Back2work. Znowu byłam w biurze, znowu maglowałam sprawę Peltneya i napadu na sklep. Czułam się już trochę lepiej. Wprawdzie żadnego przełomu w śledztwie nie osiągnęłam, ale przynajmniej znowu byłam w swoim świecie, w świecie policjantów i złodziei. A ten świat znam i rozumiem, i jest mi w nim dobrze. Można odetchnąć. Nie ma tu żadnych burmistrzów, żadnej polityki, ani niczego innego zboczonego. Tu jest normalnie. Wszystko tu jest proste, jasne i oczywiste, albo czarne, albo białe – a granice między jednym a drugim są znane i precyzyjnie określone w paragrafach Kodeksu karnego, który jestem w stanie wyrecytować co do przecinka obudzona w środku nocy. W tym świecie czuję się jak ryba w wodzie, to moje naturalne środowisko – w sam raz dla ssaka, którego objętość mózgu nie przekracza objętości piłki tenisowej.
Wiara też już wróciła z lanczu, a wraz z nimi wróciło życie. Biuro na powrót było pełne i na powrót rozbrzmiewało gwarem. Nic specjalnego: plotki i ploteczki, co w firmie, co na mieście, ot, takie typowe gliniarskie gadu-gadu. A ja, chcąc nie chcąc, musiałam tego słuchać – jedno z przekleństw bycia królikiem, odbierasz dwadzieścia kanałów naraz, słyszysz wszystko i wszystkich, i nie możesz tego wyłączyć. Tragedia na Sawannie – jakaś słonica rozdeptała gryzonia, który zapuścił był się poza Chomiczówkę. „Panie władzo, ja nie chciałam, tak jakoś przypadkiem, maciopstwo to takie, odwróciłam się i bęc, kleks", relacjonował Hoofmann. Zgarnęli tę słonicę pod zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci; ale pewnie nic jej nie zrobią, nie pierwszy to przecież taki case. Jak babkę stać na dobrego adwokata, to pewnie znowu zrobi się z tego „nieszczęśliwy wypadek", i znowu Chomiczówka wyjdzie na ulice, urządzi wielką demonstrację na pięć metrów kwadratowych, pomacha transparentami font size 8, pokrzyczy, że „Small Lives Matter", i znowu banki i urzędy staną na cały dzień, pozbawione siły roboczej. Buckley i Hackles wrócili z Tundrówki, ogarniali sprawę pobicia jakiegoś renifera, właściciela restauracji z porostami. Odmówił płacenia Ruskim haraczu, dodali. Zaraz też zaczęli narzekać na imigrantów z byłego CCCP, że są z nimi same problemy, że przywożą gangi, przemoc, alkoholizm, wielożeństwo, prątki gruźlicy, Buckley jeszcze dodał, że zabierają zwierzogrodzianom pracę, i Hackles też uważał, że zabierają zwierzogrodzianom pracę, i tak dalej, wspierali się nawzajem w swoim zrzędzeniu. Ale robili to po cichu, żeby nie słyszał tego Volkov. Ale on nie słyszał, był na drugim końcu biura – zajęty był rozmową z Lampardem, usiłował go wyciągnąć na trening clawfangu: no weź, nie daj się prosić, to dla prawdziwych twardzieli, ktoś ci podskakuje i przerabiasz go na puzzle, to twoje muay thai to przy tym kosi kosi łapci! Dobre wieści z Wydziału Osób Zaginionych: odnalazł się ten młody suseł zaginiony przez paroma tygodniami. Okazało się, że wcale go nie porwali, nie pokroili na organy, ani nie przerobili na sznycle – on przez cały ten czas ukrywał się w lesie pod miastem, uciekłszy tam w nagłym ataku kiplingizmu. Odciął się od cywilizacji, wykopał sobie norę, jadł korzonki, grzyby i jagody, i pewnie by tam został, gdyby nie infekcja pęcherza. Idzie zima, skomentował de Leeuw, odnajdzie się więcej takich Robinsonów za dychę. W Narkotykach za to dzieje się coś dziwnego (tu nadstawiłam uszu). Jakaś grubsza sprawa. Na piątym pustki, większość sekcji gdzieś wywiało. Ktoś coś wie? Do Las Padas, powiedział ktoś inny, podobno robią obławę na jakiegoś lokalnego narkobarona. – Uuu. To chyba musiał im nieźle zaleźć za skórę. Coś więcej wiadomo? – Ja tam nic nie wiem... Na Saharze bójka, jeden ugodził drugiego nożem. Typowa muzułmańska dżentelmeńska sprzeczka. W Centrum kraksa lotnicza, dwa nietoperze zaliczyły zderzenie czołowe, jeden miał dwa promile; twierdził, że to wina 5G. W Dystrykcie Morskim ukradli perły z hodowli, przypuszczalnie opylili na powierzchni, znowu trzeba będzie współpracować z podwodniakami. I tak dalej, i tak dalej, tu włam, tu pobicie, tu samochód, tam rozbój, tu kradzież, gwałt albo mord, czyli zwyczajny dzień w Zwierzogrodzie i zwyczajny dzień w biurze, tu sprawa zamknięta, tu sprawa w toku, tego przesłuchać, tego zwolnić, temu zarzuty, temu prawnika, ten chyba niewinny, na tego nic nie mamy, to do prokuratury, to do sądu, to do śmietnika, to nie nasz wydział, tego udajemy, że nie ma, czy ktoś chce pączka, kawa się skończyła, i tak dalej, do obrzygu; a jeszcze ktoś ciągle maglował sprawę Kociaka i jego klubu ze striptizem, głowa puchła.
