- To beznadziejny pomysł. – Prychnęła, pijąc kolejną kawę tego dnia. O ile obudziła się bez kaca, to później dopadł ją z podwójną siłą. Dochodziła dziewiętnasta, a Hermiona najchętniej poszłaby spać pod kilkoma kocami. Zamiast tego siedziała objęta przez Severusa na kanapie i prowadziła tą głupią rozmowę.

- Bacz na słowa. – Warknął, jeżdżąc palcem po jej ramieniu i patrząc na zapalony kominek. – Znam ten świat i wiem, że warto to wysłać. Zdobędziesz doświadczenie i odkurzysz ten świat starych pryków.

- Zważywszy, że te stare pryki to kontrolują, nie sądzę, żeby moje eksperymentalne łączenie eliksirów z numerologią uznali jako kompetentne. – Ścisnęła mocniej za kubek. Porażki w poszukiwaniu praktyk nadal mocno działały na jej dumę.

- Nawet najbardziej zacofany mistrz nie będzie mógł tego zignorować. – Wzruszył ramionami. – Tylko, powtarzam, napisz wypracowanie tej teorii i wyślij do kolegium. Co ci szkodzi.

- Och, szkodzić, nie szkodzi. – Poprawiła kosmyk włosów, który zawieruszył się przy jej twarzy. – Ale to strata czasu. – Ułożyła się wygodniej.

- Z twoimi umiejętnościami? – Prychnął. – Znając ciebie i tak masz to wszystko spisane. Wystarczy uporządkować, ostateczną redakcję wezmę na siebie. Nie popiszę się pod tym w innym razie. – Oderwała się od niego i spojrzała z oburzeniem.

- Przypominam, że to ty chcesz, żebym to napisała! – W odpowiedzi przyciągnął ją do siebie z powrotem.

- Chcę, ale jeśli oddasz im to tak, jak oddawałaś mi eseje w Hogwarcie to możesz się faktycznie pożegnać z jakimkolwiek uznaniem pracy.

- Dupek. – Mruknęła, ale wtuliła się w niego bardziej. Pocałował ją w czoło. – Ugh, mam ochotę umrzeć. – Skrzywiła się. – Ewentualnie zjeść lody.

- Bambi, nie masz pięciu lat. – Spojrzała na niego z krzywym uśmiechem.

- Ta Bambi trochę psuje efekt. – Wywrócił oczami i wstał. Przypatrywała mu się, jak przechodzi przez salon i jadalnię, żeby zniknąć w kuchni. Po chwili z niej wyszedł ze średniej wielkości pudełkiem. Opadł obok niej na kanapę i wyciągnął do niej pakunek.

- Za dobrze ci. – Skwitował. Patrzyła zaskoczona to na mężczyznę, to na lody. Uśmiechnęła się nieśmiało.

- Chyba przyznam ci rację. – Pocałowała go mocno i zgarnęła prezent, odbierając łyżeczki.

Wyszła na chłodne powietrze i od razu schowała dłonie w kieszenie. Poniedziałek zaczął się wyjątkowo mroźnie i jedyne o czym marzyła to powrót do ciepłego mieszkania, żeby wypić ciepłą herbatę. Musiała sama przed sobą przyznać, że najchętniej wróciłaby do Severusa, u którego spędziła cały weekend, ale obiecała Ginny, że wróci. Zamknęła oczy, wypuszczając powietrze.

- Hermiona? – Podniosła głowę, stając twarzą w twarz z osobą, o której starała się nie myśleć przez cały weekend.

- Ron? Co tu robisz? – Dostała gęsiej skórki, gdy w jej głowie ożyły wspomnienia z wieczoru w piątek.

- Ginny powiedziała o której kończysz. – Potarł się w tył głowy. – Przyszedłem w sobotę, jak i w niedzielę, ale ciebie nie było. – Zmarszczyła brwi.

- Okej, ale to nie tłumaczy co tu robisz. – Przeszła z nogi na nogę. Nie chciała mu niczego ułatwiać.

- Chciałem pogadać. I przeprosić. – Dodał pośpiesznie. Pokręciła zrezygnowana głową.

- Jasne, ale ruszmy się, bo zamarznę. – I nie czekając na jego odpowiedź, ruszyła w odpowiednim kierunku. Usłyszała westchnięcie i obok niej pojawił się rudzielec.

- Hermiona, naprawdę przepraszam za piątek. Za dużo wypiłem, ale to nie tłumaczy mojego zachowania. – Spojrzał jej w oczy i przełknął ślinę. – Na serio, nie chciałem cię przestraszyć. – Zanurzyła twarz w szalik i pomyślała chwilę.

Bez dwóch zdań, przegiął. Jednak to Ron. Jej Ron. Spuściła ramiona i westchnęła.

- Okej. – Znów na niego spojrzała. – Ale zrobisz to jeszcze raz, a tak łatwo ci nie odpuszczę.

