– Ach, dyrektorze. Zapraszam – powiedział Lord Voldemort głosem absolutnie pozbawionym emocji. – Dziękuję, że znalazłeś dla mnie odrobinę czasu w swoim jakże napiętym grafiku.

Nie przeczuwając niczego dobrego, Severus padł na jedno kolano od razu po przekroczeniu progu pokoju. Czarny Pan zaśmiał się krótko, łaskawie. To było dla niego nietypowe, widocznie coś wprawiło go w wyjątkowo dobry humor.

– Darujmy sobie wyszukany ceremoniał, wszak jesteśmy sami.

Największy i najgroźniejszy czarnoksiężnik rozsiadł się wygodnie przy rozpalonym kominku w południowym salonie Malfoy Manor – niegdyś ulubionym zakątku Narcyzy. W komnacie wygaszono wszystkie światła za wyjątkiem buzującego w palenisku ognia, zapewne aby w przyjaznej ciemności ukryć fatalny stan Lorda Voldemorta, który w niczym nie przypominał już człowieka. Olbrzymi wąż wił się wokół jego stóp, domagając pieszczot niczym wyjątkowo paskudny kocur.

– Wzywałeś mnie, panie? – Severus niezwłocznie przeszedł do rzeczy w złudnej nadziei, że będzie mógł szybciej wrócić do domu. Odruchowo oczyścił umysł, wypełniając go nieistotnymi przebłyskami z niezbyt ciekawego dnia, jakie zwykle spędzał w szkole.

– A, tak. – Voldemort bynajmniej się nie spieszył, uwielbiał bawić się jedzeniem. – Dotarły do mnie niepokojące słuchy, Severusie.

Miał ochotę zakląć, ale Czarny Pan na pewno by to usłyszał, nawet w jego myślach. Nie mógł najmniejszym gestem zachęcić go do grzebania w swojej głowie. Nie, odkąd przechowywał w niej coraz więcej zakazanej wiedzy i cudzych sekretów.

– Twoi towarzysze broni obawiają się, że straciłeś swój słynny pazur, dyrektorze – kontynuował Czarny Pan cichym, a jednak doskonale słyszalnym w każdym kącie salonu głosem. – Stałeś się miękki, a w szkole źle się dzieje. I to właśnie ty, Severusie! – Śmiech Voldemorta przypominał groźny syk. – Po wszystkich tych skargach, jakich musiałem nasłuchać się przez lata od Śmierciożerców zatroskanych stopniami swoich pociech. Cóż się z tobą stało?

Snape odchrząknął, wykorzystując ten ulotny moment na zebranie myśli. Spodziewał się tej rozmowy, ale nie tak szybko. Nie po tym, jak poszedł na ustępstwa.

– Zapewniam, że obserwacje poczynione przez Carrowa są mocno przesadzone. Mam wszystko pod kontrolą.

– Miło słyszeć, że przynajmniej przenikliwość nadal cię nie opuściła – pochwalił obłudnie Voldemort. – Pewne obiekcje dotyczące prezentowanej przez ciebie postawy rzeczywiście zgłosiła Alecto.

– Alecto? – powtórzył Snape. Ona sam myślał o Amycusie.

Czarny Pan z pewnością się uśmiechał, jednak w ciemności nie było tego widać. Nie miał już zresztą warg, którymi mógłby to robić… Mimo to upiorną wesołość dało się usłyszeć w jego głosie.

– Alecto nie wydaje się zadowolona ze swojej posady – stwierdził pozornie niezobowiązująco.

– Nie nadaje się do tego. – Severus nie dał się złapać na haczyk, pozostał brutalnie szczery wobec Mistrza. – Od początku zgłaszałem obawy co do jej kandydatury.

– A ja wydałem ci polecenie, miałeś sobie z tym poradzić, dyrektorze. – W rozbawionym tonie Voldemorta groźba błysnęła niczym skrytobójcza stal. – Zapewniałeś mnie, że będę zadowolony. Nie jestem zadowolony.

Z braku lepszych pomysłów ponownie spróbował uklęknąć, ale Czarny Pan powstrzymał go nasyconym irytacją ruchem ręki.

– Bez śmiesznych gestów, wolę usłyszeć, co masz na swoją obronę, Severusie. Nie wysłałem was do Hogwartu na wielkie szkockie wakacje, macie zadanie do wykonania, a ja oczekuję konkretnych rezultatów.