A ja usiłowałam jakoś skupić się na robocie. Ślęczałam nad nagraniami z miejskiego monitoringu. Tak, nad tym samym oplatającym całe miasto szpiegowskim kombajnem, który dawno, dawno temu wywiódł był mnie do Zamku Frankensteina. Od tamtych czasów trochę się pozmieniało i nie muszę już kitrać się po piwnicach, żeby z niego skorzystać; teraz dostęp do AllSeeingEye mam u siebie na kompie. Narzędzie to bywa przydatne, choć wyłuskanie czegoś z niego wymaga sporo cierpliwości i samozaparcia. Wiele razy w karierze mi pomogło, lecz równie wiele razy okazało się całkowitą stratą czasu. Taka zmienna losowa. Ale próbować trzeba. Więc: dłubiemy. Przeglądałam właśnie zapis z kamery przy Steinbucka, gdzie mieścił się sklep Peltneya. Szukałam Jima. Z początku myślałam, że prześledzę sobie jego dzisiejszy szlak bojowy, w całości: od parkingu pod domem pani Doe na Saharze, przez fotosklep Peltneya, aż po ulicę Arktyczną w Tundrówce. Chciałam przelecieć to sobie na spokojnie, a nuż Nickowi umknęło coś dziś rano. Ale zaraz wpadłam na dużo lepszy pomysł. Pomyślałam sobie mianowicie, że może – że może cofnę się o trzy tygodnie, do czasów, kiedy Jim pracował u Peltneya w sklepie, że cofnę się i popatrzę sobie, co porabiał po fajrancie. Może uda mi się znaleźć coś ciekawego. O skuteczności AllSeeingEye boleśnie przekonał się sam burmistrz Lionheart – może przekona się i mój ryś, kto wie.
Zaczęłam od końca, od nagrań z piątku. Trafiłam go, jak kończył szychtę. A oto i on: pan James Winters. To znaczy pan James Winters gryzie glebę, no ale kumacie, o co cho. Przyuważyłam go, jak wychodził z bramy kamienicy. Od razu poznałam: kotowaty średniego wzrostu w tej samej, paramilitarnej kurtce feldgrau co dziś rano, i w czapce z daszkiem. Ale rysów twarzy nie dane było mi zobaczyć, kamera brała z wysoka. Nagranie było trochę lepsze niż to od Peltneya, ale nic mi to za bardzo nie dawało. Patrzyłam na Jima, jak idzie ulicami Zagłębia Wierszokletów, z rękami w kieszeniach, i z postawionym kołnierzem. Poruszał się szybkim, zwinnym krokiem, jak na kotowatego przystało. Jeśli miałam jednak nadzieję, że zaraz wsiądzie do swojego rysiomobilu, a ja elegancko odczytam sobie blachy, to musiałam obejść się smakiem; poszedł na tramwaj. Czekając na przystanku smarował coś na telefonie. Był niepalący: palacz w oczekiwaniu na zbiorkom, we wszystkich możliwych wszechświatach, spaliłby dymka – Jim nie. Chwilę później wsiadł do osiemnastki. I tyle go widzieli.
To była ta łatwiejsza część. Teraz trzeba namierzyć przystanek, na którym wysiadł. Tu zaczynają się schody. Bo to łatwo tak sobie powiedzieć, ale w rzeczywistości to nie jest takie, cholera, łatwe. To nie jest jakiś komputerowy erpeg, gdzie kamera jest przyklejona do postaci, jak wulgarna karteczka do pleców klasowego fajtłapy – tu trzeba się trochę namęczyć. Trzeba sprawdzić każdy przystanek z osobna, skrupulatnie przejrzeć nagranie, czy w tłumie, który wysypuje się z wagonu, gdzieś go nie ma, potem przeskoczyć o kilka kamer i sprawdzić następny, i następny, a to są godziny szczytu, a tych przystanków jest ze czterdzieści, i tak dalej, dojechać do pętli, gdzie ciągle nie wysiadł, uświadomić sobie, że gdzieś popełniło się błąd, cofnąć się do poprzedniego, potem jeszcze poprzedniego, rewind, rewind, rewind, a są przecież jeszcze nagrania z czterech innych dni do przejrzenia... Uch.
Czasami zabawa z monitoringiem przypomina mi grę w „Gdzie jest Wally" bez Wally'ego.
Telefon, stacjonarny.
– Hopps – wymamrotałam do słuchawki.
– Siemasz – głos Houndsa. – Z labu dzwonię. Masz chwilę?
– Jasne! – ożywiłam się. – Skończyliście już? Tak szybko? Są wyniki?
– Taa, są. Chociaż coś mi mówi, że nie przypadną ci do gustu.
