Mijają dwa lata i oto wchodzę ja – cała na zielono!


Oh the minute I put them on
I knew I had done something wrong
All her gifts for the dance had gone
It's the red shoes, they can't stop dancing, dancing
(Kate Bush: The Red Shoes)


Szukajcie słabego ogniwa, powiedział Pan.

Wbrew temu, co się o nim opowiada, Lord Voldemort nie był wielkim strategiem. O nie, był ponurym, niekochanym dzieckiem, które dobrze wiedziało, że aby coś mieć, trzeba to siłą zabrać komuś innemu. A później go zabić, żeby na pewno nie upomniał się o swoje. Nawet po wielu, wielu latach nie przepracował dawnej traumy i nie pozbył się dziecięcych kompleksów. Nie wymyślał nic nowego ani nie planował z wyprzedzeniem – po prostu od początku grał nieczysto. Jakby tego było mało, przejawiał charakterystyczną dla większości cyników (oraz jednostek o zaburzonym poczuciu własnej wartości), absurdalną skłonność do kiczowatego mistycyzmu i teorii spiskowych. Podobno najstraszniejszy czarnoksiężnik bez duszy i serca był przesądny niczym panienka z prowincjonalnego miasteczka. Dlatego tak łatwo dał się opętać przez jedną, idiotyczną przepowiednię wygłoszoną przez (nie da się ukryć) mocno szemraną wróżkę w mocno podejrzanych okolicznościach.

Gdyby Severus wiedział, co się wydarzy tamtego wieczoru Pod Świńskim Łbem, zadbałby o to, aby nigdy tam nie trafić. Przecież oryginalnie nie został wysłany do Hogsmeade z powodu Sybilli, tylko… Dumbledore'a.


– Uczyć? – Zaskoczony i bardzo młody Snape, który przystał do Czarnego Pana skuszony wizją wielkich rzeczy, jakich mógłby dokonać, nie zdołał ukryć zawodu w swoim głosie. – Nigdy nie chciałem uczyć.

Voldemort nie musiał się odzywać. Strumień wściekłości szybujący w stronę smarkatego adepta był tak silny, że omal nie rozsadził mu głowy. Severus zatoczył się w tył i pokornie opadł na jedno kolano.

– Hogwart musi być kontrolowany – wysyczał Czarny Pan.

Severus popełnił kolejny błąd. Nie zdążył w porę zablokować umysłu, więc krnąbrne pytanie: "Dlaczego kurwa ja?" wyświetliło się w jego myślach niczym na gigantycznym telebimie.

– A kto? – prychnął Voldemort. – Może Malfoy? Albo Lestrange?

Nawet głęboko w tej chwili dźgnięty w miłość własną Snape musiał przyznać, że byłby to wyjątkowo kiepski pomysł. Nikt przy zdrowych zmysłach (ani nawet Dumbledore) nie uwierzyłby, że którykolwiek ze śmierciożerców o arystokratycznych korzeniach obudził się rano w swoim złotym łóżku w marmurowym pałacu i nad talerzem owsianki przyprawionej diamentami z kawiorem odkrył w sobie nagłe powołanie do kariery w magicznej oświacie.

Z kolei Severus…

Powiedzmy sobie szczerze – to nie była najgorsza ścieżka rozwoju dla młodego człowieka z kiepskim rodowodem, który pochodził nie dość, że z rodziny upadłej i zmugolałej, to jeszcze od lat i na ostatnim oddechu unoszącej się nad powierzchnią rynsztoka. Snape ledwo zdołał skończyć Hogwart, a już wisiały nad nim długi za ostatnie czesne i na dalszą edukację nie było go stać. Utrzymywał się, klepiąc chałupniczo eliksiry dla pewnego koncernu z Pokątnej i dorabiając w szemranych zielarniach na Nokturnie (czego absolutnie nie dało się wpisać w CV). Bez mistrzowskiego patentu nie mógł liczyć na więcej, tymczasem długie i trudne studia kosztowały krocie. Psie pieniądze, jakie z trudem zarabiał, pochłaniała śmierciożerca działalność wywrotowa: dobry płaszcz z wężowej skóry kosztuje, zwłaszcza jeśli jest czarny (pieprzony podatek od bycia stylowym sukinsynem), a białe maseczki niszczyły się i brudziły po jednym użyciu. Szkoda, że lepiej uposażeni członkowie fanklubu Czarnego Lorda nie pomyśleli o ustanowieniu funduszu stypendialnego dla biednych przydupasów. Podobno niektórzy – Blackowie świadkami – dorabiali się bajecznych fortun na czarnej magii, podczas gdy Severus nadal dyndał na końcu łańcucha pokarmowego.

