Rozdział 11

Bruce patrzył na ekrany przez palce, kiedy czerwone światło oznaczające położenie Petera zniknęło ze schematu przedstawiającego budynek Oscorp. Usiadł prosto, a JARVIS musiał przewidzieć jego prośbę, ponieważ główny ekran przełączył się na widok na zewnątrz, pokazując mapę miasta.

— Peter? — powiedział Bruce. — Czy jesteś na zewnątrz budynku?

Oddech Petera był ciężki i przyśpieszony, ale było coś więcej - szum powietrza słyszany przez słuchawkę.

— Ze mną wszystko w porządku! — powiedział w końcu Peter. — Właśnie, um, prowadzę pościg.

— Pogoń za czym? — zażądał Fury.

— Proszę pana — powiedział Steve na drugiej linii. — To Hammer. Uciekł jakimś jednoosobowym odrzutowcem. Nie mogę udać się za nimi w pościg.

Fury otworzył inną częstotliwość.

— Raymond, wznieś naszego ptaka w powietrze. Wysyłam ci sygnał, za którym ma podążać.

— Peter, ludzie Fury'ego się tym zajmą — powiedział Bruce. — Nie musisz…

— Nic mi nie jest! Ła! — Rozległ się łomot, po którym Peter wygłaszał zdenerwowane, niezrozumiałe deklaracje. – W porządku — odezwał się ponownie. — Maszt flagowy… nic wielkiego.

Bruce opadł na krzesło i zasłonił oczy.

— Nie mogę na to patrzeć.

Fury ścisnął jego ramię, ale to nie pomogło. W ogóle.

— Sam sobie z tym poradzę, jeśli musisz wyjść z pokoju, doktorze.

— Nie. — Bruce zrzucił z ramienia rękę Fury'ego, ale nie odepchnął go. — Muszę tu być.

Zmusił się do patrzenia, jak punkt oznaczający Petera przesuwał się równomiernie po mapie.

OoO

— Nie sprawisz, że stanie się to szybciej — mruknął Osborn.

Ross chodził tam i z powrotem przed łóżkiem Osbornem. Przez zasłony widział jedynie sylwetkę Osborna opartego o wezgłowie, zgarbionego przed laptopem. Monitor rejestrujący akcję serca był stałym źródłem irytacji, ale sygnał brzmiał na bardziej naturalny niż zwykle, a normalnie drżący oddech Osborna był równy i głęboki. Ross zastanawiał się, czy Osborn wziął już serum.

— Chcę, żeby określono lokalizację — stwierdził Ross. — Mówiłeś, że masz ludzi zajmujących się tym.

— Powiedziałem też, że poinformuję cię, kiedy ją ustalimy. — Paznokcie Osborna stukały o klawisze laptopa. — Jest wiele informacji do przejrzenia. Nie możesz sobie wyobrazić ilości bezużytecznych bzdur, na które Hammer wydał swoje pieniądze.

— Mogę sobie wyobrazić — mruknął Ross. Dotknął pistoletu pod kurtką.

— Nie doceniasz go — powiedział Osborn. — Nadal jest użyteczny i wszystko, co posiada, pochodzi od nas. Nie zamierza nas zdradzić.

Ross skrzywił się.

— Bierze wszystko od ciebie. Nadal jednak kieruję tą operacją i nie pozwolę wam dwóm odsunąć mnie na bok.

— Może po prostu nie masz wystarczająco dużo do zaoferowania — mruknął Osborn. Jednak kiedy Ross zrobił groźny krok w przód, wycofał się ze swojego stanowiska. — Wystarczy, generale. Myślisz, że nie rozumiem? Potrzebuję tej komory bardziej niż ty, ale Hammer ma teraz wszystkie karty. Nie zaryzykuję życia, alienując go.

Ross chciał mu powiedzieć, że na to było już za późno, ale to nie pomogłoby jego pozycji.

— Powiedział, że zabije Tony'ego Starka.

— I? Pozwól mu zająć się Starkiem. Albo sam zabij Starka, jeśli jesteś tak niecierpliwy.

— Nie rozumiesz? — Ross podszedł do łóżka, ale Osborn zaciągnął zasłony, zanim zdążył cokolwiek zobaczyć. — Ten człowiek jest w całości złożony z żalu i złości — powiedział Ross. — Jeśli już nie będzie próbował zabić Starka, to znajdzie kogoś innego, kogo będzie mógł winić i z kim będzie walczyć. To się nigdy nie skończy i nigdy nie da nam tego, co obiecał, ponieważ wie, że kiedy to zrobi, nie zostanie mu nic. Mam dość znoszenia go. Chcę mieć tę lokalizację teraz!

Ross odsunął zasłonę i cofnął się. Poświęcił trochę czasu na wyobrażanie sobie umierającego ciała Osborna, ale nie był przygotowany na kulącego się przed nim stwora. Osborn był zdeformowany. Jego skóra była gruba i szorstka, jak skóra zwierzęcia. Nakrapiana plamami w chorobliwych kolorach, od bardzo bladej do intensywnej czerwieni. Na ramionach i plecach sterczały mu kości, a bezwłosą czaszkę miał zniekształconą przez szerokie, zakapturzone oczodoły, spiczastą szczękę i obwisły nos. Nie wyglądał na człowieka – nie był nim – i Ross zrozumiał, dlaczego tak wygląda dopiero, gdy ujrzał kroplówkę z niezwykle niebieskim płynem w środku.

— Formuła Connorsa. — Dotknął worka z płynem. — Powiedziałeś, że ta formuła nie jest stabilna.

Osborn zamrugał dwoma parami powiek i próbował podciągnąć prześcieradło wyżej na swoje zdeformowane ciało.

— Wciąż jest niestabilna — powiedział, a litera „s" na jego języku zmieniła się w syczenie. — Ale mała, kontrolowana dawka, podawana regularnie, utrzymuje moje ciało w stanie ciągłej regeneracji. Bez tego moje narządy wewnętrzne nie działałyby.

Ross otarł usta rękawem. Przyszło mu do głowy, że powinien odczuwać większe współczucie niż niesmak, ale potem przypomniał sobie, dlaczego przyszedł i czemu jego żołnierze czekali w salonie. Cofnął się i zauważył torbę z paskiem na ramię, oznaczoną jako odpowiednią do przenoszenia materiałów biologicznych, do połowy wsuniętą pod łóżko. Osborn wzdrygnął się, kiedy po nią sięgnął.

— Generale — powiedział Osborn. — Proszę cię, abyś tego nie robił.

Ross otworzył torbę i znalazł w niej dwie strzykawki do zastrzyków podskórnych zapakowane w pudełko transportowe ze wzmocnionego plastiku. Zapiął z powrotem torbę i przerzucił jej pasek przez ramię.