Severus też najlepiej sprawdzał się w konkretach. Poczuł się pewniej i zaczął mówić o misji programowej: w jaki sposób zamierzał mieszać uczniom w głowach i jakie wyniki osiągał w bieżącym okresie rozliczeniowym. Położył nacisk na już dokonane czystki oraz kolejne, które znajdowały się w bliskich planach na przyszłość. Wspomniał o kwitnących kółkach zainteresowań – dla tych, którzy pragną rozwijać zdolności związane z czarną magią lub chcą spróbować swoich sił podczas treningów dla przyszłych Śmierciożerców. Powtarzał kosmetycznie przeredagowane, pozbawione finezji banały, jakimi karmił go wiele razy wcześniej, ale Czarny Pan uwielbiał o tym słuchać. Przecież on sam również nie miał w sobie ani odrobiny subtelności.

– Dobrze, wspaniale. – Kiwał głową wyraźnie bardziej zadowolony, odkąd Nagini wspięła się na zagłówek fotela i oparła paskudny łeb na jego ramieniu. Podobna do tatusia jak dwie krople wody. – I jeszcze ostatnia sprawa – dodał Lord Voldemort, gdy Severus zdążył poczuć się bezpiecznie. – Z przyjemnością usłyszę słowo lub dwa o niejakiej Belli Brae.

Dyrektor Hogwartu zamarł w kompletnym szoku, z czego jego Mistrz świetnie zdawał sobie sprawę. Nie spodziewał się tego… To znaczy, owszem, podejrzewał, że prędzej czy później Carrowowie spróbują mu zaszkodzić, ale co ich obchodziła panna Buchanan? Chyba że tym razem nie Alecto była winna. Może i Voldemort był w jakiś niewytłumaczalny sposób związany z nadal nieodkrytymi tajemnicami dotyczącymi Belli Brae? Teraz, kiedy Severus już wiedział, czego była częścią, nawet specjalnie by się nie zdziwił. Panna Buchanan nosiła w sobie niebezpieczną wiedzę, która z pewnością nie zgadzała się z linią programową nowego tyrana.

– Bibliotekarka? – zdziwił się Snape fałszywie. – To tylko nowa pracownica, w dodatku niezbyt dobra.

– Doprawdy? Zatem z jakiego powodu poświęcasz tyle uwagi zwykłej bibliotekarce, dyrektorze? A może przekazano mi nieprawdziwe informacje?

Co powinien odpowiedzieć? Czy bardziej opłacało się przyznać, że obserwuje ją, ponieważ została zatrudniona przez Dumbledore'a w podejrzanych okolicznościach? Nie, to by go przesadnie zaintrygowało, chciałby wiedzieć więcej. Przyznać, że jest atrakcyjna fizycznie? To byłby zrozumiały czynnik dla każdego poza Voldemortem – jedynym światowym dyktatorem, który nie nurzał się w wyuzdanych orgiach. Co innego mógł wymyślić Severus, skoro miał w głowie całkowitą pustkę?

– To prawda – przyznał z namysłem. – Od początku roku szkolnego zajmujemy się inwentaryzacją, jak również reorganizacją szkolnego księgozbioru. Jest niezwykle ubogi, jeśli chodzi o zagadnienia szczególnie interesujące z naszego punktu widzenia. Zwłaszcza odkąd Alecto próbowała puścić z dymem znaczną część zasobów – poskarżył się, bez mrugnięcia okiem popychając koleżankę na celownik.

Podobnie szokująca wiadomość zrobiła wrażenie nawet na oziębłym Czarnym Panu. Rewolucja rewolucją, jednak istniały pewne granice.

– Alecto chciała palić książki?

– Zdążyłem w ostatniej chwili.

– I słusznie! Zbiory Hogwartu są zbyt cenne, aby je wystawiać na ryzyko. Poza tym są teraz moją własności, o czym z pewnością należy przypomnieć Alecto.

– Oczywiście, Panie. Tak właśnie zrobię.

– Postaraj się, żeby tym razem komunikat trafił do celu. Jeżeli nic innego nie przemówi do jej wyobraźni, przekaż jej ode mnie, że za każdą zniszczoną książkę pozbawię ją jednego odnóża, a nie ma ich aż tak wiele. Możesz odejść, Severusie.

Jakimś cudem podjął znakomitą decyzję taktyczną, odwracając uwagę Mistrza. Nie wierząc we własne szczęście, zaczął się powoli wycofywać do wyjścia – pokorny i pochylony w głębokim ukłonie. Czarny Pan odprawił go niemal przyjaźnie, pochłonięty własnymi myślami.

Gdy Severus wyszedł, najgłębsza ciemność w kącie za fotelem Lorda Voldemorta zafalowała, zmieniając fakturę. Po chwili wysunęła się stamtąd mroczna sylwetka od stóp do głów odziana w czerń.

– Witaj – rzucił krótko Czarny Pan ani trochę nie zdziwiony obecnością gościa. – Jak tam sprawy?

