Rozdział niebetowany.

Oczywiście bardzo dziękuję wszystkim za komentarze! cavvile, cieszę się ogromnie, że rozdział się podobał, mam nadzieję, że kolejne Cię nie zawiodą i dziękuję za posyłaną wenę :) AnnaLotta, miło mi słyszeć, że Harry nie jest tu dla Ciebie zbyt karykaturalny - doskonale wiem, co masz na myśli mówiąc, że często jego charakter jest przez autorów zbyt upiększany. Także cieszę się, że wybór fica do tłumaczenia uznajesz na chwilę obecną za słuszny :) A Voldemort będzie Harry'emu dokuczał znacznie więcej (zresztą vice versa), więc i to powinno Ci się spodobać. Dziękuję oczywiście przede wszystkim za wszystkie miłe słowa dotyczące tłumaczenia - ogrzewają mi serce :) Amelia, bardzo się cieszę! Mam nadzieję, że kolejne rozdziały także przypadną Ci do gustu! Dziękuję ślicznie za komentarz i miłe słowa na temat mojej tłumaczeniowej pracy :) Nakurishi, ślicznie dziękuję za komentarz! Masz rację, nuta flirtu na pewno gdzieś w tych interakcjach się kryją, ale niestety ani Tom, ani Harry sobie na tę chwilę nie zdają z niej sprawy. W końcu nazwa "slow burn" musi obowiązywać ;). Dziękuję też za ten piękny obrazek przyglądania się całej scenie zza firanek, bo absolutnie mnie rozbawił, świetny! :D Co do Snape'a - ja osobiście wychodzę z założenia, że nie wiedział o tym nowym rozwoju wypadków między Harrym a Voldemortem. Nie wiedział o nowej umowie, że ze sobą rozmawiali - ktoś go ewidentnie nie doinformował ;) Co do krwi - nic nie zdradzam, trochę się rozwiąże w tym rozdziale, trochę w kolejnych.

Do tego rozdziału w oryginale dołączony został również prześliczny art autorstwa limrx. Na moim tumblrze (panna-mi) można go znaleźć pod zbiorczym tagiem: pmzsp (od pierwszych liter tytułu). Tam też (na tumblrze I w tym tagu) za każdym razem, gdy do jakiegoś rozdziału stworzony będzie art, w dzień jego publikacji będą one reblogowane prosto od autora. Gdyby kogoś to interesowało :).


pociągnij mnie za sobą (pobiegnijmy)

Rozdział dziesiąty

— Och, do kurwy nędzy.

Pomyślałby kto, że zaskakiwanie Harry'ego Pottera powinno się zrobić z biegiem czasu nudne. Oj nie.

Voldemort myśli, że to całkiem niezła zemsta za te wszystkie momenty, kiedy Harry się mu wymknął. Ta absolutna przyjemność, jaką sprawia mu widok Harry'ego, który w jednej chwili całkowicie zmienia swoją postawę. Ten cichy spokój, który ulania się na rzecz pełnej napięcia obawy. To, jak Harry w jednej chwili gotów jest do walki o życie – napina mięśnie, rozżarza oczy i gromadzi pod skórą nieustannie pomrukującą magię.

Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana, bez wątpienia.

— Lordzie Potter, jesteśmy w bibliotece – karci go Voldemort, okrążając stół, przy którym siedzi w otoczeniu porozrzucanych dookoła wytartych książek, z plamami atramentu na policzkach i palcach, a także z leżącym obok łokcia notatnikiem pełnym nabazgrolonych na szybko zapisków. – Trochę dobrych manier.

Harry spogląda na niego morderczo i zaciska palce wokół pióra. Voldemort zastanawia się, czy ma ochotę go nim dźgnąć.

Chciałby to niemal zobaczyć.

— Skąd masz moją krew? – pyta Harry.

Voldemort mruga. Przechyla głowę i siada na krześle po drugiej stronie stołu, składając palce.

— Słucham?

Prychając, Harry chwyta jedną z leżących w pewnym oddaleniu ksiąg i rzuca nią przez stół. Ta opada przed Voldemortem z tępym trzaskiem, w akompaniamencie wzbijającego się w powietrze kurzu i Czarny Pan wykrzywia się w reakcji na tak brutalne obchodzenie się z książką. Swędzi go otaczające twarz zaklęcie glamour.

Gdy zerka na okładkę – wygrawerowany złotymi literami napis „Utracone i odnalezione: obszerny zbiór zaklęć, czarów i rytuałów śledzących" – unosi brew. Spogląda ponownie na wykrzywionego w niezadowolonym grymasie Harry'ego.

— Zgrywanie głupka zdecydowanie do ciebie nie pasuje – komentuje Harry. – Wróżenie. Wspomniałeś to słowo, gdy się ostatnio widzieliśmy i przypomniałem sobie, gdzie je wcześniej widziałem: w twoim gabinecie. Jednak, aby określić moją dokładną lokalizację, potrzebujesz mojej krwi. Skąd ją masz?

Harry po raz kolejny go zaskakuje. Nie przypuszczał, że przyjrzy się bliżej tej sprawie – ani że zrozumie, dlaczego to takie ważne.

Mimo to Voldemort decyduje, że nie wywrze to na nim wrażenia.

— Dlaczego sądzisz, że nie użyłem swojej? – pyta, doskonale wiedząc, co dokładnie powiedzieć, aby zajść Harry'emu za skórę. Na przykład: przypomnieć noc swojego odrodzenia.