— Twoi naukowcy sprawdzili serum — powiedział. — Jestem pewien, że mogą stworzyć go więcej. Ale to biorę ze sobą. — Położył dłoń na wezgłowiu łóżka i pochylił się nad Osbornem.

— Powiedz mi, gdzie mam się tym udać.

Osborn spojrzał na niego, a jego wąskie, żółte oczy zwęziły się z pogardą. Ross wyobraził sobie, że to spojrzenie miało wyrażać: „Nigdy nie uszłoby ci to na sucho, gdybym nie umierał". Ale potem Osborn ustąpił. Za pomocą kilku kliknięć na laptopie przywołał adres i mapę. Ross z początku nie wierzył, ale potem zaczęło mieć to sens. Nawet go to rozśmieszyło.

— Cholerny Hammer — powiedział potrząsając głową.

— Rób co chcesz z Hammerem — powiedział ponuro Osborn. — Teraz nie ma to dla mnie znaczenia. Ale jeśli zabierzesz komorę, zabijesz mnie, a także nie pozyskasz formuły.

— Mam formułę. — Ross odsunął się i podniósł torbę. — Są inni naukowcy, którzy mogą ją przeanalizować i przerobić. W końcu Banner właśnie to zrobił.

Osborn odsunął laptopa.

— Wciąż mam jednak krew. Krew kapitana Rogersa. Ta surowica to tylko testowa wersja. Będziesz potrzebować krwi do analizy, jeśli coś pójdzie nie tak, a właśnie ja ją posiadam.

— Nie na długo. — Ross odwrócił się do niego plecami.

— Generale…

Ross czekał na kolejny błędny wywód, mający udowodnić mu że nie ma racji, ale Osborn nagle ucichł. Patrzył na coś za oknem, które wychodziło na miasto. Jego wyraz twarzy był tak pełen szoku i złości, że Ross nie mógł powstrzymać się, aby nie podążyć za jego spojrzeniem w kierunku plamki światła poruszającej się w ich stronę nad budynkami. Coś się za nią ciągnęło.

Ross podszedł do okna i zmrużył oczy.

— Co to do diabła jest…?

OoO

Peter podróżował przez miasto na kilka różnych sposobów i do tej pory wiszenie na pajęczynie przyklejonej do latającej deski było na końcu jego listy ulubionych metod przemieszczania się.

Hammer kręcił się chaotycznie między budynkami. Niezależnie od tego, czy nie miał pojęcia, co robi, czy też celowo próbował zrzucić swojego prześladowcę, efekt był taki sam. Peter bujał się w tę i z powrotem, a jego całe ciało było obolałe od działaniu grawitacji. Kilkukrotnie był bliski uderzenia w budynki i bilbordy, ale nawet gdy próbował przyciągnąć kolana do klatki piersiowej, wysiłek włożony w to był zbyt wielki, by mógł długo wytrzymać w tej pozycji. Szarpanie za pajęczynę, która łączyła go z pojazdem, dawało mu tylko minimalną kontrolę. Mógł jedynie się jej trzymać.

Kiedy zauważył helikopter kanału informacyjnego, jego pierwszą myślą było, że ma nadzieję, że ciocia May tego nie oglądała. Ale potem zdał sobie sprawę, że helikopter nie podążał za nimi, a tylko okrążał budynek. Pośród wszystkich wymachów i skrętów Peter dostrzegł tlący się budynek mieszkalny.

— Jestem na Upper East? — zapytał.

— Tak — odpowiedział dyrektor Fury. — Czy Hammer zmierza do swojego mieszkania?

Szybowiec przechylił się, a Peter zaklął, gdy szarpnięcie pajęczyny zdawało się przeszywać całe jego ciało. Ramię bolało go od starszej kontuzji.

— Nie wygląda na to!

Peter ponownie spróbował podciągnąć kolana, ale przeszkodziło mu kolejne szarpnięcie, tym razem w górę. Szybowiec się wznosił.

Przed nim był wieżowiec. Hammer odchylił się do tyłu, rozpaczliwie próbując podnieść pojazd, gdy pędzili w stronę ściany składającej się z okien i balkonów. Nacisk na pajęczynę był ogromny. Peter poczuł, że zaciska mu się żołądek. Nawet gdyby Hammer wzniósł się nad budynek, on by tego nie zrobił. Nie mając żadnych innych opcji, zerwał pajęczynę, przywołując wszystkie swoje pajęcze instynkty, gdy beton wypełnił cały jego widok.

— To będzie bolało — powiedział pod nosem.

Uderzył w ścianę. Bóg jeden wie, jak szybko i desperacko próbował złagodzić impet uderzenia zgiętymi łokciami i kolanami, ale i tak zderzenie się z budynkiem wstrząsnął nim do samych kości. Nie był w stanie utrzymać się. Odbił się do tyłu i spadał, oszołomiony i zdezorientowany, aż rozpaczliwie wystrzelona sieć przykleiła się do czegoś i powstrzymała jego upadek. Jeszcze jednym okropnym wahadłowym ruchem, Peter rzucił się w powrotem w stronę budynku i udało mu się pochwycić balustradę balkonu. Nagłe zatrzymanie się było bolesne, ale przynajmniej w końcu nie bujał się wokół. Kiedy wisiał, łapiąc oddech, gdzieś wysoko w górze usłyszał trzask i pisk metalu.

— Nic mi nie jest — powiedział mimowolnie. — Myślę…

Para rąk owinęła się wokół nadgarstka Petera i rozległ się bardzo entuzjastyczny okrzyk:

— Mam cię!

Peter wzdrygnął się i uniósł głowę. Na balkonie w T-shircie i szortach, z papierosem między wargami, stał Flash Thompson.

Peter gapił się na niego z otwartymi ustami ukrytymi za maską.

— F… — Zorientował się w samą porę. — Kurwa.

Trzymając Petera za nadgarstek jedną dłonią, Flash zaoferował swoją drugą.

— Daj mi rękę. Podciągnę cię.

Peter tak naprawdę nie potrzebował pomocy, ale i tak pozwolił Flashowi podciągnąć się na balkon. Oparł się o balustradę i potrząsnął ramionami, aby uwolnić się od napięcia.

— Dzięki — powiedział niezręcznie.

Flash praktycznie promieniał.

— Nie ma za co.

— Lepiej, żebyś nie nawiązywał kontaktu z cywilem — powiedział przez komunikator Fury.

— Co to do cholery było? — zapytał Flash, zanim Peter zdążył zdecydować, czy warto odpowiedzieć na komentarz dyrektora Fury'ego. — Brzmiało, jakby coś się rozbiło. Czy to przyjaciel?