- Oczywiście. – Uśmiechnął się do niej. – Jesteś niesamowita. – Objął się, na co się spięła. To jej Ron, jednak nieźle ją nastraszył i nie chciała żeby ją obejmował. Jeszcze nie teraz.

- Ron, zostaw. – Tym razem bez problemu zdjęła jego rękę z ramion i minimalnie się odsunęła. – Przyjęłam przeprosiny, ale muszę to przetrawić. – Zmarszczył brwi.

- Ale co tu przetrawiać? – Przekrzywił głowę. – Skarbie, chcemy wrócić do siebie, ale źle się do tego zabrałem. – Zatrzymała się tak gwałtownie, że przyjaciel zrobił dwa kroki, zanim się zatrzymał i odwrócił do niej.

- Co? – Warknęła. Spojrzał na nią zdziwiony.

- Ale co „co"?

- Coś ty powiedział? – Zacisnęła mocniej ręce.

- No, że chcemy do siebie wrócić. – Powiedział to tonem, jakby to była oczywistość. – Przecież jasno widziałem sygnały.

- Sygnały? – Zmarszczyła brwi. – Jakie sygnały, do cholery! – Tupnęła nogą.

- To ignorowanie, pokazałaś, że potrafisz, a ja to szanuje. – Podszedł do niej bliżej, ale cofnęła się. – Zrozumiałem, że nie chcę cię tracić.

- Tracić?! Ron, zerwaliśmy wiele lat temu. Przecież miałeś przez ten czas mnóstwo dziewczyn!

- Ale żadna nie mogła zastąpić ciebie. – Rozłożył ramiona. – Chciałaś przestrzeni, dałem ci ją. A i ty nie miałaś nikogo na stałe. Nie wiedziałem czemu, ale teraz rozumiem.

- Czy ty siebie słyszysz?! – Oburzyła się. – Nie ignoruję cię, tylko nie mam czasu. Nie miałam nikogo bo nie trafiłam na nikogo, kto by mnie na tyle zainteresował!

- Nie masz czasu? A sylwester? Herm, od zawsze spędzałaś go z nami, a teraz nagle zrezygnowałaś? – Pokręcił głową. – Nie udawaj.

- Czego mam nie udawać? – Obruszyła się. – To ty wmawiasz sobie jakieś niestworzone rzeczy. – Potarła brwi. – Ron, jesteśmy przyjaciółmi, bliskie jak rodzeństwo, ale nic poza te ramy. – Spojrzała na niego ze smutkiem. Patrzyła na jego twarz, kiedy z niezrozumienia, zaczęła się zamieniać na gniewną.

- Kto to? – Warknął nagle. Hermiona poczuła się zbita z pantałyku.

- Co znowu?

- Kto to jest? – Zacisnął dłonie w pięści. – W kim się zakochałaś? – Osłupiała.

- Zakochałam? – Zakpiła, trochę za wysokim głosem, jak na jej gust. – O czym ty bredzisz, przed chwilą mi wmawiałeś, że chce być znowu z tobą.

- Nie udawaj! Miałaś już praktyki, z numerologii i jakoś miałaś więcej czasu, a miałaś równocześnie inny kierunek. – Zmrużył oczy. – A coś… coś się w tobie zmieniło, Hermiono. I myślałem, że to dla mnie. Czekałem na ciebie… tyle lat czekałem.

- Na co, do cholery?! – Krzyknęła, nie zważając na ludzi dookoła.

- Na to aż zmądrzejesz! – Również krzyknął. – Na to jak w końcu zobaczysz, że powinniśmy być razem! Że rzucenie mnie to był błąd! A nie! Ty się po prostu zakochałaś w innym!

- Jesteś idiotą. – Syknęła. – Poczekam, aż zmądrzejesz, do tego czasu, nie odzywaj się do mnie. – Minęła go, potrącając ramieniem.

- Jeszcze nie skończyłem! – Złapał ją za rękę. Spojrzała na niego na tyle wściekłym wzrokiem, że ją puścił.

- Ale ja tak. – I pobiegła przed siebie, zostawiając byłego chłopaka za sobą.

Kiedy tylko zapięła płaszcz, przytuliła mocno Ginny.

- Mionka, udusisz mnie. – Zachichotała, odsuwając przyjaciółkę na odległość ramienia.

- Już, już. – Machnęła ręką i spojrzała za ramię dziewczyny na Harry'ego. – Liczę, że jeszcze mnie zaprosicie.

- Żartujesz. – Prychnęła ruda. – Przecież wiesz, że masz tu drugi dom. Wpadaj kiedy tylko chcesz.

- A ty pamiętaj, że twój pokój zawsze będzie twoim pokojem.

- Brzmisz, jakbyśmy mieli się zaraz pokłócić. – Zażartował czarnowłosy, także ją przytulając, tak jak ona przed chwilą Weasley.

