Październik wielkimi krokami zmierza ku końcowi, niosąc ze sobą znaczne ochłodzenie, jakby w tym roku kapryśna natura zdecydowała, że warto potraktować jesień nieco po macoszemu, dążąc szybko do warunków iście zimowych. Ubieranie się na cebulkę jest praktyczne, choć uciążliwe, ciągły deszcz nieznośny, a wiatr… Cóż, akurat na ten temat Rosier zdążył już ułożyć całą wiązankę wymyślnych, obelżywych przekleństw, gdy któregoś dnia zbyt mocny podmuch porwał jego animagiczną postać i niemal rozsmarował na zewnętrznej stronie, wypucowanej na błysk, kuchennej szyby.
Mimo wszelakich wypadków, siejących zamęt zdarzeń losowych i niekończącego się pasma nieszczęść to Evan wciąż nie potrafi przestać myśleć o rodzicach Harry'ego i zbliżającej się rocznicy ich śmierci. Nieszczęśnicy pewnie przewracają się teraz w grobie skoro ich jedynym, ukochanym synem zajmują się mugolscy zwyrodnialcy oraz przeklęty śmierciożerca. I to nie byle jaki śmierciożerca, a sam niesławny Evan Rosier. Szaleniec, kat, pupilek Voldemorta…. Niesforne zwierzątko spuszczane ze smyczy głównie ku pobłażliwemu rozbawieniu swego Pana.
Tak, w pozbawionym uczuć sercu Evana budzą się wątpliwości i dopiero teraz w pełni uświadamia sobie, że już dawno temu utracił całą kontrolę. Jeśli kiedykolwiek jakąś miał, bo równie dobrze to mógł być miraż, ułuda, złudzenie ogarniętego szaleństwem, chorego umysłu.
Próbuje sobie przypomnieć szczegóły ze swojego pierwszego życia, jak nazywa okres czasu sprzed zamieszkania z Harrym, ale wspomnienia są już na tyle wyblakłe, odległe i niekompletne, że poszczególne fragmenty nie mają dla niego żadnego sensu i za nic nie chcą ułożyć się w jakąkolwiek całość.
Rozumie, że musi zostawić to za sobą i zacząć żyć chwilą obecną. Może to właśnie jego druga szansa, choć nie ma bladego pojęcia co to właściwie oznacza.
- Skup się, dziecko – napomina chłopca po raz czwarty w ciągu zaledwie ostatniej godziny. Zero reakcji. Harry patrzy na niego, ale myślami przebywa gdzieś daleko, bo spojrzenie ma mętne, a oczy zupełnie nieruchome. Rosier pstryka palcami tuż przed jego twarzą, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Udaje mu się to dopiero po dłuższej chwili. – Co z tobą? Od rana jesteś jakiś nieswój i bujasz w obłokach. O czym tak myślisz?
- Chciałbym, żeby mama tu była – odpowiada chłopiec szczerze, z nutą żalu w głosie, wiercąc się pod uważnym wzrokiem mężczyzny. Ani słowem nie wspomina o ojcu, uświadamia sobie Evan z zaskoczeniem, choć przecież nie jest to pierwszy raz. Harry zawsze interesował się wyłącznie Lily, jakby rudowłosa kobieta z jego snów nie pozwalała o sobie zapomnieć.
Oczy dziecka szklą się od z trudem powstrzymywanych łez i tym razem to nie szopka, żadne starannie wyreżyserowane przedstawienie. To prawdziwe, pochodzące prosto z maleńkiego serca, a teraz bezlitośnie obnażone uczucie. Evan wie, że ich niedawna rozmowa coś w chłopcu poruszyła, obudziła dziecięcą tęsknotę za matczyną miłością i ciepłem.
- No już, weź się w garść, nie płacz – mamrocze Evan, niezdarnie poklepując dziecko po głowie jak zbitego psa, po czym coś sobie przypomina. – Słuchaj, mam doskonały pomysł, pamiętasz co ci obiecałem? Teraz jest świetny moment, żeby to zbadać. Idealny wręcz. Chcesz wreszcie sprawdzić kobietę z twoich snów?
Harry energicznie kiwa głową, a jego twarz rozjaśnia blady uśmiech.
