.
Rozdział 10
Ukształtowany świat dzikich zwierząt
.
Unaoczniał swój strach za pośrednictwem gniewu. Im częściej zdarzało się Harry'emu przebywać z nim sam na sam, tym lepiej to rozumiał.
Harry nie był pewien, kiedy dokładnie zdał sobie z tego sprawę. Być może wówczas, kiedy obnażając zęby, mrużąc na niego swoje czarne, niezgłębione oczy, cisnął w niego słoikiem z obślizgłą, szaro-brunatną breją, która kiedyś musiała być Rogatymi Ślimakami - jak głosiła etykietka doklejona z pedanterią do szkła, a może wtedy, kiedy krzywiąc się na niego paskudnie, pchnął go na ścianę na szczycie Wieży Astronomicznej po tym, jak po raz pierwszy uległ rozkazom Voldemorta, wkładając mu w ręce obietnicę powrotu, a może jeszcze kiedy indziej - może wówczas, gdy szarpiąc nim jak nieożywionym obiektem, przyszpilił go do drzwi jednej z nieużywanych sal chwilę po tym, jak przekazał mu wieści o śmierci pani Figg.
I kiedy Harry znalazł w sobie odwagę, aby zapytać o to, co ostatnimi czasy nie dawało mu spokoju, Snape warknął nisko i utkwił w nim spojrzenie, które przy odrobinie Czarnej Magii mogłoby zabijać - bo intencji z pewnością nie brakowało.
— Co ja ci mówiłem, Potter — odezwał się cicho - tak cicho, że Harry musiał wysilić słuch, aby go zrozumieć - prawie szeptał — o mnie i o mojej przeszłości?
Harry przygryzł wnętrze policzka, czując nieprzyjemne uczucie rosnące w jego żołądku, ale uniósł wysoko brodę, udając aż nazbyt pewnego siebie. Odchrząknął.
— Że mam trzymać się od niej z daleka — przyznał, bardzo mocno starając się nie przestąpić z nogi na nogę. — Ja po prostu, hmm, pomyślałem sobie, że... cóż, nigdy nie słyszałem o żadnej rodzinie czystokrwistej o nazwisku rodowym: „Snape" i...
— Myślałem, Potter, że już to przerabialiśmy, czyż nie? — przerwał mu z rezerwą Mistrz Eliksirów, krzywiąc się na niego paskudnie; Harry mógł dostrzec przebłysk gniewu tlący się w jego czarnookim wzroku.
— Hmm, chciałem powiedzieć, że to, cóż, bardzo ciekawe i...
— Nikt ci, Potter, nie powiedział, że ciekawość to pierwszy stopień do...?
— ...i pomyślałem sobie, że przejrzę stare szkolne... cóż, szkolne kroniki.
Zalążek gniewu wyparował z czarnych oczu jak za sprawą zaklęcia. Snape przekrzywił głowę, marszcząc chude brwi, świdrując nerwowo skubiącego rękaw szaty Harry'ego przenikliwym wzrokiem.
— Doprawdy? — zagaił z dziwnym zlepkiem emocji wplecionym w głęboki ton swojego głosu - coś jak tkliwość przemieszana z lekkim niepokojem; coś jak skrytość, zakrapiana chęcią, by ktoś wyłowił z odmętów jego przeszłości co poniektóre, pilnie przechowywane, strzeżone i odseparowane od świata sekrety - krople w objętości oceanu. I choć Harry spodziewał się słów dezaprobaty za wcięcie się w jego wypowiedź, choć spodziewał się irytacji widocznej w każdej zmarszczce na jego czole, choć spodziewał się jawnego, chłodnego potępienia za wtykanie nosa w nie swoje sprawy, nie doczekał się żadnej z tych rzeczy - co dawało absurdalne wrażenie, że jego zgorzkniały profesor pilnie śledzi jego tok rozumowania.
— Mhm — skubnął nerwowo zębami dolną wargę Harry. — Szczególnie ciekawe były te z początku lat czterdziestych. Widzi pan, one się na bieżąco aktualizują, jak mi się zdaje. Są tam zamieszczone strzępki informacji o dalszych... eee, osiągnięciach absolwentów Hogwartu.
Zlane z tęczówkami źrenice sprawiały wrażenie przyklejonych do jego twarzy Zaklęciem Trwałego Przylepca - Harry uciekł wzrokiem na kamienną ścianę, ale kątem oka wciąż mógł dostrzec tą pociągłą, ziemistą twarz, napiętą skórę przy skroniach i zmrużone oczy. Snape obserwował go bez mrugnięcia, jakby na coś czekał, jakby poddawał go skomplikowanej, wnikliwej analizie, której Harry nie potrafił zdzierżyć.
W lochach nagle zrobiło się ciszej; a może to tylko jego własne myśli się wyklarowały, przestając krzyczeć o jego uwagę? Było coś niespotykanego w Snape'ie spoglądającym na niego w ten sposób. Było coś niespotykanego w Snape'ie spoglądającym w podobny sposób na kogokolwiek - jakby przed oczami mignęło mu coś intrygującego.
— Wobec czego — kontynuował lekko zapowietrzonym głosem Harry, kiedy doszedł do wniosku, że Mistrz Eliksirów najwyraźniej nie przymierza się do wtrącenia swoich trzech knutów — znalazłem adnotację w sekcji o absolwentach rocznika czterdziestego pierwszego o niejakiej Eileen Snape, née Prince. — Harry rzucił Snape'owi szybkie spojrzenie spod rzęs; mógł dostrzec migotanie światła w tych czarnych jak wloty do jaskiń oczach - przemykało przez nie jak refleksy przez powierzchnię szkła. I Harry nie mógł odegnać myśli, że to cichy, milczący poklask; gdyby nie miał głowy na karku, mógłby użyć słowa: „uszanowanie", ale miał i rozumiał, że to nie mogło być to, w żadnym wypadku, nie było takiej opcji. — Zdecydowałem się więc pogrzebać w annałach rodów czarodziejów czystej krwi.
Podbródek Snape'a uniósł się o milimetry - zdawał się promienieć jakąś siłą, której Harry nie był w stanie pojąć, w jego oczach lśniło potężne poczucie godności, poczucie wartości - wyciekało mu przez skórę, osiadało w jego oczach, na jego twarzy, na jego ramionach i Harry poczuł dziwny, obcy skurcz w żołądku, bo nie znał takiego Snape'a, bo nie widział jeszcze w tych czarnych oczach tak wysokiej pewności siebie. W jego głowie szemrały ostrzeżenia, upominające go, aby przestał mówić, aby przestał wyjawiać, ile wie, ile udało mu się dowiedzieć i Harry miał ochotę przysłonić dłonią usta, kiedy głos niebezpiecznie podobny do głosu przezroczystego, mglistego widma jego ojca, które zaledwie rok temu wydostało się z różdżki Voldemorta, zawtórował tym upomnieniom, sycząc, aby natychmiast zamilkł, aby przestał wylewać słowa z gardła - słowa, które niebezpiecznie przypominały respekt.
