Amelia cofnęła się o krok i stanęła naprzeciwko Syriusza w ciemnej ulicy odgraniczonej z obu stron chłodnym, kamiennym murem, zaraz za skrzyżowaniem prowadzącym do rzędu kamienic przy Grimmauld Place. Wzięła głęboki wdech, a zimne powietrze wypełniło jej płuca. Mężczyzna podszedł do niej, wyciągnął dłoń, po czym pogłaskał ją po policzku. Spojrzała na niego zaskoczona - był to bardzo miły i czuły gest, powiedziałaby nawet, że nieco zbyt czuły jak na relację, która ich łączyła. Syriusz jednak zdawał się nie przejmować jej reakcją; wpatrywał się w nią intensywnie, a opuszki jego palców przesunęły się na jej usta, które zapiekły ją pod jego dotykiem.
- Wybacz mi, Amelio - szepnął. - Naprawdę mi na tobie zależy.
Amelia nie wiedziała, co o tym myśleć i czy po tym wszystkim, co jej powiedział, powinna uwierzyć w jego słowa. W głębi duszy czuła, że niczego innego nie pragnęła. Byłaby gotowa nawet przystać na relację zbudowaną na podwalinach chwil słodkiego zapomnienia opartą na krótkich, incydentalnych czułościach niczym chowający się przed rodzicami nastolatkowie, którzy nie chcieli zostać przyłapani razem - tak jakby świadomość osoby trzeciej miała nieodwracalnie zdefiniować ich związek, uczynić go bytem materialnym, którego wcale nie chcieli określać… Dla Amelii ten prosty, jednotorowy romans bardzo szybko stał się skomplikowaną zagadką, w którą wciągnęła się nieświadomie - tak samo nieświadomie, jak zaczęła się w nią angażować.
Policzki Amelii owionął podmuch zimnego wiatru. Uchyliła powieki, ale obraz rozmazał jej się przed oczami, a gdy je otworzyła, znajdowała się już w ponurej alejce przy ulicy świętego Nokturnu. Syriusz stał oddalony od niej od dwa albo trzy jardy, a jego twarz pogrążona była w rozpaczy i poczuciu klęski.
- Oni wiedzą, że Regulus nie żyje. Jutro zapadnie wyrok, wtrącą mnie do Azkabanu.
Amelia wlepiła w niego ogromne, przerażone oczy, które ze strachu zaszły jej łzami. Skąd Ministerstwo wiedziało o raporcie? To było niemożliwe - wszystko zostało przez nią porządnie przemyślane, a każdy szczegół tego planu został perfekcyjnie zrealizowany.
Ostry wzrok Syriusza przeniósł się na nią.
- To przez ciebie pójdę siedzieć - wycedził przez zęby. Był wściekły. - Ja od początku byłem temu przeciwny.
Amelia chciała do niego podejść, jednak jej ruchy były powolne i ślamazarne, każdy jej krok poprzedzał opór stawiany przez coś niezdefiniowanego - zupełnie tak, jakby ugrzęzła w niewidzialnej, zgęstniałej smole. Pragnęła mu coś odpowiedzieć - otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Kątem oka dostrzegła sylwetkę stojącego w blasku latarni ulicznej mężczyzny. Mgliste światło oświetlało jego czarną szatę, na głowie miał założony kaptur. Spojrzała w miejsce, w którym stał Syriusz, ale jego już nie było; zniknął tak niespodziewanie, jakby rozpłynął się w powietrzu. Gdy ponownie przeniosła wzrok na nieznajomego i spojrzała mu w twarz, zrozumiała, że od chwili, w której pojawiła się w alejce, nie odrywał od niej wzroku.
Amelia podeszła do niego. Mężczyzna stał nieruchomo niczym kamienny posąg, w dalszym ciągu mierząc ją spojrzeniem tak przenikliwym, że przyprawiał ją o ciarki na plecach. Była już tak blisko - ich sylwetki dzieliło może pół stopy. Wyciągnęła dłoń w jego kierunku, chcąc zdjąć mu ten kaptur z głowy i zobaczyć jego twarz, nade wszystko pragnęła dowiedzieć się, kim był i dlaczego się na nią patrzył… I wtedy tajemniczy mężczyzna zniknął z jej pola widzenia, pozostawiając ją samą na środku ulicy. Po chwili ona sama poczuła, że traci grunt pod nogami i rozmyła się w nicości, bezwładnie zapadając się w ziemi i pogrążając w ciemnej, bezkreśnie niekończącej się otchłani.
Amelia zerwała się z pościeli, potykając się o jej skrawek i upadając na podłogę. Gdy uświadomiła sobie, że cały czas znajdowała się w swoim starym pokoju w domu rodziców, odetchnęła z ulgą i z powrotem rzuciła się na łóżko. To wszystko musiało być tylko nocnym koszmarem.