Wyprostowałam się na krześle i przeciągnęłam się porządnie. Trochę mnie już bolały plecy od tego siedzenia. Pewien lis będzie miał wieczorem bojowe zadanie.
– Hopps?
– Jestem, jestem. Jak tam? Jak to wygląda? Znaleźliście coś ciekawego?
– Hmm... Zdefiniuj „coś ciekawego".
No tak, zapomniałam, z kim rozmawiam. Hounds jest jajogłowy na sterydach, taki, co to i wiersz by zapisał wzorem chemicznym. Jak mu się zadaje pytanie, na które nie można odpowiedzieć w sposób ścisły i precyzyjny, zdarza mu się pogubić. Spytajcie go, czym jest piękno, oskarży was o operowanie zbiorami miary zero.
– Dobra: co znaleźliście? Zdjęliście odciski?
– Ano, zdjęliście. Ale niestety nie mam zbyt dobrych wiadomości.
– To znaczy?
– Taak... Rzecz polega na tym, że odciski mamy, ale żadnego nie byliśmy w stanie dopasować do wzorca. Nie mamy ich w naszej bazie. Ci, którzy je zostawili, nigdy nie byli notowani. Jeżeli więc liczyłaś, że przyniosę ci nazwisko tego gościa, to niestety będziesz musiała obejść się smakiem.
– Kumam. A coś więcej?
– Okay. Zaraz, gdzie ja to... O, jest. Więc tak. Znaleźliśmy wszystkiego trzy zestawy. Bardzo podobne zestawy. Wprawdzie bez wizytówki, ale można spróbować się domyślić, kto je zostawił. Ten twój sklepikarz to jest borsuk, zdaje się?
– Tak, bo co?
– Mhm, pasowałoby. Metr, metr dwadzieścia wzrostu, wydra, szop, borsuk, coś z tej bajki. Usmarowane nimi jest wszystko: towar, zaplecze, lada, kasa fiskalna... Wychodzi na to, że to właściciel, bo niby kto?
– Kupuję to. Dalej.
– Mamy też dwa inne, chociaż ich jest dużo mniej. Głównie z zaplecza. Podobnej wielkości. Podejrzewam, że kręciła się tam jakaś jego rodzina albo znajomi, w sensie tego sklepikarza.
– Żona i syn. Punkt dla ciebie.
– Mhm. No to to by było na tyle. To wszystko, co wyniuchaliśmy. Ale nie jest to chyba to, czego oczekiwałaś, prawda? Ano właśnie. Bo jednak – bo jednak ta rozwałka w sklepie, ta kamera stłuczona na kaszę, to jest, na moje oko, dzieło ssaka ciut większego niż borsuk. Przynajmniej ja bym tak oceniał, na podstawie zawodowego doświadczenia.
– To był ryś. Znowu masz rację.
– Taa, wszystko jasne. Ale żadnych odcisków po żadnym rysiu to nie mamy. Sorry. Nic ci więcej nie pomogę. Pewnie miał rękawiczki.
Zgrzytnęłam zębami. Bosko. Mamy super-duper laboratorium za ciężkie miliony, mamy jakoś tak ze sto lat praktycznego doświadczenia w dziedzinie daktyloskopii, mamy komputery umiejące w ciągu kilku sekund zmatchować odcisk ze wzorcem z prawdopodobieństwem 99,998 procent – co z tego, skoro żeby to wszystko przechytrzyć, wystarczą kupione w byle lumpeksie rękawiczki po dwa dolce za parę. Życie jest niesprawiedliwe.
Wytężyłam pamięć i spróbowałam odtworzyć nagranie ze sklepowego CCTV. Miał ryś rękawiczki? Czy nie miał? Chyba miał... Tak, chyba tak...
– Okay – mruknęłam. – Dzięki. Coś jeszcze?
– Co: coś jeszcze?
– No, czy coś jeszcze znaleźliście. Wiesz, każdy szczegół –
– Tak! W schowku na miotły znaleźliśmy grobowiec faraona! – zirytował się Hounds. – A w piwnicy odkopaliśmy fragment osady z górnego paleolitu. Czy ty słuchasz, co ja do ciebie mówię? Więcej nic nie ma i nie będzie. Capisco?
– Capisco, capisco, nie złość się... Skończyliście tam już? W sklepie?
– Hę? Tak, bo co?
– A bo chciałam dać znać właścicielowi. Żeby przyjechał i wycenił straty.
– Och, on już przyjechał, i to dawno. Jeszcze zanim się uwinęliśmy. Z miejsca wdał się z chłopakami w kłótnię. Co za agent... I jeszcze ta jego pukawka! No dajcie spokój! Takie coś trzymać! Czemu nie maczugę, kastet albo nóż do kartonu? Ja nie wiem, co on sobie wyobrażał...
– Co?
– No ta jego, pożal się Boże, broń. Ta nabita ślepakami, no. Co ją pod ladą trzymał. Widziałaś chyba, nie?
Black-out, black-out totalny, czarna otchłań, bezkresna głębia, czeluść bez dna – tam teraz spadałam, gdy coś usunęło mi grunt pod krzesłem. Jakbym sobie uświadomiła, że nie wyłączyłam żelazka, tylko sto razy bardziej. Co on powiedział?
