Tym razem najwyraźniej to Anastazja unikała Snape'a, jej urażona duma kazała trzymać głowę wysoko i nie pchać się tam, gdzie jej nie chcą. Na nic zdało się to, że Snape usiadł koło niej podczas obiadu, choć było tyle innych wolnych miejsc. Ledwo usiadł, ona już kończyła jeść, dopiła sok dyniowy i wyszła bez słowa, nim Snape zdążył zagadać. Albo siadała między Flitwickiem a Trelawney, unikając spojrzenia Severusa albo w ogóle nie mógł zastać jej w Wielkiej Sali.

Snape chciał się jakoś usprawiedliwić i przerwać dziwne napięcie między nimi, ale nijak nie potrafił się za to zabrać. Przedostatniego dnia semestru wpadł na nią przypadkiem na korytarzu, kiedy wybiegła zza rogu, odbiła się od niego, a z rąk wypadł jej stosik pergaminów. Pomógł jej je pozbierać i zauważył, że pergaminy zapisane są cyrylicą.

- Spasibo.

Powiedziała to takim tonem, że nie bardzo wiedział, czy naprawdę mu dziękuje, czy ma do niego pretensje. Stali chwilę w niezręcznym milczeniu, Snape nie potrafił wydusić słowa, choć bardzo chciał. Anastazja przejęła inicjatywę. Najwidoczniej i ona miała dość dąsania się.

- Jutro dowiemy się, kto otrzyma Kubok Doma.

Snape domyślił się, że chodzi jej o Puchar Domów.

- Kibicujesz komuś? - zapytał.

- Ya ne chodzila do Hogwartu. Menya ne bylo w żadnym domu, ya ne powinna nikogo faworyzować.

- No tak...

- Slytherin — szepnęła z uśmiechem.

- Zauważyłem, że ludzie z Durmstrangu lubią Slytherin.

- Ya dumayu, po prostu mamy dużo wspólnego. Niejasna mroczna przeszlosci, zamiłowanie do chernoy magii...

- Czarnoksiężnicy...

- O da! Gellert Grindelwald, Tom Riddle... Ne cieszymy się dobrą slavoy.

- I te oszczerstwa, że też jesteśmy źli...

- Da! Ya zla! Przecież ya boyus' wlasnego cienia! - zachichotała.

- Słuchaj... - zaczął niepewnie Snape.

- Przepraszam, ale ja speshu, muszę leciec.

- Dobrze.

Miała już odejść, ale mina Snape'a, która nagle zrzedła, zatrzymała ją w pół kroku i dodała:

- Ya spóźnić się jutro na ucztę, zajmiesz menya miejsce kolo siebie? Dokończym rozmowę.

- Jasne.


- Gratuluję — powiedziała Anastazja następnego wieczora podczas uczty, kiedy wreszcie dotarła i usiadła obok niego.

Ciepło jej dłoni rozeszło się po zimnej dłoni Snape'a, kiedy uścisnęła ją, składając gratulacje opiekunowi Ślizgonów. Wielką Salę zdobiły godła Slytherinu, który otrzymał Puchar Domów. Snape był naprawdę dumny. Sprawiedliwość wróciła i wygrywa najlepszy. Nie ma Pottera, nie ma przyznawania punktów za szczęśliwe uniknięcie śmierci z rąk Voldemorta.

Anastazja była w dobrym humorze, co nawet na swój sposób udzieliło się Snape'owi. Nic nie mogło zepsuć mu tego wieczoru. O tym, że od jutra będzie mieszkał z matką, starał się nie myśleć.

- Vy chcial coś powiedzieć mne wczoraj?

- Chciałem zapytać... co u Tatiany?

- W porządku. Ya powiem yey, chto ty pytal.

- Zastanawiałem się...

- Da?

- Sporo o mnie wiesz prawda?

- Troszku.

- Więc może powiesz mi coś o sobie? To byłoby fair. Czytasz ludzi jak otwarte księgi, a sama jesteś dość tajemnicza.