— To nazwisko - Prince - to jest nazwisko jednego z antycznych, czystokrwistych rodów. Korzenie tej rodziny sięgają dziewiętnastego wieku, sprawdziłem. Znalazłem w bibliotece kopię egzemplarza: „Skorowidza Czystości Krwi" wydanego na początku lat trzydziestych. Rodzina Prince'ów ma tam swój własny rozdział. Dopiero w późniejszych wydaniach została ona usunięta z tej listy, to również sprawdziłem. Znika ze spisów tuż przed początkiem lat sześćdziesiątych, nie ma jej w zaktualizowanych drukach - nie ma jej, ponieważ została wymazana z rejestrów, nie ma jej, ponieważ pańska matka, profesorze Snape, związała się z mugolem, ponieważ złamała rodzinną tradycję, ponieważ zmieszała czystą krew z tą niemagiczną. A pan... — powiedział cicho Harry, przechylając głowę — pan jest Princem, profesorze Snape.
I tym razem nie obnażył na niego zębów - jego wybuchowy, oziębły profesor - nie krzyknął, nie wyrzucił go za drzwi, nie szarpnął jego ramieniem, nie warknął jak na psa.
Snape się uśmiechnął.
-VVV-
Nie zrugał go jak szczeniaka, ale z uprzejmą nutą tlącą się w słowach, wlepił mu kolejny szlaban - oczywiście.
Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi — napisał Harry na pergaminie mającym dwie stopy, zastanawiając się, jak długo zajmie mu wypełnienie obu jego stron swoimi koślawymi, pochyłymi literami. — Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi. — Nadgarstek go trochę bolał - blizny po jakże humanitarnych metodach edukacyjnych szanownej pani Wielkiej Inkwizytor wciąż dawały mu się we znaki, kiedy zbyt długo trzymał pióro w dłoni. — Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi. To absurdalne słowa, profesorze Snape: „Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi". Sugerują, że wolno mi - a wręcz: jest wskazane - wsadzać nos w sprawy wszystkich innych ludzi. Czy - na przykład - wolno mi wsadzać nos w sprawy moich rówieśników? Zawęża pan zakres ludzi, których obowiązuje ta zasada. Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi - cóż, może to celowy zabieg, nie wiem. Myślę, że gdyby zależało mi, aby wpoić komuś do głowy jakąś idee, na przykład niewsadzania nosa w sprawy innych ludzi, kazałbym mu napisać: „Wsadzaj nos w sprawy innych ludzi" i to w trybie rozkazującym. Każdemu by się odwidziało po powtórzeniu tego po raz trzydziesty w myślach, słowo daję. Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi. Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi. To ciekawe, na dobrą sprawę. Kto właściwie łapie się pod definicję: „starszego i mądrzejszego"? Cóż - pan - rozumiem; ale spójrzmy na takiego Josepha Hughesa. Jest on starszy. Jest on - niewątpliwie - mądrzejszy. Czy wobec tego sprzeciwia się pan temu, abym miał go na oku? Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi. Co za absurdalne pytanie. Z całą pewnością wolałby pan, abym trzymał się od niego z daleka - szczególnie gdy podejrzewamy, czyj to jest protegowany. Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi. Pan wybaczy, profesorze Snape, ale: „Nie będę opowiadać kłamstw" jest już lepszym przekazem, niż: „Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi". I nie chodzi mi o to, że jakaś hipokrytka wyryła mi to na skórze, Merlinie broń. Jest prostsze, nie jest zawiłe, jest łatwiej przyswajalne. Krótki nakaz łatwiej się utrwala. Powinien mi pan zalecić, abym pisał: „Nie wsadzać nosa w sprawy innych" albo lepiej: „Nie wsadzać nosa w nie swoje sprawy". Oho, to by miało prawo zapuścić korzenie. Brzmi jak ostrzeżenie. Coś, jak: „Nie wsadzać palców do kontaktu". Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi. Profesorze, ja wcale pana nie poprawiam, Merlinie uchowaj. Nie będę wsadzał nosa w sprawy starszych i mądrzejszych ludzi. No ale proszę przyznać: „profesor Prince" brzmi imponująco, prawda?
-VVV-
— Ci mugole, którzy cię wychowali — nachylił się nad nim Hughes, kiedy w sobotni poranek mijali się na zalanym wschodzącym słońcem korytarzu — jacy oni byli?
Harry skrzywił się i rozważył możliwość nieodpowiadania na to pytanie - dochodząc do wniosku, że jego milczenie podsyci tylko ciekawość jego drogiego profesora Transmutacji. Wzruszył ramionami.
— Normalni — odrzekł więc, uśmiechając się kwaśno. — Zwykli, nudnawi, typowi mugole, siedzący połowę życia na kanapie, oglądający teleturnieje i mecze piłkarskie od rana do bożej nocy.
Hughes spojrzał na niego jakoś krzywo, kiedy Harry - uśmiechając się perfidnie we własnych myślach - wymijał go spokojnym krokiem; odprowadził go spojrzeniem swoich zimnych jak kra oczu, zawieszonych gdzieś w okolicach jego karku.
W głębi duszy Harry szczerze wątpił, aby jego szanowny profesor miał jakiekolwiek pojęcie o piłce nożnej, o teleturniejach i - brzuch go rozbolał od tłumienia śmiechu - we własnych myślach już widział, jak ten próbuje rozgryźć zagadkę przyglądania się jakimkolwiek turniejom czy meczom bez wychodzenia z domu.
-VVV-
— Co się z nią stało?
Snape uniósł wzrok zza sprawdzanych esejów, marszcząc na niego brwi.
— Co się stało z kim? — zapytał powoli - jakby domyślał się, co Harry'emu chodzi po głowie i chwytał się złudzeń, że źle odczytał jego intencje.
Harry odłożył pióro, rozprostował palce - których kostki strzyknęły głucho w ciszy gabinetu - i oparł się łokciem o blat stołu.
— Z pańską matką — sprecyzował cicho, patrząc, jak nozdrza Snape'a drgają, gdy ten wciągał powoli powietrze. Wyraźnie widział zarys zaciśniętych mięśni szczęki pod jego bladą skórą. — Moja na przykład — odezwał się, zanim aksamitny, ostry jak szpikulec do lodu głos wysyczał, aby pilnował własnego nosa — zmarła młodo — Snape wzdrygnął się - nie dość dyskretnie, by Harry tego nie zauważył — ponieważ była zbyt odważna i zbyt uparta, aby zejść z drogi najpotężniejszemu czarnoksiężnikowi, jakiego spłodziła ta ziemia. — Harry przekrzywił głowę, zastanawiając się, jak Snape to odbierze; jego czarne oczy zawisły na jego własnych - Harry widział pogłębiające się zmarszczki, rozchodzące się promieniście wokół jego oczu. Profesor odetchnął głęboko - a powietrze zadrżało na sekundę w jego ustach, jakby się nim dusił.
Harry - nie dość dyskretnie, by umknęło to uwadze tych przenikliwych czarnych oczu - przełknął w wyczekiwaniu ślinę.
— Miała czterdzieści trzy lata, kiedy strawiła ją smocza ospa.
— Och...
— Byłem na trzecim roku.
Harry pożałował, że zapytał.
— Ja... Bardzo mi... — wydukał głupio.