Harry nawet nie mruga, choć Voldemort dostrzega zirytowane napięcie jego ramion, nie mówiąc już o łączącej ich więzi. Lecz Harry wykrzywia tylko usta w gorzkim uśmiechu.

— Jestem pewien, że próbowałeś. Kilkakrotnie. Nie zadziałało, co?

No dobra. Voldemort jest odrobinę pod wrażeniem.

— Nie – przyznaje, wiedząc, że się uśmiecha.

Harry pochyla się i mruży oczy.

— A więc? Wracając do mojego pytania: skąd masz moją krew?

Voldemort zastanawia się, czy mu odpowiedzieć. A może pozostawić w niepewności.

Jakby nie było, z krwią czarodzieja można zrobić wiele przerażających, niesamowitych rzeczy.

To kuszące – zostawić Harry'ego z takim strachem. Kuszące, ale nieefektywne. Bo choć właściwie wciąż nieuchwytne i nie do końca przejrzyste jest dla niego to, czego dokładnie od Harry'ego chce, takie zachowanie do niczego by go nie doprowadziło.

— Z naszego ostatniego pościgu w Albanii – przyznaje w końcu. – Zraniłeś się dłonią o skałę. To mi wystarczyło.

Harry parska, odkłada pióro i pociera dłonią twarz.

— No jasne.

Voldemort obserwuje, jak osuwa się na krześle i ściąga okulary, by potrzeć oczy.

Wygląda jak zawsze – za wyjątkiem ich spotkania na balu u Malfoyów – czyli nieco niechlujnie, ale pewnie siebie. Ubrany jest w mugolskie spodnie i bawełnianą koszulkę z dziurami przy kołnierzu, ukrytą pod zdecydowanie zbyt dużym swetrem, na którego piersi wyhaftowane zostało duże H. Włosy ma w kompletnym nieładzie. I Voldemort nie chce nawet myśleć o tym, co nazywa butami.

Lepsze to niż szlafrok i bielizna, ale absolutnie niedorzeczne w porównaniu z tym, jak brylował w porządnej, dopasowanej szacie podczas balu.

Voldemort zauważa również z roztargnieniem, że sprawia wrażenie zmęczonego. Ale biorąc pod uwagę, że wie, iż Harry siedzi w bibliotece Aleksandryjskiej od samego rana, ma to pewien sens.

Nigdy nie uważał Harry'ego za kogoś pilnie się uczącego. Skłonnego do przejrzenia w kilku książkach jakiegoś tematu, owszem, ale nie poszukującego wiedzy samej w sobie. Choć na pewno zbyt upartego, aby się poddać.

Byłoby to godne podziwu, gdyby nie fakt, że zarazem, z perspektywy przeciwnika, tak niesamowicie frustrujące.

— Chciałeś ode mnie czegoś konkretnego? – pyta Harry, wciąż pocierając oczy. – Czy może przyszedłeś tylko po to, by mnie sobie dla zabawy powkurzać?

Voldemort uśmiecha się szeroko.

— To taka opcja też jest możliwa? Gdybym wiedział, pojawiłbym się dużo wcześniej.

— Dupek – mruczy Harry i opuszcza dłoń, by spojrzeć na niego morderczo, choć bez złośliwości. – Czego więc chcesz?

Voldemort prostuje się.

— A jeśli ci odpowiem, Harry, mogę liczyć, że mi to dasz?

— Wszystko zależy od tego, o czym mówimy – oświadcza Harry, spoglądając na niego z ostrożnością, na którą być może Voldemort sobie odrobinę zasługuje.

Jakby nie patrzeć – ich poglądy zwykle raczej się od siebie różnią.

— Członkowie Wizengamotu dyskutują o projekcie ustawy, którą chcę uchwalić – mówi, zauważając, jak Harry natychmiast się prostuje, kładzie łokcie na stół i uważnie na niego spogląda. – Mam przeczucie, że zanim jeszcze w ogóle zostanie zaprezentowana, tylko i wyłącznie dlatego, że to ja ją proponuję, twój ojciec chrzestny postanowi ją obalić. Nie mówiąc już o tym, że wykorzysta do tego również twoje głosy, o ile nie powiesz mu, aby tego nie robił.

— Ty naprawdę przyszedłeś w interesach – mruczy Harry, marszcząc brwi, wykrzywiając usta i przeszywając Voldemorta wzrokiem, jakby szukał podstępu. – Naprawdę przyszedłeś po to, by zyskać moje polityczne poparcie.

Voldemort pochyla głowę – jedyne ustępstwo, na jakie sobie pozwala.

— Łał – mamrocze pod nosem Harry, po czym przekrzywia głowę. – No dobra, pokaż mi ten projekt.

— To dopiero szkic – informuje go Voldemort, dobierając uważnie słowa, wiedząc, że jeśli zdobędzie głosy Pottera i Blacka, z łatwością uchwali ustawę. I że bez nich czeka go naprawdę żmudna walka. – Całkowicie zrekonstruuje system identyfikowania magicznych dzieci urodzonych w niemagicznych rodzinach i to, w jaki sposób nasze społeczeństwo będzie się z nimi… obchodzić.

Obchodzić? – Harry unosi kpiąco brwi. – Jakże to ogólnikowo złowieszcze.

— Przyniesie korzyści każdej ze stron.