- Tylko żadnych łez, bardzo cię proszę – zastrzega od razu. - I otrzyj nos. Serio? Nie rękawem, na litość Merlina! To obrzydliwe.
Ze źle skrywaną dezaprobatą podaje chłopcu chusteczkę, żeby zrobił wszystko tak młody dziedzic ważnego rodu zrobić powinien. Przy okazji po raz kolejny utwierdza się tylko w przekonaniu, że nigdy, przenigdy nie będzie miał własnych dzieci. To jedno konkretne, którego wychowania podjął się zapewne w chwili umysłowego zaćmienia, jest już wystarczającym utrapieniem. Tak. Jego mózg musiał mieć jakieś spięcie albo wylew czy inne krótkotrwałe uszkodzenie, kiedy uznawał, że to świetny pomysł by wziąć chłopca pod swoje skrzydła.
Siadają wygodnie, trzymając się za dłonie. Evan już dawno odkrył, że stanowczy uchwyt pozwala Harry'emu skupić uwagę wystarczająco, żeby utrzymać dobre połączenie.
Mentalny obraz lasu jest niemal doskonały. Dopracowany, stabilny i za każdym razem bardziej szczegółowy. Harry nie ma predyspozycji do magii umysłu i nigdy nie wyjdzie poza ramy własnej głowy, ale to wciąż imponujące. Rosier w duchu przybija sobie piątkę, bo jest genialnym nauczycielem i jak najbardziej zasługuje na pochwałę.
- W porządku. Wskaż kierunek.
„Drzewo" w tym przypadku jest zaledwie maleńkim krzaczkiem, więc prawdopodobnie Evan nigdy sam by go nie odnalazł. Dobra, zajęłoby to sporo czasu, ale zapewne dotarłby w końcu do tego miejsca. Wystarczyło, żeby kierował się odpowiednią ścieżką, podążając za tym konkretnym uczuciem tęsknoty i żalu.
Krzaczek jest naprawdę nieduży, niewiele większy od jego dłoni, co ma związek z tym, że Harry posiada znikomą ilość wspomnień związanych z matką. Za to oczekiwań i wyobrażeń, które otaczają roślinę gęstym listowiem, nie brakuje.
Pociąga chłopca za sobą i sekundę później obydwaj klęczą, dotykając jednej z cienkich, zdrewniałych łodyg, ledwie widocznej spod lśniącej, pulsującej emocjami zieleni.
Harry mgliście pamięta jej twarz, ale ze zdumiewającymi szczegółami potrafi odtworzyć rdzawą barwę gęstych, rudych włosów, pełne usta wygięte w czułym uśmiechu i wyraziste, soczyście zielone oczy pełne takiego szczęścia i miłości, że Evan z trudem powstrzymuje się od odwrócenia wzroku. Ten obraz nie jest przeznaczony dla niego. W tym małym, zamkniętym światku jest tylko intruzem, nieproszonym gościem, którego obecność zaburza harmonię domowego ogniska.
Słyszy śmiech, tak miękki i dźwięczny, że musi być wyidealizowany. Nikt na całym świecie nie potrafi śmiać się w ten sposób.
Harry…
Ciepły, łagodny głos kojarzący się wyłącznie z troską, poczuciem bezpieczeństwa i komfortu.
A potem…
Evan wcale nie chce tego oglądać.
Nie uważa też, że jest to widok odpowiedni dla sześcioletniego chłopca, nawet jeśli ten nie rozumie co się dzieje.
Pragnie przesłonić Harry'emu widok, uciec stąd jak najdalej... Wydrapać sobie oczy, przebić bębenki… Cokolwiek byle odciąć się od tej sceny, choć przecież widywał w swoim życiu znacznie gorsze rzeczy i to niezliczoną ilość razy. Nie wie co właściwie napawa go takim wstrętem i strachem. Nie ma krwi, nieludzkiego cierpienia, wywleczonych poza ciało wnętrzności ani pogruchotanych kości. Nie ma wrzasku człowieka obdzieranego żywcem ze skóry ani śladów innych makabrycznych tortur.