— Nie mów tego — odezwał się Snape, spuszczając wzrok na stos esejów, zamaszyście wystawiając Okropny na jednym z równo przyciętych pergaminów.
Harry odchrząknął, obserwując, jak blade dłonie Snape'a chwytają kolejny arkusz ze sterty do sprawdzenia i zawieszają pióro nad żółtawym pergaminem. Język ciążył mu w ustach od chęci zadania tysiąca, rodzących mu się w głowie pytań.
— A co...? — zaczął niepewnie, nie będąc w stanie trzymać języka za zębami - choć Merlin mu świadkiem, że powinien. — Co z pańskim ojcem?
— Nie interesuj się, Potter — odparł cicho jego profesor, nie podnosząc wzroku znad blatu - jego słowa brzmiałby jak oddech.
Nie byłby sobą, gdyby odpuścił - i być może to było jego przekleństwem.
— On też szybko umarł, prawda? — zagaił.
— Czy te elokwentne wypociny, które nabazgrałeś przy okazji ostatniego szlabanu, niczego cię nie nauczyły? — zapytał gładko Snape; coś stało za tym głosem - i Harry miał zamiar dowiedzieć się, co to było.
Splótł dłonie na blacie biurka, skrobiąc nerwowo paznokciem o paznokieć.
— Ile miał pan lat, kiedy...? — zaczął Harry i wycofał się, widząc nagły skurcz przebiegający przez tą ziemistą twarz. Spróbował więc podejść do kwestii z innej strony. — Ile lat miał pański...?
Snape wydał z siebie gardłowe, niskie warknięcie (seria nagłych dreszczy przemknęła Harry'emu wzdłuż szyi) i zamaszyście wkładając pióro do odkręconego kałamarza, podniósł na niego błyszczące jak asfalt po deszczu oczy. Chłodne spojrzenie uderzyło w niego jak siarczysty policzek.
— Mój ojciec, Potter — wyszeptał, a jego głos brzmiał fanatycznie, dźwięcznie - niemal żarliwie — dla twojej wiadomości, miał czterdzieści sześć lat, kiedy go zabijałem na swojej inicjacji. — Ucisk w okolicach jabłka Adama pochwycił Harry'ego z nagłością skurczu. Kiedy zęby Snape'a zgrzytnęły o siebie ostro, Harry się wzdrygnął. — O czym jeszcze, Potter, chciałbyś usłyszeć? — syczał dalej Snape - jego wygięta w gwałtownym grymasie twarz przywodziła mu na myśl oblicze kogoś niespełna rozumu i Harry, kręcąc niemal bezwiednie głową, otworzył usta, aby przeprosić, aby się wytłumaczyć, aby zahamować słowa, które jego profesor wyrzucał bezpowrotnie na przestrzeń między nimi, ale żaden dźwięk nie wydostał się z jego gardła. Utkwione w nim czarne oczy płonęły jak stal. — O tym, jak go torturowałem? Tego mojego kochanego ojczulka? — Kiedy Snape zaczął się podnosić ze swojego czarnego fotela, przez głowę Harry'ego przemknęła absurdalna myśl - że nie ma gdzie się ukryć. — O tym, jak potraktowałem go zaklęciem trzeźwiącym, zanim dobrałem mu się do gardła? — Krzywy uśmiech wieńczący tą ziemistą twarz odbierał mu zdolność logicznego myślenia. — Upewniłem się, Potter, że w ostatnich chwilach swojego nędznego życia nie będzie miał w sobie ani promila — wypluł jak gorzki posmak z ust. Jego dłonie odciskały ścieżkę na drewnianym blacie, kiedy opierając się o niego jak o ostatnią, stabilną podporę, która pozostała z walącego się mostu, okrążał biurko. Obnażył zęby - jak bestia, jak zwierzę - i Harry wiedział, że pocą mu się dłonie.
Panująca w tym gabinecie cisza była zupełnie nieadekwatna do głośnego życia Hogwartu, zupełnie jakby w granicach tych czterech ścian czas spowalniał - to wcale nie było uspokajające, wcale nie było przyjemne dla ucha: ta cisza zdawała się dzwonić w uszach, ta cisza sprawiała, że lepiej słyszał szmer przesuwającego się po posadce rąbka szaty Snape'a, szelest jego rękawów, gdy zmieniał położenie ramion, zgrzyt drewnianego biurka, kiedy się o niego podpierał. Odgłos jego miękkich kroków sprawiał, że zasychało mu w gardle.
— Upewniłem się, że do ostatniego tchnienia będzie świadomy wszystkiego, co się z nim dzieje: świadomy upokorzenia, świadomy bólu, świadomy nadchodzącego końca jego paskudnej egzystencji.
Panująca w tym gabinecie cisza była zupełnie nieadekwatna do głośnego bicia jego serca.
Harry zamrugał, czując pieczenie w oczach, jak nic innego pragnąc je zdusić i nie będąc w stanie.
— Niespodziewanie okazało się, że nie tylko potrafi on żłopać tani alkohol i zostawiać kolekcję siniaków, pęknięć i ran na ciele swojej rodziny. Umiał też błagać, wyobrażasz sobie Potter? Umiał błagać. Obiecywać poprawę. Czynić akty pokory. — Na tej ziemistej twarzy wykwitł zwierzęcy, niemal brutalny uśmiech.
Harry patrzył w jego błyszczące oczy, patrzył na to, jak pozbawia go tej bezpiecznej granicy, którą było stojące między nimi biurko, na to, jak zbliża się do niego niczym drapieżnik skradający się do ofiary - powoli, na miękko ugiętych nogach, jak spogląda mu prosto w oczy - szczerze, bez zakłamania.
— Pięknie błagał. — W jego głosie był aksamit.
-VVV-
Słodkie uczucie - zemsta, ale równie destrukcyjne. Harry zrozumiał to, gdy usłyszał nutę rozkoszy w głosie Snape'a, kiedy ten mówił o mordowaniu swojego ojca. I kiedy patrzył na tego zwykle rozważnego - owszem dość oziębłego i z reguły temperamentnego, ale przez to nie mniej rezolutnego mężczyznę, kiedy mówił w ten sposób - tym jedwabnym, głębokim, pożądliwym głosem - o śmierci Snape'a seniora, Harry'ego uderzyła kłująca jak kamień w bucie myśl, że to nie musi być wcale oznaką siły - mściwość. Wręcz przeciwnie, niebezpiecznie przypominało jej brak. Jest motywowana nienawiścią, jest motywowana zawiścią - nie jest czymś chłodnym, nie jest czymś przemyślanym, a już na pewno nie jest czymś logicznym.
Potrafi niszczyć. Harry widział to w tych czarnych oczach, które się do niego przybliżały. Jest czystą pielęgnacją wszystkiego, co negatywne i zostaje w człowieku jeszcze długo po tym, jak rachunek - który wystawił sam oskarżyciel - zostanie spłacony. Zemsta nie znika po jej wyregulowaniu i nie znikają uczucia, które jej towarzyszą - nie likwiduje rozgoryczenia, nie likwiduje złości, nie likwiduje krzywdy, która została dokonana - to wszystko nie spływa wraz z upuszczoną krwią, nie wsiąka razem z nią w ziemię; zakorzenia się w ciele, podsycana wspomnieniami.