- Cóż, znając was to tak właśnie będzie. – Pokręciła z politowaniem głową. Uśmiech Ginny tylko to potwierdził. – Dobra, naprawdę już wychodzę.

- Leć, tylko zapamiętaj, że tak łatwo się mnie pozbędziesz. – Wywróciła oczami i wyszła z przedsionka na ganek. Spokojnym krokiem przeszła przez krótką ścieżkę i stanęła na chodniku w Dolinie Godryka. Jeszcze raz pomachała Harry'emu i Ginny, którzy stali w drzwiach i teleportowała się w obrotem.

Z westchnięciem popatrzyła na swój blok i ruszyła w stronę wejścia. Spokojnie pojechała windą na swoje piętro i otworzyła drzwi z klucza. Stanęła w progu, zdjęła płaszczyk i potarła ramiona, by się trochę rozgrzać i dodać sobie otuchy. Puste. Mieszkanie wydawało jej się puste.

Dzień, którego Hermiona bała się tak mocno w końcu nadszedł. Ginny się wyprowadziła, a ona została sama. Sama w mieszkaniu. U Severusa była rano, teraz czekają na to, aż baza do eliksiru odstoi swój czas. Co dla niej znaczyło samotny wieczór.

- Na Merlina, Hermiono, ogarnij się. – Klepnęła się po policzkach. Może sama, ale nadal jest sobą. Zajrzała do swojego pokoju, by posiedzieć nad studiami, ale nawet ona musiała przyznać, że jest do przodu ze wszystkim i nie mogła się skupić na czymś tak bardzo konkretnym. Więc zamiast próbować, przebrała się w dresowe spodenki i zdjęła skarpetki by pochodzić boso. Wyszła z niego, kierując się do salonu.

Gin nie zabrała dużo rzeczy, tak po prawdzie zgarnęła tylko zawartość szafek ze swojego pokoju. Ale w salonie wydawało się, że jest o wiele więcej miejsca. I ona w tej przestrzeni czuła się wystawiona. Przeszła do kuchni, skąd wyciągnęła kieliszek, a następnie do barku, z którego wyciągnęła skrzacie wino. Nalała sobie prawie pełne naczynie, jak nigdy, i spojrzała na nie. Po chwili zastanowienia złapała za całą butelkę i przeniosła się na kanapę. Ruchem ręki i odpowiednim zaklęciem, wznieciła ogień w kominku i zapadła się w tapicerkę.

- Te wieczory z Severusem w końcu wpędziły mnie w alkoholizm. – Podwinęła kolana pod brodę i wpatrzyła się w płomienie. – Sentymentalna. Do bólu sentymentalna. – Pokręciła głową z dezaprobatą.

Dopiero po pierwszym kieliszku wstała i sięgnęła po książkę, włączając przy okazji radio, by zagłuszyć ciszę. Kolejną godzinę skupiała się na treści, co przychodziło jej z drobnym trudem i przeczytała mniej niż zwykle w tym czasie, ale równocześnie więcej niż zwykle wypiła. Nie wiedziała ile minęło, aż ktoś zapukał.

Zatrzasnęła książkę, wstała i podeszła do drzwi, po czym je otworzyła. W progu stał Severus, w czarnej kozuli i ciemnych dżinsach, a na to wszystko miał zarzucony płaszcz z szalikiem od jej rodziców.

- Wpuścisz mnie, czy będziesz podziwiać? – Podniósł zawadzko brew i podniósł butelkę alkoholu. Mugolskie, czerwone wino. Jej ulubione, kiedy siedziała u rodziców.

- Tak, tak. – Odsunęła się z przejścia. Nie spuszczała z niego wzroku, kiedy powoli wchodził do jej mieszkania. Zamknęła za nim i wróciła do przypatrywania się mu. – Co ty tutaj robisz?

- Obecnie czekam na okazanie gościnności. – Sarknął, odwzajemniając się przeszywającym wzrokiem.

- Poważnie się pytam. – Minęła go, odbierając od niego butelkę. Wzruszył ramionami.

- Siedziałem sam, a ty mówiłaś, że ruda dzisiaj się wyprowadza. – Stanął w przejściu do salonu, kiedy ona zaszła do kuchni. – Oraz przyszedłem cię zabrać na obiad.

- Co? – Zamrugała.

- To, co słyszałaś. – Wywrócił oczami. – Ubierz się jak człowiek, wychodzimy.

- Ale gdzie? – Skrzyżowała ramiona na piersi. – Mam coś w lodówce.

- Ale jesteś wrażliwym gryfiątkiem. – Widziała już w jego oczach ten sławetny błysk irytacji.

- Czym? – Pomasował sobie czoło.

- Wrażliwą kluchą z griffindoru. – Uśmiechnął się wrednie.