— Nie. Nie ma mowy, żeby ten dupek był przyjacielem. — Peter wyskoczył na barierkę i przyłożył rękę do ucha. — Proszę pana, myślę, że Hammer rozbił się na dachu.

— Mam twoją lokalizację — powiedział Fury. Gdzieś w tle mamrotał Bruce. — Ten budynek… wygląda na to, że należy do Normana Osborna. Nasz samolot leci do ciebie, ale zabranie tam reszty agentów trochę zajmie. Wszystko zależy od ciebie, Parker.

Peter wziął głęboki oddech i skinął głową.

— Wiem. To znaczy, przyjąłem.

— Z kim rozmawiasz? — zapytał podekscytowany Flash. — Czy to Avengers?

— Um… posłuchaj. — Peter odwrócił się, by przyjrzeć mu się lepiej. — Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił.

— Nie ma problemu. — Flash wyjął papierosa z ust. — Cokolwiek potrzebujesz.

To było trochę surrealistycznie widzieć go tak miłego i Peter musiał otrząsnąć się z szoku wywołanego tym, by móc kontynuować.

— Zadzwoń do ochrony budynku. Powiedz im, żeby zamknęli drzwi. Mężczyzna na dachu jest uzbrojony i niebezpieczny. Nie mogą pozwolić mu uciec, ale też nie mogą z nim walczyć. Muszę po prostu wiedzieć, że nie ucieknie, zanim zdążę go złapać.

— Okej — powiedział Flash kiwając głową. — Powiem im to.

— I powinni skontaktować się z ludźmi mieszkającymi na wyższych piętrach — ciągnął Peter. – Niech powiedzą im, żeby zamknęli się mieszkaniach i nie wychodzili. Poważnie, ten facet jest cholernie szalony. Każdy musi trzymać się od niego z daleka.

— Okej, rozumiem. — Flash patrzył zafascynowany, jak Peter wystrzelił dwie pajęczyny w balkon znajdujący się kilka pięter nad nimi, a następnie oparł się stopami o balustradę, napinając linki. — Coś jeszcze?

— Ta. — Peter spojrzał na niego. — Nie pal, synu. To nie sprawia, że wyglądasz fajnie.

Flash zamrugał, patrząc na niego, a następnie na papierosa w swojej dłoni.

— Um, okej.

Peter odepchnął się od balkonu, pozwalając sieciom wyrzucić się na dach.

OoO

Hammer wbiegł na klatkę schodową. W wyniku upadku był posiniaczony i poturbowany, a jego lewe kolano pulsowało z okropnego bólu, ale trzymając się ściany, schodził na dół. Wszystko brzęczało. Czuł wibracje przez zmęczone stawy i tylko złość sprawiała, że szedł w dół po schodach do holu znajdującego się przed apartamentem Osborna.

Przed drzwiami klatki schodowej stał mężczyzna i w pośpiechu Hammer wpadł na niego. Był to żołnierz w oliwkowym mundurze. Chwycił Hammera za ramiona, ale potem zamarł, jakby zaskoczony ilością krwi na twarzy i koszuli Hammera.

— Hej — powiedział. — Jesteś…

Hammer uderzył go w gardło. Nie był to szczególnie silny cios, ale mężczyzna zatoczył się do tyłu tak, że Hammer był w stanie wyjąć pistolet z jego kabury. Nie myślał, po prostu wepchnął lufę w pierś żołnierza i pociągnął za spust. Mężczyzna upadł z okropnym bulgotem.

Hammer gapił się. Wyczuwał smak krwi wszystkimi swoimi zmysłami. Otarł przedramieniem usta, ale to nie pomogło. Obwiniając adrenalinę za trzęsące się ręce, poszedł naprzód, napędzany przez nią, kompletnie oszalały. Przed nim otwierały się drzwi do pokoju Osborna. Kilka strzałów z pistoletu skłoniło każdego, kto był w środku, do ich ponownego zamknięcia, dając Hammerowi wystarczająco dużo czasu na wyciągnięcie drugiego granatu z kieszeni. Wyciągnął zawleczkę, odgiął dźwignię i czekał, nie wiedząc, czy drzwi znów się otworzą. Czuł, jak granat brzęczał w jego palcach, tak że jego ręka drżała, a może to tylko on się trząsł? Mijały sekundy.

Drzwi otworzyły się na kilka centymetrów i chociaż powitała go lufa pistoletu, Hammer nie wycofał się. Wrzucił granat przez otwór i nasłuchiwał, jak mężczyźni w środku krzyczeli i przez krótką chwilę poruszali się, zanim nastąpił wybuch. Eksplozja nie była tak głośna, jak w budynku Oscorp, stłumiona przez ściany i bez huku, który powstawał przez odbijanie się od metalu, ale krzyki mężczyzn prawie to wynagrodziły. Drzwi zostały całkowicie otwarte, pchnięte odrzuconym wybuchem ciałem innego żołnierza.

Kiedy kurz opadł, Hammer ruszył naprzód. Przeszedł przez ciało w korytarzy i pomyślał, nie wiadomo dlaczego, o swoim ojcu i uścisku szerokiej, szorstkiej dłoni na karku, którą czuł między innymi wtedy, gdy dobry staruszek zabrał go po raz pierwszy na strzelnicę. Uznał, wchodząc do apartamentu, że ciężar pistoletu w dłoni musiał mu o tym przypomnieć. Od początku, już jako dzieciak, był dobrym strzelcem.

Generał Ross wyszedł z korytarza. Wyciągnął broń, ale kiedy zobaczył zniszczony salon i porozrzucane, zakrwawione ciała ogarnął go szok. Gapił się na Hammera.

— Jak u diabła…

Hammer miał już podniesioną broń i postrzelił dwukrotnie Rossa w pierś. Powinien móc się tym rozkoszować, ale patrząc, jak Ross kołysze się, a potem zatacza się do tyłu ze zdumieniem widocznym na twarzy, Hammer poczuł tylko przypływ niespokojnej manii. Odsunął się w bok tak, że chwiejny kontr ostrzał Rossa minął go znacznie, a następnie ruszył szybko do przodu, wyrywając pistolet z dłoni Rossa. Po pchnięciu generał opadł na ohydny fotel.

— Och, Tadeuszu — mruknął Hammer, uważając, aby nie poplamić się większą ilością krwi, kiedy ściągnął torbę z ramienia Rossa.

— Zobacz do czego mnie zmusiłeś.

— Ham… — Ross wyciągnął dłoń, sięgając do gardła Hammera, ale udało mu się jedynie rozmazać krew na jego brodzie. Jego usta rozchyliły się w rodzaju szyderstwa, który Hammer mógł podziwiać. — Ty sukinsynu… — Wydał z siebie ten okropny, bulgoczący dźwięk, kiedy krew przesączyła się przez jego mundur.