Ten słodki smak — pomyślał Harry, patrząc w te błyszczące, czarne oczy — to jedynie przystawka pod o wiele cięższe dania.
-VVV-
Ciemność rodzi się z zemsty — pomyślał Harry — a zemsta jest piętnem, które ma niszczycielską moc.
-VVV-
— I co? — zapytał, unosząc wyżej brodę, nie kuląc się pod słowami spoglądającego na niego z góry Snape'a, nie wycofując się, kiedy ten się do niego zbliżył, uśmiechając się chłodno, jakby demonstrował swoją siłę. — Poczuł się pan lepiej?
Oddech Snape'a był ciężki - Harry widział to bardzo wyraźnie: po falowaniu jego klatki piersiowej, po drżeniu płatków nosa - niemal drżący, niemal przerwany, trochę jak po mozolnej, długotrwałej wspinaczce po schodach.
Być może powinien milczeć, być może powinien salwować się ucieczką, być może powinien skulić się w kącie, zupełnie jak wówczas, gdy miał jedynie osiem lat, a górujący nad nim wuj Vernon, zataczał się chwiejnie w jego stronę - być może powinien; ale kiedy zerkał na jego dłonie: eleganckie, chude, z długimi palcami, zupełnie niepodobne do dłoni wuja Vernona, jego serce się uspokajało. Ponieważ to był Snape: Snape, który na niego prychnie, który mu zarzuci nieudolność, który nie zawaha się wzniecić w nim kilogramów, ton niepokoju, rozbudzić w nim żywy strach samymi słowami; ale go nie uderzy - nigdy.
Snape mrugnął - raz, przeciągle - i spuścił wzrok; to wyglądało jak poddanie się, jak wycofanie się, jak przyznanie racji. To zadziwiające, jak prezentowały się jego odruchy warunkowe. Harry zastanawiał się, kto mu to wpoił - ojciec pijak czy Voldemort i jego metody podporządkowywania sobie innych, karania za pomyłki, częstowania bólem w obliczu porażek. I kiedy przypominał sobie Josepha Hughesa - krążącego wokół niego niczym gawron - i jego spuszczanie głowy jako sygnał przyznawanej racji, jego wycofywanie się tyłem - jak ostrożność, jak dopilnowanie, aby nie znaleźć się plecami do ewentualnego ataku, jego nawyk patrzenia ludziom prosto w oczy, miał ochotę zacząć krzyczeć - w żołądku go ściskało.
— O Morgano — wyszeptał drżąco, a choć wiedział, że gdy te czarne oczy ponownie ulokowały się na jego twarzy, krzyczała ona za niego - wygięta, wykrzywiona, dławiąco przerażona, nie zamknął swoich emocji w ograniczeniach. Nieprzyjemne ciepło pulsowało gdzieś na dnie jego żołądka; błądził spojrzeniem po twarzy Snape'a, czując się tak, jakby odkrywał ją na nowo.
Chude linie brwi odznaczające się wyraźnie na tej ziemistej twarzy, zmarszczyły się pod jego świdrującym wzrokiem.
— Co takiego wpadło ci do tej pustej łepetyny, Potter?
Harry przełknął ciężko ślinę.
— Niedobrze mi — wydusił, uciekając wzrokiem jak spłoszona łania. — Chyba powinienem...
— Potter...
Harry zaciągnął się głęboko powietrzem, starając się uspokoić - ucisk w jego brzuchu wcale nie malał.
— Potter. — Snape, wykrzywiając głowę, aby widzieć jego omijające go skrupulatnie oczy kontemplujące ścianę - jedną, drugą, podłogę, sufit, przyglądając się jego twarzy z niemą oceną, wyciągnął dłoń i opierając knykcie o lewą stronę jego szczęki, subtelnie nacisnął na nią, nie odwracając mu tym samym głowy - raczej sugerując, by na niego spojrzał, prosząc go o to. I Harry się na to zgodził.
Coś na dnie tych czarnych oczu złagodniało, kiedy patrzył na jego twarz, z którą połykające go emocje wyprawiały niepojęte rzeczy.
— Nie powinienem opowiadać ci o moim ojcu — odezwał się cichym, miękkim głosem, a Harry - nie mogąc się powstrzymać - roześmiał się, a w jego głosie nie było śladu po rozbawieniu.
— To nie z pańskim ojcem mam problem — wypuścił słowa wraz z powietrzem. — Tylko z pańskimi reakcjami.
Snape - trochę, zdaje się, w niezrozumieniu - skupiając na nim intensywne spojrzenie, zmrużył oczy.
-VVV-
— Moje reakcje — powtórzył powoli Snape, przyglądając mu się. Przechylił głowę nieco w prawo, jakby nie rozumiał. — Co z nimi nie tak?
— Są ukształtowane — mógłby powiedzieć Harry — jak u wytresowanego od szczeniaka psa. — Niektórych rzeczy nigdy nie przeciśnie przez gardło. — Są czyste, są szczere. Są wymodelowane czyimiś dłońmi.
Chude brwi Snape'a podjechały wysoko na czoło.
— Zapominasz, że znam Legilimencję, Potter? — zapytał miękko, a Harry'emu zaschło w gardle. — I to samo mógłbym powiedzieć o twoich. — Czarne oczy przeskoczyły między zielonymi. — Uskoczyłbyś, gdybym podniósł rękę, jakbym przymierzał się, by uderzyć, prawda?
Harry wypuścił z ust powietrze, a kąciki jego ust wygięły się w gorzkim grymasie.
— Pan by nie uskoczył — pokręcił głową. — Pan by nawet nie mrugnął, tylko przyjął na siebie cios.
-VVV-
Harry nie miał bezgranicznej wytrwałości, którą mógł pochwalić się Snape. Nie potrafiłby gorliwie włożyć głowę pod topór. Szarpałby się jak poszczuty koń, urywałby się z uwięzi - walczyłby o własną godność; co z pewnością nie uratowałoby mu życia w obliczu łakomego posłuchu Voldemorta.
Prędzej pozwoliłby się zabić, niżby uklęknął - chyba że sprowadziliby go na kolana siłą. Prędzej by ugryzł, niż ucałował w oddaniu czyjąś dłoń, czyjeś stopy, czyjeś szaty. Jego wyparcie się tych formalności byłoby widoczne w każdym skrawku jego skóry, w każdym przebłysku w oczach.
Snape grał inną talią, innego asa skrywał w rękawie - ponieważ jego inteligencja sięgała dalej, niż poczucie godności. Był gotów się uniżać, był gotów złożyć swoją głowę, swoją magię, swoją wolę u stóp potężnego czarnoksiężnika, był gotów pokornie spełniać jego wymogi, bo wiedział, że dobrze wykorzystana wiedza może być potężniejsza od magii. Handlował więc nowinami - słuchał plotek, wyłapywał rozkazy, zapamiętywał nazwiska, podsłuchiwał plany, chodząc od Dumbledore'a do Voldemorta, od Voldemorta do Dumbledore'a - do tego drugiego z polecenia pierwszego, do tego pierwszego z polecenia drugiego.