— Wybacz, ale nie wierzę ci na słowo – oświadcza Harry i wyciąga dłoń. – Projekt, Lordzie Gaunt.

Zaciskając szczękę, Voldemort obrzuca go spojrzeniem.

To byłoby takie proste, myśli. Szepnąć zaklęcie uśmiercające. Sięgnąć przez stół i owinąć palce wokół jego szyi.

Przypomina sobie jednak, że już kiedyś trzymał Harry'ego za gardło. Że ściskał je i obserwował, jak jego twarz czerwienieje i oczy zachodzą mgłą, usiłując złapać powietrze – w chacie jego matki, gdy ściskał w nieugiętych dłoniach horkruks Voldemorta. Jego palce drgają na wspomnienie rozprzestrzeniającego się pod nimi ciepła. Prawdziwa pokusa.

Sięga jednak do kieszeni płaszcza i wyciąga rolkę pergaminu.

— Obecny szkic – mówi.

Podaje go. I Harry go bierze.

Opierając się o krzesło, Voldemort zakłada nogę na nogę i splata dłonie na kolanach, podczas gdy Harry wsuwa znowu okulary na nos i rozwija pergamin. Zwój jest gruby, ma wiele stron, ale nawet nie blisko mu do wielkości, jaką przybierze, gdy będzie w końcu gotów do zaprezentowania przed Wizengamotem. Harry z zauważalnym grymasem przesuwa kciukiem po wysokim stosie, ale prostuje go na stole i pochyla się, z westchnięciem zabierając się za pierwszą stronę. Garbi się fatalnie, ale jest też wyraźnie skoncentrowany.

— Ustawa o relokowaniu magicznych dzieci? – pyta, nie podnosząc wzroku i Voldemort zauważa, że wykrzywia twarz, choć nie jest do końca pewien czy to z frustracji, czy z zamyślenia. – Niechże zostanie niniejszym uchwalona przez czcigodnych członków Wizengamotu. Zaprezentowany projekt ustawy, przegłosowany większością głosów, zrekonstruuje i unieważni Ustawę o namierzaniu magii używanej przez osoby nieletnie z roku 1697, we współpracy z przyszłymi regulacjami dotyczącymi magicznych dzieci urodzonych w niemagicznych rodzinach – włączając w to, ale nie ograniczając się do relokacji magicznych dzieci urodzonych w niemagicznych rodzinach pod opiekę magicznego opiekuna lub opiekunów w możliwie najmłodszym do wykrycia wieku…

Harry urywa, podnosi gwałtownie wzrok, a jego twarz zastyga w rozdrażnionym zdezorientowaniu. Początkowo Voldemort myśli, że będzie musiał przetłumaczyć mu polityczny żargon.

Wtedy jednak Harry wstrząsa głową i zaciska mocno usta.

— Czyś ty oszalał? Nie, czekaj, nie odpowiadaj. No jasne, żeś oszalał, przecież to żadna nowość.

Voldemort czuje, że rodzi się w nim coś bliskiego gniewu. Wykrzywia szyderczo usta.

— Myślałem, że być może zainteresuje cię zadbanie o bezpieczeństwo twoich drogocennych szlam – sarka i jakaś część niego, ta niezajęta byciem obrażanym, czuje zachwyt, gdy Harry trzęsie się ze złości wywołanej tą bez trudu rzuconą obelgą. – Nie przeczytałeś nawet całego projektu…

— Sama preambuła sugeruje, że zamierzasz porywać dzieci i wymazywać pamięć ich rodzicom – warczy Harry. – Wszystkie dzieci. Nawet te, których rodzice nie mają nic przeciwko posiadaniu magicznego potomka.

Voldemort prycha, macha ręką, odrzucając ten absurdalny argument, nawet się nad nim nie zatrzymując.

— Nawet jeśli nie mają nic przeciwko, magiczne dzieci potrzebują magicznego wychowania. Informowanie ich o wszystkim dopiero w wieku jedenastu lat to powód, dla którego zaczynają z gorszej pozycji i mają całe lata zaległości w stosunku swoich magicznych rówieśników. A to zaś sprawia, że na rzecz pojedynczych jednostek ogranicza się całościowy rozwój edukacyjny naszego społeczeństwa.

— No dobra, to informuj ich wcześniej – mówi Harry, jakby to było oczywiste i Voldemort mruga mimowolnie ze zdziwienia. – Niech wejdą do magicznego systemu edukacyjnego, gdy są młodsze, wraz z dzieciakami magicznego pochodzenia. Mugole idą do szkoły, gdy mają pięć lat. Wiem też, że większość czystokrwistych czarodziejów ma przed Hogwartem guwernerów. Dlaczego więc nie pozwolić im wszystkim zacząć wcześniej?

— Rdzeń magiczny czarownicy i czarodzieja nie jest wystarczająco stabilny, aby przed jedenastymi urodzinami poradzić sobie z różdżką – oznajmia Voldemort, choć gdzieś pomiędzy nazwaniem go przez Harry'ego szalonym, a przedstawieniem przez niego całkowicie logicznego argumentu, zniknął jego gniew i grymas.

Harry unosi brwi i macha rękoma, jak zwykle ekspresyjny.

No i? A kogo to obchodzi? Można nauczyć się bez różdżki tony różnych rzeczy – historii, teorii, ogólnych zasad numerologii, pisania pieprzonym piórem na pergaminie. Te rzeczy spokojnie można by było ogarnąć w czasie zajęć, a z pewnością bardziej niż porywanie mugolaków od rodziców pomogłoby zintegrować je z czarodziejskim światem.

