On zawsze taki był.
Nawet jeśli absolutnie na to nie wyglądał, nawet jeśli nieprzychylne spojrzenie brązowych oczu, ścięte usta i zmarszczone brwi miały maskować jego prawdziwą naturę, nawet jeśli bywał opryskliwy i milczący, nie potrafił wystarczająco dobrze ukryć faktu, że gdzieś w tej przeoranej bliznami piersi bije serce anioła stróża.
To nie zawsze były wzniosłe czyny czy bohaterskie zasłonienie kogoś swym ciałem. Najczęściej były to najprostsze gesty, które mogły gdzieś umykać nawet samemu zainteresowanemu.
Kiedy w sobotni poranek, gdzieś pomiędzy jednym a drugim ziewnięciem, kiedy czekał, aż woda w czajniku łaskawie się zagotuje, kątem oka zauważał, że siostra wyciąga z lodówki mleko. Gdy Karin zamykała ją, na blacie stały już płatki śniadaniowe, ściągnięte z wysokiej szafki, do której musiała zazwyczaj sięgać, stając na krześle.
Do pokoju wchodził cicho. Stawiał tacę ze śniadaniem na biurku, uważając jednocześnie, żeby nie uszkodzić żadnego z tych szpetnych rysunków brutalnie parodiujących króliczki. Nie budził jej gwałtownie. Czasami wzdychał cicho, gdy widział, że znowu zrzuciła z siebie koc. I znowu podpieprzyła mu jakąś koszulkę.
Zarzekała się, że męskie koszulki są wręcz stworzone, by być piżamą. On twierdził, że ona za to jest stworzona, żeby go wkurwiać i zawłaszczać mu przestrzeń. I koszulki. I serce.
Tego ostatniego głośno nie mówił. W zasadzie nie musiał, bo nawet jeśli nie był tego świadom, to prostymi gestami potrafił sprawić, że czuła się bezpiecznie.
I to właśnie były takie małe bzdury. Przymykanie oka na podpieprzanie koszulek. Okrywanie ją swoją bluzą, gdy robiło się chłodniej. Zaglądanie do niej przed pójściem spać, by upewnić się, że jest przykryta. Czekanie na nią z posiłkiem. Darcie mordy, gdy znikała gdzieś i zapomniała dać mu znać.
Zdecydowanie wolała takie chwile niż te, gdzie opatrywała go, bo jako Bóg Śmierci wziął na siebie także misję chronienia nieznajomych i niejednokrotnie obrywał.
A najstarsze blizny na jego ciele były tymi, które pozostały po misji ratowania jej przed egzekucją w Społeczności Dusz.
Poza domem, gdzieś ze znajomymi czy w szkole, znikał gdzieś ten umiarkowanie rozmowny buc i na jego miejsce przychodził milczący gbur. Nie patrzył na nią, gdy coś do niego mówiła. Odpowiadał półsłówkami. Chociaż w jego przypadku to i półgłówkami. Durny dureń! Dumny i durny dureń! Bo jeszcze okazałoby się przy ludziach, że ma uczucia!
Wiecznie gapił się gdzieś w dal. Nawet wtedy, gdy słyszał, że wyciąga kartonik z sokiem. Po prostu wbijał jej słomkę i tyle, dalej patrzył gdzieś w przestrzeń. Kiedy komunikowali się w klasie poprzez karteczki, gdy coś jej tłumaczył albo jej słuchał. Wiecznie gapił się wszędzie, tylko nie na nią!
I dopóki ktoś nie zwrócił jej uwagi na pewną rzecz na ich zdjęciach z czasów licealnych i studiów, być może nigdy nie zauważyłaby pewnej ważnej rzeczy. Bo pomimo upływu lat nigdy nie przestało jej frapować, czemu wiecznie gapił się gdzieś w dal.
- O, tutaj też! – dziecięca dłoń wskazała na kolejne zdjęcie w albumie, który trzymała na kolanach. Rudowłosy chłopiec podniósł na nią wzrok ciemnoniebieskich oczu, szczerząc się radośnie.
- Rzeczywiście! – przyjrzała się kolejnej fotografii. Jak Asano był skończonym idiotą, tak miał niesamowity dar do chwytania w obiektyw chwil, które mówiły więcej niż słowa.
To była kolejna fotografia, gdzie byli gdzieś z przyjaciółmi, gdzie wydawało jej się, że unikał jej wzroku, że ma ją w głębokim poważaniu.
Gdy była czymś zajęta, a zwłaszcza gdy się uśmiechała, patrzył na nią. Jego wzrok był skupiony tylko i wyłącznie na niej.
- Byliście już wtedy razem? – zapytał Kazui, przyglądając się fotografiom rodziców, którzy wówczas chodzili do liceum.