– Jesteś tam?
Przełknęłam ślinę. Zadałam najinteligentniejsze pytanie, jakie mi przyszło do głowy:
– Eee?
Hounds znowu się zirytował.
– Hopps, co z tobą! Spałaś na szkoleniu, czy jak?
– Ja... W sensie...
– Nie wiesz? Nie wiesz, jaka jest podstawowa reguła obchodzenia się z bronią? No to przypominam: broń wyjmuje się tylko i wyłącznie z zamiarem użycia. Tak i nijak inaczej. Z prostego względu: bo wtedy ten drugi wyciąga swoją, jeżeli ją ma. I wtedy idzie na ostro. Wyjąć broń, co jest nabita solą, czy coś takiego, to najgorsze, co można zrobić. Ten twój borsuk jest najwyraźniej skończonym debilem, że trzyma coś takiego. Pacyfista za dychę, cholera...
Nie przerywałam mu. Nie mogłam znaleźć słów. Siedziałam w stuporze, czując, jak coś w piersi robi mi łup-łup, łup-łup i przepompowuje mi krew z całego ciała prosto w twarz. W głowie – czarna dziura. Nic nie potrafiłam z siebie wykrzesać, nic. Wyciemnienie całkowite. W tle słyszałam muzykę: to chór komendantów Bogo śpiewał mi arię „Głupi królik" z opery pod tytułem „Spartaczone śledztwo: fuszera w trzech aktach".
– ...Tak, oczywiście, strzelając ślepakami też daje się kogoś zabić – paplał Hounds – no bo przecież energia tych wszystkich gazów musi się gdzieś podziać, trzecia zasada dynamiki. Ale to są tak rzadkie przypadki, że nie ma nawet co brać ich pod uwagę. To badziewie nikomu by nie zrobiło krzywdy. Pieprznęłoby nieźle, ale na tym koniec. Poza tym... Słuchasz ty mnie w ogóle?
– Co? Eee... Tak, tak, słucham! Po prostu... Po prostu zastanawiałam się, dlaczego on trzymał do obrony takie coś. Skoro... skoro jest tyle możliwości... Hmm... No więc, pomyślałam sobie, że... eee... że może... że może mu religia zabraniała! No właśnie! Że on jest ten, jak mu tam... kwakier! Bingo! Tak, to by wszystko tłumaczyło...
– Hopps?
– Tak...? – jęknęłam.
– Wszystko gra?
– Eee... Tak, tak, wszystko okay. Wszystko okay – powtórzyłam, starając się brzmieć normalnie.
Ale przejrzał mnie, bydlak.
– Aaa, więc to tak! – Hounds nagle poweselał. – Pani sierżant nie odróżnia amunicji ślepej od ostrej. Patrzcie państwo!
– Co? Nie, nie, po prostu –
– Hopps! Nie kapnęłaś się? Poważnie? Nie sprawdziłaś komory nabojowej? Serio? Toż przecież nawet po wadze idzie się zorientować, że coś tu jest nie tak! Miałaś ją w ręku w ogóle? Co?
– Miałam, miałam! Tylko... jakoś tak wyszło...
– He, he. Dzięki, poprawiłaś mi humor. Hej, Mike! Słyszałeś, co Hopps –
– Placek z jagodami.
– Co?
– Upiekę ci wielki placek z jagodami. Tylko nikomu ani słowa.
– Hmmm...
– Taki jak lubisz – kusiłam. – Pełen cukru i nasyconych tłuszczów. Sztucznie aromatyzowany. Lukier na dwa palce. Pięć tysięcy kilokalorii na sto gram. Słodki, że pysk ci odpadnie. Ale nie było żadnych ślepaków. To co? Stoi?
W słuchawce zapadła cisza. Zacisnęłam zęby, modląc się w duchu, by bóstwo dało się przebłagać ofiarą. Widziałam oczami wyobraźni, jak Hounds zmaga się z dylematem. Pieprzony mózgowiec rozpisuje to pewnie w równaniach teorii gier.
W końcu padło:
– A będzie miał takie, takie – jak to się mówi? Takie kulki z czekolady...
– Kruszonkę? Będzie, będzie miał, tak!
– Mhm. A Wilde odda mi kasę?
– Odda, odda – jęczałam, czując, że zaraz pęknę ze wstydu.
– Dobra. Stoi. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem.
– Dzięki.
– Nie ma za co. Moja ty najlepsza średnio na roku.