Anastazja zmieszała się i spuściła wzrok.

- U menya trudny okres. Ya ne znayu czy tu zostanę.

- To znaczy?

- Mozhet byt' musiala wrócić do Rossiyu. Pomóc rodzinie. Sestra. Ona ma trochę problemy.

- Mówiłaś, że wszystko u niej w porządku.

- Potomu jest, jest zdrowa i w ogóle, i ya ne mogu o pewnych rzeczach mówić, naprawdę, przepraszam. Ne pytaj o nią, zapytaj o coś o mne i ya ci odpowiem.

- Obie jesteście śmierciożercami?

- Ya ne. No Tatiana tak i ya ją bardzo wspierala. Po smerti rodziców ona zmienila front i ya także ją wspierala. My znowu mówimy o ney.

- Wybacz.

- Ona ma męża jesi vy zainteresowany — powiedziała nieco obrażona.

- Ja... nieważne. Nie mówmy o niej. Po prostu sama coś mi o sobie powiedz.

Anastazja opowiedziała mu kilka anegdotek ze swoich szkolnych czasów, o tym, jak za siostrą przybyła do Anglii i znalazła schronienie i pracę w Hogwarcie, o tym, że kibicuje Bułgarskiej narodowej drużynie Quidditcha, oraz o tym, że podobnie jak siostra też jest animagiem, "tylko proszę, nie mówi nikomu" szepnęła.

- Czytałaś książkę o mnie? - zapytał Snape, kiedy wciąż rozmawiali, a Wielka Sala powoli pustoszała.

- Da, jest nudna. To niesamowite, chto można napisat' tak nudną książkę o takim ciekawym człowieku.

- To głównie same bzdury i plotki. Ludzie w Hogwarcie niewiele o mnie wiedzą. Tym bardziej ta cała Skeeter.

- Ona snuje tol'ko rozważania, a nakonets net pojawiają się żadne wnioski. Za marnowanie papieru na takiye książki powinni umieszczać v Azkaban. Cała książka polega na gdybaniu, ne posiada żadnych wartościowych informatsii.

- Tym lepiej.

- W każdym razie ya ne dowiedziala się z niej nic chto ya już bym ne znal — uśmiechnęła się nieśmiało, nie chcąc wyjść na przemądrzałą ani wścibską. - Ludzie wiedzą chto vy zrobil, nawet v Proroku pisali, chto vy dostal Order Merlina Pierwszej Klasy. Ale ilu ludzi tyle opinie prawda? Ne ma chem się przejmować.

- Chyba i tak nie może być gorzej niż przed bitwą o Hogwart. Wszyscy myśleli, że chciałem zabić Albusa Dumbledore'a.

- Panna Granger dementuje plotki, kilka dney temu ya byl świadkiem kogda ona pouczała drugomu ucznia i kazala yemu spalić tę książkę.

Snape odszukał Hermionę wzrokiem przy stole Gryfonów. Rozmawiała z kimś, ale po chwili jakby czując jego wzrok, spojrzała w jego stronę. Uśmiechnęła się. Snape wolałby, żeby nie wiedziała o tym, co Harry zobaczył w myślodsiewni, żeby nie broniła jego dobrego imienia. Była taka irytująca przez te wszystkie lata. I wreszcie kończyła szkołę. W przyszłym roku nie będzie w Hogwarcie już nikogo ze złotej trójcy. Snape już cieszył się na tę małą zmianę oddalającą go od przeszłości. Za kilka lat wśród uczniów nie będzie już nikogo, kto pamiętałby wojnę, wszystko będzie nowe, świeże. Będzie tak jak wtedy, gdy zaczynał nauczać.

- Rita pisze, chto vy urodzil się v marcu, pravda?

- Nie. Tylko rok się zgadza. I proszę, nie pytaj, jaka jest prawdziwa data.

- I eto o twoich rodzicach? - zapytała z pewną dozą strachu czy aby na pewno to bezpieczne poruszać ten temat, nie chciała kolejnej kłótni.