I choć to nie Voldemort klękał, a przed nim klękano, to nie on trzymał w garści absolutną kontrolę nad sytuacją. I można by się spierać o to, kto tak naprawdę rządzi, a kto służy.
-VVV-
A jednak coś z nauk Voldemorta wchodziło w krew, osiadało na człowieku, zostawało przy nim. Coś utrwalonego głęboko w ludzkich umysłach powodowało, że człowiek zaczynał działać jak zwierzę - odsłaniał gardło przed silniejszym, wycofywał się nie bez ostrożności, pozwalał sobą kierować.
I Harry, przygryzając wargę, czuł chwytające go za serce obawy - bo jeśli Voldemort potrafił odcisnąć to niewidoczne piętno na umysłach swoich zwolenników, to czy byłby w stanie i jemu zawrócić w głowie?
-VVV-
Ojciec go bił. Harry - choć wyłapał to jak woń siarki w powietrzu - nie pozwolił sobie zareagować na tą wiadomość w chwili jej usłyszenia, szczególnie gdy mógł przykryć reakcję na swoje spostrzeżenie rzeką innych słów, które wypłynęły z gardła Snape'a.
Harry wątpił, aby jego profesor był świadom informacji, którą włożył mu w dłonie, którą podał mu na srebrnej tacy. Jego głęboki głos kołatał o czaszkę Harry'ego: „nie tylko potrafi on żłopać tani alkohol i zostawiać kolekcję siniaków, pęknięć i ran na ciele swojej rodziny" - słowa, tak zachłanne pomiędzy tymi wąskimi wargami, były jak ciernie dla uszu Harry'ego, dla jego serca. Nie współczuł mu - nie, to, co siedziało gdzieś głęboko w jego piersi, nie było współczuciem. Ponieważ Harry nie zdzierżyłby czyjegoś współczucia, gdyby sprawa dotyczyła jego cudownego wujostwa - i nie zamierzał częstować Snape'a czymś, czego sam nie znosił, czego sam nie potrafił znieść. Jednak świadomość tego, jak przypuszczalnie wyglądało dzieciństwo jego zgorzkniałego Mistrza Eliksirów, była jak cios prosto w żołądek - bo Harry się tego nie spodziewał. Owszem, wiedział, że Snape jest aspołeczny, zdystansowany i zgorzkniały, widział perfekcjonizm - niebezpiecznie podobny do jego własnego - w jego czynach, w jego gestach, w jego słowach, obserwował częste wybuchy złości, kiedy coś nie szło po jego myśli i dostrzegał obniżoną samoocenę, ale nigdy nie powiązał tego z pozostałościami po nieciekawej przeszłości.
Nie wiedział, dlaczego nigdy nie przeszło mu to przez myśl - chyba patrząc na tego dumnego, chłodnego, potężnego magicznie mężczyznę, wydawało mu się tak bardzo nieprawdopodobne, by ktoś - ktokolwiek - kiedykolwiek mógłby być w stanie go skrzywdzić - a już na pewno nie mugol, ktoś niemagiczny, ktoś z pozoru słabszy - bo Snape wydawał mu się skałą niemożliwą do naruszenia, wydawał się człowiekiem wykutym w kamieniu, ukrytym za dziesiątkami, setkami, tysiącami masek, które nakładał na swoją twarz, jakby zmieniał rękawiczki, nienaruszalnym, silnym, zdystansowanym. I obserwując zachowanie swojego profesora, dopiero teraz uświadomił sobie, że Snape uważa na własne słowa, selekcjonuje je, posługuje się nimi, jakby były stopniami z milionem wyszczerbionych pułapek, na które mógłby nastąpić; Snape nigdy nie prosił ani nie przepraszał, Snape nigdy nie zachęcał, nigdy nie chwalił - nigdy przy użyciu słów. Ponieważ - owszem - potrafił przekazywać prośby, przeprosiny, a nawet pochwały, ale zawsze były one zakamuflowane, nieoczywiste, ukryte pod płaszczem tysiąca określeń i gestów, jakby chodził na palcach wokół innych ludzi, jakby wypowiadając zwykłe: „przepraszam" bez słownych gierek, pułapek i zawiłych sformułowań, miał przyznać się do jakiejś słabości.
I Harry zaczął się zastanawiać, czy to nie Snape'a ojciec - mugol - był tym, który najmocniej pociągnął za sznurki, kiedy Snape te lata temu zwrócił się w stronę Czarnej Magii.
-VVV-
Korciło go, aby zapytać, ale miał wystarczająco wiele oleju w głowie, aby tego nie robić.
-VVV-
Zbliżały się święta - i to wielkimi krokami - a jedyne, o czym Harry był w stanie myśleć, słuchając śpiewnych, łacińskich deklamacji szkolnego chóru, noszących się echem po zamkowych korytarzach, przeglądając się w błyszczących na każdym rogu bombkach, przesuwając palcami po gałęziach wysokiej, rozłożystej choinki wystawionej w Wielkiej Sali - to że nie ma dla Syriusza żadnego prezentu.
I kiedy, nerwowo przestępując z nogi na nogę, prosił Snape'a o napisanie mu pozwolenia na wyjście do Hogsmade, po tym, jak dwa razy podniósł głos, pięć razy poprosił i raz - czując rosnącą gdzieś w głębi serca, połykającą go, żywą i czystą jak łza panikę - zaczął błagać, Snape wreszcie warknął ostro, zacisnął dłoń na krawędzi blatu tak mocno, jakby zamierzał go złamać i zapytał, przeciskając słowa przez zęby, po co (na słodką Morganę, ty niemożliwy bachorze) potrzebuje się do tego Hogsmade udać.
Harry nie był pewien, co w jego odpowiedzi było nie na miejscu, w którym momencie potknął się na słowach, co zrobił nie tak, jak powinien, ale zrozumiał swój błąd, kiedy twarz Snape'a z ziemistej zrobiła się kremowobiała, dłoń puściła ściskaną z całych sił krawędź biurka, a czarne oczy rozjarzyły się jak pochodnie.
— Ty niewiarygodny smarkaczu — wyszeptał Snape, a Harry - nauczony unikać nieprzyjemnych sytuacji - cofnął się zapobiegawczo pod same drzwi gabinetu, szybkim rzutem oka lokalizując klamkę, nie omieszkując zadbać o to, by znajdowała się ona w zasięgu rąk.
Snape - czego podświadomie oczekiwał - wcale do niego nie podszedł, nawet nie podniósł się z miejsca, nie zaczął ciskać się po gabinecie; wwiercał w niego swoje niemożliwie czarne (niemożliwie błyszczące) oczy, a przez rysy jego twarzy przemknęła zmieszana z frustracją rezygnacja.
— To, że nie dasz swojemu zdziczałemu kundlowi żadnego durnowatego prezentu — błysnął na niego przewiercającym spojrzeniem — nie znaczy od razu, że cię odrzuci.
Harry wiedział, że zachowuje się jak dzieciak - wiedział to, gdy przygryzł wargę, spuścił głowę i szurnął nogą, wiedział to, gdy poczuł pełne politowania spojrzenie czarnych oczu przewiercające go na wylot, jakby było w stanie dostrzec duszę tlącą się gdzieś pod ciałem, wiedział, gdy nerwowo zaczął szukać usprawiedliwień, mimo że Snape wcale takowych od niego nie wymagał.