Wolną ręką sięgnęła po stojący na szafce zegarek i spojrzawszy na niego, z powrotem stanęła na równe nogi, zbierając się w pośpiechu. Po kilkunastu minutach Amelia teleportowała się nieopodal Ministerstwa Magii. Przemierzając ostatnią przecznicę dzielącą ją od gmachu budynku, zauważyła tłum ludzi stłoczonych zaraz przy głównym wejściu. Stanęła w miejscu, a przez jej głowę przemknęła niepokojąca myśl, że mogłyby to być zamieszki spowodowane przez śmierciożerców, ale bojkotujące pokrzykiwania i podniesione w górę banery skutecznie odwiodły ją od tych obaw.
Strajki strażników - pomyślała.
Amelia z trudem przecisnęła się przez chmarę buntujących się mężczyzn. Wchodząc do środka, dostrzegła, że atmosfera w atrium była nadzwyczajnie nerwowa - urzędnicy biegali w pośpiechu po korytarzach, strony z najnowszego wydania Proroka Codziennego fruwały w powietrzu niczym targane przez wiatr liście, a gwar rozmów, który w tej części Ministerstwa był głośny i wszechobecny, teraz zdawał się być jeszcze wyraźniejszy.
- Panno Bones! - zawołał za nią męski głos.
Amelia obróciła się na pięcie, dostrzegając sylwetkę mknącego w jej stronę Ogdena.
- Panie dyrektorze - powiedziała z ulgą na jego widok. - Co tu się dzieje? Czy to przez te strajki?
- Niestety, to było nieuniknione - westchnął, drapiąc się po siwym, kilkudniowym zaroście, który niczym szron przyprószył jego twarz, pokrywając gęsto policzki i brodę.
Amelia ściągnęła brwi. Ogden w pracy zawsze prezentował swoje najbardziej eleganckie wydanie i mogłaby przysiąc, że na jego twarzy nigdy nie widziała choćby cienia zarostu. Przyglądnąwszy mu się uważnie, stwierdziła, że wyglądał, jakby od kilku dni nie spał - miał ciemne sińce pod oczami i zapadnięte policzki.
- Zapraszam za mną.
Amelia bez słowa podążyła za nim do jego gabinetu.
- Dyrektor Crouch potrzebuje sprawozdania podsumowującego pracę departamentu przez okres ostatniego miesiąca, a ponieważ jego asystenci są aktualnie zajęci, toteż w jego imieniu, proszę ciebie o jego przygotowanie.
Amelia ledwie pohamowała się, żeby nie rozdziawić ust ze zdziwienia. W dobie strajków, gdzie Urząd Niewłaściwego Użycia Czarów powinien mieć mnóstwo pracy związanej z bojkotującymi pod Ministerstwem strażnikami, Ogden chciał, żeby napisała jakieś bzdurne sprawozdanie dla Croucha, które nawet nie leżało obok zakresu jej kompetencji… Merlinie, miała ogromną ochotę w tej chwili ruszyć do Tyberiusza Doge'a na rozmowę w sprawie pracy, ale musiała powstrzymać się choćby do przerwy na lunch.
- Nasz urząd nie zajmuje się teraz poważniejszymi sprawami? - zapytała, unosząc brwi wysoko do góry. Normalnie nie pozwoliłaby sobie na tak bezceremonialne pytanie, ale śmiałości dodawała jej myśl o ewentualnej zmianie pracy.
- Jeśli pyta mnie pani o coś ciekawszego do zrobienia, to niestety nic nie mogę zaoferować - powiedział z przepraszającą miną, doskonale odgadując jej intencje. - Asystenci Croucha zajmują się interesami strażników.
Skinęła głową w odpowiedzi, chociaż minę miała nieprzekonaną. Najwyraźniej pozostało jej tylko zacisnąć zęby i wyczekiwać na ewentualną rozmowę z Doge'em.
Po południu sytuacja poprawiła się diametralnie - głównie ze względu na fakt, że protesty uliczne ucichły i strażnicy porozchodzili się do domów. Minchum, nie mogąc zdzierżyć dzisiejszej ministerialnej plątaniny, skrócił dzień pracy o dwie godziny, na co udobruchani urzędnicy chętnie przystali, w popłochu opuszczając mury instytucji.
Wtenczas, gdy wszyscy wychodzili z Ministerstwa, Amelia postanowiła zapukać do gabinetu Doge'a. Sędzia akurat zbierał się do wyjścia, ale zgodził się na przeprowadzenie z nią rozmowy i koniec końców, zaoferował jej pracę.