Przybysz nie marnował czasu na słowa, nie zsunął nawet kaptura dokładnie zasłaniającego jego twarz. Spod obszernej peleryny wydobył płócienną, mocno już przeciekającą torbę, po czym bezceremonialnie rzucił ją na kawowy stolik obok fotela Voldemorta. Nie była zasznurowana ani w żaden sposób zabezpieczona, więc niemal w tej samej chwili wypadły z niej dwa ludzkie przedramiona czysto ucięte poniżej łokcia. Potoczyły się na podłogę, padając u stóp Czarnego Pana. Po wewnętrznej stronie każdego z nich znajdował się dobrze widoczny Mroczny Znak – dość smętny na poszarzałym tle martwej skóry.

Voldemort skrzywił się, trącając stopą odrąbane szczątki, Nagini okazała nieco więcej zainteresowania. W tym czasie Bluebell odsunął się od ognia i wytarł w brudną szmatę zakrwawione ręce.

– Nie chodzi o to, że mam jakieś zastrzeżenia – zauważył Lord Voldemort z niesmakiem – ale wycięta skóra w zupełności by wystarczyła.

– Za dużo bałaganu – odpowiedział krótko Bluebell. – Sprzątanie zajmuje czas.

– Czas, który wolisz poświęcić na coś innego?

– Dokładnie.

– Jest to odpowiedź, którą mogę zaakceptować. Twoje usługi są doceniane i zostaną wynagrodzone. Dziękuję.

Bluebell w żaden sposób nie zareagował na pochwałę. Przeciwnie, wydawał się zniecierpliwiony. Popatrzył na drzwi, za którymi zniknął Snape. Czarny Pan zauważył to spojrzenie.

– A tymczasem powiedz mi, co myślisz o naszym drogim dyrektorze? – zapytał syczącym głosem.

Bluebell bez pytania czy skrępowania wrzucił zakrwawioną szmatę do ognia. Wkrótce salon zalał kopcący dym, którego Czarny Pan pozbył się machinalnym ruchem różdżki. Bluebell zastanowił się przez moment, po czym udzielił wyczerpującej odpowiedzi na pytanie Dziedzica.

Voldemort wygiął w uśmiechu pozbawione warg usta.

– Nie zaprzątaj sobie tym teraz głowy, na wszystko przyjdzie czas.


Ostatnią rzeczą, jakiej Severus spodziewał się, wychodząc w piątek po południu ze swojego gabinetu, była panna Buchanan stojąca pod ścianą naprzeciwko strzegącego wejścia gargulca i najspokojniej w świecie podziwiająca obrazy. Nie było żadnych wrogich napisów ani biegających po korytarzach chuliganów. Fala o wiele bardziej brutalnych szlabanów oraz oficjalna godzina policyjna zrobiły swoje. Istniały także dodatkowe plusy tej sytuacji – Alecto (wciąż osłabiona, ale wściekła jak demony) i Amycus mieli pełne ręce roboty od rana do nocy.

– Dzień dobry. – Bella Brae odrzuciła na plecy długi, artystycznie spleciony warkocz ozdobiony powczepinanymi losowo szkockimi dzwoneczkami i uśmiechnęła się do niego całą sobą. – Czy jest pan gotowy?

– Nie mamy dzisiaj lekcji, panno Buchanan – przypomniał, zastanawiając się w duchu, o co może jej chodzić.

– Wiem. W końcu jest piątek, czas odpoczynku, a ja wspominałam, że chciałabym coś dla pana zrobić. Zapomniał pan, dyrektorze?

Oczywiście, że pamiętał, ale nie potraktował jej oferty poważnie.

– Uznałem to za żart.

– Nigdy nie żartuję w sprawach jedzenia – odpowiedziała poważnie, choć jej szare oczy połyskiwały wesoło. Wyciągnęła zza pleców, po czym z dumą zaprezentowała mu torbę pełną sprawunków. – Odwiedziłam kuchnię, podjęłam negocjację ze skrzatami. Chyba znaleźliśmy wspólny język. Chętnie podzieliły się ze mną zapasami, jednak nie są zbyt skłonne do udostępnienia kuchni, być może coś się zmieni, gdy lepiej się poznamy. Mogę jednak zaimprowizować coś w kwaterze… To łatwiejsze, odkąd jestem w stanie znów posługiwać się czarami.

Severus rozważył dostępne opcje. Wyobraził sobie, jak w towarzystwie panny Buchanan zakrada się do kuchni i spędza miły wieczór śledzony zdumionymi spojrzeniami dziesiątek skrzatów domowych albo, dla odmiany, zamyka się z nią sam na sam w jej kwaterze…

Co zabawne, ani przez moment nie pomyślał, że może zwyczajnie odmówić.

– Z drugiej strony – odezwała się Bella Brae, zauważając jego wahanie. – Sądzę, że żadne z nas nie czułoby się komfortowo w ani jednej z wymienionych przestrzeni, dlatego mam lepszy pomysł.