— Ja... — wymruczał nerwowo Harry, mierzwiąc swoje wzburzone włosy — jednak wolałbym...
Mistrz Eliksirów skrzywił się, wymamrotał pod nosem coś o bezrozumnych, idiotycznych Gryfonach i przetarł jedną z chudych brwi; a potem sięgnął po czysty pergamin i wyciągnął pióro z kałamarza i im mocniej Harry pragnął, tym bardziej nie mógł w to uwierzyć.
-VVV-
Wieczorami zaczytywał się w esejach otrzymanych od Hughesa, dowiadując się, jak wiele Biur i Urzędów mieści się pod fasadą Ministerstwa Magii. I choć większość uwagi poświęcił na przeglądanie informacji o Biurze Aurorów, był zaskoczony, jak interesujące wydawały się urzędy, którym nigdy - do tej pory - nie poświęcił zbyt wysokiej uwagi.
Harry zaczął się zastanawiać, dlaczego tak niewiele mówi się o Biurze Głównym Sieci Fiuu z Departamentu Transportu Magicznego. I czy istniały w ogóle kominki wykluczone z sieci.
Doskonale pamiętał to trefne zdarzenie, gdy rodzina Weasleyów utknęła w zamurowanym kominku na Privet Drive, jak pan Weasley został zmuszony do jego wysadzenia, jak zniszczył tym połowę salonu Dursleyów (ciotka Petunia nie była zachwycona koniecznością renowacji domu - Harry słono za to zapłacił, kiedy wrócił w ostatnie wakacje w wytęsknione szpony swojego cudownego wujostwa).
Szukał odpowiedzi na to, czy po włączeniu danego kominka do sieci, połączenie kiedykolwiek zostaje cofnięte - i ku własnej frustracji, nie znajdywał podobnej informacji. Nie uśmiechało mu się, by jakiś zawistny Śmierciożerca, choćby i bez rozkazu, samowolnie, działając na własną rękę, postanowił złożyć mu wizytę w wakacje, wyciągając różdżkę na niego i całą ulicę mugoli.
Harry wzdychał, zdejmował okulary, odkładał czytany esej na szafkę nocną i skinieniem różdżki gasił migoczącą, bladą mgłę światła unoszącą się nad pachnącą krochmalem pościelą; a potem śnił o długich korytarzach Ministerstwa Magii i o czarnych, solidnych, zapieczętowanych drzwiach - których nie był w stanie przekroczyć, bez względu na to, jak bardzo się starał.
-VVV-
— Pozwoliłem sobie przejrzeć twoją kartę pacjenta w Skrzydle Szpitalnym — usłyszał za swoimi plecami Harry, kiedy siedział z rana przy niewielkim, okrągłym stoliku w bibliotece, czytając jedną z książek dotyczących Departamentu Tajemnic.
Harry westchnął i zamknął przeglądaną pozycję, odwracając głowę, by spojrzeć na wyłaniającego się niczym poltergeist zza jego pleców Hughesa.
— Doprawdy? — westchnął nie bez znużenia, przywołując na twarz wymuszony uśmiech, który nawet w zacienionym kącie biblioteki, krzyczał niechęcią.
Hughes odsunął sobie krzesło naprzeciw Harry'ego i przeciągnął wzrokiem po jego twarzy, na sekundę dłużej zatrzymując się na bliźnie w kształcie błyskawicy. Zielone oczy spotkały niebieskie.
— I pani Pomfrey, oczywiście, bez dyskusji ją panu udostępniła do wglądu, tak, profesorze? — zadrwił, przechylając głowę, odgarniając z twarzy kilka czarnych kosmyków, które wpadły mu przy tym do oczu.
Hughes oparł się łokciami o stół, splótł palce przed sobą i złożył na nich podbródek, świdrując go swoimi niebieskimi, przywodzącymi Harry'emu na myśl arktyczne lody oczami. A potem - z miękkością w głosie i spolegliwymi zmarszczkami w kącikach warg - zaczął mówić:
— Jedenaście lat: trudności koncentracji, zaburzenia snu, nieustanne koszmary.
Powieki Harry'ego drgnęły, a następnie zmrużyły się, kiedy przez jego ciało przeszła niczym strzała puszczona z procy, iskra gorącej obawy. Zmusił się do uśmiechu - przywołał go na twarz jak wiernego towarzysza.
— Ach, oczywiście — prychnął lekceważąco, choć dudnienie w jego piersi narastało jak za sprawą zaklęcia, a potem - głęboko ufając, że jego oczy nie zdradzają popłochu, który siał zamęt w jego umyśle - zbył słowa Hughesa machnięciem dłoni. — Cóż, myślę, że nie ja jeden po przyjeździe ze zwykłych, mugolskich domów, do tego... — rozejrzał się, rozkładając ramiona, jakby chciał objąć wszystkie, wysokie, biblioteczne regały, wszystkie półki uginające się pod ciężarem książek, cały, okryty drżącymi cieniami sufit — wspaniałego, nieporównywalnego do niczego innego miejsca, w którym oddycha się magią, a nie spalinami, miałem problemy ze spokojnym snem, nie uważa pan, profesorze? — Miał nadzieję, że uśmiech na jego twarzy poszerzył się i był bodaj w ułamku tak promienny, jakby sobie tego życzył; Hughes, nie spuszczając z niego wzroku, pokiwał głową - i Harry nie mógł odgonić myśli, że to, co się za tym kryło, nie było potwierdzeniem, a politowaniem. Powstrzymał chęć przygryzienia wargi.
— Dwanaście lat: trudności koncentracji, nagłe wybuchy złości i...
— Słyszenie głosów? — nie powstrzymał zjadliwości Harry, posyłając Hughesowi krzywy uśmiech spod zmarszczonego nosa; w odpowiedzi nie otrzymał rozdrażnienia ani jawnej złośliwości - jedyną reakcją, na jaką zasłużył, były te zimne, niebieskie oczy zerkające wymownie w sufit.
— Nie — przeciągnął to słowo, jakby je rozsmarowywał na języku, a kąciki jego warg rozciągnęły się w kwaśnym grymasie. — Bezsenność.
Harry się roześmiał; ostro, krótko, wkładając w to solidne pokłady szyderstwa.
— Zapomniał pan bądź nie zweryfikował informacji, że mieliśmy wówczas ogromnego na pięćdziesiąt stóp bazyliszka w rurach. Który jakoś nie kwapił się do zaprzestania ataków na uczniów. Połowa zamku nie spała najlepiej.
Hughes pokręcił głową; jego szczęka napięła się nieznacznie, a niebieskie oczy spojrzały na niego w taki sposób, jakby ten podejrzewał u niego syndrom wyparcia - Harry miał ochotę cisnąć w tą gładką, elegancką twarz Upiorogackiem. Zamiast tego posłał mu kolejne, błyszczące, pytające spojrzenie.
— Trzeci rok — nie przerwał swej tyrady Hughes, a uśmiech spełzł Harry'emu z twarzy jak deszczówka z rynny — po raz kolejny trudności koncentracji oraz...