Voldemort mruga ponownie. Przez długą chwilę w ciszy przygląda się Harry'emu – widocznej w jego oczach energii, zaróżowionym policzkom i płytkiemu oddechowi.

Och, myśli Voldemort, co za niesamowia szkoda, że nie stawi temu młodemu Lordowi czoła na salach Wizengamotu. Monotonne spotkania stałyby się wtedy o wiele ciekawsze.

Po raz kolejny – i to jeszcze przyjemnie – zaskoczony przez Harry'ego Pottera, Voldemort przyznaje:

— Nie pomyślałem o tym.

Oczy Harry'ego rozszerzają się za okularami. Opiera się on krzesło i fuka cicho.

— No jasne.

Voldemort posyła mu krzywy uśmieszek, a jego serce rozpala ciepłe zadowolenie. Czerpie z wytrącania Harry'ego z równowagi równie wielką przyjemność, z jaką Harry wytrąca z równowagi jego.

— Choć, oczywiście, nie do końca się z tobą zgadzam – dodaje Czarny Pan.

I Harry… Harry przewraca oczami i uśmiecha się.

— Oczywiście, że się nie zgadzasz – mówi niemal czule. – Gdyby to było takie proste i od razu byśmy się ze sobą zgodzili, świat by chyba eksplodował.

Voldemort zauważa, że i jego uśmieszek powoli się powiększa.

— Dokładnie.

— Obawiam się jednak, że nie będę mógł cię w takim razie poprzeć swoimi głosami. – Harry wzrusza ramionami. – A przynajmniej nie przy takim wyglądzie ustawy.

Rozkrzyżowując nogi, Voldemort pochyla się, kładzie łokcie na stół i splata przed sobą palce. Harry obserwuje go tymi swoimi ostrożnymi, zielonymi oczami, jak zwykle czujnymi, ze wzniesioną brwią, ale też niesłabnącym uśmiechem.

— Mam dla ciebie propozycję – oświadcza Voldemort, bo nie chce zakończyć tej rozmowy, nie spełniwszy swoich celów.

W ogóle nie chce zakończyć tej rozmowy.

Harry wzdycha i zerka na piętrzące się wokoło książki. Swoje badania i notatki, rzeczy, na których najpewniej sądzi, że powinien się koncentrować i Voldemort nie czuje nawet grama winy, że go od nich odciąga.

Nie jest to celowym, ale na pewno mile widzianym skutkiem ubocznym.

Wydając z siebie kolejne fuknięcie, Harry przestaje marszczyć brwi i również się pochyla. I Voldemort patrzy z lekką fascynacją, jak Harry debatuje, rozmyśla i ostatecznie podejmuje decyzję: opiera brodę o ręce i napotyka jego wzrok.

— No dobra – mówi i Voldemort wie, że widniejący na jego twarzy uśmiech robi się niebezpieczny, ale w ogóle go to nie obchodzi. – Zamieniam się w słuch.


Znacznie później Harry będzie obwiniał o to swoje zmęczenie.

No bo kto go może winić? Kto by chciał spędzać dosłownie miesiące na poszukiwaniu jakiejkolwiek choćby najkrótszej wzmianki o jednym tylko temacie, przekartkowując szeregi tekstów, nie mając nawet do końca pojęcia, czego konkretnie szuka?

Oprócz Hermiony, oczywiście.

Na swoją obronę – którą tak naprawdę może postawić wyłącznie samemu sobie, bo nikt inny w gruncie rzeczy nie wie, co właściwie robi – Harry ma to, że przeczytał już wszystko, co udało mu się znaleźć na temat magii dusz. Bez skutku. Rezonans dusz, więzi dusz, reinkarnacje, teoria dusz, a nawet pieprzone projekcje astralne – nic z tego nie okazało się tym, czego szuka, a tylko zakopało go pod stosami dziwacznych teorii, które pasowałyby bardziej do Trelawney niż opublikowanego na poważnie steku bzdur, udającego wiedzę akademicką.

Choć musi przyznać, że niektóre rzeczy dotyczące połączenia i rezonansu dusz przyprawiły go o gęsią skórkę, tak bardzo przypominają jego doświadczenia oraz więź z Voldemortem. Stara się o tym zbyt wiele nie myśleć.

Sęk w tym, że całą winę zrzuca na wyczerpanie badaniami. Winę o co? O fakt, że – nie po raz pierwszy w tym tygodniu – Voldemort zawraca mu głowę, bo Harry był na tyle głupi, by zgodzić się na pracowanie z nim nad projektem ustawy.

— Dałeś ten projekt swojej szlamie?

Harry wypuszcza długi, powolny oddech, zatrzymując się w połowie szukania książek na drugim piętrze biblioteki i przesuwania palcami po skórzanych tomach.

— Powiedz to słowo jeszcze raz, a możesz zapomnieć o jakimkolwiek poparciu z mojej strony.

Zerka na Voldemorta, głównie po to, by zobaczyć, czy ujrzy na jego twarzy irytację, która zalewa ich połączenie, i jest miło zaskoczony, gdy dostrzega bolesne rozdrażnienie. Zdarza się to coraz częściej – że przebiegła maska Lorda Thomasa Gaunta ustępuje przy Harrym miejsca ukrywanym pod nią prawdziwym uczuciom.