Hammer zabrał pośpiesznie dłonie z jego ciała i ruszył korytarzem. Drzwi do sypialni Osborna były już otwarte, więc bez wahania wszedł do środka.

— Cześć, Norman.

— Justin? — Osborn usiadł, gdy Hammer okrążył łóżko, a kiedy stanęli twarzą w twarz, obaj cofnęli się. — Mój Boże, co ci się stało?

Hammer roześmiał się. Z jakiegoś powodu była to najzabawniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszał.

— Mógłbym cię zapytać o to samo — powiedział, nie żeby musiał. Patrząc na chory, gadzi bałagan jakim był Norman Osborn, nie trudno było zrozumieć, co się stało. — Nie powinieneś tego robić, Norman. — Uniósł broń. — Zacząłem myśleć, że mnie lubisz.

— Poczekaj. — Osborn skulił się, choć w jego żółtych oczach było tyle samo gniewu, co strachu. – Poczekaj, to nie ja cię wydałem. To Ross. Przyprowadził żołnierzy, próbował odciąć nas obu. Cokolwiek się stało, to była jego wina!

Hammer zastanawiał się przez chwilę, a potem wepchnął pistolet do kabury na ramieniu. Osborn zaczął się rozluźniać, aż Hammer odwrócił się w stronę lodówki medycznej stojącej pod ścianą.

— Justin? Co robisz?

Hammer otworzył lodówkę i znalazł w środku imponującą gamę lekarstw, serum i butelek z pigułkami. Zagwizdał przez szczeliny po wybitych zębach i sprawdzał, co znalazł, aż natrafił na serum Connorsa. Włożył w ampułkę nową strzykawkę.

— Justin?

— Tak, Norman?

Hammer stanął z powrotem przy jego łóżku. Trzymając strzykawkę w zębach, wyjął jedną ampułkę z igłą z torby, który zabrał wcześniej Rossowi.

Osborn znów się cofnął, przyglądając się jego poczynaniom z wielką nieufnością i rosnącym niepokojem.

— Co robisz?

Hammer trzymał strzykawkę w każdej dłoni.

— Eksperymentuję — powiedział. — Czy to nie to, co ty robisz?

— Poczekaj. — Osborn próbował się odsunąć, ale rurki kroplówki pociągnęły go za ramiona, a potem Hammer wspiął się na łóżko. — Czekaj… proszę… co robisz? — Jego długie i postrzępione paznokcie zostawiały krwawe szramy na ramionach Hammera, gdy walczył. — Zostaw mnie!

— Powinieneś był wiedzieć lepiej — powiedział Hammer — żeby nie oszukiwać mnie znowu. — Oparł kolano na klatce piersiowej Osborna i pochylając się do przodu, wbił obie strzykawki w szyję mężczyzny.

OoO

Peter wpadł przez drzwi klatki schodowej i natychmiast potknął się o ciało w korytarzu. Kiedy odzyskał równowagę, odwrócił się i zbladł na widok martwego żołnierza.

— Hammer jest znowu uzbrojony — powiedział, pędząc korytarzem do drugiego ciała. Mężczyzna miał okropne oparzenia na ramionach i plecach, ale oddychał płytko. Peter przycisnął się do ściany obok wyważonych drzwi i zniżył głos. — Są tutaj żołnierze. Jeden zabity, drugi ciężko ranny. — Słuchał uważnie i wydawało mu się, że słyszy ruch w środku, ale szybkie zerknięcie do środka upewniło go, że nigdzie nie było Hammera. Zakradł się do środka.

W pokoju panował bałagan. Na ziemi leżało więcej żołnierzy, a także trzech mężczyzn w ciemnych garniturach. Peter nie mógł od razu stwierdzić, którzy z nich żyli, a którzy nie. Na myśl o sprawdzeniu ich wszystkich żołądek powędrował mu do gardła.

— Dyrektorze Fury, na dole jest co najmniej ośmiu mężczyzn. Hmm, wydaje się że to dobrzy ludzie. Potrzebują natychmiastowej ewakuacji.

— Mów normalnie, Parker — powiedział Fury.

Peter przełknął ślinę.

— Przepraszam.

Słyszał głosy dobiegające z końca korytarza, ale zanim zdążył to zbadać, jego uwagę przykuło dyszące prychnięcie. Starszy mężczyzna w galowym mundurze leżał w pobliskim fotelu, a między palcami dłoni, które przyciskał do piersi, płynęła krew. Patrzył na Petera z napięciem.

Peter podbiegł do niego, wahając się tylko przez moment, zanim zdołał odzyskać opanowanie.

— Proszę pana? — Rozerwał przód kurtki mężczyzna, a potem znajdującą się pod spodem koszulę. — Proszę poczekać, dobrze? Jestem tutaj, aby pomóc.

— Ha… — wychrypiał mężczyzna, chwytając Petera za łokieć. — Ham…

— Ćśśś, wiem. Wiem. — Włożył dłoń pod mundur mężczyzny i uciskał ranę po prawej stronie klatki piersiowej tuż nad trzecim żebrem. Uczucie wypływającej na dłoń krwi przywołało u niego wcześniejsze i niechciane wspomnienia. — Dyrektorze, jest tutaj mężczyzna postrzelony w klatkę piersiową. — Odsunął drugą stronę marynarki mężczyzny i zdał sobie sprawę, że druga kula trafiła w jeden z wielu jego medali. Odłamki mosiądzu były wbite w jego skórę, ale sama kula nie przebiła się. — Myślę, że jest wysoko postawiony. Jest… — W końcu zrozumiał i spojrzał w twarz mężczyzny. — Czy jest pan generałem Rossem?

Ross skinął słabo głową, ale kiedy próbował się odezwać, na jego ustach pojawiła się krew.

— Ćśś, w porządku — powiedział Peter, pocąc się w swoim kostiumie. — Pomożemy panu.

— Peter — powiedział Bruce. Jego głos brzmiał dziwnie płasko i odlegle. — W jakim jest stanie?

— Niezbyt dobrym. — Mój arcy wróg, przypomniał sobie słowa Bruce'a, ale potrząsnął głową i starał się o tym nie myśleć. — Generale Ross — powiedział, przygotowując się. — To będzie dziwnie uczucie, ale zatrzyma krwawienie, okej? Działało to wcześniej dla mnie. — Odsunął rękę od rany postrzałowej i pokrył ją pajęczyną. Ross jęknął, ale Peter nie pozwolił mu grzebać w niekonwencjonalnym bandażu, dopóki ten nie wyschnął. — Nic panu nie będzie — powiedział, ponieważ nie wiedział, co jeszcze może zrobić. — Pomoc jest w drodze.