A Hogwart…

Za żadne skarby świata całego nie chciałby tam wracać. Gdy o tym myślał, jego żołądek skręcał się w supeł. Za dużo wspomnień, za dużo urażonej dumy, za dużo wszystkiego. Jednak jedzenie było całkiem niezłe (w dodatku za darmo), a do tego w pakiecie dochodziła przestronna służbowa kawalerka (również gratis) plus całodobowa skrzacia obsługa – niezły interes w porównaniu z mierzącą jakieś 120 cm od podłogi do sufity klitką na strychu jakiegoś goblina, którą Severus wynajmował za zbójecki czynsz.

Nie należało też zapominać o najważniejszym: Snape ukończył szkołę ze wszystkimi honorami jako ponadprzeciętny uczeń, obiecujący materiał na naukowca. Byłaby to więc całkiem dobra przykrywka. Hogwart miał wszak znakomity program wsparcia dla pragnących podnosić swoje kwalifikacje członków kadry pedagogicznej. Były pieniądze, były ulgi, było klepanie po plecach za dobrą robotę. Gdyby Severus miał szczęście, studenckie czesne spadłoby o połowę, ucinając przy okazji wydatki na wikt i opierunek. Wprawdzie tryb zaoczny i/lub korespondencyjny nie brzmiał tak atrakcyjnie jak dzienne studia, ale już pal sześć. Przynajmniej nie musiałby spędzać dni w towarzystwie bogatych debili, którzy zabłąkali się na uniwerek wyłącznie dla szpanu, ewentualnie żeby przedłużyć sobie dzieciństwo.

Tak, zdecydowanie mógłby zostać nauczycielem.

Przynajmniej w międzyczasie.

No i Czarny Lord i tak wydał mu rozkaz, więc specjalnie nie miał wyboru.


Szukajcie słabego ogniwa, powiedział Pan.

I nie żartował.

Szpiegowanie Dumbledore'a wydawało się młodemu Snape'owi nie tyle zadaniem skomplikowanym, co niewykonalnym – głównie dlatego, że uważał starego dyrektora za skończonego idiotę z początkami demencji. Nie lubił go i nie szanował, jak również sądził, że uczucia te są odwzajemnione. Podanie o przyjęcie do pracy składał, nie licząc na sukces. Odmowa rozwiązałaby zresztą wiele jego problemów.

Niestety, gwiazdy mu nie sprzyjały (lub, biorąc wszystko pod uwagę, wręcz przeciwnie), bo profesor Slughorn właśnie podjął decyzję o przejściu na emeryturę, a dyrektor napotkał trudności w znalezieniu następcy. Mijał upalny czerwiec, nowy rok szkolny powoli wyglądał zza zakrętu, ale półroczne intensywne poszukiwania nie przyniosły ze sobą nawet pół kociołka sensownego kandydata, nie wspominając o całym człowieku. Zamiłowanie do eliksirów rzadko występowało w narodzie, ta dziedzina magonauki powszechnie uchodziła za trudną (ciągle tylko mieszanie, mieszanie i mieszanie – kota można dostać!), znojną (samotne godziny spędzane w dusznej, ciemnej pracowni) i nieefektywną (drobna pomyłka mogła w ciągu kilku sekund zmienić całodzienny wysiłek w kolorowy, wybuchowy ser pleściowy, a pechowego mistrza eliksirów w plamę na suficie). Pojawiał się też współistniejący problem – uczniowie żywcem nie znosili eliksirów, które stanowiły wypadkową nudnej pamięciówy z rosyjską ruletką, zatem nauczanie tego przedmiotu było katorgą, przez którą Severus nie miał ochoty przechodzić.

Dlatego w pierwszym odruchu aplikował na stanowisko nauczyciela OPCM. Biedny Severus jeszcze wtedy nie wiedział, że tę posadę dostaje się w Hogwarcie wyłącznie po znajomości. Nie dość, że odpadł na wstępie, to jeszcze dostał burę od wściekłego Voldemorta.

– Głupek, głupek, głupek! Przeklęty mieszaniec! Mogłeś wszystko zniszczyć, idioto!

Chęć nauczania obrony przed czarną magią sugerowała bowiem, że kandydat zna ją niepobieżnie, z którego to powodu automatycznie stawał się jednostką podejrzaną. Zwłaszcza jeśli przy okazji ubierał się, zachowywał i wysławiał jak Severus Snape.

Nie wszystko było jednak stracone, ponieważ po odrzuceniu podania dotyczącego OPCM, dyrektor z wrodzoną uprzejmością sam skontaktował się z młodym kandydatem i zaproponował mu przedyskutowanie wachlarza oszałamiających możliwości zawodowych, jakie daje nauczanie eliksirów.