Choć wydaje mu się – i to pewnie słusznie – że to prawdopodobnie wynik tego, że tak czy siak nie mogą ukrywać przed sobą swoich emocji. Wszystkie fasady są więc zupełnie bezużyteczne.

— Jesteś irytujący – oświadcza Voldemort.

— Tak, wspominałeś. – Harry wzrusza ramionami i odwraca się, by zmrużyć ponownie oczy na wyblakłe litery zdobiące grzbiet stojącej przed nim książki. – Nie możesz mieć mi za złe, że chciałem, aby ktoś genialny sprawdził, czy oby na pewno wszystko jest tak, jak powinno.

Ściągając książkę z półki, Harry dodaje ją do rosnącego w jego ramionach stosu i wykreśla tytuł ze swojej listy. Ostatnia książka, w której czytał o rezonansie dusz, choć całkowicie bezużyteczna, cytowała kilka źródeł o tej tematyce. Z niektórymi się jeszcze nie zapoznał.

Gdy odwraca się, by przejść w głąb alejki, próbując rozkminić, gdzie mógłby znaleźć kolejnego autora, słyszy wzdychającego za jego plecami Voldemorta. Który żwawo za nim podąża, jeśli wierzyć odgłosowi uderzających o marmurową podłogę błyszczących oxfordek.

— Dlaczego w ogóle sięgnąłeś po jej pomoc? – pyta Voldemort, śledząc go, gdy przeszukuje rzędy książek. – Jeśli miałeś jakieś wątpliwości względem któregoś z fragmentów, z chęcią bym je rozwiał…

Harry przerywa mu krótkim parsknięciem i spojrzeniem znad ramienia, które wydaje się zatrzymać Voldemorta w pół kroku. Czarny Pan posyła mu grymas, zaciskając u boku palce.

Wygląda dziś inaczej. To niewielka różnica. Ledwie zauważalna – zarzucone na garnitur szaty i sposób, w jaki wystylizował włosy są bardziej formalne niż zazwyczaj. Harry nie musi się jednak długo zastanawiać jaki jest tego powód, biorąc pod uwagę poranne zebranie Wizengamotu.

— Co? – parska Voldemort, wciąż się wykrzywiając, nawet nie ukrywając pogardy; wygląda na to, że jest dziś jeszcze mniej cierpliwy niż zwykle.

— Po pierwsze, szczerze wątpię, byś cokolwiek zrobił dla mnie „z chęcią" – oznajmia Harry, przechodząc do kolejnego rzędu książek z depczącym mu po piętach Voldemortem. – Po drugie, nawet jeśli to prawda, nie uwierzyłbym ci na słowo. Jakby nie było, jesteś dziedzicem Slytherina.

Harry czuje przez ich więź napływający ze strony Voldemorta lekki dreszczyk. Dumę.

Przewraca oczami.

— A po trzecie – dodaje, naprawdę się w końcu zatrzymując, by spojrzeć prosto w oczy tej zarazie, jaką jest Czarny Pan – w przeciwieństwie do niektórych, nie jestem erudytą. Moja znajomość polityki jest, łagodnie mówiąc, minimalna i wiem, kiedy prosić o pomoc ludzi, którzy mi jej udzielą. Do tego, w przeciwieństwie do niektórych, nie jestem antyczny. Nie posiadam całych dekad doświadczenia. Rozsądne jest więc to, że zadbałem, by prócz mnie ktoś jeszcze zerknął na ten projekt, szczególnie że dotyczy praw, o których niewiele wiem. Nie mówiąc już o tym, że osoba, którą o to poprosiłem, znalazłaby się w najbardziej dotkniętej grupie demograficznej.

Voldemort mruga kilkakrotnie.

— Większość czarodziei dożywa dwustu lat. Z całą pewnością nie jestem antyczny.

Harry niemal się zadławia, lekko zszokowany, że to na tym właśnie z całej jego tyrady zdecydował się skupić Voldemort, ale przede wszystkim tym faktem zirytowany.

— A mimo to tak bardzo boisz się śmierci, że połamałeś sobie duszę na pół tuzina kawałeczków – warczy Harry. – Skoro już o tym mowa, przeszkadzasz mi w badaniach. Znowu.

Następnie Harry odwraca się na pięcie i odchodzi.

Jest całkiem pewien, że to koniec ich rozmowy, więc kieruje uwagę na kolejny rząd książek. Pewien, że zirytowali się nawzajem do tego stopnia, że tak poprzyciskał wszystkie właściwie guziczki, iż zapewnił sobie spokój przynajmniej na resztę dnia.

Jakby nie było, Voldemort rzadko zostaje w pobliżu, gdy Harry robi się na tyle uszczypliwy, by rozpocząć temat horkruksów.

I to Harry'emu pasuje. I tak nie lubi rozmawiać z Voldemortem o horkruksach. Przede wszystkim dlatego, że wie, iż troszczy się o nie bardziej niż kiedykolwiek zdolny będzie Voldemort. Postrzega je jako coś więcej niż tylko naczynia ukrywające fragment duszy. Coś więcej niż sposób na przeżycie.

Ponieważ Harry, w przeciwieństwie do Voldemorta, poświęca czas, aby ich posłuchać. W ciszy lasu lub w otoczeniu pustego mieszkania, Harry siada samotnie na łóżku z dwoma odłamkami duszy Toma Riddle'a w dłoniach i słucha. Wściekłych, złamanych szeptów chłopca, który tak bardzo się nienawidził, że dawno temu zabił samego siebie. Zostaje jedynym odbiorcą ich cichego bólu i w zamian szepcze im miękkie słowa otuchy.