— Wysyłam helikopterem zespół medyczny — powiedział Fury, ale Peter był rozproszony przez krzyk w innym pokoju. Ktoś krzyczał i coś się działo. — Ale to oznacza, że nasi agenci nie będą w stanie wylądować na budynku. Gdzie jest teraz Hammer?

Peter odchylił się do tyłu, obserwując odległy korytarz. Usłyszał brzdęk przypominający dźwięk odsunięcia zasłony prysznicowej oraz huk przewracanych mebli. Pod wpływem impulsu pchnął fotel, na którym siedział Ross, do ściany tak daleko, jak tylko mógł.

— Myślę, że wciąż tu jest — powiedział, nie zdając sobie sprawy z tego, że szeptał. Zebrał się w sobie, przypominając sobie, że w Oscorp Hammer był jedynie człowiekiem z pistoletem. Nie było to zbytnio pocieszające, biorąc pod uwagę porozrzucane wokół ciała, a tym bardziej, gdy hałas w sąsiednim pokoju stał się głośniejszy. — Spróbuję złapać go za pomocą pajęczyny. Zapakuję go dla ciebie.

Ktoś biegł korytarzem. Peter przykucnął i wycelował obydwoma nadgarstkami w stronę drzwi. Faktycznie to Hammer przebiegł przez nie chwilę później. Peter natychmiast wystrzelił i złapał Hammera za kostkę. Szybkie pociągnięcie za pajęczynę sprawiło, że runął na stolik kawowy i krzyknął. Jego nos ponownie zaczął krwawić po zderzeniu z szybą.

— Kurwa…! — Hammer przewrócił się na ziemię, choć starał się chronić zwisającą z ramienia torbę. — Jezu, jesteś irytujący.

— Mógłbym… — zaczął odpowiadać Peter, ale potem coś pękło spektakularnie na końcu korytarza i usłyszał szum powietrza z zewnątrz. Nieludzkie wycie wywołało gęsią skórkę na jego ramionach. — Co to do diabła jest?

Cokolwiek to było, dudniło w korytarzu. Hammer zerwał się na równe nogi.

— Powinieneś już być przyzwyczajony do tego typu rzeczy — powiedział, biegnąc do wyjścia.

— Hej! — Peter znów mierzył do niego sieciowodami, ale nie było czasu na wystrzelenie sieci, zanim coś zaczęło ryczeć w pokoju.

W pozycji wyprostowanej miałby co najmniej dwa i pół metra wysokości, ale był zgarbiony, stojący na czterech nogach, nagi. Jego teksturowana skóra była czerwona, poplamiona i zwisająca. Kościste wypustki zdobiły jego kręgosłup, ogon, wydłużoną czaszkę i spiczasty, gadzi pysk. Był zdeformowany, krzywy. Jego żółte oczy były zamglone bestialską bezmyślnością, a dyszący oddech wydobywał się z ociekających śliną ust. Nie przypominało to potężnej, wręcz godnej pozazdroszczenia sylwetki doktora Connorsa. Była to postać nerwowa, groteskowa i zdesperowana. W jego ruchach była czysta panika, gdy zwrócił się w stronę Petera.

Peter wykonał unik w samą porę, żeby uniknąć sękatej dłoni pełnej szponów. Penthouse był duży, ale nie na tyle, by stać się polem bitwy. Miał bardzo mało miejsca na manewrowanie poza zasięgiem szponów postaci. Z przenikliwym rykiem czerwona bestia ścigała go po pokoju, a kiedy prawie nadepnęła na jednego z jęczących z bólu żołnierzy, Peter ledwo zdołał chwycić mężczyznę za pomocą pajęczyną i odciągnął go z drogi. Musiał wydostać się z pokoju. Silny ogon istoty był bardzo bliski zrzucenia generała Rossa z fotela i Peter wiedział, że jeśli tutaj zostanie, to tylko kwestia czasu, zanim zabije jednego lub wszystkich żołnierzy.

Peter wpadł do holu i znalazł tam Hammera wślizgującego się do windy. Złość przejęła stery nad strachem i strzelił Hammerowi w klatkę piersiową swoją pajęczyną. Pociągnął, ale winda już się zamykała i jedynie, co mógł zrobić, to przyciągnąć Hammera do drzwi. Hammer uśmiechnął się złośliwie, kiedy był w stanie uwolnić się od sieci, a winda zamknęła się.

— Hammer!

Peter rzucił się w stronę windy, ale bestia wpadła na korytarz za nim, a jej szeroka, szponiasta ręka w końcu złapała go w pasie. Walczył, gdy został uniesiony w powietrze. Następnie został uderzony o ziemię, przez co jego mózg zazgrzytał w czaszce. Na chwilę wszystko było ciemne i ciche, a potem obudziło go pojawienie się szumu w uchu. Leżał twarzą w dół na podłodze w korytarzu, a stworzenie oddalało się od niego.

— Bruce… nic mi nie jest. — Peter wymacał obok siebie ścianę i użył jej, aby podnieść się do pozycji pionowej pomimo dzwonienia w uszach. Patrzył, jak stwór warczał i zawodził, gdy wyważał drzwi do szybu windy. — Czy to… penthouse Osborna? Jakiś rodzaj potwora stworzonego z surowicy ściga Hammera. – Wypełniła go niespokojna energia. — Myślę… że to Norman Osborn.

Kiedy nie otrzymał odpowiedzi, przyłożył rękę do ucha.

— Bruce? — Wciąż brak odpowiedzi. Komunikator nie działał.

Peter zaklął, bardziej zaniepokojony o Bruce'a niż odcięciem od wsparcia.

— Jestem sam — powiedział do siebie, biegnąc do windy. Osborn wczołgiwał się do szybu windy, wystawał już tylko guzowaty ogon. — Robiłeś to już wcześniej. Nie może być tak silny jak doktor Connors…

Osborn zniknął w szybie, a Peter podążył za nim, uważając, aby uniknąć poruszających się kabli. Osborn nie miał takich problemów. Plując i warcząc, szarpał za stalowe linki, opadając na dach windy. Brzdęk metalu w zamkniętej przestrzeni sprawił, że Peterowi znów zadzwoniło w uszach. Osborn zatopił pazury w mocowania, przegryzając śruby i po kolei rozrywając kable.

Peter czuł wielką pokusę, by zostawić Hammera samemu sobie, ale czuł tak tylko przez chwilę.

— Hej! — krzyknął i skoczył, lądując między łopatkami Osborna.

Owinął nadgarstki Osborna pajęczyną i odsunął je od kabli, ale Osborn wykręcił się, próbując użyć ogona, by zrzucić Petera z ramion. Peter zdołał się utrzymać, dopóki Osborn nie rzucił się plecami na ścianę. Mając się wbić w różne metalowe wypukłości, Peter nie miał innego wyjścia, jak przeciąć linę i poświęcić swoją przewagę, by się uwolnić.