Tylko błysk jaskrawego, zielonego światła klątwy zabijającej. I niemy, odległy krzyk, który chyba bardziej sobie wyobraża niż rzeczywiście słyszy. Zielone, nienaturalnie świadome oczy napotykają jego własne spojrzenie na ułamek sekundy przed tym jak rudowłosa kobieta wpada prosto w bezlitosne, lodowate objęcia śmierci. Okalający ją cień zdaje się promieniować zadowoleniem.
Harry ogląda tą scenę, przekrzywiając głowę w skupieniu. Uśmiecha się miękko, a jego oczy lśnią jak u kota. I to pełne zachwytu niezrozumienie chyba najbardziej przeraża Evana.
- Dziękuję, Evan – mówi do Rosiera, kiedy w końcu wracają do rzeczywistości, przyglądając mu się lśniącymi, kocimi oczyma. Mężczyzna wygląda na chorego. Jest blady jak ściana i drży, ale mimo to cały czas zapewnia, że wszystko w porządku, że to tylko zmęczenie.
- Nie ma za co – odpowiada ochryple, omijając go jednak spojrzeniem. – Ja… muszę się przejść. Potrzebuję trochę świeżego powietrza, tak… tak właśnie… zaczekaj tu na mnie…
Wymyka się na zewnątrz nim Harry zdoła w jakikolwiek sposób zaprotestować. Chłopiec wzrusza ramionami, upadając na łóżko w pełnym szczęścia zadowoleniu.
- Więc to jednak moja mama – rzuca w kierunku sufitu. Oglądanie tego konkretnego snu razem z Evanem zdaje się być przełomowym momentem w jego życiu. Nie jest już taki smutny jak kilka godzin wcześniej, ale jak mógłby być skoro jego mama wcale go nie opuściła. Czuł przecież wyraźnie jej obecność, jakby stała tuż obok, w zasięgu ręki. Taka pełna… miłości. Kochała go. To jasne jak słońce.
Doświadczył dzisiaj czegoś cudownego, nawet jeśli odniósł przy tym niejasne wrażenie, że to było ciche, pełne akceptacji pożegnanie. Teraz natomiast nie odczuwał już nic. Trochę tak, jakby ktoś zatrzasnął jakieś drzwi w jego głowie.
Mama już do niego nie wróci, rozumie to jak nigdy wcześniej. Ale była taka piękna! Jak anioł. Dobroć wprost wbiła z jej twarzy, więc pewnie znalazła swoje szczęście w innym świecie, w tym jasnym i dobrym, o którym często słyszy w kościele. Może jest przy niej jakiś inny Harry, który potrzebuje jej bardziej niż on sam. On ma przecież Evana.
Zachowa jej wspomnienie w pamięci na zawsze. Teraz już ma pewność, że chociaż ona go kochała. To wystarczy.
Jego myśli szybko skupiają się wokół Evana, który pojawił się znikąd, jakby w odpowiedzi na rozpaczliwe życzenie Harry'ego o posiadaniu kogoś, kto się nim zaopiekuje. Ale Evan go nie kocha. Pilnuje, dba, żeby niczego mu nie brakowało, uczy magii i poświęca mu wiele uwagi, ale przy tym wszystkim traktuje go trochę jak zwierzątko, jak pieska, którego należy skarcić gdy nabroi lub pochwalić, kiedy dobrze wykona sztuczkę, której się od niego oczekuje.
Harry nie chce być pieskiem.
Pragnie tego, czego Evan najwyraźniej nie potrafi mu dać. Tak jak nie potrafili tego ani jego wuj ani nawet ciotka. Może więc Harry nie jest wart miłości. Może rzeczywiście jest tylko małym potworkiem, którego nikt nie chce i którego nikt nie potrzebuje.
Czasem chciałby uciec, ale nie wie dokąd miałby pójść. Świat jest ogromny, nieznany i pełen obcych ludzi, którzy mogą go skrzywdzić. Dlatego trzyma się tego, co dobrze zna i z czym potrafi sobie radzić.
Evan coś planuje, ale trzyma to przed nim w tajemnicy i nieustannie zbywa pytania, choć na pozostałe zwykle stara się przecież odpowiadać. Ciągle coś notuje i przepisuje na każdej pustej kartce jaką znajdzie. Nie ukrywa swoich zapisków przed wzrokiem Harry'ego, bo po co skoro i tak nie umie czytać, więc niczego się nie dowie.