— Madame Pomfrey jest przewrażliwiona — spróbował obrócić to wszystko w kiepski żart Harry, ale Hughes kontynuował, jakby wcale mu nie przerwano:
— ...zaburzenia snu, niezdrowy perfekcjonizm.
Mięśnie jego brzucha szarpnęły nieprzyjemnie; ściągnął dłonie z blatu biurka, aby Hughes nie spostrzegł, jak zaciska je w pięści. Miał nieprzyjemne wrażenie, że poniekąd pojmuje, co jego profesor zdaje się sugerować.
— Co za absurd — wypluł z siebie Harry, kręcąc gwałtownie głową. Zimne oczy Hughesa przewiercały go na wylot, ale nie opuścił wzroku, odpowiadając pogardą na chłód. — Nie wiem, co próbuje mi pan udowodnić, profesorze Hughes — wyrzucił z siebie, naprawdę mocno starając się zachować racjonalny ton własnej wypowiedzi — ale te symptomy o niczym nie świadczą.
Hughes powoli zaciągnął się pachnącym starością i suchym pergaminem powietrzem i nachylił nad blatem, ani na moment nie spuszczając oczu z napiętej twarzy Harry'ego.
— Czy mam wspomnieć o siniakach? — zapytał cicho; jego słowa podziałały jak zaklęcie. Harry zastygł jak przemieniony w kamień i wiedział, był tego boleśnie pewien, że w jego źrenicach jest widoczny popłoch, kiedy pochwycił zawzięte, zimne spojrzenie nowego profesora. Na jego twarzy nie było wesołości. — O zadrapaniach? — przeskoczył spojrzeniem pomiędzy jego oczami. — O źle zagojonych ranach i bliznach? O nieadekwatnie niskim co do wieku wzroście? O wychudzeniu prowadzącym do zawrotów głowy? — przechylił głowę, wyjmując dłoń spod brody. Jego zimne oczy migotały czymś Harry'emu nieznanym, czymś, czego nie widział dotąd na jego twarzy - i nie mógł odeprzeć wrażenia, że w tych niebieskich, zimnych oczach czai się skryta groźba. — Jesteś przekonany, Potter, że chcesz, abym kontynuował? — zapytał cicho; jego głos wypływał z jego gardła jak płynna rtęć i Harry miał ogromną nadzieję, że jego policzki nie pobladły.
Patrzył w te niebieskie oczy i czuł się odsłonięty jak dziecko, czuł się zagrożony niczym otoczony z każdej strony kłusownikami jeleń, tak bardzo bezradny w obliczu tego rozkładającego go na części pierwsze głosu, w obliczu tego zimnego jak kra spojrzenia. Zaschło mu w gardle. Przez moment nie pamiętał, jak należy oddychać.
— Czego pan chce? — wypuścił powietrze; słowa brzmiały chrapliwie, niepodobnie do jego zwyczajowego tonu, niemal drżąco. Jego głupie, szalone serce wywijało kankana pod jego mostkiem.
Brwi profesora uniosły się wysoko na czoło.
— Jedynie porozmawiać.
„Jedynie porozmawiać" — oznajmił bez nacisku Hughes, patrząc na niego tymi zimnymi, niebieskimi oczami, a Harry poczuł sieć dreszczy rozpościerającą się po jego kręgosłupie; przyciągnął mocno do piersi przeglądaną uprzednio książkę, jakby była tarczą mającą ochronić go przed tymi bezlitośnie odsłaniającymi jego duszę słowami.
Hughes puścił do niego perskie oko i uśmiechnął się w ten swój uprzejmy, łagodny sposób. I był to pierwszy raz, kiedy Harry pomyślał o tym uśmiechu: niebezpieczny.
-VVV-
Drapieżniki nie są impulsywne, kiedy przyczajają się na zwierzynę - są rozważne, cierpliwe. Krążą wokół niej, obserwując, słuchając, milcząc - czekając na odpowiedni moment, by wyciągnąć pazury. Przyczajone w cieniach, kamuflujące się w otoczeniu, ostrożnie stawiające kroki.
On taki był. Odwróć się w jego stronę, a przystanie. Może nawet się uśmiechnie, może się zaśmieje, może wycofa się na bezpieczną odległość, patrząc na ciebie swoimi niebieskimi, spokojnymi oczyma; ale nie przestanie krążyć jak chwytający zapach jaguar, nie odpuści tak łatwo, tak bezspornie. Zaczeka na dogodniejszą okazję.
Nawet jeśli jego zdobyczą jest tylko - a może wręcz przeciwnie: aż - informacja. Łup, który musi sobie wywalczyć przenikliwością umysłu i celnością słów.
I być może Harry w obliczu Josepha Hughesa, był trochę niczym wypatrzona podczas rekonesansu terenu przez drapieżcę zwierzyna. Jednakże nowy profesor Transmutacji zdawał się zapomnieć, że nie jest jedynym łowcą na terenach tego zamku.
-VVV-
— Joseph — użył jego imienia i brzmiał protekcjonalnie - i Harry nie wiedział, dlaczego się nie wzdrygnął, słysząc jak ten przepływający przez powietrze jak suchy lód bądź ciekły azot głos godzi w nich jak fizyczne szturchnięcie; spoglądające w niego, błękitne jak ocean oczy mrugnęły i odwróciły się, by spojrzeć ponad jego głową na wyłaniającą się zza wysokich, przykrytych licznymi księgami regałów, wysoką postać.
— Severus — zwrócił w jego stronę twarz Hughes, a iskra światła jeszcze chwilę temu paląca się w jego oczach przygasła i zapadła sama w sobie jak umierająca gwiazda, pozostawiając błękit jego spojrzenia ciemnym i chmurnym.
Harry nie się poruszył, nie odezwał, nie oderwał od niego wzroku, od jego niebieskich oczu, od jego pociągłej twarzy, siedział - napięty i nieruchomy - gotów w każdej chwili sięgnąć po różdżkę, na ogień odpowiedzieć ogniem, jakby zaszła taka potrzeba; poczuł na sobie ukradkowe spojrzenie Snape'a, ale nie odpowiedział na niego wzrokiem - czekał.
— Czy istnieje jakiś powód — odezwał się Snape; jego głos był jedwabiście gładki, urzekający - przerażający — dla którego niepokoisz pana Pottera, kiedy ten łaknie nieco... samotności?
Czarne oczy patrzyły prosto w niebieskie, górowały nad nimi, dominowały, ale Hughes nie podniósł się ze swojego miejsca - coś w rysach jego pociągłej twarzy tliło się przezornością - jakby nie zamierzał drażnić rozbudzonego węża i Harry ledwo zdołał powstrzymać odruch przełknięcia śliny, kiedy obok obijającego mu się o czaszkę szmeru: „niebezpieczny" pojawił się ostrzegawczy szept: „inteligentny".
— Severusie — odezwał się cicho, a w jego pogodnym głosie tliła się ostrożność — ani myślę zakłócać — niebieskie oczy przeskoczyły między czarnymi, jakby czegoś w nich szukały — spokoju pana Pottera.