Wskoczył na drugą stronę szybu i gdy winda dalej jechała w dół, próbował z pewnej odległości unieruchomić Osborna za pomocą pajęczyny. Sycząc ze złością owinął pasma wokół ramienia i szarpnął, ciągnąc Petera za sobą na dach windy. Pajęczyna na twarzy nie powstrzymała go od machania na oślep i rozrywania kostiumu Petera pazurami. Egzoszkielet w większości chronił Petera, ale kiedy mocowali się w zamkniętej przestrzeni, od czasu do czasu został zraniony, ilekroć Osbornowi udało się dosięgnąć łączeń kostiumu. Peter przewracał się i robił uniki, używając sieci na bokach szybu, ilekroć potrzebował szybkiej ucieczki, ale Osborn po prostu nacierał w bezmyślny i wściekły sposób.

Winda zatrzymała się, a Peter zaklął – jeśli Hammer wysiadł, to nie byłby w stanie go złapać, gdyby walczył z potworem. Ale Osborn musiał mieć podobną myśl – lub tak blisko „myśli" jak tylko mógł mieć w swoim obecnym stanie – ponieważ odrzucił Petera na bok i wrócił do atakowania kabli. Usuwał jeden po drugim, a Peter musiał oprzeć się płasko o ścianę, aby uniknąć ich śmiertelnego uderzenia, gdy zostały przerwane. Wreszcie ostatni z nich został odcięty, a winda spadła.

Winda nie spadła za bardzo, zanim uruchomiły się zabezpieczenia awaryjne. Z okropnym piskiem metalu zabezpieczenie na głównym kablu uruchomiło się, a winda zatrzymała się gwałtownie. Peter wstrzymywał oddech, gdy Osborn wyrwał dziurę w dachu windy i sięgnął jednym długim ramieniem do środka. Peter usłyszał krzyki i strzały, a potem okrzyk bólu.

Peter wziął głęboki oddech i ponownie strzelił w Osborna pajęczyną. Tak jak wcześniej Osborn próbował użyć sieci, by pociągnąć Petera w dół, ale ten już wcześniej przykleił pajęczynę do ściany. Wystrzeliwał pasmo za pasmem, przyczepiając Osborna do drabiny konserwacyjnej, zerwanych kabli i przeciwwagi, wszystkiego, co mogło go zatrzymać. Osborn miotał się szaleńczo, zrywając nici tak szybko, jak Peter je tworzył.

— Nie przestawaj — szepnął do siebie Peter, wciąż pracując nad unieruchomieniem Osborna i robiąc uniki, gdy ten rzucał się na niego. Skakał od jednej ściany do drugiej, uważając, aby nie dać się unieruchomić przez własną pajęczynę. — No dalej, Parker, ten dupek zabił twoich rodziców.

Osborn chwycił go za ramię i zaciągnął ponownie na dach windy z bolesnym uderzeniem o metal. Na jego pazurach była krew, a szerokie, otwarte szczęki przypominały Peterowi jego walkę ze Steve'em na moście. Wolną ręką wycelował i złapał siecią język Osborna. Pociągnął w tym samym momencie, gdy Osborn rzucił się do przodu, zmieniając kierunek ugryzienia i powodując, że Osborn wgryzł się we własne ciało.

Kiedy Osborn wrzasnął i odchylił się do tyłu, Peter wrócił do wystrzeliwania swoich sieci. Zamiast próbować przymocować go do ścian, przykleił Osborna do windy, dając mu znacznie mniej miejsca do posiadania dźwigni umożliwiającej uwolnienie się.

— Hammer! — krzyczał, strzelając raz po raz z sieciowodów, rzucając sieć na wszystko oprócz prawej ręki Osborna na dachu windy. — Jeśli nadal żyjesz, wejdź pod otwór!

Peter owinął ostatnie pasmo wokół nadgarstka Osborna, zawiązując drugi koniec wokół kabla zabezpieczającego. Tak jak się spodziewał, Osborn owinął sieć wokół ramienia i pociągnął. Peter wycofał się, trzymając się drabinki konserwującej, skąd miał widok na dziurę w dachu. Szarpnięcie Osborna zerwało kabel zabezpieczający, gdy Hammer pojawił się w pod dziurą. Peter złapał go siecią, wyciągając go przez wąski otwór, gdy Osborn ryknął, a winda spadła.

Peter wstrzymywał oddech, aż usłyszał trzask. Metal brzęknął, a w ciemnościach podniósł się dym. Nawet wtedy wciąż obserwował i czekał przez prawie całą minutę, zanim był pewny, że Osborn nie zaatakuje ich znowu. Wtedy Hammer zaczął kaszleć i wiercić się. Peter westchnął głęboko i przykleił pajęczynę do ściany.

— Trzymaj się mocno, Hammer — mruknął, skacząc na najbliższe drzwi prowadzące na piętro i wyważając je.

Kręciło mu się w głowie, ale udało mu się wyrwać Hammera z szybu windy. W holu stała młoda para, która gapiła się otwarcie, gdy Peter pchnął swojego jeńca na ławkę.

— Teraz — powiedział Peter, wciąż ciężko oddychając. — Nie ruszaj się stąd, dupku.

— Okej — pisnął Hammer. Miał obie ręce owinięte wokół brzucha i dopiero wtedy Peterowi przyszło do głowy, że trzyma je w ten sposób, odkąd został wyciągnięty z windy. — Okej… — Ciemna krew sączyła się z przodu jego kamizelki.

Peter wpatrywał się. Przypomniał sobie o krwi na szponach Osborna.

— Jesteś ranny?

— Jesteś super spostrzegawczy — odparł Hammer, ale nie było w tym żadnego humoru. Był blady, a jego oczy błyszczały od łez.

Peter sięgnął po jego ręce.

— Daj mi zobaczyć.

Hammer cofnął się z sykiem.

— Myślę — powiedział ochryple — że gdy zabiorę dłonie, to moje wnętrzności wypadną.

Peter zacisnął zęby powstrzymując się przed przekleństwem i rozejrzał się. Para wciąż się na nich gapiła.

— Hej — zawołał, a oni wzdrygnęli się. — Czy możesz przynieść koc, ręcznik plażowy lub coś w tym stylu? — Para wyjąkała potwierdzenie i zniknęła za rogiem.

Peter odwrócił się do Hammera i szybko go przeszukał.

— Co się stało z twoją bronią? — zapytał, kiedy jej nie znalazł.

— Jest w windzie.

— A torba, którą miałeś ze sobą?

— W tym samym miejscu.