Szczere mówiąc, troszczy się o te błyskotki zapewne bardziej niż kiedykolwiek troszczył się Voldemort.

— Twoja mugolaczka – mówi Voldemort i Harry wzdryga się ze zdziwienia, że go tak blisko siebie znajduje, opierającego się o wejście do alejki. – Ufasz jej poradom?

— Jest genialna – oświadcza Harry, marszcząc ze zdezorientowaniem brwi.

— Jest mugolaczką.

— A my półkrwi – odpowiada, mrużąc na Voldemorta oczy. Naprawdę nie rozumie, dlaczego tak bardzo upiera się on przy czystokrwistej propagandzie. – Poza tym, ma imię. Hermiona Granger. Używaj go.

Voldemort zaciska szczękę. To zazwyczaj znak rosnącego gniewu.

Mimo to wciska dłonie do kieszeni spodni i kiwa głową.

— W takim razie: panna Granger – poprawia się Voldemort. – Wiesz, kiedy odda ci swoje… porady?

— Znając Mionę? – Harry wzrusza ramionami, znów skupiając się w całości na stojącym przed nim mężczyźnie. – Dałbym jej weekend. Ale to czas Owutemów.

— W takim razie tydzień. – Voldemort kiwa głową. – Co zamierzasz robić w międzyczasie?

Harry opuszcza wzrok na trzymane książki, po czym ponownie go unosi.

— Ty tak na serio?

Voldemort przygląda się mu przez chwilę. Harry niemal boi się uśmiechu, który powoli rozciąga jego usta.

Zdajesz sobie sprawę, że tego, czego szukasz, nie znajdziesz w publicznych sekcjach biblioteki, prawda?

Harry przymyka oczy, próbując opanować chęć rzucenia trzymanymi książkami Voldemortowi prosto w twarz lub upuszczenia ich tu i teraz, gdzie stoi, i wyjścia z biblioteki.

Proszę, powiedz mi, że ukryta biblioteka Aleksandryjska nie posiada wewnątrz siebie jeszcze jednej ukrytej biblioteki.

Ciężar znika nagle z jego rąk. Harry otwiera oczy i widzi, że tomiska, które tak skrupulatnie zbierał, odlatują w odpowiedzi na machnięcie różdżki Voldemorta.

Który następnie przybliża się i chwyta go za nadgarstek.

— Chodź, Harry. Nie bądź tak rozczarowany. Pokażę ci.


Droga do ukrytego pomieszczenia na trzecim piętrze jest szybka. Automatyczna, mógłby ją chyba przebyć z zamkniętymi oczami, nawet mimo lat, które minęły, odkąd spędzał tu w młodości czas.

Gdy był jeszcze Tomem Riddle'em, podobnie jak Harry miesiącami buszował po publicznych sektorach biblioteki, pochłaniając każdy wartościowy kawałek literatury, jaki tylko wpadł mu w ręce. Napotkał jednak ten sam problem – normalne książki nie dostarczały mu zbyt wielu odpowiedzi. Musiał minąć niemal rok, nim udało mu się odnaleźć ukryte pomieszczenie – schowane za półkami, za sięgającym sufitu malunkiem piramid, u kresu ciemnego korytarza z piaskowca, rozświetlonego blaskiem ognia.

Harry usłużnie za nim idzie. Choć zwykle najeża się i protestuje przeciwko podążaniu, gdy w końcu pozwala się Voldemortowi poprowadzić, jest w tym naprawdę cudowny. Kiedy dyskutowali o projekcie ustawy, słuchał cierpliwie jego wyjaśnień, przerywając wyłącznie wtedy, gdy ostro się z czymś nie zgadzał lub gdy czegoś nie rozumiał. Teraz, kierowany uściskiem Voldemorta, idzie za nim, bardziej zaciekawiony niż zadziorny.

To przedziwne, że czuje pragnienie podjudzania tej ciekawości. Zobaczenia, czy rozkwitnie, tak jak rozkwitł umysł Harry'ego, przebiegły, silny i błyskotliwy.

To tylko dlatego, wmawia sobie Voldemort, ułatwia Harry'emu te badania. Badania, które, jak wie, i tak są bezcelowe. Choć tego, oczywiście, Harry'emu powiedzieć nie zamierza.

Drzwi, do których ostatecznie dochodzą, łatwo się im poddają. Wystarczy proste stuknięcie różdżką w widniejące pośrodku żłobienie. Wtedy otwierają się i wpuszczają ich do gabinetu.

Jest równie olśniewający i ostentacyjny, co sama biblioteka – choć nie posiada naturalnego świata, lejącego się zewsząd złota, jasnych kamieni i wznoszących się w nieskończoność pięter. Łukowatych sklepień, podtrzymywanych ciemnymi, drewnianymi belkami czy przepełnionych półkami ścian. Zamiast tego wszędzie wiszą pochodnie, które rozpalają się, gdy tylko Voldemort wciąga Harry'ego do środka, zamykając za nim drzwi. Stojąca daleko po drugiej stronie misa z wiecznym płomieniem oświetla na niebiesko twarz młodzieńca.