– Pójdziesz tam i zdobędziesz tę posadę – polecił Lord Voldemort nieznoszącym sprzeciwu tonem. – A potem znajdziesz dla mnie słabe ogniwo.


To był paskudny dzień. Niby pierwszy lipca, ale lało od samego rana i mroziło co najmniej jak w listopadzie. Pomieszkujący ostatnimi czasy w Londynie Snape zdążył zapomnieć, jak bezlitosny klimat panuje na północy. Nie skupiał się jednak na minusach swojej obecnej sytuacji, bo szybko odkrył, że plusów jest znacznie więcej. Śmierciożercom wykonującym tajne misje na zlecenie Czarnego Pana przysługiwał bowiem całkiem pokaźny budżet delegacyjny (w końcu!), który pokrywał koszty akomodacji oraz inne drobne wydatki. Dzięki temu Severus mógł wynająć na kilka dni pokój Pod Świńskim Łbem, żeby nieco się rozejrzeć, wybadać teren, a także – w sprzyjających okolicznościach – dostarczyć w zębach satysfakcjonujący raport z oględzin. Tymczasem jednak, ze złotymi galeonami wesoło obciążającymi kieszenie szaty, spokojnie podszedł do baru.

– Jeszcze raz to samo – rzucił.

Aberforth wprawdzie wyglądał, jakby siedział w swojej własnej knajpie za karę, ale nadal serwował znakomitą Ognistą Whisky. Szkła zabrzęczały, powietrze i zatoki przeciął ostry zapach alkoholu i dzień od razu stał się nieco mniej paskudny.

– Cześć, Sev.

A może wcale nie.

Snape zakrztusił się pierwszym łykiem, bo oto zmaterializowało się obok niego mistyczne zjawisko, jakich nie widuje się na co dzień. Z oparów kadzideł, spośród tysiąca warstw kolorowych szali i w akompaniamencie brzdąkającej biżuterii wyłoniła się z niebytu ni kobieta, ni ważka, w której młody śmierciożerca z najwyższym trudem rozpoznał…

– Trelawney?

– Ty też w sprawie ogłoszenia? – Nie wiadomo, czy Sybilla użyła swojego trzeciego oka, ale odgadła bezbłędnie. – Szybko poszło, co? Miała być wielka kariera w wielkim świecie… A tu dupa blada.

– Domyślam się, że nie ma zauważalnego popytu na wróżki?

– Niestety – odpowiedziała kwaśno. – Nie znalazłam dla siebie miejsca na wysoce konkurencyjnym, magicznym rynku pracy. W końcu gdy ojciec załatwił mi rozmowę u Dumbledore'a, pomyślałam: "A co mi tam!".

– Ambicje są w życiu najważniejsze – skomentował uprzejmie Severus.

– Życie ssie – skontrowała szybko Sybilla.

– Niewątpliwie byłoby to dla mnie zaskoczeniem, gdybym już wcześniej tego nie wiedział.

Przyjrzał się jej uważniej. Wyglądała na przeżutą, wyplutą i przemieloną przez świat, choć miała dopiero dwadzieścia lat, a promieniującej z niej wszystkimi porami goryczy nie mogły ukryć ani wymyślne ozdoby, ani naprawdę paskudne okulary, które sobie sprawiła jako szczęśliwy talizman na nową drogę życia. Najwyraźniej za murami szkoły nie czekało na nią to, na co liczyła.

Severus dobrze znał to uczucie.

– Drinka? – zaproponował.

Właśnie znalazł swoje słabe ogniwo.


Snape ze wstydu miał ochotę tłuc łbem o ścianę, zahaczając przy okazji wszystkie co ostrzejsze przedmioty na wyposażeniu mniej niż skromnego pokoju Pod Świńskim Łbem. Ale trudno, niech pierwszy rzuci Crucio ten, kto nie ośmieszył się podczas swojej pierwszej poważnej rozmowy kwalifikacyjnej.

– Witaj, Severusie – powiedział uprzejmie dyrektor Dumbledore, gdy o wyznaczonej godzinie pojawił się w jego saloniku. – Jak dorosłe życie traktowało cię do tej pory, mój drogi?

Wyglądał zupełnie tak samo jak ostatniego dnia w Hogwarcie, kiedy wręczał mu dyplom ukończenia szkoły. Sympatyczny, uśmiechnięty staruszek z szokująco nietrafionym gustem, jeśli chodzi o wybór kolorystyki szat. Agresywna dojrzała śliwka nie licowała z godnością jego urzędu, podobnie jak drobne okularki w złotych oprawkach, które zapewne wypożyczył z jakiegoś karykaturalnego obrazka zawieszonego w gabinecie. A jednak w starym jak góry czarodzieju było coś jeszcze... Twarz jak maska, której za żadne skarby nie dało się odczytać, i moc w pomarszczonych dłoniach ukrytych w wykończonych fikuśnym haftem, rozkloszowanych rękawach.