Peter nie znalazł żadnej innej broni. Poklepał ostrożnie boki Hammera, co spowodowało u mężczyzny bolesne skomlenie. Krwawił, pocił się i miał dreszcze. Nie wyglądał dobrze. Peter poczuł mdłości i nudne potwierdzenie tego wszystkiego.

— Co to było? — zapytał, starając się nie skupiać na skrzywionej bólem twarzy Hammera.

— A może zejdziesz tam — wykrztusił Hammer — i sam się przekonasz?

— A może zrzucę cię w dół szybu windy, żebyś mógł to dla mnie zdobyć? — zapytał Peter.

— Chciałbym tego. — Hammer oparł głowę o ścianę i zamknął oczy. — Lepsze to niż powrót.

Peter stłumił dreszcz. Przynajmniej sarkazm nadal był dla niego łatwą ucieczką.

— Jeśli jesteś tak zdesperowany, mogłeś po prostu zostać w windzie. Nie musiałeś pozwalać mi uratować siebie.

Hammer milczał przez chwilę, nie licząc jego świszczącego oddechu.

— Och. Chyba o tym nie pomyślałem.

Peter potrząsnął głową, a kiedy zauważył wracającą parę, pomachał do nich. Wziął oferowany koc.

— Stańcie pod ścianą — polecił. — Ten mężczyzna jest niebezpieczny.

— Och, tak — jęknął Hammer, gdy para się zgodziła. — Będę się na nich wykrwawiać.

Peter zaczął tworzyć sznur z pajęczyny.

— Jesteś naprawdę szalony, wiesz o tym? — powiedział. — Dosłownie. Jesteś szalony.

— Tak, wiem. — Hammer otworzył lekko oczy, gdy Peter unieruchomił jego dłonie na brzuchu za pomocą pajęczyny. — Ale wszyscy trochę wariujemy, gdy coś zostaje nam odebrane. Nie zgadzasz się?

— Nie — powiedział natychmiast Peter, nie podnosząc głowy, gdy dalej pracował. — Nie każdy jest taki jak ty.

— Jasne, że tak. — Hammer wciągnął powietrze przez zęby. — Zobacz, jak zły był kapitan Rogers, gdy zabrałem jego małą zabawkę.

— To dlatego, że…

— Spójrz na siebie — przemówił Hammer. — Mam na myśli, spójrz naprawdę na siebie. — Oblizał krew z górnej wargi. — Spandex-Man.

Peter złapał Hammera za kark i pochylił go do przodu na tyle, by móc owinąć pajęczynę wokół jego pleców.

— Jesteś po prostu zazdrosny, że wyglądam w tym tak dobrze — powiedział, czując się niepewnie mając Hammera tak blisko siebie.

Hammer zaśmiał się, co doprowadziło go do słabego, mokrego kaszlu.

— Założę się o cokolwiek — ciągnął — że coś ci odebrano.

Serce Petera zabiło szybciej. Powiedział sobie, żeby nie słuchać, poświęcić całą swoją uwagę temu, by wnętrzności Hammera pozostały wewnątrz niego, pomimo chęci zrobienia czegoś odwrotnego.

— Tak to działa. Stark wszystko źle zrozumiał. — Nawet kiedy Peter go puścił, Hammer zdołał się pochylić do przodu. — To nie to, co posiadasz, określa, kim jesteś. Tylko to, co można ci odebrać. Próbowałem go tego nauczyć. — Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu. — Ale już to rozumiesz, prawda?

Peter zesztywniał i starał się mocno nie odpowiedzieć na to, ale i tak się odezwał.

— Ludzie nie są rzeczami.

Uśmiech Hammera przygasł, kiedy bardzo uważnie obserwował Petera. Ponownie oblizał usta.

— Rodzice?

Peter złapał koc i owinął nim ramiona i plecy Hammera. Ręce mu się trzęsły i nienawidził się za to.

— Nie odzywaj się do mnie.

Hammer z powrotem oparł się ciężko o ścianę. Wyraz jego twarzy był poważny i zamyślony, niezupełnie współczujący, ale w jakiś sposób sympatyzujący, a Peter spiął się. Nie wiedział, co by zrobił, gdyby Hammer złożył teraz kondolencje. Zamiast tego mężczyzna powiedział:

— Myślę, że to czyni cię Batmanem.

Peter wypuścił krótki, ciężki oddech.

— Tak — powiedział gorzko. — Jestem Batmanem, a ty żartownisiem.

Związał koc wokół klatki piersiowej Hammera i zacisnął go ostrym szarpnięciem. Chciał, żeby to bolało, ale kiedy Hammer drgnął pod jego dłońmi, a głos mężczyzny był pełen bólu, poczuł się niewytłumaczalnie winny.

— Po prostu… nie ruszaj się — powiedział niezręcznie, dla pewności unieruchamiając pajęczyną stopy Hammera. — Upewnię się, że ta jaszczurka już nas nie zaatakuje. — Spojrzał w górę i zauważył, że w holu zebrało się więcej ludzi. Patrzyli szeroko otwartymi, zaciekawionymi oczami, a co najmniej dwójka z nich robiła zdjęcia. Jednym z nich był Flash.

— Mówiłem ci, żebyś został w swoim mieszkaniu — upomniał go Peter.

Flash ruszył do przodu.

— Nie zrobiłeś tego. Potrzebujesz pomocy?

Peter westchnął.

— Miej go na oku — powiedział, wskazując na Hammera. — Nie podchodź zbyt blisko. Jeśli spróbuje czegoś, zawołaj mnie. Dobrze?

— Jasne. — Flash ustawił się naprzeciwko Hammera i zrobił kolejne zdjęcie. Kiedy Peter wskoczył z powrotem do szybu windy, usłyszał, jak Flash mówił: — Chcesz, żebym opublikował to na Tweeterze, dupku?

— Jasne, dzieciaku — jęknął Hammer. — Upewnij się, że dobrze wyjdę.

Peter wyciągnął telefon i wybrał numer Bruce'a, opuszczając się na dół.

— Peter — powiedział Bruce, gdy tylko odebrał. — Gdzie jesteś? Wszystko w porządku?

— Nic mi nie jest — powiedział Peter. W końcu siniaki i ślady pazurów były na porządku dziennym. — Mam Hammera. Jest unieruchomiony na dwudziestym siódmym piętrze. Zaatakował mnie jakiś zmutowany potwór. Chociaż nie sądzę, żeby coś z niego zostało.

— To zawsze są mutanty — mruknął Fury. — Sanitariusze są na dachu. Czy penthouse jest bezpieczny?

— Tak było, kiedy go zostawiłem. — Peter zauważył pod sobą masywne ciało. — Ale Hammer przyjął na brzuch garść okropnych pazurów. Jest ciężko ranny. Czy możesz kogoś sprowadzić do niego?