- Trochę. Tak, ojciec był mugolem. Nie zabiłem rodziców, jak pisze Rita. To... nieważne. Ale to nie było tak. Moja matka żyje — powiedział wymijająco.

Znów przypomniał sobie o powrocie do przeszłości, kiedy jutro wróci do domu na Spinner's End. Zamknął swój umysł w obawie, że Anastazja jednak spróbuje odczytać jego myśli.

- Żadne z nas ne mialo łatwego życia, ale to już ne wróci. Teraz mozhet byt' tol'ko lepiej — powiedziała, jakby domyślała się, że myśli Snape'a krążą wokół minionych wydarzeń.


- Absolutnie wykluczone! Co za głupi pomysł! - warknęła Narcyza.

Salon rozświetlały przyjemne poranne promienie wpadające przez ogromne okna. Lucjusz głaskał wężową główkę w swojej odnowionej lasce, stojąc przy ciemnym kominku. Narcyza krążyła wokół niego, mocno gestykulując.

- Cyziu... to mi otworzy kilka drzwi...

- Chyba do grobu!

- O co chodzi?

Draco wszedł do salonu, wziął z patery zielone jabłko i zatopił w nim równiutkie białe zęby. Rozsiadł się w fotelu i jakby od niechcenia zaczął wertować Proroka Codziennego.

- Ojciec wplątał się w głupią i niebezpieczną umowę z Arturem Weasleyem — poskarżyła się Narcyza.

- Dzięki temu unikniemy niepotrzebnych kłopotów i nie stracimy w oczach Ministerstwa.

- Za to wpakujesz się w kolejne kłopoty — syknęła Narcyza, wciąż wściekła.

- Myślałem, że nie lubimy Weasleyów — zauważył Draco.

- Nie trzeba kogoś lubić, żeby się z nim układać synu — pouczył go Lucjusz, opierając się o kominek.

- Co to za umowa?

Małżonkowie popatrzyli na siebie. Nie byli pewni czy ich syn powinien znać szczegóły. Kiedy rano Lucjusz oznajmił swojej żonie, na jaki układ poszedł i co zamierza zrobić, nie zabrzmiało to najlepiej. "Złapać i trochę potorturować" powiedział, na co Narcyza wyzwała go od bezmyślnych głupców i stwierdziła, że brzmi to tak, jakby był bezduszną bestią, a przecież nią nie jest.

- Muszę kogoś odszukać — powiedział Lucjusz.

- Odszukać i co? - Draco nie dawał za wygraną.

- Trochę go... nastraszyć i oddać do Azkabanu — odparł, mijając się nieco z prawdą, co do nastraszenia.

- Od tego nie są Aurorzy?

- Na litość Merlina Draco, tak, ale oddając przysługę Arturowi, Ministerstwo nie dowie się, co trzymamy pod salonem. Poza tym Aurorzy nie są od...

- No powiedz mu — fuknęła Narcyza. - Umawialiśmy się — żadnych tajemnic. Niech wie.

- Mówisz tak, jakby mi to sprawiało przyjemność — oburzył się Lucjusz. - Nie jestem zachwycony, nie czerpię radości z... - przerwał, kierując wzrok na syna.

- Z czego? - zapytał Draco.

- Twój ojciec ma się zemścić za śmierć Freda Weasleya! Ma uszkodzić tego człowieka, ale nie zabić — wyrzuciła z siebie Narcyza jednym tchem.

Draco zmarszczył brwi. Rzucił gazetę na stolik i zmarkotniał.

- Narażasz się dla kogoś obcego? Ty? Od kiedy? - skrzywił się.

- Robię to dla was! Wrócę do Ministerstwa i będzie jak dawniej. W ten sposób naprawię naszą pozycję.

- Mogę ci pomóc? - zapytał z entuzjazmem Draco po namyśle.

- NIE! - krzyknęła Narcyza.