- Och. – Na jej policzkach wykwitł rumieniec zażenowania. – Poważnie?

- Jak zawsze. – Opuścił dłonie wzdłuż ciała. – No ubieraj się, zanim będziesz beczeć u Weasley w łóżku. – Nie czekała dłużej, tylko pognała do sypialni. Szybko ubrała się w bordowy sweterek i rozkloszowaną, czarną spódnicę. Związała włosy w wysokiego kucyka i była gotowa.

Kiedy wyszła do niego, stał przy półce z książkami. Zachichotała, przypominając sobie, że kiedy była u niego po raz pierwszy zrobiła dokładnie to samo. A już tyle się zmieniło. Obrócił się do niej, a ona uraczyła go melancholijnym uśmiechem.

- Możemy iść. – Zakołysała się na piętach.

Zabrał ją do mugolskiej restauracji, dość niedaleko jej mieszkania. Zajęli miejsce przy oknie, z wyśmienitym, zdaniem Hermiony, widokiem na Tamizę.

- Skąd wiedziałeś, że pójdę? – Podniosła kpiarsko brew, jak zwykle on miał w zwyczaju. Okazało się, że Snape zrobił rezerwację na dzisiejszy wieczór.

- Już ci mówiłem, jak spytałaś się skąd się u ciebie wziąłem. – Postukał palcem w kartę dań. – Powiedziałaś mi, że Weasley się wyprowadza, a byłaś tym przerażona jakbyś miała oblać studia.– Zrobiło jej się ciepło na sercu. Przyszedł po nią. Obronił przed nią samą.

- Dziękuję. – Zaczerwieniła się na polikach i żeby to ukryć, schowała się za menu. – Um, ta zapiekana polędwica z łososia brzmi wyśmienicie.

- Rzeczywiście, choć ja skuszę się na steka, naprawdę mają tu dobrego. – Obrzucił ją rozbawionym spojrzeniem.

- Bywałeś tu? – Szczerze się zdziwiła. – Jadasz u mugoli? – Dodała ciszej. On tylko wzruszył niechlujnie ramionami.

- Zdarzały się kolacje służbowe. – Przerwał mu kelner, który pojawił się znikąd. Złożyli zamówienie, oddali karty i wrócili do rozmowy. – Zdziwiłabyś się jak świat mugoli jest popularny wśród czarodziejów.

- Zważywszy na wojnę, w której braliśmy udział? – Jej wypowiedź nabrała gorzkiego żalu. – Faktycznie jest to dla mnie zaskoczenie. – Przekrzywiła głowę. – Prawie na równi z twoim przyjęciem na praktyki.

- Spędziliśmy ze sobą ponad pół roku, a ty nadal czasem mi to wypominasz. – Dał kelnerowi nalać wino do kieliszków i złapał za szklaną nóżkę. – Naprawdę nie rozumiem, czemu to jest aż tak szokujące.

- Bo mnie nienawidziłeś przez cały Hogwart. – Stuknęli się i wzięli pierwszy łyk. – Jest świetne. – Mruknęła. – Severus, po prawdzie tylko Harry był wyżej w szkalowanych przez ciebie ludziach. – Pohuśtała alkoholem. – W sumie, czemu? – Spojrzała mu w oczy, sama marszcząc brwi. Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, spuszczając wzrok na płomień świeczki, które stała na stoliku.

- Byłaś moim ulubionym uczniem w mojej nieszczęsnej karierze nauczyciela. – Wyznał cicho, wracając do jej oczu. – Zaskarbiłaś moją uwagę pierwszego dnia na zajęciach. Kiedy wmaszerowałaś do klasy eliksirów, tak pewnie. Nie impertynencko, ale po prostu… jakby to był twój dom.

- Bo był. – Wypaliła. – Przepraszam, kontynuuj.

- Potem na każdej kolejnej lekcji pokazywałaś coś nowego. No i piekielnie dużo wiedziałaś, choć mocno przesadzałaś z niepotrzebnymi informacjami. – Wtrącił. – Finalnie kojarzyłaś mi się… z Afryką.

- No wiesz?! – Wyprostowała się oburzona.

- Na Merlina Granger! – Wywrócił oczami, chyba tak samo zbulwersowany na tą insynuację. – Nie jestem rasistą przecież. – Pomasował się po brwiach. – Chodziło o to, jaka jesteś. – Dodał już spokojniej. – Niby wszyscy cię znali, jednak ostatecznie zaskakiwałaś i pozostawałaś nieodkryta. – Poczuła, jak na jej policzki wstępuje rumieniec.

- A co z Draco? – Spytała nieśmiało.