W chwilach zwątpienia obawia się jego utraty, bo mimo, że mężczyzna nie kocha Harry'ego to jest też wszystkim, co Harry ma, więc nic dziwnego, iż nie chce, żeby odszedł. Z każdym dniem zdaje się jednak coraz bardziej odległy. Często znika z zasięgu wzroku w ciągu dnia, a w nocy wymyka się ukradkiem, kiedy myśli, że chłopiec śpi. Ale on czuwa, bo strach jest tak silny, że przebudza go nawet głośniejszy oddech czy mocniejsze drgnięcie materaca.
Nie wie, co zrobi, jeśli Evan naprawdę go zostawi. Przecież bez niego sobie nie poradzi.
Mężczyzna bywa chłodny oraz oschły, czasem zły czy niezadowolony, ale sprawia, że Harry nie czuje się tak całkiem samotny i niechciany, nawet jeśli wszyscy wokół utwierdzają go w przekonaniu, iż nigdy niczego nie będzie wart.
W jego spojrzeniu nie ma obrzydzenia ani nienawiści, kiedy na niego patrzy. Nie odtrąca go też, kiedy potrzebuje pocieszenia, bliskości i zapewnienia, że ma kogoś na kogo może liczyć. Nie traktuje go jak zło konieczne i trwa obok, choć wcale nie musi.
Harry robi więc wszystko, co w jego mocy, żeby nie zawieść mężczyzny. Słucha uważnie tego, co ma do powiedzenia, bez słowa sprzeciwu wykonuje polecenia, uczy się pilnie i nie pyta o rzeczy, o których Evan ewidentnie nie chce rozmawiać. Nawet kłamie dla niego i nigdy, poza ich małą komórką pod schodami, nie wspomina, że ktoś taki w ogóle istnieje.
Dostosowuje się więc i bierze garściami to, co ofiarowuje mu los.
Przecież… dziwolągi takie jak on nie mają prawa narzekać ani niczego żądać. Harry i tak posiada więcej niż zasługuje, więc kiedy Evan wraca, uśmiecha się do niego promiennie, z całą wdzięcznością jaką potrafi z siebie wykrzesać.
W domu przy Privet Drive 4, panuje napięta atmosfera. Nawet Evan czuje się nieswojo, choć obserwuje sytuacje z boku. Całym sobą czuje, że musi przyśpieszyć plany, że nie może zwlekać. Każda komórka w jego ciele krzyczy ostrzegawczo.
Coś się zbliża, a czas ucieka nieubłagalnie. Przyłapuje się na tym, że czeka, choć nie ma pojęcia na co. To przeczucie, wyrobiony przez lata instynkt, któremu ufa bezgranicznie.
Narastające wewnątrz gorączkowe uczucie ponagla go, zmusza do nieustannego oglądania się za siebie. Magia kłębi się w nim, choć do tej pory pozostawała uśpiona. Kości spowija chłód, któremu nie potrafi zaradzić. Wzburzony umysł odbiera mu zarówno sen jak i apetyt. Snuje się więc po domu oraz okolicy, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Jest tak poruszony, że sam siebie nie poznaje.
Od tygodni ciężko pracuje nad istotnymi szczegółami, które później mogą zaważyć w powodzeniu planu lub katastrofalnej w skutkach klęsce. Oczywiście na drodze do celu stoi jeszcze wiele przeszkód, więc skupia się głównie na tym, co może zrobić, nie oddalając się za bardzo od domu Dursleyów.
Uważnie obserwuje starą charłaczkę, całymi godzinami ucząc się na pamięć jej planu dnia, gestów, nawyków, postawy, tonu głosu, przybieranych przez twarz wyrazów, a nawet sposobu chodzenia czy siadania. W nocy natomiast kryje się w ciemnych kątach jej domu i przeszukuje umysł w poszukiwaniu wszelakich możliwych informacji. Wie czym kobieta zajmuje się w wolnych chwilach, jakie relacje łączą ją z poszczególnymi osobami w jej życiu, a nawet to o czym śni. Zna jej najgłębsze marzenia i obawy. Interesuje się nawet tym, co je, co pije, co lubi, a czego nie znosi.