Potem kliknęło i w słuchawce zabuczał sygnał. Koniec. Koniec lania. Można wracać do bycia debilem. Powinnam teraz odłożyć słuchawkę na widełki – ale nie mogłam. Siedziałam jak ta sierota, z płonącą twarzą, bezmyślnie wbijając wzrok w ekran monitora. Byłam pewna, że gdy się odwrócę, zobaczę całe biuro gapiące się na mnie pełnymi pogardy spojrzeniami. Już słyszałam kpiny, drwiny i złośliwe komentarze. To znaczy nie słyszałam, ale mózg swoje wiedział. W końcu, powolnym, bardzo powolnym ruchem odłożyłam słuchawkę. Klik – i już mogłam bez przeszkód rozkoszować się upokorzeniem. Przełykałam je powoli, z mozołem, jak porcję gliniastego kleiku – wiedziałam, że przetrawienie go zajmie mi sporo czasu. To nie to samo, co być nazwaną słodziakiem, to nie to samo, co słyszeć, że moim przeznaczeniem jest jeździć ciągnikiem, tylko dlatego, że się urodziłam z króliczym zestawem chromosomów. To coś dużo gorszego: fuszera i blamaż, ewidentny błąd w sztuce – coś jak chirurg wycinający nerkę zamiast wyrostka robaczkowego.
Wróciłam myślami do tego przeklętego sklepu. Czy ta broń rzeczywiście była nabita ślepakami? No może i, kurde, była. Nie wiem. Nie zaglądałam do komory nabojowej. Zanotowałam sobie tylko numer seryjny i to wszystko. Ale miałam ją w ręku, fakt. Vanguard R60, szybkostrzelna armata do niszczenia szarżujących czołgów... Czy mogłam zorientować się po samej wadze, że coś z nią jest nie halo? Kiedy ją macałam, wydawała się dość ciężka...
– A może, jak się jest królikiem – rzucił z offu beznamiętnym głosem Bogo – to wtedy każda broń wydaje się ciężka, co?
Piekła twarz, piekły policzki, piekły koniuszki uszu. Mocno, celnie i tam, gdzie boli: „Prosto w miętkie", jak mawia Feniek. Mój wewnętrzny Bogo uwielbia takie numery. Nic dziwnego, że wylazł z nory. Jego głos huczał mi w czaszce, aktywując te same ośrodki, które aktywuje tarcie styropianem o styropian: Króliki się do policji nie nadają, powtarzam to od początku i po raz kolejny mam rację, marchewkę ci, Hopps, uprawiać, nie bawić się w gliniarzy, weź wracaj na traktor i przestań robić z siebie pośmiewisko. Kolejne cegiełki upokorzenia. Płoń, króliku, płoń.
Zacisnęłam pięści. Hańba na honorze. Rzecz niedopuszczalna. Będę się musiała ukarać. Wieczorem przepiszę sto razy: „Podczas oględzin broni sprawdzić komorę nabojową". Nie, tysiąc. Żeby wbić do swojego tępego łba raz na zawsze. I już nigdy więcej nie odwalić czegoś podobnego. Ślepaki, kurde. Dobrze wiedzieć. Tylko dlaczego właściwie –
I wtem zrozumiałam. W jednej chwili. Całą tę sprawę, od początku do końca. Wszystkie szczegóły dodały mi się jeden do drugiego i elegancko złożyły się do kupy: broń ze ślepakami, historyjka Peltneya, monitoring dla ubogich, agencja ochroniarska za czapkę śliwek, wszystko połączyło mi się w idealny obwód, pstryk! – popłynął prąd – i stała się światłość.
A reszta dopowiedziała się sama. I zwizualizowała mi się przed oczami, na podobieństwo rekonstrukcji przestępstwa z CSI, tych rwanych sekwencji lecących pod koniec odcinka, obowiązkowo po wypraniu z kolorów i na podkręconym kontraście, przeplatanych zbliżeniami na zamyśloną, nieobecną twarz detektywa. Sklep, ósma zero pięć, ryś wpada do sklepu i pędzi ku sklepikarzowi, mierząc do niego z broni. Ten w odpowiedzi wyjmuje tę swoją minirusznicę przeciwpancerną – przez moment mierzą do siebie nawzajem, jak rewolwerowcy z westernu. Wydaje się, że wynik pojedynku jest z góry przesądzony: vanguard R60 kontra STG-1, smok przeciwko mrówce. Ryś powinien się zawahać. Powinien się przestraszyć, chociaż trochę. Jak go Peltney trafi – koniec pieśni, będzie dziura, że łapiduchom w kostnicy zabraknie skali na suwmiarce. Ale on nie waha się ani sekundy, idzie na całość, wie, że nie ma się czego bać. Pszt! – i borsuk, poczęstowany strzałką z etorfiną, leci na glebę, jak pomnik Lenina za pierestrojki. Ryś tymczasem wyjmuje łom i jednym ruchem załatwia kamerę, a potem, z rozpędu, rozwala w kaszę szklane gabloty z towarem – trach! trach! trach! To stare budownictwo, nikt nic nie słyszy. Zdejmuje ryś plecak, wyciąga ze środka dwie sportowe torby i wypełnia wszystko łupami: aparatami i obiektywami po pięć patoli za sztukę. Broń borsuka zostawia: wie, że do niczego mu się nie przyda. Wsiada do skradzionego samochodu i odjeżdża nim do Tundrówki, by u ołtarza okrutnego bóstwa imieniem ZT „Buran" złożyć zeń ofiarę całopalną. Tu ślad po rysiu się urywa: odtąd los jego jest nieznany.