I tyle wystarczyło.

Młody Snape z miejsca zaliczył krytyczną awarię systemu. Od lat śnił wprawdzie dumne sny o potędze i zdarzało się, że robił straszne rzeczy, jednak w głębi duszy nadal był tylko głupim dzieciakiem, który nie odebrał najlepszego wychowania ani nie miał szansy oblatać się w tak zwanym eleganckim świecie. Dlatego nagle zapomniał, jak wydobyć z siebie dźwięk, pocił się jak świnia i nie miał pojęcia, co zrobić z rękami czy nogami, które wydawały się o wiele za długie, gdy siedział z potencjalnym przełożonym w ciasnym pokoiku. Być może po prostu zjadła go trema, bo tak naprawdę za chuja nie wiedział, co powinien osiągnąć tym spotkaniem. A może wreszcie w pełni uświadomił sobie przerażającą prawdę: oto miał się zmierzyć z magiem, którego panicznie bał się sam Wielki Czarny Pan. Jak w takim razie on miał sobie z tym wszystkim poradzić?

Dyrektor nie ułatwiał sprawy. Już na wstępie stało się jasne, że wie, po co Severus tak naprawdę przyszedł. Wprawdzie ani słowem nie zdradził, że ma świadomość, w jakim towarzystwie jego były uczeń obecnie się obraca, ani nie dał do zrozumienia, że nie traktuje poważnie jego kandydatury na stanowisko pełnoetatowego nauczyciela (a przecież nie mógł jej tak traktować, na Salazara!). Jednak Severus czuł, całym wiercącym się na krześle, chrząkającym jak gruźlik, śmiertelnie udręczonym sobą czuł, że Dumbledore bada go tak samo, jak on planował badać jego. Na całe szczęście paranoiczny Snape mógł być szarozielony w zakresie twarzy i życiowego doświadczenia, mógł doznawać właśnie ataku paniki, mógł w stresie wymachiwać ramionami jak wiatrak i walczyć ze składaniem sylab w sensowne ciągi, jednak nawet w tak żałosnym położeniu utrzymywał wokół siebie silne bariery, które były w stanie przetrwać wojnę atomową.

Rozmowa szła opornie, pierwsza konwencjonalna herbatka wylądowała na dywanie razem z czajniczkiem i cukiernicą, a alkoholu jakoś nie wypadało proponować. Mimo wszystko Dumbledore wydawał się świetnie bawić, kiwał uprzejmie głową jak dobry dziadek i udawał, że nie zauważa kolejnych gaf, jakie w każdej sekundzie popełniał coraz poważniej rozważający samobójstwo niedoszły profesor Snape. W najbardziej rozpaczliwej chwili ocaliło go to samo, co zawsze. Oprócz uprzejmej pogawędki dyrektor zaplanował sprawdzian umiejętności wierzycielskich. Gdy Severus w końcu nie musiał już się odzywać, wszechświat wrócił na swoje miejsce. Dostał nowiutki, bardzo solidny kociołek, zestaw składników na każdą okazję i wolną rękę, by zaprezentować swoje umiejętności. W tej samej chwili z ulgą przestał myśleć o czymkolwiek innym i nawet nie zauważył, kiedy upłynęła kolejna godzina.

Teraz Dumbledore patrzył na niego zupełnie inaczej zza zaparowanych okularów. Zanurzył chochlę w kociołku i uważnie obejrzał próbkę eliksiru. Nadal zżerany przez nerwy Snape sam nie pamiętał, co takiego uwarzył. Miał tylko nadzieję, że nie było to nic nielegalnego.

– O, drogi chłopcze. – Dyrektor po raz pierwszy spojrzał na niego z cieniem sympatii. – Powiedz mi, ile pestek granatu zdążyłeś już zjeść?

Severus skrzywił się, jakby rozbolał go ząb, czyli – w swoim własnym mniemaniu – uśmiechnął się swobodnie do rozmówcy.

– Nie używałem owoców, nie było ich w przepisie. Czy uważa pan, że powinienem? – zwrócił się niczym profesjonalista do profesjonalisty.

Ale tak naprawdę doskonale zrozumiał, co dyrektor miał na myśli, i wcale mu się to nie spodobało.

On wiedział, wiedział, WIEDZIAŁ.

Wszystko wiedział, przejrzał go na wylot.

I cholera wie, co zamierzał z tym zrobić.

– Mam jeszcze kilka umówionych rozmów z innymi kandydatami – poinformował uczciwie Dumbledore, przechodząc na oficjalny ton. – Odezwę się, gdy podejmę ostateczną decyzję.