Każdy, najdrobniejszy szczegół ma znaczenie, jeśli Evan ma osiągnąć zamierzony cel.
- Spróbuj jeszcze raz, Harry – zachęca cierpliwie podczas ich wieczornych ćwiczeń, choć myślami błądzi gdzieś daleko. Przepracował już i poukładał sobie w głowie ostatnią wizytę w pamięci chłopca i wie, że może z tym żyć. Potrafi przejść nad tym do porządku dziennego, jak gdyby nic się nie stało. W sumie tak właśnie jest. Nic się nie zmieniło. Wciąż jest on i to niezwykłe dziecko, które ma przed sobą niewyobrażalne możliwości. Tylko, że Evan chyba po raz pierwszy dostrzega w nim także człowieka z krwi i kości, a nie tylko moc, potencjał i perspektywy czekające cierpliwie na wykorzystanie. I to z tym istotnym faktem, zupełnie nie wie co ma począć.
- To jest z-za… ciężkie. – Harry oddycha szybko i płytko. Czoło ma spocone z wysiłku, a ramiona napięte niczym postronki. – I przestań się tak cieszyć, że mi nie wychodzi!
Zielone oczy iskrzą się gniewnie, kiedy piorunuje mężczyznę wzrokiem.
Evan rzeczywiście się śmieje, choć podłoga wokół nich jest nagrzana do niemal nieznośnej temperatury, jakby ukradkiem wymykała się chłopcu, kiedy próbował jej użyć.
- Nie moja wina, że jesteś taki uparty. Ostrzegałem cię, ale koniecznie chciałeś spróbować przywołać coś większego niż ten nieszczęsny żołnierzyk. Posiadanie dużej mocy to jedno, ale panowanie nad nią to już zupełnie inna sprawa.
- Jestem beznadziejny – poddaje się z rozczarowaniem, opierając plecy o komodę i podciągając kolana pod samą brodę.
- Przestań – ucina Rosier ostro, spoglądając na niego ze zmarszczonym czołem. - To żaden powód do wstydu. Mówiłem, że to potwornie trudna sztuka, lecz nie słuchałeś. Wielu dorosłych czarodziejów polega jedynie na swojej różdżce i rzucanie zaklęć bez niej pozostaje poza ich możliwościami. Nie jest to także moja mocna strona, czego przecież przed tobą nigdy nie ukrywałem.
- Tak, ale mówiłeś też, że mam wielką moc i mogę zrobić wszystko.
Evan wzdycha ciężko, otaczając chłopca ramieniem.
- To prawda – przyznaje. – Nie od razu jednak Hogwart zbudowano. Na wszystko potrzeba czasu, poświęcenia i wielu, wielu ćwiczeń oraz samozaparcia. Nie powinieneś czuć presji z tego powodu. Być może to moja wina, że podszedłem do tematu zbyt lekko, dając ci nadzieję na nierealny progres. Naprawdę jednak wierzę, że pewnego dnia osiągniesz poziom, o którym większość z nas może wyłącznie pomarzyć.
- Ja tylko… nie chcę być już słaby – wyznaje Harry łamiącym się głosem. – Nie chcę być popychadłem. Nie chcę, żeby Dudley mnie bił, bo jestem taki mały i chudy i nie umiem się bronić.
Odsuwa się lekko, kładąc dłoń na ramionach dziecka i spogląda mu w oczy z całkowitą powagą.
- Nie mogę ci obiecać, że to się więcej nie stanie, że już nikt nigdy w żaden sposób cię nie skrzywdzi, bo chociaż bardzo chciałbym w to wierzyć, nie jestem wszechmogący. Ale masz moje słowo, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby cię przed tym uchronić.
Chłopiec spogląda na niego badawczo, szeroko rozwartymi oczyma, jakby szukał w jego spojrzeniu choćby cienia fałszu. Dopiero po chwili z wątłej piersi wyrywa się tłumiony szloch, a dzieciak swobodnie wiesza się na jego szyi. Najdziwniejsze, że Rosierowi wcale to nie przeszkadza.
Ma ochotę uderzyć samego siebie.
Zły mózg! Przestań! Dość tego dobrego! Co to za samowola, przepraszam bardzo? Natychmiast się opanuj, ty niepoważny zlepku bezmyślnych komórek.