A co z borsukiem? Budzi się w szpitalu poobijany i podtruty. I dawajże, zgłaszać sprawę na policję. Panie władzo, okradli mnie! To był ryś! Musicie go złapać! Tak, doskonale pamiętam, jak wyglądał. Wiek taki-a-taki, wzrost taki-a-taki, oczy zielone, nerwowe tiki... Co? Jak niby to zapamiętałem? No cóż, mam bardzo dobrą pamięć... No dobra, okay, przyznaję się: on pracował u mnie. Nielegalnie. Tak. No, ale nie będziecie mi chyba o to robić problemów, prawda? Realia rynku pracy są jakie są, wszyscy o tym wiedzą... Papiery? Nie, nie mam żadnych papierów, bo niby skąd. Ale mam nagranie z monitoringu. Że co? Że nic nie widać? No tak, mieliśmy awarię systemu przed paroma tygodniami, to na pewno ten ryś uszkodził. Nic więcej nie mam. Coś jeszcze? Mogę już iść? Muszę do ubezpieczalni...
Ja od początku czułam, że coś tu nie gra, w całej tej historii. No dobra, może nie od początku. Ale kiedy Peltney powiedział, jak to zatrudnił gościa na krzywy ryj – wtedy zaczęło mi coś świtać. Kto, mając na składzie kupę drogiej elektroniki, zrobiłby coś takiego? Kto zatrudniłby pracownika ot tak, z ulicy, bez dokumentów, bez referencji, bez chociażby poręczenia? Nikt. Nikt, kto ma odrobinę oleju w głowie i minimum zdrowego rozsądku. Jezu, to już moi starzy staranniej dobierają sezonowych roboli do zbierania ogórków! Borsuk – już pomijając fakt, że narażał się na straszliwy gniew fiskusa i Inspekcji Pracy – odwalił tutaj niewyobrażalną, niedbalczą manianę. No, chyba że miał w tym wszystkim jakiś ukryty cel – na przykład taki, by móc mi wcisnąć piękny, dokładny portret pamięciowy Wintersa, i mieć przy tym pretekst, by nie dać mi żadnych papierów. Tylko czy faktycznie ten portret jest prawdziwy? Czy faktycznie Winters nie-Winters – czy rzeczywiście wygląda tak, jak mi to Peltney sprzedał? Włącznie z tymi zielonymi oczami, nerwowymi tikami, itede?... Ale idźmy dalej – monitoring. Uszkodzony przez Wintersa. To znaczy Peltney powiedział, że uszkodzony przez Wintersa, ale jak to naprawdę było – czy trzeba dodawać? No, ale pomińmy to na moment. W każdym razie: monitoring jest uszkodzony. Kaputt. A co robi Peltney? Umawia się z fachmanem na za cztery tygodnie. Za cztery tygodnie przyjdą i mu założą nowy. Spoko. A co przez ten czas? Będzie w ogóle niechroniony? Bez sensu. Nie lepiej pójść do konkurencji, która zrobiłaby mu to wcześniej? Pewnie by było drożej, pewnie by było nie tak profesjonalnie – ale by było. Nie lepiej by tak zrobić? Nie. Peltney jedzie „Zrób to sam" i wychodzi kaplica. A przecież facet handluje aparatami fotograficznymi od Adama i Ewy, na pewno zna się nieźle na optyce i pokrewnych tematach – gdyby chciał, z pewnością zrobiłby to lepiej. I jeszcze ta agencja ochrony! Boże kochany! Frajerzy Spółka z o. o.! Tragedia i nieprofesjonalizm. Przystań dla inwalidów, emerytów i dorabiających sobie studenciaków. Jedyna ochrona, z jaką to-to ma coś wspólnego, to zakład pracy chronionej. Kto normalny zatrudnia kogoś takiego? Nikt. Nikt, komu naprawdę zależy na bezpieczeństwie. A jednak Peltney się skusił i ich zatrudnił. Bez sensu. Zupełnie jakby chciał móc powiedzieć: „W umowie pisze, że obiekt musi być chroniony przez agencję ochrony, więc proszę bardzo: jest agencja ochrony"... Peltney. Cholerny dziadyga. Raz po raz potykam się o jego prowizorki. Bardzo użyteczne dla złodziei prowizorki. Czy ten facet zrobił cokolwiek porządnie? Czy zrobił coś, co by mi pomogło w śledztwie? Nic. Nie zrobił nic, oprócz zrzędzenia i warczenia na mnie. Nie dał mi nic konkretnego, nic oprócz wścieklizny. A nie, przepraszam: dał mi! To prawo jazdy! Wintersowe prawo jazdy z paczki chipsów! Byłabym zapomniała. O tej jakże ważnej poszlace. Nie dość, że się okazała kompletną stratą czasu, to jeszcze pokierowała śledztwo na manowce. No bo tak należy na to patrzeć: ciągle jestem tu kierowana na manowce. I co to, do diaska, miało znaczyć to: „Ani słowa Snoutonowi"?! Toż to jakiś bullshit! Zmyła, ściema, granat dymny rzucony mi pod nogi, żebym traciła czas na nie wiadomo co i węszyła po ślepych tropach. „Ani słowa Snoutonowi", też mi! Czemu nie: „Wołki zbożowe ciągną na północ"? Albo: „Hastur Hastur Hastur"? Pewnie wymyślał to ciągnąc karteczki, czy coś w tym stylu. I mając przy tym kupę śmiechu.