– To znaczy?

Ponownie się uśmiechnęła i odwróciła bez słowa. Severus uznał to za znak, że powinien ruszyć za nią. Sam już nie wiedział, czy naprawdę nie ma na to ochotę, czy tylko tak dobrze się okłamuje. Bo prawda wyglądała tak: panna Buchanan fascynowała go od samego początku, a odkąd poznał jej sekrety, jeszcze trudniej było mu się wycofać. Dlatego podryfował za nią, powiewając obszerną peleryną. W przeciwieństwie do jego, kroki panny Buchanan były lekkie, niemal taneczne. Idąc, nuciła coś bardzo cicho. Nie mógł dosłyszeć słów, których i tak pewnie by nie zrozumiał. Korytarze były puste i spokojne, po drodze minęli jedynie kilka leniwie spacerujących duchów oraz panią Pince, która obrzuciła oboje nieprzychylnym wzrokiem, gdy Bella Brae życzyła jej miłego wieczoru, a Severus odruchowo skinął głową. Ku swojemu zdziwieniu zauważył, że nieznośna Szkotka schodzi coraz niżej. Minęła salę wejściową i skręciła w stronę lochów.

– Panno Buchanan, gdzie my właściwie idziemy? – zainteresował się.

– Nie domyśla się pan?

Tak naprawdę miał pewien koncept, ale nie podejrzewał, że panna Buchanan jest na tyle szalona, żeby tego spróbować. Nie docenił jej. Wieczorne życie w Slytherinie okazało się nieco bardziej ożywione w stosunku do reszty zamku i uczniowie w zielonych krawatach odwracali się za nimi, zerkając z zaciekawieniem. Ciekawe, co sobie myśleli? Mający obecnie ograniczony kontakt z młodzieżą Severus nie potrafił wyczuć klimatu i nie miał pojęcia, co mogą sądzić o bibliotekarce… i o nim w jej towarzystwie. Może zakładali, że spotyka ją właśnie jakaś wymyślna kara?

Panna Buchanan minęła dormitorium Ślizgonów, gabinet zajmowany obecnie przez Slughorna oraz kilka kolejnych sal o różnym przeznaczeniu. W końcu zatrzymała się przed klasą eliksirów, spoglądając na niego przez ramię. Jej oczy błyszczały psotnie, gdy cierpliwie czekała na reakcję.

– Jak rozumiem… To jest miejsce przeznaczenia? – zgadywał.

Zaśmiała się.

– Wszak znajdują się tam wolne kociołki, dodatkowo w dość dużej ilości, czyż nie?

– Owszem, jednak nie służą do gotowania gulaszu.

– Więc dobrze się składa, że nie mam go dzisiaj w menu.

Bella Brae uśmiechała się uroczo. Chyba ani przez moment nie pomyślała, że dyrektor może jej odmówić. Tak po prostu stwierdzić, że nie jest głodny i przepędzić na cztery wiatry. Albo ochrzanić za sam pomysł wykorzystania jednej z klas w tak bluźnierczy sposób.

Mógłby to zrobić, ale nie chciał.

– Nie sądzę, aby gotowanie w szkolnej sali było dobrym pomysłem, panno Buchanan, a już na pewno nie spełnia standardów BHP, nie wspominając o podstawowych zasadach higieny.

Bella Brae chyba po raz pierwszy przestraszyła się, że może zostać odtrącona. Wyraźnie posmutniała.

– Na szczęście mam alternatywną propozycję – dodał, nie chcąc trzymać jej długo w niepewności.

Severus poprowadził swoją towarzyszkę nieco dalej wzdłuż głównego korytarza lochów. Minął prywatne pokoje, które postanowił zatrzymać, docierając aż do zarezerwowanej dla siebie, osobistej pracowni, a następnie otworzył drzwi i obserwował, jak wymowne oczy Belli Brae rozszerzają się ze zdumienia. Nic dziwnego, był dumny zarówno z organizacji, jak i panującego wewnątrz porządku. Nie bawił się w ustawianie wszędzie słojów z paskudztwami w formalinie ani innych straszaków na uczniów – każdy element wystroju spełniał wyłącznie cele praktyczne: szafki i półki wypełnione były składnikami ułożonymi w przemyślany sposób, a pod ścianą dymiło kilka aktualnie zajętych kociołków. Dyrektor Snape, zmęczony swoją niewygodną pozycją w szkole, przeznaczył sporo cennego czasu i środków na reorganizację przestrzeni, w której wreszcie mógł być sobą.

– Ojej! – westchnęła Bella Brae. – Nie wiedziałam, że w szkole znajduje się jeszcze jedna pracownia eliksirów.

– Dostęp do niej mają wyłącznie profesorowie.