Nigdy nie przejawiał skłonności do składania poważnych, wiążących obietnic pod wpływem chwili, a jeśli już decydował się – w ramach najwyższej konieczności - na złożenie jakiejkolwiek przysięgi to upewniał się najpierw, że w razie potrzeby będzie w stanie ją ominąć. Furtka awaryjna to zawsze niezłe rozwiązanie, a jak jest ich kilka to można właściwie czuć się całkiem bezpiecznie i raczej bezkarnie. Zdaje sobie sprawę, że nie należy do grona najbardziej honorowych czy zaufanych osób na świecie, ale otwartego kłamstwa zarzucić sobie nie pozwoli. Półprawdy, cwane gierki, wymijające odpowiedzi i granie na czas to już bardziej w jego stylu.
A teraz na własne życzenie wkopał się w obietnicę, której nie zamierzał wcale składać. Równie dobrze mógł rzucić się w przepaść na łeb, na szyję, bez grama zawahania. Miał plany, pomysły i chęć ich realizacji, ale nie uwzględniał w nich żadnych zobowiązań, żeby móc wykpić się z wszystkiego w razie zbytnich komplikacji.
Idiota. Jeszcze odbije ci się to czkawką, zobaczysz… - gani się w duchu.
Uspokojony zapewnieniem Harry zasypia szybko, wykończony próbami okiełznania swojej magii, ale Rosier wcale nie jest senny. Przewraca się z boku na bok, aż wreszcie nie może już znieść tej bezczynności i wstaje. Przekrada się przez cichy, ciemny dom dopóki nie zamiera w bezruchu, pochylony niebezpiecznie nad śpiącymi Dursleyami.
Obserwował ich i widział płochliwe spojrzenia jakie Petunia rzucała Harry'emu w ostatnim tygodniu i mściwy, zadowolony uśmieszek Vernona. Zauważał wyraźne napięcie ich mięśni, sztywną postawę, i nerwowe ruchy. Słyszał też gorączkowe szepty, zbyt ciche by wyłapać ich konkretne znaczenie. Tylko Dudley wydawał się kompletnie niczego nie zauważać.
Evana kusi by zerknąć w ich myśli, ale nie wie czy byłby w stanie nad sobą zapanować. Tak mocno pragnie by wili się w cierpieniu u jego stóp, by błagali o przebaczenie, zlizując własną krew z jego nowych butów. Porywczy z natury chce domagać się zapłaty za krzywdy dziecka, które pokrętnym zrządzeniem losu znalazło się pod jego opieką. Rekompensaty w postaci odbierającego zmysły bólu, za łzy i zadane rany.
Oczy mężczyzny ciemnieją gniewnie. Gdyby był dementorem to wyssałby ich odrażające dusze z największą przyjemnością, nawet jeśli miałby je potem trawić do końca świata.
Wspomnienie niemego krzyku odbija się echem od jego czaszki. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi.
- Wcale się o niego nie troszczę – prycha pod nosem gdy ta zbłąkana myśl ociera się o wnętrze jego głowy. Milknie, bo Vernon porusza się we śnie niespokojnie. Rosier zaciska wargi w wąską, zaciętą linię i zabiera wyciągniętą mimowolnie rękę, kradnąc kosmyk z przerzedzonych włosów Dursley'a. Ten pomysł wykiełkował nagle, niespodziewanie, ale napawa go nieśmiałym optymizmem. Zawija kudły w chusteczkę i wpycha niedbale do kieszeni spodni.
Tej nocy śni krótko, intensywnie… o zegarach, których tykanie doprowadza go do szaleństwa, lśniących zielonych oczach i kobiecie, która kiedyś była jego matką. Z jakiegoś powodu budzi się o świcie, zlany mokrym potem.
Harry jest jeszcze dzieckiem. Nieufnym, spodziewającym się ciosu nim ten nastąpi, ale też stosunkowo naiwnym, więc nic dziwnego, że nie zauważa tych wszystkich znaków zwiastujących nadciągającą katastrofę.
- Żegnaj, dziwolągu – mówi wuj Vernon, wstając od stołu, choć zwykle nie zaszczyca Harry'ego nawet jednym spojrzeniem tych swoich małych, wodnistych oczu. – I słuchaj ciotki, bo inaczej pożałujesz, że się urodziłeś.