W gabinecie znajduje się coś więcej niż tylko książki i kilka dzieł sztuki. Są w nim artefakty, zaklęte obiekty i inne mroczne przedmioty, przed którymi ostrzega się młodych czarodziejów i czarownice.

Voldemort wszystkie je już widział. Przestudiował szczegółowo te, które go zainteresowały. Jego uwaga kieruje się zatem, jak zwykle w obecnych czasach, na Harry'ego Pottera.

Nadgarstek, który ściska w swojej dłoni, jest ciepły.

— Co to za miejsce? – pyta Harry.

Brzmi na oszołomionego. Jako że Voldemort dotyka jego skóry, wyczuwa przez ich połączenie nawet najbardziej subtelne niuanse jego emocji – zaciekawienie, trwogę i niechętny zachwyt.

— To, Harry – mówi, czując dziwne zadowolenie, gdy Harry przesuwa po pomieszczeniu wzrokiem. Świerzbią go dłonie i usta zalewa ślina, jakby połknął coś kwaśnego. To uczucie kończy się dopiero wtedy, gdy puszcza nadgarstek Harry'ego, by stanąć za jego plecami, położyć mu dłonie na ramionach i pochylić się, aby wyszeptać mu miękko i z przejęciem do ucha: — To wszystko, czego nie znajdziesz tam, gdzie mogłoby pogardzić tym społeczeństwo. Wszystko, co mroczne, przerażające i potężne.

Czuje, jak ściskane przez niego ramiona się napinają. Słyszy urwany oddech. Czuje walczące ze sobą w Harrym strach i pożądanie, gdy przywiera do jego pleców.

— Jakże to gryfońskie – droczy się Voldemort, nie będąc w stanie powstrzymać uśmiechu, który wykwita na jego twarzy, gdy Harry sztywnieje pod wpływem jego dotyku. – Samo czytanie o mrocznych rzeczach nie zrobi z ciebie mrocznego czarodzieja, Harry. Ciekawość to nic złego.

— Jestem pewien, że istnieje o ciekawości takie jedno powiedzenie – mamrocze Harry, choć nie jest to tak zgryźliwe, jak zwykle.

Voldemort mruczy pod nosem.

— I to miałoby cię powstrzymać?

Harry prycha i Voldemort czuje, jak leżące pod jego palcami mięśnie rozluźniają się, choć bez wątpienia pozostaje w nich pewne napięcie. Zastanawia się, co musiałby zrobić, aby zupełnie zniknęło.

— Wiem, co robisz. Nie jesteś nawet w połowie tak przebiegły, jak ci się zdaje.

— Ale ty jesteś ciekawy, czyż nie? – pyta Voldemort, ściskając jedno z jego ramion, drugą dłonią wskazując na rozpościerający się przed nimi pokój. — Jest tu to, czego szukasz, obiecuję ci. Ale nie tylko to. Sam spędziłem tu długie miesiące, czytając wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Na pewno nie będę cię osądzał, Harry.

Wtedy Voldemort odsuwa się. Puszcza jego ramiona, opuszcza ręce i obserwuje. Obserwuje, jak chłopak, przepowiedziany, by go zgładzić, robi niepewny krok do przodu. Obserwuje, jak Harry, jakże ostrożnie, wchodzi głębiej w pomieszczenie.

Jego palce drgają, wyczuwając utratę ciepłego ciała.

Voldemort czeka. Obserwuje i czeka, podczas gdy Harry okrąża pokój.

Nie podchodzi jednak jeszcze do poukładanych na półkach książek i Voldemort to rozumie. Jako pierwsze przyciąga go do siebie niebieskie światło wiecznego płomienia – okrąża wzniesioną na obsydianie misę i Voldemort dostrzega jego twarz. Zmarszczone brwi, lekko wygięte usta i jak zwykle zielone oczy, mimo że skąpane w błękitnym świetle.

Harry drga, jakby miał ochotę wyciągnąć rękę i jej dotknąć, ale się przed tym powstrzymuje. Voldemort nie ma wątpliwości, że Harry uczy się przez doświadczenie, brudząc sobie ręce. Raczej niewiele dają mu zapisane w starych księgach słowa czy ględzenie profesorów. Gdy oferuje się mu jednak coś namacalnego, coś konkretnego, co może fizycznie rozwiązać – rozkwita.

Voldemort zastanawia się, gdy oświetlony niebieskimi płomieniami Harry przechodzi obok kotła Pair Dadeni*, jak to by było się z nim teraz pojedynkować.

Harry mija artefakt za artefaktem, trzymając się blisko ścian ogromnego pokoju. Raczej przy niczym się na dłużej nie zatrzymuje, zbyt zajęty czytaniem plakietek umieszczonych pod każdym z przedmiotów – choć niewiele tak naprawdę mówią. Podają kilka nazw i, okazjonalnie, daty. Zbroja Örvar-Oddra**, srebrna, lśniąca i połyskująca; tarcza Dubán***, złota i wygrawerowana delikatnymi runami; Nægling****, miecz, zdecydowanie zbyt duży, by była go w stanie podnieść większość śmiertelników; odłamek Draconitu*****, czarny i nieskończony, lśniący smoczym ogniem, z którego został stworzony. Harry zatrzymuje się na chwilę tylko przy świętym źródle, ponoć tym samym, którego według legend użył Loptr do rozpętania Ragnaroku… A potem w końcu staje przed centralnym punktem pomieszczenia: leżącą pośrodku księgą stworzoną z litego czarnego złota.