Po wyjściu dyrektora Severus czuł się chory. Potrzebował przynajmniej trzech dni w łóżku, żeby w pełni dojść do siebie, jednak nie miał tyle czasu, Zabawa przecież dopiero się zaczęła: jego rozmowa była zaledwie przekąską na zachętę, teraz nadszedł czas na główne danie.

Sybillę Trelawney.


Severus dokładnie nie wiedział, czego się spodziewał. Po prostu posłuchał instynktu, który przekazał mu prostą prawdę: sam nie miał szansy wgryźć się w łaski Dumbledore'a na tyle, by wślizgnąć się do szkoły. To było niewykonalne. Nie mógł jednak wrócić do Lorda Voldemorta z niczym, potrzebował kreatywnego rozwiązania. Wtyki. Podwykonawcy. Outsourcingowanego szpiona. Owcy na rzeź.

A wtedy Gwiazdeczka numer dwa spadła mu jak z nieba.

Poprzedniego wieczoru wyśpiewała mu wszystko. Smutną pieśń o nieszczęśliwym życiu, nierealistycznych oczekiwaniach i pogruchotanych nastoletnich marzeniach. Oczywiście próbowała dostać się do Thule, jedynego oficjalnego stowarzyszenia jasnowidzów i badaczy niewyjaśnionych zjawisk multiversum – zbiorowiska dość ekscentrycznego nawet jak na standardy czarodziejskiego świata, które zrzeszało jego najbardziej konserwatywną i przesądną część. Całkiem niezła ścieżka zawodowa, jeśli wziąć pod uwagę, że zbiór największych świrów pokrywał się niemal idealnie ze zbiorem najbogatszych, starożytnych rodów. Jednak prawdziwi wróżbiarze – jakkolwiek to brzmi – bez trudu rozpoznali, że zezowate trzecie oko Sybilli nie przedstawia żadnej wartości. A oprócz bliżej niesprecyzowanego "talentu" i domniemanych genetycznych predyspozycji Sybilla Trelawney nie miała nic do zaoferowania: po siedmiu latach szkoły nadal myliły jej się konstelacje, nie opanowała na tyle zaawansowanej matematyki (zresztą niby gdzie, skoro program Hogwartu tego nie obejmował?), aby prawidłowo wykreślić i wyliczyć indywidualny horoskop ani nawet nie radziła sobie z symboliką kart Tarota (przynajmniej na tyle, na ile omijający lekcje wróżbiarstwa szerokim łukiem Severus potrafił to ocenić). Po tej porażce Sybilla imała się różnych zajęć i ostatecznie skończyła w mugolskim wędrownym cyrku. Nie dało się upaść niżej. Była zdesperowana, co czyniło z niej cel idealny. Severus nie wątpił, że zdoła wzruszyć czułe serduszko dyrektora i wypłakać u niego pracę, a on tylko musiał być wtedy w pobliżu i coś z tego wycisnąć dla siebie.

Snape wiedział, o której godzinie odbędzie się rozmowa Sybilli, więc zapobiegawczo czaił się w pobliżu jej pokoju. Nadstawiał uszu i trzymał rękę na pulsie. Pilnował swojej zdobyczy. Miał w tym przypadku wyjątkowo dobre przeczucia, jednak nawet w najśmielszych snach nie spodziewał się, na co tak naprawdę natrafi.

Zaniepokoiła go cisza. Trelawney od zawsze miała ostry, przenikliwy, wyjątkowo nieprzyjemny dla ucha głos (zupełnie jakby zatrzymała się na etapie nastoletniej mutacji). Severus nie musiał się specjalnie wysilać, żeby słyszeć ją przez grube drzwi (a zaklęć nie odważył się rzucać, znajdując się tak blisko Dumbledore'a). Wtem przemądrzały monolog Sybilli o sławnej babce, niespotykanym darze widzenia poprzez materię, czas i świat duchowy oraz milionie wizji, których doznawała niemal bez przerwy, urwał się jak przestrzelony Avadą. W pokoju coś upadło, coś ciężko uderzyło o coś innego, a w końcu rozległ się dziki wizg, jakby coś tam implodowało.

Zaraz potem Severus usłyszał upiorny głos, pod wpływem którego uniosły się wszystkie włosy na jego ciele.

Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana.

Niczym przyciągnięty niezwykłym magnetyzmem Snape coraz bardziej zbliżał się do drzwi, aż niemal nadział się na klamkę.

Czy to było… TO?

Zrodzony z tych…

Słyszał kiedyś od Aurory, że Sybilli zdarza się mówić dziwnymi głosami, szczególnie przez sen, ale myślał, że to żart… Albo kolejna bujda wymyślona w ramach kreowania mistycznego imidżu. Sam nigdy nie był tego świadkiem. Aż do teraz.