Więc: spisek. Konspiracja. Nie było żadnego napadu. Nie było napadu, był skok po odszkodowanie – chytry plan Peltneya. Dogadał się był z tym rysiem i ukartował to wszystko. Skołowali skądś usypiacza, nabili tego borsukowego Panzergewehra ślepakami, po czym odegrali mi tę komedyjkę z napadem, dbając, żebym za dużo nie zobaczyła. A potem, w szpitalu, Peltney odegrał akt drugi, pod tytułem: „Pokrzywdzony Przedstawiciel Klasy Średniej". Zrobił wszystko, żebym rysia nie złapała. I pewnie nie złapię. Sprawę się zamknie i wrzuci do archiwum, a Peltney pomaszeruje prosto do biura agencji ubezpieczeniowej – zyskami podzieli się z rysiem i buenos dias, emeryturo. Ten drugi też umknie sprawiedliwości. Może nawet jakoś upłynni te aparaty, kto wie. Kolejne pieniądze do puli. Stratny nie będzie na pewno... Tak, teraz wszystko się ładnie dodaje. Monitoring, ochroniarze, ślepa amunicja. Tylko w sumie...
Tylko w sumie – po co była ta ślepa amunicja?
No właśnie, po co? Przecież nie była konieczna. Skoro Peltney nie miał w ogóle zamiaru strzelać. Co więcej, mógł wszystko zepsuć. Gdyby wystrzelił, od razu stałoby się jasne, że to wszystko pic na wodę. Może jednak nie przemyślał tego do końca...?
A może...
...a może po to, żeby broń, gdyby przypadkiem wystrzeliła przy upadku – żeby nie urwała rysiowi nogi?
– Ty dziadu – wycedziłam pod nosem. – Ty grzybie. Ty pierdzielu. Ty cholerny, stary pierniku...
Siedziałam, nabuzowana, zaciskając zęby i pięści. Wyobrażałam sobie oddział Waffen-SS najeżdżający na sklep Peltneya, wyobrażałam sobie cały ten borsuczy geszeft miażdżony gąsienicami czołgów, niszczony, grabiony, palony, plądrowany i wymazywany z powierzchni ziemi. Czułam wprawdzie też odrobinę satysfakcji z przechytrzenia tego zgreda, takiego „Nie ze mną te numery, Peltney", ale to nie pomagało. Już byłam gotowa zerwać się z krzesła, wsiąść w samochód i jechać go aresztować, nawet nie za to, że próbował wyłudzić odszkodowanie, tylko za to, że usiłował zrobić mnie w bambuko, a ja cholernie nie lubię, jak ktoś usiłuje robić mnie w bambuko – ale zmusiłam się do przemyślenia tego wszystkiego jeszcze raz, przemyślenia tego na spokojnie, bez emocji i z chłodną głową. Żeby mieć absolutną pewność. Zanim cokolwiek zrobię, muszę ją mieć. I najlepiej jakieś dowody przydałoby się zorganizować.
Właśnie, dowody. Póki co miałam jeden. Leżał na biurku. Wzięłam go do ręki i przyjrzałam mu się krytycznie, po raz któryś. Strzałka usypiająca do STG-1 – przy jej to pomocy James Winters złożył swojemu pracodawcy wypowiedzenie. A przynajmniej tak brzmiała oficjalna wersja. W zasadzie powinnam zanieść tę strzałkę mądralom Houndsa do analizy, ale się wstydziłam... Obracałam ją w palcach, zamyślona. Jeszcze raz – jak to było z tym napadem dzisiaj rano? Hmm?
Mhm. No więc tak – no więc Peltney z Wintersem kołują sobie usypiacza. Jak i skąd – chwilowo pomijamy. Po czym ładują go czymś takim, tylko wypełnionym etorfiną – organiczną bombą z tej samej bajki co heroina, morfina i przeciwbólowe leki na żółtą receptę. Etorfiny używa się głównie w szpitalach – jak masz operację, to kładą cię na stół, pani anestezjolog ci to wstrzykuje i każe liczyć do dziesięciu, a ty, nieważne, jakim jesteś twardzielem, dajesz radę tylko do „trzy", po czym budzisz się zmieniony pod względem mentalnym w coś, czego niezłym przybliżeniem jest Jaś Fasola. Moja firma, choć z anestezjologią nie ma nic wspólnego, też czasami używa etorfiny, choć raczej rzadko. Między innymi dlatego, że trzeba z nią się obchodzić bardzo ostrożnie. Skutki uboczne zajmują pół ulotki. Obejmują komę i zatrzymanie akcji serca. Rzecz jest naprawdę diabelnie niebezpieczna. A Peltney, z własnej woli, dał sobie...
„Pięć kresek, sprawdziłem, ma być dokładnie pięć, nie więcej, musisz być cholernie ostrożny, jak dasz za dużo, to się przekręcę albo przeniosę do krainy, gdzie do końca życia będę latał na pieprzonych jednorożcach, i postaraj się nie wykłuć mi oka...".