– To zrozumiałe, wygląda bardzo profesjonalnie.

– Czy powodowany osobistą ciekawością mogę zapytać, jaki był pani stosunek do dawniej nauczanego przeze mnie przedmiotu, panno Buchanan?

Zamyśliła się na moment, beztrosko spacerując i rozglądając się po wnętrzu. Przyniesione przez siebie produkty spożywcze porzuciła na solidnym dębowym stole przeznaczonym do przygotowywania składników. Severus niezwłocznie znalazł się obok i przesunął płócienną torbę bardziej na brzeg. Bella Brae zerknęła na niego z rozbawieniem.

– Mogę szczerze powiedzieć, że mieszany. Szkolne eliksiry za bardzo różniły się od tych, które znałam wcześniej.

– Co ma pani na myśli?

– Ponownie profesjonalna ciekawość? – Uniosła zabawnie jedną brew. – No dobrze. W wysokich górach używamy głównie mikstur leczniczych i nie podchodzimy do tego w tak naukowy sposób. Wiedza przekazywana jest w sposób niemal plemienny, z zielarki na zielarkę. Każda z nich jest spadkobierczynią wielkiej matki Cailleach i… Zanim pan zapyta – przerwała, widząc, że tylko czeka na okazję, żeby się wtrącić. – Sprawa dotyczy również mugolek, nie są wyłączone z cyklu dziedziczenia wiedzy. W wysokich górach nikt nie zwraca uwagi na takie głupoty. Jeżeli twoja matka albo babka była cailleach feasa albo cailín, ty prawdopodobnie też jesteś do tego predestynowana. Albo jeśli zbyt wiele czasu spędzasz, patrząc w gwiazdy i snując się po lesie. Albo jeśli masz zeza, to również wyraźny znak, że zostałaś dotknięta Mocą. Proste.

Bella Brae zaśmiała się cicho pod nosem, pewna, że nic z tego nie zrozumiał. Aż tak w niego nie wierzyła… A jednak zdołał ją zadziwić.

– Czy to właśnie te obserwacje pchnęły pani rodziców do badań? – zapytał, przywołując w pamięci ich ostatnią lekcję.

Panna Buchanan unikała jego wzroku. Odwróciła się i zaczęła wypakowywać ze szmacianej torby warzywa, które wyniosła z kuchni. Wydawała się zakłopotana na myśl o wspomnieniu, które mu pokazała.

Gdy sięgnęła po pierwszy lepszy z brzegu nóż do cięcia, Severus interweniował błyskawicznie. Był srebrny, zdecydowanie zbyt dobry do krojenia marchewki. Podał jej inny, zupełnie zwyczajny i niezbyt ostry. Uśmiechnęła się, dotykając rękojeści i zarazem jego chłodnych palców. Zmusił się, żeby nie odsunąć się odruchowo. Bella Brae zaczęła z kolei rozglądać się za wolnym kociołkiem i ponownie źle wybrała.

– Ten nie – pouczył ją suchym tonem Snape. – Wprawdzie został już dwukrotnie wyczyszczony, ale eliksir, który niedawno się w nim znajdował, nie należał do przyjaznych. Gdyby się okazało, że przypadkiem uchował się w nim choć drobny ślad… Oboje nie zobaczylibyśmy więcej świtu.

– A to byłaby wielka strata, prawda? – rzuciła niezbyt przejęta podobną informacją. – Co znajduje się w tamtym?

Pod ścianą bulgotały trzy średnio interesujące preparaty, ale czwarty odstawał od reszty. W kociołku nie było wody, tylko jakaś przedziwna substancja – ani płyn, ani gaz – która unosiła się i opadała nad krawędzią niczym gęsta mgła. Kiedy Bella Brae, nadal z nożem w jednej ręce i nieobranym ziemniakiem w drugiej, zbliżyła się tam, wyraźnie się skrzywiła. Wokół potwornie śmierdziało alkholem.

– Czyżby próbował pan samodzielnie pędzić whiskey? – zagadnęła roześmiana. – Ale nie wygląda właściwie.

– To tylko pewien projekt, nad którym pracuję.

Nieśmiało uniosła dłoń nad kociołkiem, dotykając falującej substancji. Coś poczuła, lecz nie do końca. Mgła odrobinę czepiała się palców, ale mimo wszystko pozostała niemal metafizyczna.

– Alkoplazma? – zauważyła bystro.

Spodobała mu się ta nazwa, sam nie wymyślił jeszcze żadnej. Nie planował jednak wtajemniczać jej w swoje sprawy.

– Proszę się tym nie interesować – polecił.

– Oczywiście, dyrektorze.