- Draco był dobry, owszem. – Poprawił się na krześle. – Ale nie dorównywał tobie. – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Podnosiłem ci porzeczkę byś nie straciła pazura. Nie chciałem dopuścić do tego, żebyś się rozpłynęła pod pochwałami i przestała się starać być sobą. Lepsza. – Zmrużył delikatnie oczy. – Dodatkowo nie mogłem pod żadnym względem być miły dla gryfonów, Hogwart był zbyt nieszczelnym miejscem, żeby ryzykować moją pozycję. – Kiwnęła głową ze zrozumieniem.

- Naprawdę czasem byłeś okrutny. – Jęknęła z bólem.

- Za co… – Złapał jej dłoń. – Przepraszam cię. – Zasznurował usta. – Chciałem dla ciebie jak najlepiej, ale czułem widmo Czarnego Pa… Voldemorta. – Odchrząknął. – Zresztą, nie chciałem uczyć, nie czułem tego, zwłaszcza eliksirów. To Dumbeldore chciał mnie na tym stanowisku, więc go słuchałem.

- Jednak jesteś naprawdę świetny w eliksirach. No i masz z tego mistrzostwo. – Przekrzywiła głowę.

- Bo potrzebowałem tego. – Znów postukał palcem. – Eliksiry zaskakująco dobrze łączą się z czarną magią. – Spuścił wzrok. – Lily była najlepsza w eliksirach.

- Dumbeldore umieścił cię na stanowisku, żeby szarpać twoje sumienie. – Wyszeptała przerażona. Akurat w tym momencie przyszedł kelner z ich daniami. Postawił je przed nimi i odszedł.

- Cóż, w czasach szkolnych mnie nie lubił, a co dopiero po przystąpieniu do śmierciożerców.

- To i tak było okropne z jego strony. – Prychnęła, zaczynając jeść, choć ochota na to jej minęła.

- Może i było ale finalnie, zasługiwałem na to. – Zanim zdążyła zaprzeczyć, ponownie się odezwał, odkrawając kawałek mięsa. – Ale może pomówmy o czymś przyjemniejszym. – Jego spojrzenie wyraźnie jej mówiło, że już za bardzo się odsłonił.

- Na przykład o mojej pracy kończącej studia? – Prychnęła. – I o tym, że mam jeszcze do napisania pracę naukową do kolegium?

- Traktuj to jak jedno. – Wzruszył ramionami, choć Hermiona widziała po nim jeszcze sztywność po ciężkim temacie.

- Jak jedno?! – Oburzyła się. – Przecież miałam pisać o wpływie ważenia Remingtona na przydatność eliksiru na bazie bławatka. Ba! Przecież dałam ci pierwsze rozdziały do sprawdzenia!

- Bambi, praca o hybrydzie eliksirów i numerologii będzie o wiele lepsza. Napiszesz, ja to przyklepie, po redakcji, oczywiście. – Uśmiechnął się do niej połowicznie. – I dwie pieczenie na jednym ogniu. Masz mniej czasu, bo musisz pracować nad dowodami tezy. Czyli więcej eksperymentów, mniej czasu na głupoty.

- Och i to jest lepszy temat? Więcej, roboty? – Zachichotała i poczuła ulgę, gdy i w jego oczach zabłysła radość.

Wpadli do mieszkania, całując się zawzięcie. Przyparł ją do ściany, na co ona zrzuciła jego płaszcz na ziemię i zaplątała dłonie we włosy. Warknął gardłowo i też zrzucił jej kurtkę, równocześnie obracając ją i napierając na jej plecy. Kąsał jej szyję, a ręce powędrowały pod spódnicę, gdzie rozerwały rajstopy w kroku. Jęknęła, kiedy klamra od jego paska musnęła jej pośladki i kiedy podniósł ją i wszedł w nią głęboko. Wyprostowała się jak struna, co wykorzystał, łapiąc ją za pierś i gryząc z ucho. Zawinął jej włosy dookoła dłoni i zaczął mocno posuwać, wsłuchując się w jej westchnienia i jęki. Oparła się o ścianę, wypinając ciało w jego stronę.

W końcu doszli, zsuwając się po ścianie.

- Częściej poproszę na takie wypady. – Wysapała, poprawiając włosy.

- Jak będziesz grzeczna może dostaniesz. – Oparł się o ścianę i spojrzał na sufit. Pogrążyli się w spokojnej ciszy, póki Hermiona nie wstała.

- Wina? – Obróciła się do niego, a on tylko kiwnął głową.

- Już rozpakujesz prezent? – Zażartował i także wstał.

- Tylko dlatego, że od ciebie. – Zachichotała, idąc do kuchni. Po pięciu minutach ułożyli się na jej kanapie z kieliszkami w dłoniach. Przerzuciła swoje nogi o jego kolana, bokiem opierając się o oparcie sofy.

- Czemu tak bardzo przeżywasz wyprowadzkę Weasley? Nie wydaje mi się, żebyś była typem zazdrosnej przyjaciółki. – Spojrzał na nią uważnie, bezwiednie głaszcząc jej nogę.