Tak to było?
Kurde...
Zła i poirytowana, ciepnęłam strzałkę na biurko. Czułam, jak moja piękna hipoteza wali się jak budowla z Jengi. Wyłożyła się na tym jednym, małym szczególe. Nick, zdaje się, też mi to wtedy wytknął – zbyłam go chyba jakąś gadką o autentyzmie przedstawienia i takich tam pierdołach. Ale jak tak teraz myślę... Nie tak to było. Nie tak.
Westchnęłam ciężko i zakręciłam się w fotelu. Skoro nie tak – to jak? Czy faktycznie miał tu miejsce napad? Może faktycznie Peltney jest niewinny?
Włączyłam tryb adwokata diabła. Peltney zatrudnił rysia bez umowy, fakt. Ale tamtą dwójkę przed nim zatrudnił przecież legalnie, z umową, ubezpieczeniem, ze wszystkim. Zwolnił ich, bo byli głupi. Może potraktował rysia jako okazję, z której trzeba skorzystać? Potrzebował pary rąk do pracy na teraz, na już. A że był przyparty do muru, rozgoryczony zderzeniem ze zwierzogrodzkim rynkiem pracy, to zgodził się na zatrudnienie na czarno. Czy to się trzyma kupy? Mhm, mógł Peltney tak zrobić... A że ryś okazał się dobrym pracownikiem, to nie widział powodów do narzekań. Strzelił mu tylko fotkę prawa jazdy – może faktycznie gość był do śp. Wintersa dość podobny, i dlatego dał się na nie nabrać. No dobra, niech będzie. A co z monitoringiem? Peltney mówił, że miał najlepszy na rynku. Winters mu go popsuł na do widzenia. Zadzwonił więc borsuk do firmy, żeby przyszli i naprawili. A że firma ma terminy jakie ma, to umówili się na za cztery tygodnie. Okay. Mógł Peltney pójść do konkurencji – ale on nie chciał półśrodków, chciał taki jaki był, na zasadzie: „Za jakiś czas będzie, ale jak już będzie, to będzie porządnie, a te cztery tygodnie to się jakoś wytrzyma". A w międzyczasie zamontował tylko taką prowizorkę, o, „żeby było cokolwiek". Mhm. Dalej. Agencja ochrony Frajerzy Spółka z o. o. Można by to wytłumaczyć skąpstwem. Oraz bronią – jak się ją ma, to się inaczej patrzy na zagrożenia. Ogólnie Peltney chyba za bardzo nie wierzył w zagrożenia. Zagłębie Wierszokletów to raczej spokojna dzielnica. Podejrzewam, że borsuk obawiał się nie tyle zbrojnego napadu, co raczej klientów wynoszących towar pod koszulą (czy stąd ten supermonitoring właśnie?). Sam przyznał, że przez te wszystkie lata broni dobył tylko raz. Ale miał ją – i Winters świetnie o tym wiedział. Musiał więc ją jakoś unieszkodliwić. A unieszkodliwił ją – ślepą amunicją. Wsunął ją do komory, jak borsuk nie patrzył, i rano mieliśmy co mieliśmy. Musiał tylko liczyć na to, że przez te trzy tygodnie Peltney nie zajrzy i nie sprawdzi (i rzeczywiście: nie sprawdził). Bo gdyby jednak... cóż, wtedy na ścianach i suficie pojawiłby się nowy wzorek, w kolorze, który w Praktikerze chodzi jako „Czerwone flamenco" albo „Arbuzowa uczta". To było ogromne ryzyko. A stawką była rysia głowa na karku. Ale mój delikwent, jak już mieliśmy okazję się przekonać, ryzyko lubi, a taniec z Kostuchą jest mu nieobcy. Jak to Nick powiedział? „Adrenaline addicted"? Taa, addicted, bez dwóch zdań...
Więc – jak to w końcu było? Napad? Czy jednak próba wyłudzenia odszkodowania? W zamyśleniu bębniłam palcami o blat biurka. Obracałam sobie w myślach obie te hipotezy i napuszczałam jedną na drugą, jak Pokemony na pojedynku, ale nic konkretnego z tego nie wynikało. Tak jak wtedy, doszłam do wniosku, że jedyny sposób to znaleźć tego rysia i wydobyć z niego zeznania – ale wtem mnie oświeciło! Bo zrozumiałam, że jest jeszcze jeden sposób, żeby to sprawdzić – broń, broń borsuka. Jeżeli Winters załadował ją ślepakami, to pewnie jest tak załadowana do chwili obecnej. I to by potwierdzało wersję z napadem. Ale jeżeli jest załadowana bronią ostrą, to znaczy, że Peltney podmienił amunicję z powrotem. I wtedy opcja z wyłudzeniem jest prawdziwa. Ha! Pojadę – sprawdzę – i się dowiem. Tak.
Zerknęłam na zegarek. Ile mam czasu do zebrania? A do sklepu i z powrotem będzie... Okay. Zdążę. Tylko na chwilę i zaraz wracam. Chciałam, żeby pan Peltney odpowiedział na jedno, małe pytanie...