Bella Brae wróciła do stołu i z energią zabrała się do krojenia, podczas gdy Severus osobiście poszukiwał odpowiedniego dla niej kociołka, który nie będzie wykazywał śmiercionośnych właściwości. Biorąc pod uwagę, jakiego rodzaju warzycielstwo uprawiał po godzinach mistrz eliksirów, wybór był doprawdy ograniczony. Ostatecznie ustawił na pozycji zwyczajny, byle jaki kociołek, z którego od dawna nie korzystał.

– Zatem pani rodzice… – przypomniał, rozpalając ogień na palenisku.

– Stanowili tylko część pewnego szeroko zakrojonego projektu ministerstwa magii – odpowiedziała Bella Brae, szybko i sprawnie szatkując warzywa. Z nożem, tak jak i z nożyczkami, radziła sobie świetnie. – Widział pan do czego ich to doprowadziło… Dlatego nie lubię o tym mówić. Więcej nawet, oficjalnie nie wolno mi o tym nawet pamiętać. Temat został ostatecznie pogrzebany.

– Rozumiem.

– Ale wnioski… – zaczęła Bella Brae i natychmiast urwała, gdy jej głos zadrżał nerwowo. – Były prawdziwe. Gdyby zachować otwarty umysł i respektować specjalne potrzeby edukacyjne, to każdy… Każde dziecko mogłoby się uczyć magii, mając idealnie równe szanse powodzenia.

Zapadła cisza, podczas której każde z nich pogrążyło się we własnych myślach. Bella Brae zajęła się przygotowywaniem bliżej nieokreślonego posiłku i jak w wypadku każdego innego rękodzieła – szło jej doskonale. Severus obserwował uważnie wszystkie jej ruchu, jednak nie sprawiała wrażenia, jakby zamierzała go otruć… Mimo że zdradziła mu tyle potencjalnie niebezpiecznych tajemnic.

Jakiś czas później warzywna potrawka wesoło bulgotała na ogniu. Nie przypominała absolutnie niczego ani nawet nie wyglądała apetycznie.

– Nie pamiętam, czy wyraziłem wcześniej to zastrzeżenie, ale nie zjem haggisa – odezwał się Severus po dłuższej przerwie.

Bella Brae zaśmiała się głośno, wyraźnie rozluźniając.

– Zapewniam, że haggis tak nie wygląda. Na pewno by go pan rozpoznał, jest okropny!

– I to mówi rodowita Szkotka?

– Och, proszę nie zrozumieć mnie źle, potrafię przygotować haggis i robiłam to wiele razy, zwłaszcza gdy w domu zjawiali się ważni goście. Ludzie chyba po prostu tego oczekują. Ale nigdy nie sprawiało mi to przyjemności. Sam proces… Jest obleśny. – Wstrząsnął nią dreszcz obrzydzenia. – To zdecydowanie nie jest potrawa, która dobrze wyraziłaby moje uczucia, a przecież to panu obiecałam.

– Nie? Dlaczegóż to?

– W wysokich górach… Życie jest ciężkie. Mięsa zawsze brakuje, dlatego trzyma się je dla gości. Gdy moi rodzice stracili pracę i musieliśmy wrócić do domu… Cóż, bywało krucho, zwłaszcza wobec wysokości czesnego w Hogwarcie. Nie, jeśli naprawdę chce pan dostać dobre, pożywne jedzenie i w ten sposób zostać zaliczony do grona domowników, nie będzie to mięsna potrawka. A już na pewno nie haggis… Wyraża szacunek, ale niewiele więcej, przynajmniej nie w moim przypadku. W prawdziwej, domowej polewce znajdzie się za to mnóstwo niespodzianek: zioła znalezione w lesie, na polach i wrzosowiskach. Wszystko w zależności od tego, gdzie zaprowadziłby mnie wiatr i matka Cailleach.

– Więc co to będzie? – dopytywał zaintrygowany Snape.

– Cierpliwości, proszę pana.

Skąpana w ziołowych oparach panna Buchanan wyglądała niczym wiedźma z ludowych opowieści, które tak chętnie przytaczała. Z powodu wilgoci jej włosy stały się jeszcze bardziej puszyste i nie pomógł fakt, że zapobiegawczo splotła je w gruby warkocz. Krótkie włoski tuż nad jej czołem poskręcały się w loczki i sterczały na wszystkie strony. Naturalnie coś nuciła i cała aż jarzyła się w przytłumionym świetle mistrzowskiej pracowni.

– Cóż, z pewnością nie jest to kuchnia gourmet, ale…

– W takim razie chciałbym zachować prawo do wzgardzenia, jeśli coś wyda mi się niejadalne.

– Spokojnie, nawet nie pomyśli pan o wyegzekwowaniu tego prawa. Gwarantuję!