- Bo… – Zacięła się i żeby to zatuszować wypiła łyk wina. – Boję się samotności. – Wyrzuciła. – Przeraża mnie pustka dookoła mnie.

- Naprawdę? Jeśli dobrze pamiętam w Hogwarcie większość czasu spędzałaś w bibliotece. Sama.

- To było coś innego. Tam szłam, ale wiedziałam, że wrócę do dormitorium lub spotkam chłopaków na korytarzu. A teraz… teraz wrócę do pustego mieszkania. – Jej palec jeździł po krawędzi kieliszka. – Pod koniec dnia, jestem tą trzecią. Nie mam więzi jak Harry i Ron, a tym bardziej jak Harry i Ginny. I to, że Ginny tu mieszkała pozwalało mi wierzyć, że…

- Że będzie tak jak w Hogwarcie. – Dokończył za nią, widząc, że sprawia jej to trudność. Przełknęła gulę w gardle i kiwnęła głową. – Ale nadal nie rozumiem, dlaczego tak bardzo chcesz wrócić. Przecież wtedy na każdym kroku groziła ci śmierć.

- Czułam się częścią… czegoś. – Mruknęła. – No i przed Hogwartem nie miałam przyjaciół. Nawet znajomych. – Podniósł brwi zdziwiony.

- A co z podstawówką? Przecież kontaktowałaś się z innymi dzieciakami. – Pokręciła głową.

- Jak wokół ciebie dzieją się dziwne rzeczy, małe dzieci nie są chętne do zabawy z tobą. A sąsiadów nie miałam, zresztą widziałeś gdzie mieszkam.

- I widziałem, że twoi rodzice są dość lubiani, nie zabierali cię?

- Zabierali, ale nie znaczy, że dzieci chciały jakkolwiek ze mną rozmawiać. – Spuściła wzrok. – W ich oczach byłam dziwadłem. Ale okej, nauczyłam się z tym żyć, dopóki nie odwiedził mnie pracownik ministerstwa. Później nadal nim byłam, tylko dlatego, że urodziłam się w takiej, a nie innej rodzinie, a moja miłość do wiedzy powodowała drwiny. Dlatego, jak w końcu mnie zaakceptowali… Nie chce tego stracić.

- Potter i Weasley są może niezbyt rozgarnięci – Poprawił zbłąkany kosmyk i zaczesał jej go za ucho. – Ale jesteś dla nich ważna i to się nie zmieni przez to, że mieszkanie osobno. – Na jej policzku wykwitł rumieniec.

- Niby to wiem, ale…

- Ale i tak się boisz. – Wyprostował się, by ponownie wgłębić się w kanapę. – Mnie ten strach ogarnął w Hogwarcie z Lilly. Tylko, równocześnie, ten strach zniszczył tą relację.

- Dlatego nikogo nie masz? – Spytała cicho. Spojrzał na nią zdziwiony. – Strach przed stratą bliskiej osoby zniszczył bliskość z tą osobą. Może tym razem to strach przed strachem.

- Filozoficzna jesteś. – Parsknął, na co bardziej się zaróżowiła. – Ale nie, nie dlatego nikogo nie mam. Nauczyłem się, że tego typu obawa jest normalna w relacji, na której ci zależy. Trzeba umieć z nią sobie radzić.

- To dlaczego sam?

- Bo nikt mnie nie chce. Nie wyglądam jak model i mam zszarganą przeszłość. Ale nawet, jakby ktoś się znalazł, to ja bym i tak nie chciał. Abstrachując od braku czasu, to wiem, że kobieta, która by do mnie startowała nie była by szczera. Już mam dość ludzi, którzy jeszcze niedawno na mnie pluli, a teraz uśmiechają się i łaszą. No i…

- No i? – Nachyliła się bardziej w jego stronę.

- No i tak nie byłbym w stanie pokochać tej osoby. – Wyszeptał. – Lilly zabrała całą możliwą miłość do innych ludzi i nie jestem w stanie wykrzesać z ciebie już nic podobnego.

Hermionę zakuło w sercu, gdy usłyszała to wyznanie. Sama nie wiedziała, czemu tak ją to zabolało.

- Poza tym wszystkim nie zasługuje na to. Nie po latach w szeregach śmierciożerów. – Patrzyła na niego, aż w końcu pogłaskała go po policzku.

- Głupi jesteś. – Przesunęła się do niego bliżej, uważając, by nie wylać wina. – Zasługujesz na wszystko co tylko chcesz. – Wpatrywali się sobie w oczy. Aż Severus się nie poruszył, nie wziął jej kieliszka i nie odstawił na stolik, tuż obok jego własnego.

- A jak mam ochotę teraz ciebie zerżnąć? Znów. – Bez słowa zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała.

- Jak mówiłam. – Szepnęła między pocałunkami. – Na wszystko.