A narodzi się…

Severus podszedł jeszcze bliżej. I tym razem pokpił sprawę. Natrafił butem na skrzypiącą deskę i narobił hałasu.

Proroctwo zostało gwałtownie przerwane, najpewniej za pomocą sprawnie rzuconego zaklęcia tłumiącego. Nieco za późno, ale widać nawet Dumbledore się starzał i nie był już taki ostrożny. Od wyciszenia należało zacząć. Snape jednak wiedział, że zabawa skończona, i czym prędzej wycofał się do bezpiecznego cienia pod schodami.

Akurat w tej chwili nawinął się przed drzwi Sybilli zupełnie przypadkowy przechodzień, jeden z wielu szemranych gości zawsze obecnych Pod Świńskim Łbem. To jego zobaczył dyrektor, gdy wyszedł z pokoju, i to na niego padły przykre podejrzenia. Został czym prędzej usunięty z gospody.

Tymczasem Snape czaił się w przyjazny mroku i czekał. Usłyszał zaledwie ułamek czegoś, co nosiło wszelkie znamiona jedynej prawdziwej przepowiedni, jaka kiedykolwiek wydostała się z ust Trelawney, a to było za mało. Musiał znać całość.


– No cześć.

Severus usilnie starał się od niechcenia opierać o framugę, czego nie potrafił wiarygodnie odegrać. Na szczęście Sybilla znajdowała się obecnie w stanie, który uniemożliwiał jej należytą ocenę gry aktorskiej dawnego kolegi – a być może nawet przeprowadzenie jego pełnej identyfikacji. Na milę woniała bogatym bukietem najtańszych dostępnych alkoholi z dominującymi nutami wiśni i beznadziei. Miała poważny problem ze skupieniem wzroku na czymkolwiek poza butelką Ognistej Whisky, którą wyciągnął właśnie w jej stronę wieczorny gość.

Otworzyła szerzej drzwi pokoju.

– Jak twoja rozmowa, Syb? – zapytał.

Wzruszyła chudymi ramionami. Spłynął z niej co najmniej jeden szal i reszta złudzeń.

– Aż tak źle?

– On wie – wyznała Trelawney płaczliwym pijackim bełkotem. – Wie, że nic nie wisssę. Widzę. Że jestem osssustką. Mistycznie ślepa jak kret. Jak on se… ze mną rozmawiał! Jak z upośledzonym dziessskiem.

– Nie dostałaś pracy?

– Najgorsze, że… Nie wiem.

– Jak to?

Twarz Sybilli wydłużyła się, gdy próbowała skupić rozproszone, podtopione myśli. Nic jednak nie chciało wypłynąć na powierzchnię.

– Nie pamiętam końca rozmowy.

– Nie?

Snape w końcu nabrał śmiałości. Wszedł do pokoju i starannie zamknął za sobą drzwi. Zabezpieczył je zaklęciem, tak na wszelki wypadek. Sam jeszcze nie wiedział, jak daleko będzie musiał się posunąć, żeby… Nie spodziewał się jednak problemów. Sybilla będzie współpracować i przy odrobinie szczęścia nic z tego nie zapamięta.

– Może zasss… Zasnęłam? – mamrotała, prowadząc go w głąb pokoju. – Kto wie? To byłby ideany… idełalny… Idealny koniec koszszszmarnego dnia. – Ponownie wzruszyła ramionami i tym razem coś na pewno wyrwało się na wolność spośród warstw starych szmat, w które się owijała. Nargle? Mole? W każdym razie na pewno nic dobrego. – Nisss nie wiem. To nie powinno byśśś takie trudne, co?

– Co takiego?

– Szycie. Życie.

"Życie może nie, ale to na pewno będzie dziecinnie łatwe", myślał Severus, widząc ten totalny upadek.

– Tak bywa – rzucił filozoficznie.

Rozsiadł się na kanapie i obserwował. Uważnie rozglądał się po pokoju. Sybilla posiadał chyba jeszcze mniej rzeczy niż on. Poza tym, co miała na sobie, w zasadzie nic. Na krześle wypatrzył porozciąganą, dziurawą torbę wykonaną ze zszytych byle jak skrawków kolorowego materiału, na podłodze pogiętą bransoletkę, pod stolikiem porzucone wahadełko. Z najtańszego metalu, a w związku z tym pozbawione jakichkolwiek właściwości magicznych. Możliwe, że była to zwykła mugolska zabawka.

Postawił butelkę Ognistej na niskim stoliku, Sybilla, zataczając się, poszła po szklanki. Gdy zdejmowała je z półki, przy okazji strąciła szklaną kulę – małą i mętną, pewnie również z przeceny. Tanizna roztrzaskała się w drobny mak.