Wkrótce pojawił się kolejny problem – sposób podania. Bella Brae z właściwą sobie swobodą sięgnęła po znajdujące się najbliżej szklane zlewki… Severus w jednej chwili zbladł i wyrwał je z jej rąk. Po długim namyśle wybrał w końcu dwa kamienne moździerze, które wydały mu się najodpowiedniejszym substytutem miseczek do zupy. Dezynfekował je chyba całą wieczność, zanim podał rozbawionej kucharce.

– Och, to cud, że zostało jeszcze dno, choć wydaje się podejrzanie cienkie – zażartowała.

Snape zachował twarz kamienną jak jego moździerz, gdy otrzymał swoją porcję polewki. Panna Buchanan rozsiadła się na tym samym stole, na którym wcześniej przygotowywała posiłek, zakrywając spódnicą porzucone obierki marchewek. Przewrażliwiony na punkcie porządku Severus na pewno by ją powstrzymał, gdyby nie był zajęty analizowaniem zawartości swojego talerza. Bella Brae nie miała takich oporów. Zaciągnęła się głęboko aromatem własnego dzieła, po czym skosztowała pierwszą łyżkę – może na zachętę dla towarzysza, a może, żeby go zapewnić, że danie nie zawiera trucizny.

– Mmm – zamruczała. – Smakuje dokładnie tak, jak powinna.

– Doprawdy? – rzucił sceptycznie.

– Proszę się nie krępować.

Powinien odmówić. Po co mu to było? W ogóle nie powinien się na to wszystko zgadzać, powinien być teraz daleko stąd. Niestety, za późno. A skoro i tak nie mógł już nigdzie uciec, równie dobrze mógł kontynuować swój chwilowy obłęd.

Spróbował.

Rzeczywiście nie było to nic wielkiego. Zwyczajna warzywna potrawka, wręcz uboga, jeśli chodzi o urozmaicenie składników. Jednak jak wszystko, czego dotknęła Bella Brae, jej kuchnia również zawierała w sobie niewytłumaczalną magię.

– A nie mówiłam! – ucieszyła się, pilnie śledząc jego reakcję.

Było dobre, choć za żadne skarby nie przyznałby tego wprost. Pokiwał tylko niezobowiązująco głową, nieświadomy, że już wcześniej zdradził się ze wszystkim. Wrażliwa Bella Brae nie potrzebowała słów.

– Może dokładkę? – zaproponowała.

– Nie, dziękuję.

– Jest pan pewien?

– Nie słyszała pani o tym, że przyjemności należy dawkować, panno Buchanan?

– Ha, czyli jednak! – zaśmiała się.

– Słucham?

– Jednak dobre, właśnie sam pan to przyznał.

– Potwierdzam, że… znośne.

– Zadowolę się taką recenzją. Na razie. – Ani trochę się nie zniechęcała. – Następnym razem wycisnę z pana więcej werbalnych zachwytów.

– Czyżby?

– Przynajmniej spróbuję – zagroziła.

– A będzie następny raz?

– Tak. Dla pana własnego dobra, dyrektorze. Jest pan raczej szczupły, zdrowy posiłek od czasu do czasu na pewno się panu przyda.

– Wzajemnie, panno Buchanan – nie pozostał jej dłużny po tej nieco zbyt szczerej uwadze. – Jeżeli nie powiedzie się pani z książkami, zawsze może pani wystarać się o posadę w zamkowej kuchni.

– Aha, czyli jest aż tak dobrze?

– Powiem to tylko raz. – Kąciki ust dyrektora drgnęły. – Jest. Ale zaprzeczę, jeśli komukolwiek to pani powtórzy.

Bella Brae zachichotała, po czym zgrabnie zeskoczyła ze stołu, pociągając za sobą kilka warzywnych obierek. Odłożyła na bok swoją miseczkę i najprawdopodobniej chciała uwolnić od pustego naczynia również Severusa. W każdym razie zbliżyła się, wyciągając rękę, a w tym samym momencie on również postanowił wstać. Prawie się zderzyli, więc panna Buchanan odruchowo przytrzymała się jego ramienia. Spojrzała prosto w czarne oczy i z jakiegoś nieodgadnionego powodu spłonęła rumieńcem od szyi aż do czoła.

W tym samym momencie otworzyły się drzwi.


Przedstawienie, które właśnie rozgrywało się na oczach zdumionej Minerwy McGonagall, było co najmniej dziwaczne. Snape, bibliotekarka w jego ramionach oraz powalający zapach garkuchni roznoszący się w pracowni eliksirów – jak można opisać to jednym słowem? Albo nawet kilkunastoma? Wicedyrektorka była tak wytrącona z równowagi, że zupełnie zapomniała, dlaczego szukała przełożonego.

– Dobry wieczór państwu – zabrała głos, gdy powszechna petryfikacja trwała odrobinę za długo.