Chłopiec spogląda na niego zdziwiony, ale potakuje posłusznie.
- Tak, wuju – odpowiada. – Do widzenia.
Wygląda na zmieszanego, kiedy Vernon poprawia spodnie wpijające się niewygodnie w otyły, wydęty brzuch i prycha pod nosem. Nie mówi jednak nic więcej, tylko potrząsa głową z rozdrażnieniem i wychodzi z kuchni odprowadzany do wyjścia przez Petunię, która żegna się z nim niezręcznie, a potem spogląda w ślad za mężem jeszcze kilka minut po tym jak mężczyzna znika za rogiem ulicy.
- Do kuchni – rzuca w końcu zduszonym, pełnym napięcia głosem, widząc siostrzeńca spoglądającego na nią pytająco. Harry w milczeniu zbiera naczynia ze stołu, nie zastanawiając się dłużej nad dziwnym zachowaniem wujostwa. Może są po prostu zmartwieni jak zawsze, kiedy ich syn nocuje poza domem.
Propozycja trzydniowego biwaku wyszła od pani Polkinss ostatniej niedzieli zaraz po spotkaniu w szkółce. Dudley był zachwycony tym pomysłem, bo Piers i on szybko się zaprzyjaźnili, znajdując wspólne tematy i podzielając skłonność do znęcania się nad innymi dziećmi, zwłaszcza nad Harry'm, który zapobiegawczo schodził im z oczu, kiedy tylko mógł, starając się zawsze pozostawać w zasięgu wzroku dorosłych. Vernon przystał na to bez wahania, twierdząc, że taki męski wypad dobrze chłopakowi zrobi, ale spojrzenie jakie wymienił z Petunią zaraz potem było pełne dziwnej, niezdrowej determinacji.
- Mam dzisiaj coś do załatwienia – oznajmia nagle ciotka, wbijając wzrok w szorowany przez siebie blat, który tego czyszczenia tak naprawdę wcale nie wymagał. – Pojedziesz ze mną.
Harry nie zadaje pytań. Wie, że są one w domu Dursleyów surowo zakazane, a przynajmniej te pochodzące z jego strony. Wuj Vernon już dawno zadbał by wbić mu to do głowy raz na zawsze przy pomocy twardej ręki i mocnego pasa.
- Gdzie jedziemy? – interesuje się w końcu Harry, nie mogąc się powstrzymać. Przekrzywia głowę z zaciekawieniem, a zbyt duże okulary przekrzywiają się nieco na jego nosie. Ciotka spogląda w lusterko wsteczne, ale szybko ucieka wzrokiem przed przenikliwym spojrzeniem swojego siostrzeńca, skupiając całą uwagę na drodze.
- Zobaczysz… już niedaleko – odpowiada, zaciskając palce mocniej na kierownicy.
- Denerwujesz się – stwierdza spostrzegawczo chłopiec, machając niecierpliwie nóżkami, nie przejmując się zbytnio, że zostawia na oparciu odciski swoich butów. – Dlaczego?
- Bo kopiesz ten cholerny fotel! – wykrzykuje, ale jej głos jest nieco piskliwy i trochę roztrzęsiony. – Pij swój soczek, Harry.
- Przepraszam – mruczy chłopiec, poprawiając się wygodniej na siedzeniu i odwraca swoją drobną buzię w stronę okna, popijając ofiarowany mu napój bez żadnych zastrzeżeń. Ciotka Petunia jest dla niego taka miła chyba po raz pierwszy w życiu i w tej sytuacji prawdopodobnie powinien być ostrożny, ale wrodzona naiwność każe mu wierzyć, że może wszystko zmieni się wkrótce na lepsze. Woli się jej nie narażać, żeby po powrocie do domu nie naskarżyła wujowi na jego złe zachowanie.
Coś małego i zwinnego szarpie go za kołnierz, ale jest taki zmęczony, że nie ma nawet siły by unieść dłoń i strącić to coś z ramienia. Nie może skupić wzroku, a powieki same mu się zamykają. Ziewa. Raz, a potem drugi. Głowa sama opada mu na pierś, kiedy wreszcie poddaje się i zasypia.