Harry wpatruje się w dekorujące jej okładkę hieroglify, w zamek w kształcie gwiazdy i w wygrawerowanego pośrodku skarabeusza. Voldemort pochyla głowę, zafascynowany tym, jak grymas Harry'ego w jednej chwili znika i jak wyciąga on rękę, pozwalając palcom zawisnąć nad księgą.

Nawet z miejsca, w którym stoi, wyczuwa jego tęsknotę. Jakby natknął się na coś, czego nawet nie wiedział, że mu do tej pory brakowało. Jakby ta starożytna księga była czymś, co Harry czuje, że do niego należy.

To fascynujące.

— Co to? – pyta w końcu Harry szorstkim, niskim głosem, który rozbrzmiewa w ciemnym pomieszczeniu.

Voldemort przysuwa się do niego i spogląda na złote tomisko.

— Księga Umarłych******.

Harry gwałtownie cofa dłoń.

Że co?

Voldemort mija go i przesuwa palcem po okładce. Stojący u jego boku Harry drga, jakby miał ochotę siłą odciągnąć od niej rękę Voldemorta.

— Nazywana Czarną Księgą. Mówi się, że zawiera starożytne zaklęcia i inkantacje, zdolne ożywić umarłych.

Stojący przy nim Harry wzdryga się i przełyka z trudem ślinę.

— To prawda? Czy tylko kolejna legenda?

— Zależy – oświadcza Voldemort, obserwując, jak Harry śledzi jego umieszczoną władczo na księdze dłoń. – Kilku czarodziejom, oczywiście mrocznym, udało się… odnaleźć trochę prawdy w niektórych z zawartych w niej klątw. Wiesz, co to inferiusy, Harry?

Harry mruga kilkakrotnie.

— Nie.

— Zwłoki, ożywione magią – tłumaczy Voldemort i uśmiecha się szeroko, gdy Harry blednie. – Kukiełki. Nie są tak naprawdę żywe. Nie są też do końca martwe. Nekromancja. Są najbliższą rzeczą, jaką udało się komukolwiek osiągnąć, spełniającą oferowaną przez tę księgę obietnicę wskrzeszenia.

Harry oddycha płytko. Voldemort się tym zachwyca – tym, jak Harry na niego spogląda, jak przeszukuje wzrokiem jego twarz, jak subtelnie trzęsie się w sposób, który Voldemort widział u niego ostatnio, gdy miał zaledwie czternaście lat.

— Ty… — Harry urywa, oblizuje wargi i Voldemort niemal czuje jego strach; jego ciekawość. – I ty to zrobiłeś. Stworzyłeś inferiusa.

— Wiele inferiusów, Harry – poprawia go Voldemort, pochylając się, chcąc zasmakować tego strachu. – Nauczyłem się w czasie moich podróży. W Haiti. Krótko po tym, jak opuściłem Egipt, niewiele starszy od ciebie.

Harry mruga kilkakrotnie, a jego usta uchylają się, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć.

Nim jednak ma okazję, Voldemort wyciąga dłoń, odsuwając ją w końcu od Księgi Umarłych, i owija palce wokół szczęki Harry'ego.

— Chciałbyś, abym cię nauczył, Harry?

Harry robi chwiejny krok do tyłu, odtrącając rękę Voldemorta.

Jego strach szybko przekształca się we wściekłość. Voldemort z zaskoczeniem zauważa, że podoba mu się ta zmiana.

— Jesteś niezrównoważony – warczy Harry.

— A mimo to nie opuszcza cię ciekawość, co? – pyta z uśmieszkiem Voldemort.

Harry nie zaprzecza. Voldemort to wie, podobnie jak Harry.

Wyczuwa delikatne wyładowania elektryczne jego magii. Gwałtownej, dzikiej i wolnej.

Harry obraca się na pięcie i rusza w kierunku drzwi.

— Nie wracaj, póki się z tobą nie skontaktuję. Dopóki Hermiona nie odeśle mi notatek w sprawie ustawy, nie będę miał z tobą o czym rozmawiać.

Voldemort nie odpowiada. Harry zatrzymuje się jednak przy wyjściu i odwraca, by na niego spojrzeć.

— Muszę się powtarzać, czy zrozumiałeś, co powiedziałem? – fuka.

Voldemort, jak zwykle, gdy Harry go opuszcza, jest rozdarty między wściekłością a zachwytem.

— Zrozumiałem, Harry. Będę wyczekiwał twojej sowy.

Harry mu nie odpowiada, wymaszerowując stanowczo z pomieszczenia.


* kocioł Pair Dadeni – w mitologii walijskiej magiczny kocioł, który jest zdolny wskrzeszać zmarłych

** zbroja Örvar-Oddra – w mitologii nordyckiej niezniszczalna, jedwabna kolczuga

*** tarcza Dubán – w mitologii irlandzkiej tarcza Cúchulainna, która miała mieć całkowicie wyjątkowe grawerunki

**** Nægling – miecz używany przez Beowulfa; podczas jego ostatecznej walki ze smokiem pęka na pół

***** Draconit – mityczny kamień szlachetny, wyciągnięty z głowy smoka, mający ponoć magiczne właściwości

****** Księga Umarłych – staroegipski zbiór zaklęć, które miały pozwolić duszom zmarłych przenieść się w zaświaty; w popkulturze pozwalająca ożywiać umarłych