– Kurwa.

– Pomogę ci – zaoferował Snape.

Przejął od niej szklanki i do jednej z nich wlał ukradkiem przezroczysty eliksir. Szybko zalał go whisky, fiolkę schował do kieszeni. Miał bardzo zwinne palce, nie żeby zajęta zbieraniem szkła, pijana w sztok i tonąca w depresji Trelawney mogła cokolwiek zauważyć.

– Ała – syknęła.

Nie miała nawet różdżki. Zacięła się w palec i bezradnie patrzyła na cieknącą krew. Obraz nędzy i rozpaczy.

– Zostaw to. Napij się.

Severus zaoferował jej drinka. Sybilla miała już tak zaawansowane problemy z motoryką, że musiał sam po nią wstać, podnieść i usadzić na tapczanie obok siebie. Praktycznie włożył szklankę w jej bezradne dłonie, po czym patrzył, jak pije do dna.

Niemal się uśmiechał.

– Dobre – westchnęła Trelawney, krzywiąc się. – Stać cię?

– Miewam lepsze momenty.

– Czyli ciebie zatrudnił?

– Nie.

– Czemu?

– Myśli, że jestem śmierciożercą – wypalił Severus.

– A jesteś? – Sybilla spojrzała na niego zezem.

Nie chciał tego mówić, samo jakoś wyszło. Dlaczego? Bo wiedział, że Sybilla i tak nic z tego wszystkiego zarejestruje na dłużej. Nie musiał się pilnować, nie musiał się kryć. Mógł mieć to gdzieś, a jednocześnie… Może kupiłoby mu to nieco jej zaufania?

– Jesteś? – naciskała.

Wzruszył ramionami.

– Czyli jesteś. Opłaca się chociaż?

– Niespecjalnie.

– Tak słyszałam – powiedziała cicho, coraz mniej przytomnie, choć ze znacznie większym niż dotąd sensem. – Nic nie ma. Nichźie. Nigdzie. Nie ma prasssy dla młodych ludzi. To najgorszy czas, żeby zaszynać… Zaczynać. Żeby wchosssić na rynek prasssy… No tak… tak...

Sybilla zapadła się głębiej w siedzisko, głowa miękko opadła jej na bok i w dół. Odpływała. Była pijana jak bela, a do tego powoli zaczynał działać eliksir. Pozostawał jednak jeden problem: czy pamiętała swoją przepowiednię i ile? Bo jeżeli nie kłamała i naprawdę zapomniała… Cóż, wtedy to zadanie okazałoby się znacznie, znacznie trudniejsze.

Severus sięgnął po drinka, wypił whisky do dna. Potem pochylił się nad Trelawney, spróbował unieść ku sobie jej twarz i zajrzeć w oczy. Gdy robił to Czarny Pan, wyglądało tak prosto, niemal tak naturalnie jak oddychanie. Młody Snape nie był jeszcze aż tak dobry. Owszem, ćwiczył, ale głównie na mugolach, co było zbyt łatwe, i nigdy nie szukał niczego konkretnego, nie tak bardzo jak teraz. Skupił się…

I musiał się więcej napić.

"Byle tylko nie pomylić szklanek i nie załatwić się własnym eliksirem", myślał. To byłby koniec.

Wzmocniony alkoholem poczuł się pewniej – wszak pijakom zawsze sprzyja szczęście – i był gotowy podjąć kolejną próbę. Przysunął się jeszcze bardziej do półprzytomnej Sybilli, zbliżył twarz do jej twarzy. Wybrała akurat ten moment, aby otworzyć oczy. Oczywiście wszystko opacznie zrozumiała. Zarzuciła mu ramiona na szyję.

– Sev…

– Co powiedziałaś Dumbledore'owi? – zaczął.

– Nic. Kazał mi coś przepowieźieć, ale ja nisss… Nic. Nic nie widziałam. Nicnicnic.

– A potem? Co było potem?

– Nic.

Trelawney przymknęła powieki. Źle. Leciała mu przez ręce. Jeszcze gorzej. Nie miał pojęcia, co robić. Potrzebował jakiegoś połączenia, okienka, szpary… Czegokolwiek, żeby wedrzeć się do środka.

– Syb? – spróbował znowu. – Powiedziałaś mu coś. Pamiętasz?

– Na górze róże, na dole… Sev. A wszędzie dookoła krew.

Teraz patrzyła na niego uważnie. Małymi oczami rozszerzonymi do tego stopnia, że powinny dawno popękać brzegach. Spojrzenie miała szkliste, niewidzące, nieprzytomne.