Lucjusz nic nie powiedział, ale stojąc za żoną, na znak zgody kiwnął głową do syna i mrugnął okiem. Pomyślał, że może go czegoś nauczy, a wspólna misja zbliży ich do siebie. To było coś, czego ostatnio bardzo potrzebowali. Oczywiście w granicach rozsądku. Lucjusz nie zamierzał narażać życia swego jedynego syna.

- Nie — powtórzyła Narcyza, odwracając się do męża gwałtownie. - Jeśli coś ci się stanie, to przysięgam, zabiję cię, rozumiesz?! - dźgnęła go palcem w tors.

- Tak jest — odparł z małym uśmieszkiem. - Jesteś cudowna, kiedy się na mnie wściekasz — dodał i pocałował ją, na co Draco wydał z siebie jęk zniesmaczenia.

- Porozmawiamy, kiedy będziesz miał dziewczynę — powiedziała spokojniej Narcyza trochę udobruchana pocałunkiem.

- Skąd wiecie, że już nie mam?

- A masz? - zdziwił się Lucjusz.

- Może...

- Draco, była umowa, żadnych tajemnic w tym domu.

Lucjusz i Narcyza jednocześnie dopadli do fotela, na którym siedział ich syn i wbili w niego spojrzenia. Temat misji nagle stał się nieważny.

- Jak się nazywa? - zapytał Lucjusz.

Draco poczuł się osaczony, czuł, że spojrzenia rodziców wbijają go głęboko w fotel i że chyba się czerwieni. Pożałował, że w ogóle się odezwał.

- A... Astoria.

Lucjusz syknął niezadowolony, a Draco się skrzywił w obawie przed dezaprobatą ojca.

- O nazwisko pytam.

- Greengrass.

- To coś poważnego? - zapytała Narcyza, podczas gdy jej mąż odpłynął, wertując w głowie listę nazwisk czarodziejów czystej krwi.

- Chyba... tak sądzę — Draco się zmieszał, a uszy zrobiły mu się już całkiem czerwone.

- Uprzywilejowana klasa wyższa, czysta krew, nieźle — pochwalił wybór syna Lucjusz.

- Najważniejsze, żeby się kochali, a nie żeby była czystej krwi — powiedziała Narcyza.

- Ale szkoda by było, żeby chłopak zniszczył takie dobre geny Malfoyów z jakąś szlamą.

- Ja wciąż tu jestem i was słyszę — upomniał ich Draco.


Snape nienawidził wakacji, odkąd zaczął uczęszczać do Hogwartu. Nigdy nie miał w życiu kolorowo, ale o ile w Hogwarcie mógł schować się przed Jamesem Potterem i jego bandą w pokoju wspólnym Ślizgonów lub tam, gdzie takie półgłówki nie chodziły, czyli na przykład w bibliotece, o tyle w wakacje będąc w domu, nie miał, gdzie uciec przed ciągłymi kłótniami rodziców i gniewem ojca. Większość dnia starał się spędzać poza domem, w ten sposób włócząc się, poznał Lily. Teraz kiedy był dorosły, również nie lubił wracać na wakacje do mieszkania na Spinner's End. Czuł się jak niedźwiedź, który zapadł w sen zimowy z tą różnicą, że było lato. Starał się przeczekać ten okres. Jego świat, jego codzienność i porządek mieściły się w murach Hogwartu. Teraz czuł, że te wakacje będą jeszcze gorsze. Stał przed drzwiami mieszkania i się wahał. Ze środka dochodziły go odgłosy krzątaniny w kuchni. W końcu wziął głęboki oddech i wszedł do środka. Rozległ się łoskot. Eileen na jego widok wypuściła z rąk garnek — na szczęście pusty.

- Wystraszyłeś mnie, Severus! - powiedziała.

Uśmiechała się.

- Przepraszam.

- Cieszę się, że już jesteś. Musimy porozmawiać. Ściągaj buty! Posprzątałam tu trochę.

- Co? Ja nigdy...

- No już!

Snape niechętnie, ale posłusznie zdjął buty. Czuł, że to już nie jest jego dom i że to będą ciężkie wakacje.