— Ach tak? — uniósł podbródek Snape, uśmiechając się miękko i Harry pomyślał, że w taki sposób uśmiechałyby się demony wyrwane z piekielnych otchłani; jego tętniące wariacko serce ślizgało się gdzieś tuż pod jego gardłem, ślepe na błagania umysłu o to, aby się uspokoiło.
Klatka piersiowa Hughesa powoli podniosła się i opadła, gdy ten brał głęboki, acz głuchy oddech. Harry obserwował kątem oka, wygiętą w łagodnym wyrazie twarz Snape'a, mając wrażenie, że gdyby teraz spróbował się podnieść, padłby jak długi - jego nogi ciążyły mu jak głazy.
— Rozumiem — powiedział cicho Hughes, ściągając ramiona — dlaczego mógłbyś pomyśleć inaczej, ale... — urwał, kręcąc głową, jakby zapewniał, jakby ręczył za własne intencje i Harry miał absurdalne przeczucie, że jest świadkiem jakiejś nieprawdopodobnej, przekraczającej jego zdolność pojmowania konfrontacji - zupełnie, jakby obserwował dwa osobniki stadne, znajdujące się na różnych gałęziach hierarchii - i niewiele brakowało, by zaczął oczekiwać, że Joseph Hughes skuli się, jakby kładł po sobie uszy, niewiele brakowało, by zaczął oczekiwać, że Joseph Hughes niczym wilk przewróci się na grzbiet, odsłaniając brzuch i gardło, niewiele brakowało, by zaczął oczekiwać, że Joseph Hughes zainicjuje tą oznakę najwyższej uległości.
— Dobrze się więc składa — głos Snape'a był rozbrajający - gdyby Harry nie był naocznym świadkiem tej wymiany zdań, byłby skłonny nazwać go uwodzicielskim — że obaj mamy na uwadze bezpieczeństwo pana Pottera — Harry wstrzymał powietrze (groźba — uzmysłowił sobie — to było nic innego, jak groźba - subtelna, podszyta gniewem, najprawdziwsza groźba); Snape, z którego twarzy nie znikał miękki uśmiech, powoli przemierzył odległość dzielącą go od zajmowanego przez Harry'ego i Hughesa stolika - a potem przystanął obok krzesła Harry'ego, a jego czarna szata zafalowała łagodnie, kiedy opierał się dłońmi o palcach rozczapierzonych jak pazury jakiejś niebezpiecznej bestii o gładki blat stołu i pochylał nad twarzą Josepha Hughesa — nieprawdaż? — wyszeptał, świdrując go nieprzeniknionym spojrzeniem ciemnych jak Czarna Magia oczu, a Harry omal nie udławił się śliną - było coś drastycznego w sposobie, w jaki do niego mówił, w jaki na niego spoglądał - jakby nie stanowiło dla niego problemu zasztyletowanie go tym spojrzeniem - tutaj, teraz, nie bez krwi i gruchotu kości.
Hughes cofnął się na oparcie swojego krzesła (Harry sam by się cofnął, będąc na jego miejscu), ale to - paradoksalnie - okazało się błędnym ruchem; warknięcie, które wydobyło się z ust Snape'a, musiało rodzić się gdzieś bardzo głęboko w jego gardle - wibrujące jak struna, nawet w swej cichości brzmiące złowróżbne; Harry się wzdrygnął.
Dłoń Snape'a w ułamku sekundy pochwyciła szczękę profesora Transmutacji (Harry doskonale widział jak te blade, chude, napięte jak u polującego drapieżnika palce wpijają się w miękką skórę), unieruchamiając ją w miejscu i jeszcze bardziej zbliżając swoją płonącą jakąś niewysłowioną potęgą twarz do pociągłej twarzy Hughesa. Harry poczuł, jak jego serce truchleje.
— Skoro nie unikasz kontaktów z panem Potterem, Josephie, czemuż to chowasz się jak ślimak w skorupie przede mną?
Hughes, oddychając przyspieszonym rytmem w twarz przewiercającego go wzrokiem Snape'a, nie odrywając spojrzenia od czarnych, przeszywających oczu, wykrztusił lekko zduszonym tonem:
— Nie jestem dla niego zagrożeniem. — I powieka mu nawet nie drgnęła.
Jego głupie, uczuciowe serce omal nie wyskoczyło z piersi, kiedy przyglądał się tej chłodnej dominacji i temu drżącemu napięciu; przez krótką chwilę miał ochotę uchwycić Snape'a za nadgarstek, pochwycić jego czarnookie spojrzenie i poprosić, aby przestał - ale coś go przed tym powstrzymywało: krucha i drżąca w jego umyśle myśl, z którą nie do końca wiedział, jak powinien się obchodzić, która była niepewna, która nie miała żadnych solidnych fundamentów: myśl, że jego stary, znienawidzony profesor, robi to wszystko, bo chce go ochronić. Była jak starożytne runy dla jego umysłu.
— Czyżby? — wyszeptał Snape; pojedyncze kosmyki oplatające twarz Hughesa drżały pod jego oddechem.
— Przysięgam ci, Severusie — odezwał się Hughes, jego głos był ściśnięty, jakby ktoś przygniatał go pięścią, zanim wydostawał się na zewnątrz, jakby ktoś lepił w nim dłońmi jak w śniegu; jego klatka piersiowa falowała niespokojnym rytmem. — Przysięgam, że nie stanowię dla niego zagrożenia.
Czarne oczy omiotły jego twarz, jakby ta była nietreściwym, nudnawym esejem studenckim, a potem Snape uśmiechnął się miękko, a jego dłoń poluźniła miażdżący uścisk na szczęce profesora Transmutacji.
— Trzymam cię za słowo — zamruczał jedwabistym głosem, przeciągając knykciami po czerwonych odciskach własnych palców wykwitających momentalnie na gładkiej twarzy Hughesa - ten gest, w stosunku do poprzedniej niepobłażliwości, wydawał się Harry'emu absurdalnie czuły; zanim jednak jego - lekko oszołomiony - umysł zdołał przekalkulować na chłodno wszystko to, co miało przed momentem miejsce, Snape odwrócił się z powiewem szat w jego stronę, zlustrował go kategorycznym spojrzeniem i wysyczał:
— Idziemy, Potter.
I jego głos był tak różny od tego gardłowego pomruku, który brzęczał w powietrzu jeszcze chwilę temu.
-VVV-
— Kłamał? — przecisnął przez gardło Harry, kiedy Snape zatrzasnął za nimi drzwi do swojego ciemnego, przykrytego cieniami gabinetu i odwrócił się powoli - bardzo powoli - w jego stronę.
Coś ciężkiego i lodowatego tkwiło przez cały ten czas gdzieś pod mostkiem Harry'ego, ani myśląc zacząć topnieć.
W tych głębokich, czarnych oczach tkwiło bezbrzeżne zamyślenie, kiedy świdrowały milcząco jego twarz; i kiedy Harry uznał, że na próżno tak chorobliwie oczekuje jakiejkolwiek odpowiedzi, że Mistrz Eliksirów prędzej go wyprosi, niż podzieli się z nim własnymi spostrzeżeniami, wargi Snape'a poruszyły się, a szept, który przez nie uciekł, rozbił stateczną maskę opanowania utrzymującą się na twarzy Harry'ego:
— Nie mam pojęcia.