Bella Brae natychmiast odsunęła się od Severusa, skrywając zarumienioną twarz. Wyraźnie zirytowany dyrektor odchrząknął. Gdy zorientował się, że wzrok Minerwy z zainteresowaniem kieruje się w stronę kociołka z potrawką i obierek warzyw, czym prędzej evaneskował wszelkie ślady zbrodni. Panna Buchanan nie zgłosiła pretensji, zajęta pospiesznym zbieraniem ze stołu swoich rzeczy.

– Dobranoc – szepnęła, mijając w progu nauczycielkę transmutacji.

Wypadła z klasy szybciej, niż pozwalało na to dobre wychowanie. Nawet nie czekała na odpowiedź.

– Profesor McGonagall – przejął pałeczkę Snape, gdy jego towarzyszka uciekła. – Czym mogę pani służyć?

– Ja… To znaczy… – Zebranie myśli wciąż przychodziło jej z trudem po tym, co właśnie zobaczyła.

– Jak rozumiem, chodzi o jakąś sprawę niecierpiącą zwłoki, tak? – nie podarował sobie złośliwości.

Sprawiał wrażenie autentycznie wściekłego. Najchętniej jak najszybciej pozbyłby się starszej nauczycielki, czyszcząc przy okazji jej pamięć. Nie podobał mu się sposób, w jaki na niego patrzyła. Wolał klasyczną pogardę niż ten zdezorientowany wzrok. Wiedział, że zacznie wszystko analizować, a nadmierne myślenie mogło ją skierować w zakazane rejony.

– Profesor McGonagall? – przypomniał o sobie ponownie.

– Chodzi o dzisiejsze szlabany, dyrektorze. Profesorowie Carrow i Carrow postanowili w ramach wolontariatu przejąć dyżury.

Severus westchnął ciężko.

– Proszę mi wskazać drogę.

Wędrowali razem korytarzami, a Minerwa rzeczywiście zaczęła się zastanawiać – dokładnie tak, jak się obawiał.

Snape zabił Dumbledore'a. Snape należał do Śmierciożerców. Snape zaliczał się do najgorszych, przewrotnych, wyrachowanych zdrajców. Wykorzystał swoją szansę, żeby przejąć władzę nad szkołą w imieniu Voldemorta. Sprowadził ze sobą najgorszych zbirów bez krzty honoru, proponując im posady i dając wolną rękę w karaniu dzieci. A jednocześnie…

Snape robił też wiele innych rzeczy. Po ostatnim incydencie nie wtrącał się w sposób dyscyplinowania uczniów, choć miał prawo podejrzewać, że kara okaże się zbyt lekka. Na tyle, na ile mógł, pilnował Carrowów, trzymał ich na bardzo krótkiej smyczy. Zasłonił Bellę Brae, gdy myślał, że może jej się stać coś złego… i spędzał z nią podejrzanie dużo czasu, odkąd Alecto obrała ją sobie za cel.

Czy to przypadek? A może tkwił w tym wszystkim jakiś dodatkowy czynnik, który McGonagall przegapiła zaślepiona własnymi uprzedzeniami?

– Severusie – niespodziewanie zwróciła się do niego po imieniu, gdy już zbliżali się do sali, w której odbywały się szlabany.

Odwrócił się ku niej zdumiony, ale jego twarz zwyczajowo nie wyrażała niczego. Przynajmniej do momentu, kiedy zza grubej ściany nie doleciał ich dziecięcy wrzask.

Crucio.

Kurwa.

Znowu.

„Nie lubił Carrowów", uświadomiła sobie Minerwa. „Od samego początku nimi gardził".

– Severusie – powtórzyła. – Czy chciałbyś mi o czymś powiedzieć?

– Nie rozumiem.

Na zewnątrz pozostawał nieporuszony, jednak coś jej mówiło, że to tylko pozory, a w środku dzieje się znacznie więcej.

– Ty i Albus… mieliście swoje sekrety – podjęła odważnie. – Jeżeli to wszystko jest częścią jakiegoś większego planu, mogę pomóc. Nie musisz dźwigać tego sam, chciałabym, żebyś o tym wiedział.

Twarz Severusa na moment się zmieniła. Przez chwilę wydawało jej się, że może… Ale nie. Gdy rozległ się kolejny krzyk, przez twarz dyrektora przebiegł spazm bólu, jakby to na niego rzucono torturującą klątwę. Później całkiem się przed nią zamknął.

– Nie wiem, o czym pani mówi, profesor McGonagall. Sądzę, że mamy aktualnie ważniejsze sprawy niż teorie spiskowe, nie uważa pani?

Straciła swój moment, trudno. To była zaledwie pierwsza próba, klęska jej nie zniechęcała.

Bo Minerwa McGonagall nie planowała się łatwo poddać.