- Nie, kochanie. Wtedy jeszcze nie.
- Co?! – chłopiec był w ciężkim szoku. Patrzył tak na nią zdziwiony, siedząc z nią na kanapie i przeglądając jeden z albumów. – No ale na tylu tych zdjęciach tak na ciebie patrzył! Jak na… na… - szukał porównania w swym dziecięcym słowniku, które byłyby adekwatne do sytuacji. – Jak na skarb! Jak taki strażnik skarbu!
Zrobiło jej się ciepło na sercu. W sumie to było idealne podsumowanie dla jej męża. Strażnik. Jej serca, ich rodziny, bezpieczeństwa niezliczonych dusz. Poślubiła anioła stróża.
I kiedy przeglądali zdjęcia dalej, zaczęła zwracać większą uwagę na tego gburowatego rudzielca. Często odnajdywała jego czujny wzrok na niej, na siostrach, ojcu czy przyjaciołach.
Nagle Kazui podskoczył, gdy na jego buźce niespodziewanie znalazły się dwie duże, ciepłe dłonie; pierwsze, które – wraz z matczynymi objęciami – powitały go na świecie. Tyle że tym razem te dłonie były całe w smarze!
- Tato! – roześmiał się mały rudzielec, wdrapując się na oparcie i patrząc na ojca, który uśmiechał się zawadiacko do swej żony.
- O nie! Ani się waż! – kiedy Rukia zobaczyła, że te same, obsmarowane lepką mazią dłonie zbliżają się do niej, zatrzasnęła album i zdzieliła je nimi. – Masz całe łapy tym oblepione!
- Wiem – Ichigo uśmiechnął się złośliwie, niby wycofując umorusane ręce tylko po to, by uśpić czujność brunetki i obsmarować po twarzy także ją.
- NIE! ICHIGO! ŚPISZ NA WYCIERACZCE!
- Nie będę ci zabierał miejsca – oddalił się w stronę zlewu kuchennego, by umyć ręce, przy okazji zwracając się do syna – Teraz ta huśtawka nie powinna tak skrzypieć.
- Dziękuję, tato! – chłopiec zeskoczył z kanapy i pobiegł w stronę drzwi prowadzących do ogrodu. Wizja bujania się na nieskrzypiącej huśtawce była zbyt kusząca, by dalej oglądać zdjęcia.
Gdy zostali sami, ten bardziej wyrośnięty rudzielec opadł na kanapę obok żony, patrząc na nią z dziką satysfakcją wypisaną na twarzy.
- Ojej, Rukia, co ci się stało? Masz smar na policzkach!
- Jak ja z tobą wytrzymałam tyle czasu?...
- Nie mam pojęcia.
- Zresztą wydaje mi się, że smarowałeś tę huśtawkę jakiś tydzień temu.
- No, zdarzyło się. Zakonserwowana huśtawka to bezpieczniejsza huśtawka.
- Oj Ichi, Ichi. Ty i ta twoja nadopiekuńczość.
- Co ja ci zrobię, że chcę, aby moja rodzina była bezpieczna? Wliczając w to i walkę z Pustymi, i zapobieganie sabotażom ze strony huśtawek?
- Nic. Dziwię się, że z tej ostrożności nie zakładasz dwóch kondomów.
Zaśmiała się, gdy zobaczyła, jak jej mąż czerwieni się i nadyma policzki niby obrażony. Jego spojrzenie zawisło gdzieś w przestrzeni, a po chwili Kurosaki plasnął się otwartą dłonią w czoło, wzdychając ciężko.
- To jest to. Kondomy. Nie było ich na liście zakupów.
- W najbliższym czasie nie będą nam potrzebne.
Uśmiechnęła się niewinnie, kiedy spojrzał na nią, niewiele rozumiejąc i marszcząc brwi. Podrapał się nerwowo po karku, zastanawiając się, o co tutaj chodzi. Serio czeka go randka z wycieraczką? Spanie na kanapie? Aż tak podpadł tym smarem?
Dopiero po chwili jego źrenice rozszerzyły się. Ona nie potrafiła się nie zaśmiać, kiedy on zapowietrzył się, próbując coś z siebie wydusić. Wyciągnęła ku niemu ręce, kiedy zobaczyła, jak te ukochane, kasztanowe oczy zachodzą łzami.
Mierzwiła jego bujną, rudą czuprynę, kiedy tak tulił ją ile sił i po raz kolejny w życiu uznała, że co jak co, ale tego nadopiekuńczego kretyna wypadałoby chronić przed takimi niespodziewanymi nowinami.
A potem uznawała, że chyba nie ma takiej potrzeby. Zbyt lubiła jego rozczulony wzrok.