— Będzie musiał poczekać. Ross jest priorytetem.

— NYPD gromadzi się pod budynkiem — powiedział Bruce. — Powiem im, żeby wysłali kogoś po niego.

— Niech lepiej skorzystają z windy serwisowej — mruknął Peter. Zatrzymał się dwa piętra wyżej, obserwując ciało poniżej. Poruszało się, ale niewiele. — Poczekaj. Sprawdzę, co z Godzillą. — Wsunął telefon pod kostium na plecach i opadł na dół szybu.

Osborn wciąż był potworem i dalej był przywiązany do zmiażdżonej windy. Jego luźna skóra zadrżała gwałtownie, kiedy Peter go dotknął.

— Panie Osborn? — Peter podkradł się do jego sękatej twarzy, ale uważał, żeby nie znaleźć się w jego zasięgu. — Czy to pan?

Stwór obrócił głowę i spojrzał na niego przekrwionym okiem.

— Hammer — warknął, znowu drżąc. Musiał poświęcić dużo wysiłku, aby wymówić słowa, gdy miał gadzi pysk, a jego język był zakrwawiony. — Otru… kurwa zatruł… mnie.

— Raczej nie zrobiłbyś tego sam sobie — powiedział z roztargnieniem Peter. Z głębokim wdechem, by przygotować się mentalnie, zeskoczył i zaczął owijać więcej pajęczyny wokół szponiastej dłoni Osborna. — To dla twojego dobra — powiedział. — TARCZA jest w drodze, więc nie próbuj walczyć.

Osborn posłusznie zacisnął palce, żeby Peter mógł zabezpieczyć jego pazury. Nastolatek zrobił to samo z drugą ręką i obiema stopami, po czym przywiązał ogon do jego nogi, aby mieć pewność, że nie będzie w stanie zaatakować.

Kiedy wczołgał się z powrotem w miejsce przy twarzy Osborna, poczuł się chory na żołądek i zły. Próbował to stłamsić.

Jesteś Normanem Osbornem, prawda? — zapytał cicho. Słyszał nad nimi krzyki ludzi, próbujących wyważyć drzwi w holu. Nie miał dużo czasu, zanim im przeszkodzą. — Jesteś nim?

Osborn zadrżał. Dyszał, a jego czerwona skóra wydawało się bledsza niż wcześniej.

— Tak — wysyczał. — Nie… zrobiłem tego… Hammer… Hammer. — Jego oczy wywróciły się. — Jestem Normanem Osbornem. Gdzie jest Harry? Gdzie on jest?

— Naprawdę wykręcił ci numer. — Peter pochylił się bliżej, mając jedną rękę gotową do strzału, na wypadek gdyby Osborn próbował czegokolwiek. Oblizał wargi. — Nie zrobiłeś tego sobie, ale byłeś częścią planu Hammera, prawda? Wpuściłeś go do Oscorp. Siedzieliście w tym razem.

— Tak. Nie… Hammer. — Osborn prychnął, starając się odzyskać kontrolę nad swoim zniszczonym umysłem. — Nie, Hammer i Ross. Oszukali mnie. Wykorzystali. Hammer…

— Ale już wcześniej robiłeś złe rzeczy, prawda? — Peter nie ustępował. — Zabiłeś ludzi, czyż nie? — Jego ręka drżała, gdy chwycił szczękę Osborna, próbując go przytrzymać. — Ty brzydki draniu, zabiłeś…

— Spider-Man — powiedział głośno Fury, a jego głos był ledwo słyszalny spod kostiumu Petera. — Nie mów nic więcej.

Peter skrzywił się, ale pomimo tego niemal spytał, o to co chciał wiedzieć. Nie był pewien, czy kiedykolwiek dostanie kolejną szansę i chciał to usłyszeć z ust Osborna, czy był jaszczurką czy nie. Już miał wymówić imiona swoich rodziców, gdy Bruce powiedział:

— W porządku. To koniec. Będą inne szanse.

Peter wycedził pod nosem przekleństwo i wycofał się w chwili, gdy otworzyły się nad nimi drzwi do holu.

— Zachowuj się — powiedział ostro Osbornowi, a potem wystrzelił nad sobą pajęczynę, wciągając się w górę i znikając z pola widzenia.

Potrzebował chwili, aby uspokoić oddech, zanim ponownie wyciągnął komórkę.

— SWAT jest na miejscu — powiedział patrząc, jak mężczyźni w hełmach sprawdzali od progu pomieszczenie przez otwarte drzwi. — Osborn jest na razie dość dobrze zabezpieczony. Nie jest do końca sprawny umysłowo, ale myśli, że jego stan to wina Hammera. Powinieneś powiedzieć policjantom, że coś jest w windzie… coś, co miał ze sobą Hammer. To… — Zawahał się, gdy dopadła go frustracja i wyczerpanie. Musiał owinąć ramię wokół szczebli drabiny, żeby na niej pozostać. — Nie wiedziałem co to, ale… kurwa. — Potrząsnął głową. — Może pójdę…

— Peter — powiedział Bruce, a jego głos sprawił, że ponownie świat wyostrzył się wokół niego. — To koniec. Nasi ludzie zajmują się generałem Rossem, a sanitariusze kierują się w stronę Hammera. Dobrze się spisałeś.

Peter oparł się ciężko o szczeble drabiny. Jego ręce drżały, a szybkie potrząśnięcie nimi pomogło trochę.

— Okej — powiedział. Przełknął. — Co z Kapitanem?

— Nic mu nie jest. Razem z agentką Romanoff kończą swoje zadanie w Oscorp. Na razie to koniec. Bruce westchnął głęboko. — Proszę, wróć do domu.

Emocje dusiły Petera, gdy skinął głową.

— W porządku. — Zaczął się wspinać, myśląc o tym, że może wydostanie się z budynku przez mieszkanie Flasha. Nagle nie miał ochoty spotykać się z agentami Fury'ego na górze lub z NYPD na dole. — Okej, idę. Komunikator jest zepsuty, więc rozłączę się. Zadzwonię, jeśli coś się wydarzy.

— W porządku. — Nastąpiła chwila ciszy, a potem Bruce powiedział: — Huśtaj się bezpiecznie, Peter.

— Dobrze. — Peter rozłączył się i schował telefon. — Ruszaj się — mruknął do siebie, wspinając się. — Zrobiłeś to. To koniec. Ale nie zatrzymuj się.

Wiedział, że jeśli zatrzyma się na dłużej, jego nogi zmienią się w galaretę. Przypominał sobie słowa pochwały Bruce'a, pozwalając im trzymać go w kupie, gdy wspinał się.