a pod koniec siedział zgarbiony na sofie w salonie z podkurczonymi nogami i wpatrywał tępo w pustą przestrzeń nad głową siedzącego obok przyjaciela.
- Ja… - szepnął Rogacz, gdy Łapa skończył swój monolog. - Nie wiem, naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Byliśmy przyjaciółmi. Dla mnie zdrada Petera jest jak koniec jakiejś epoki.
- Koniec ery Huncwotów. - Głos Syriusza przepełniała gorycz. Nie mógł bardziej się zawieść.
- Merlinie, ale dlaczego? - jęknął Rogacz, pocierając dłońmi skronie. - A jeśli Peter naprawdę robił to wszystko pod przymusem Voldemorta i wcale tego nie chciał?
- Nie, James. - Syriusz pokręcił smutno głową. - Ja cię rozumiem, sam też bym tego chciał, ale wiem, co słyszałem i byłoby głupotą dalej się oszukiwać... Peter przyznał mi, że chciał zdobyć jego zaufanie, byleby tylko oszczędził mu życie. Pamiętaj też, że mimo wszystko Voldemort dał mu dużą autonomię; skoro wypuścił go na wolność, to tak naprawdę mógł zrobić cokolwiek: pójść do Dumbledore'a i błagać go o pomoc, wyjechać z kraju, POWIEDZIEĆ NAM… Przecież my byśmy zrobili wszystko, żeby mu pomóc, ale on zamiast tego wolał wypełniać rozkazy Voldemorta i szpiegować nas dla niego.
- Masz rację - westchnął, ściągając okulary i kładąc je na stoliku przed sobą. - Peter powiedział ci, że na Nokturnie rozpoznał go Carrow i Rosier, tak?
Syriusz kiwnął głową.
- Po pierwsze, co robił na Nokturnie? - James zmarszczył brwi. - I to jeszcze wieczorem, bo nie wydaje mi się, że uprowadzili go w biały dzień. A po drugie, Rosiera złapaliśmy jakoś ponad miesiąc temu na akcji w Little Norton. Wychodzi na to, że całe to porwanie Petera musiało się wydarzyć jeszcze wcześniej…
- Bo ta jego bajeczka jest mocno naciągana - parsknął.
James podniósł się raptownie z kanapy.
- On na pewno im powiedział, gdzie jest kwatera główna Zakonu.
- Tak, to chyba oczywiste.
- Łapo, trzeba tam iść natychmiast - powiedział. - Musimy zasypać wejście do Wrzeszczącej Chaty, zburzyć korytarz, cokolwiek, byleby nikt z Zakonu więcej tam nie wszedł…
- James... - szepnął Syriusz grobowym tonem, nagle przypomniwszy sobie coś ważnego. - Ci faceci w Dziurawym Kotle powiedzieli coś w stylu, że szkoda, że nie mogą nas ostrzec, bo może powalczyliby trochę dłużej niż pięć minut…
Oczy Rogacza rozszerzyły się w przerażeniu, a Łapa nie miał najmniejszych złudzeń, że jego przyjaciel pomyślał o tym samym, co on.