Położył ją, układając się między jej nogami. Zjechał ustami na jej szyję, aż w końcu zdjął jej bluzkę. Ona w odpowiedzi rozpięła jego koszulę i chciała ją zdjąć ale ją powstrzymał.

- Zostaw. – Przetrzymał jej ręce nad jej głową, przyszpilone do kanapy. A ona zrozumiała. I się poddała, dlatego, gdy puścił jej dłonie, nie ruszyła ich.

Patrzyła jak ściąga jej spódnicę, podarte rajstopy i majtki. Podniósł się minimalnie i patrzył na jej ciało. Oddychała głęboko, oczekując jego ruchu. A gdy w końcu go wykonał, opuszczając się między jej nogi, zaczęła płonąć.

Tylko dla niego.

Obudziła się sama, choć doskonale pamiętała, że zasypiała z Severusem. Była cała obolała, a do wezgłowia łóżka nadal był przywiązany szalik mężczyzny. Wstała i założyła koszulę, także Severusa i majtki. Przeczesując włosy przeszła do salonu. Siedział na kanapie. W ciemnej koszulce i ciemnymi spodniami z wczoraj. Grzywkę związał z tyłu w niechlujnego koka. Oparła się o framugę i przypatrywała się jak głaszcze Krzywołapa. Według Hermiony wyglądał młodziej, tak jak w święta u jej rodziców. Uśmiechnęła się lekko na tą myśl.

- Ty wredna, kupo futra. – Mruknął, kiedy kotu znudziło się głaskanie po brzuchu i zaatakował jego dłoń. Zanim zdążyła się powstrzymać parsknęła śmiechem, jednak nie wydawał się zdziwony jej obecnością. – Twój kot jest okropny.

- W połowie jest kugucharem. – Podeszła do niego i sama zaczęła głaskać zwierzę. – Kupiłam go sobie na urodziny.

- A zastanawiałem się skąd go wytrzasnęłaś. – Ocenił ją wzrokiem i zobaczyła błysk satysfakcji.

- Wątpię, by ktokolwiek go kupił, a szkoda mi było zwierzęcia. – Wyprostowała się i przeszła do kuchni. – Nie mam może skrzata domowego, ale nadal możesz złożyć zamówienie na śniadanie. – Spojrzała na niego rozbawiona przez ramię.

- Nie mam na nic konkretnego ochoty. – Złożyła gazetę, którą do tej pory trzymał na skrzyżowanych nogach i wstał, by podejść do wyspy kuchennej.

- Omlet z serem i szynką, może być? – Otworzyła lodówkę i zaczęła wyjmować składniki.

- Może być.

Nie zajęło jej długo zrobienie śniadania, słuchając streszczenia proroka i już po chwili jedli je przy stole, gdzie czytała faktyczną gazetę.

- Pamiętasz, żeby być u mnie juto o siódmej? – Przypomniał jej, na co kiwnęła głową.

- Trudno cokolwiek zapomnieć, jeśli masz pamięć fotograficzną. – Wywróciła oczami, biorąc kubek herbaty do rąk.

- Przezorny zawsze ubezpieczony. – Usprawiedliwił się, a ona podniosła na niego iskrzący wzrok.

- Oczywiście. – Wymruczała. – Jakie masz plany na dzisiaj?

- Muszę iść do firmy.

- Ale jest przecież niedziela. Nie pracujesz w weekendy.

- Trawik mnie obudził, że sowa do mnie przyleciała. Jakiś problem z eliksirem, muszę przy tym być. – Wypuściła powietrze, ale wzruszyła ramionami.

- Czyli ja siedzę przy studiach. – Rozciągnęła się.

- Najwyższa pora. – Zaszydził, a ona spojrzała na niego oburzona.

- Ty może idź do tej pracy. – Rzuciła w niego gazetą, którą on niestety złapał, posyłając jej ostrzegawcze spojrzenie.

Godzinę później, kiedy Severus odświeżony zbierał się do wyjścia, ktoś zapukał do drzwi. Spojrzeli zdziwieni po sobie, a Hermiona sobie pogratulowała, że jednak się wykąpała i przebrała, doszczętnie pozbywając się zapachu seksu. W progu mieszkania stał Ron z bukietem kwiatów. Róż oczywiście. Zastanawiała się jakim cudem przyjaźnili się tyle lat, byli związkiem przez dłuższy okres, a chłopak nadal nie potrafił spamiętać, że nie cierpiała róż, przez to, jakie są oklepane.

- Ron? Co ty tu robisz? – Od kiedy przyszedł ją przeprosić minął prawie tydzień, a nadal nie była pewna, czy chce go widzieć. Nie po tym co powiedział.

- Przyszedłem przeprosić. Już całkowicie za wszystko. – Podrapał się za tył głowy. – Oprzytomniałem i zdałem sobie sprawę co odwaliłem. Naprawdę przepraszam. – Podniósł kwiaty, patrząc jej prosto w oczy. Wypuściła powietrze przez nos i przyjęła podarek.