Oto nadchodzi ten – wyrzuciła z siebie obcym, głuchym głosem, który wydawał się pochodzić z innego świata.

W końcu!

Severus nie cieszył się długo tym sukcesem. Wtem wróżka kompletnie zmiękła w jego rękach, jak szmaciana lalka. Nie mógł jej dłużej podtrzymywać, ułożył ją wygodniej na kanapie i teraz znalazł się nad nią. Tragiczne położenie. Może jednak przesadził z eliksirem? Trzeba było dostosować dawkę do wzrostu, do wagi, do stanu, do obłędu…

– Nadchodzi – mamrotała Sybilla. – Nadchodzi. Nadchodzi.

– Co dalej? – Snape stracił cierpliwość i zaczął nią potrząsać. – Mów!

– Nie wiem.

Gówno! Gówno! Gówno!

Kompletna porażka.

A może... nie?

Choć prawie nieprzytomna, Sybilla nadal ciasno obejmowała go za kark i stopniowo przyciągała do siebie. Znajdowali się obecnie w takim położeniu, że postronni świadkowie nie mieliby żadnego problemu z jednoznaczną interpretacją jego intencji. Być może zatem również dziewczęcy umysł Trelawney snuł właśnie fantazję, o jakiej nawet nie odważyłaby się pomyśleć na trzeźwo. Snape najpierw poczuł absolutne przerażenie… A potem już nie. Wprawdzie chciał wejść jedynie do jej głowy, jednak czasami ścieżka do celu prowadziła okrężną drogą.

Pochylił się jeszcze niżej, szepnął coś bez sensu. Słowa nie miały znaczenia, liczył się ton. Sybilla jęknęła, Severus też, ale z odmiennych powodów. Metoda nie była idealna i sam nigdy by jej nie wybrał (gdyby faktycznie miał jakiś wybór), ale działała. Na zdezelowaną emocjonalnie Sybillę te pozory intymności zadziałały lepiej niż narkotyk w drinku.

Tego, co stało się później, Severus nie wspominał nigdy. NIGDY. Musiał obierać ją z tych wszystkich ciuchów jak czosnek – pocierać, zdzierać i zdrapywać co bardziej oporne warstwy szali, spódnic, halek i czego tam jeszcze, dobrze wiedząc, że pod tym wszystkim nie czeka na niego interesująca nagroda. Kościste kolana i biodra do niczego nie zapraszały, raczej ostrzegały, że nieostrzożny odkrywca może się łatwo pokaleczyć w czułe miejsca. Ale czego się nie robi się dla dobra sprawy?

Bo oto w kulminacyjnym momencie Sybilla Trelawney wreszcie uniosła powieki i spojrzała na niego wzrokiem, który nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości. I oczy, te oczy, wreszcie stanęły przed nim otworem.

Pełna penetracja. Przeczesywał jej umysł z dziecinną łatwością, choć i jemu samemu zrobiło się przykro, gdy uświadomił sobie, jak niewiele tam znalazł. Żadnych wielkich myśli, żadnych wizji, absolutnie nic. Wielka wróżka Sybilla okazała się równie pusta i nieatrakcyjna w środku, jak i na zewnątrz. Suchy stóg siana, przez który musiał się przekopać w poszukiwaniu tego jednego, wyjątkowego wspomnienia. Bez trudu udało mu się do niego dotrzeć, połyskiwało niczym złota nić w chaotycznym potoku pełnym śmieci.

Poznał treść przepowiedni. I och, jak bardzo się rozczarował!

Bohaterscy czarodzieje, jakieś tam dziecko i tajemnicza moc. Cudownie! Trzeci raz, siódmy miesiąc. Żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje. Bla, bla, bla. Idealny miks mistycznych banałów i jarmarcznej numerologii, który powinien się spodobać Czarnemu Panu.

Snape wypełnił swoje zadanie, miał z czym wrócić do domu. Mógł spokojnie odejść, co też z wielką ulgą uczynił. Ubrał się pospiesznie, dokładnie wyszorował szklanki i drobizagowo oczyścił pokój ze śladów swojej obecności. W ramach bonusu machnięciem różdżki naprawił nawet kryształową kulę, żeby wszystko wyglądało dokładnie tak, jak przed jego wizytą. Równie dobrze mógł być tylko mrocznym snem, który w chwili słabości (i w trudnym życiowym momencie) przyśnił się podchmielonej Sybilli.

Był już niemal za progiem, gdy nagle się ocknęła.

– Lily – szepnęła ciężkim, ochrypłym głosem. – Lily ma termin na lipiec.

Severus wyszedł, nie oglądając się za siebie, po czym ciężko oparł się o zamknięte drzwi. Powoli osunął się na podłogę, schował twarz w dłoniach.

Słabym ogniwem był on sam.