- Masz szczęście, że nadal mam do ciebie cierpliwość. – Uśmiechnęła się zadziornie. Już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, kiedy nagle zbladł i postawił krok do tyłu.

- Witam, panie Weasley. – Mruknął Severus, zarzucając płaszcz na ramiona, zawijając bordowy szalik dookoła szyi.

- Co pan tu… – Szepnął i spojrzał z żalem na Hermionę. – Co on tu robi?! – Warknął.

- Jak co? – Dobry humor dziewczyny prysł. – Przyszedł pomóc mi z papierami praktykanckimi. – Palnęła wymówkę, która jej zdaniem była idealna.

- W niedziele o trzynastej? – Widziała, jak policzki i uszy rudzielca zaczynają się czerwienić.

- Ronald, nie będę ci się tłumaczyć. Więc jak nie chcesz kolejnej kłótni, to po prostu zaakaceptuj, dobrze? – Ucięła jego wybuch złości. Były chłopak wypuścił powietrze przez nos i kiwnął głową.

- Dobrze. – Poddał się. – Muszę lecieć, mam dyżur. Zgadamy się jakoś? – Spytał z nadzieją.

- Oczywiście. W kontakcie. – Uśmiechnęła się pokrzepiająco, bo jednak, co by nie było, udało jej się pogodzić z przyjacielem.

- Granger, ja też lecę. Wszystko mamy obgadane. – Spojrzała na Severusa i kiwnęła głową, kiedy ją mijał.

- Do widzenia. – Mruknęła. Ron skrzywił się okropnie, ale odwrócił się i kliknął windę. Patrzyła jak czarnowłosy staje koło rudego. Nachylił się minimalnie i coś szepnął, na co jej przyjaciel zacisnął pięści.

Snape spojrzał na nią przez ramię, a ona poczuła kołatanie w sercu. Szybko zatrzasnęła drzwi.

- Nigdy nie będzie twoja, Weasley. – Szepnął i kątem oka widział, jak twarz rudzielca robi ię czerwona. Z uśmiechem satysfakcji obejrzał się jeszcze przez ramię i spojrzał wprost w brązowe oczu Bambi. Nagle się zaróżowiła i zatrzasnęła drzwi. Parsknął i spokojnie wsiadł do windy, tuż obok Weasleya.

Musiał przyznać sam przed sobą, był zaskoczony, jak potoczyła się sobota. Przyjcie do niej z winem było impulsem. Po prostu siedział bez celu w mieszkaniu, niewyspany i sfrustrowany po nocy z koszmarami. Kiedy musiał przeczytać po raz drugi akapit w artykule wyleciał z domu, z budki telefonicznej załatwił rezerwację, a po drodze kupił jej ulubione wino, bo po prawdzie tylko tego był pewien z mugolskich trunków. Ale finalnie… otworzył się przed nią, niepokojąco mocno. I co gorsza, nie żałował tego. Była spokojna, była… wyrozumiała.

Z zamyślenia wyrwał go pisk windy, miał postawić krok do przodu, kiedy odezwał się jego nieszczęsny współpasażer.

- Jesteś zwykłym starym śmiercożercą. – Syknął. Spojrzał na niego przez ramię. Weasley go nie zdziwił. Ba, nie powiedział nic, czego sam Severus by nie myślał. Dlatego z taką łatwością się uśmiechnął.

- Cóż, może. – Wymruczał powolnie. – Ale przynajmniej ona chce tego starego śmierciożercę. Więc wychodzi, że to ty jesteś śmieciem. – I odszedł, nie przejmując się oburzeniem młodego chłopaka.

Zatrzasnęła drzwi i zsunęła się po nich, rzucając róże obok na ziemię.

Zrozumiała.

W końcu zrozumiała.

Dopiero teraz zrozumiała dlaczego ten tydzień temu uciekła. W końcu, zdała sobie sprawę, dlaczego Ron podczas kłótni jest tak okropny. Oczywiście, jest wybuchowy i, pod koniec dnia, niezbyt empatyczny, ale to nie było centrum problemu z nim. Najgorsze w nim było to, że widział rzeczy. Widział i najczęściej ignorował będąc jednak osobą ciut egocentryczną lub ich najnormalniej w świecie nie rozumiał. Jednak były takie kłótnie. Były awantury, gdzie Ronald zauważał rzeczy. I bezlitośnie w nie atakował, nawet jeśli nie zawsze widział ich sedno. I dlatego uciekła. Nie dlatego, że zaczął ją szarpać czy przez jego dziwne uczucie do niej. Nie. Ona uciekła bo chyba znów zobaczył rzecz w niej. Z której nie zdawała sobie sprawy aż do dzisiaj.

Chyba jest zakochana.

- Kurwa. – Szepnęła w puste mieszkanie.