Amelia, z duszą na ramieniu, skierowała się w stronę zatoki po swoje rzeczy. Jej głowa była pełna dylematów - powiedzieć Ogdenowi jutro czy za parę dni? Trochę żal jej było zostawiać swojego przełożonego na lodzie, zwłaszcza, że on sam wydawał się być owładnięty stanem chwilowej nerwowości, która udzielała mu się dzisiaj wyjątkowo paskudnie. Wróciwszy do zatoki, z ulgą przyjęła fakt, że została w niej już tylko ona, więc w spokoju mogła dokończyć pisanie sprawozdania. Nie chciała jeszcze wracać do domu; zajęcie się pracą skutecznie odwodziło ją od myśli na temat porannych koszmarów sennych, które przez cały dzień tkwiły gdzieś z tyłu jej głowy. Tajemniczy mężczyzna ze snu co jakiś czas przemykał jej przed oczami i prześladował ją w myślach, a Amelii zdawało się, że rozpoznawała w nim kogoś znajomego.
Nagle usłyszała nieokreślony, głuchy hałas i skrzypienie drewna - zupełnie tak, jakby ktoś potknął się o mebel. Po podłodze potoczyły się czyjeś kroki, które z każdą sekundą słyszała coraz wyraźniej - ewidentnie ktoś zbliżał się w jej stronę. Serce Amelii podskoczyło do gardła. Ten odgłos pochodził z gabinetu Ogdena, a przecież jej przełożony opuścił Ministerstwo kilka godzin temu, czego sama była świadkiem.
Nie zastanawiając się ani chwili, zgarnęła różdżką swoje rzeczy z biurka i przylgnęła do kamiennej ściany za najbliższym filarem. Amelia była przekonana, że zapewne Ogden wrócił się do Ministerstwa po coś, czego zapomniał zabrać po południu, a nią samą kierowała jakaś niewytłumaczalna paranoja, która sterowała jej emocjami, nakazując zachowywać się jak wariatka.
Drzwi rozwarły się lekko, a z gabinetu wyłonił się Ogden. Amelia odetchnęła z myślą, że wystarczyło jej półtora miesiąca w Zakonie, żeby zaczęła upodabniać się do Moody'ego. Już miała wychodzić ze swojej kryjówki, gdy zauważyła, że dyrektor w dalszym ciągu stał nieruchomo w progu, rękę miał zaciśniętą na klamce tak mocno, że zbielały mu kłykcie. Powiódłszy nerwowym spojrzeniem po zatoce, zatrzasnął za sobą drzwi, znikając we wnętrzu gabinetu.
Amelia z wrażenia wstrzymała oddech. Co takiego Ogden miał do ukrycia, że upewniał się, czy wszyscy już opuścili urząd?
I wtedy usłyszała głosy.
Kilkanaście męskich głosów dobiegających z gabinetu nałożyło się i zlało w jeden, donośny gwar. Amelia w pośpiechu rzuciła na siebie zaklęcie kameleona, po czym pognała do biurka i na skrawku pergaminu nabazgrała krótką wiadomość.
Wrócę dzisiaj później z pracy.
Amelia
Zgięła kartkę w pół i chyłkiem zakradła się na przeciwległy koniec zatoki, gdzie w magicznie dobudowanej altance mieściła się niewielka sowiarnia. Było to dość ryzykowne z jej strony, ale Amelia chciała poznać przyczynę osobliwego zachowania Ogdena i w głębi duszy czuła pewne związane z tym obawy.
Musiała kogoś poinformować; niebezpiecznym byłoby szpiegować kogokolwiek z myślą, że w razie kłopotów nikt nie ruszyłby jej z pomocą. Potrzebowała powiadomić kogoś, kto zrozumiałby przesłanie tej niepozornej wiadomości - kogoś, kto wiedziałby, jeśli znalazłaby się w potencjalnych tarapatach. W swojej obecnej sytuacji musiała działać szybko, a jedyną osobą, która przychodziła jej na myśl był Syriusz. On na pewno odgadłby ukryty przekaz - w końcu mieszkał z nią przez miesiąc i Amelia była pewna, że w razie czego powiadomiłby Zakon. Z rezygnacją wetknęła list do dzioba najbliższej sowy, po czym najciszej jak potrafiła, opuściła sowiarnię.
Gdy znalazła się z powrotem w zatoce, uświadomiła sobie, że rozmowy w gabinecie Ogdena ucichły. Amelia zamarła w miejscu, czując ogarniający ją stres, który sprawił, że kontury urzędniczych biurek, filarów i drzwi stopniowo traciły na ostrości, rozmazując się przed oczami. Serce tłukło się w jej klatce tak boleśnie, że wydawało jej się, jakby odgłos jego bicia roznosił się i odbijał od ścian, wypełniając całą zatokę szybkim, miarowym stukotem.
- Carrow, sprawdź, czy nikogo nie ma. - W cichym warknięciu Amelia rozpoznała głos Ogdena.
Drzwi do gabinetu otworzyły się delikatnie, zza nich wychynęła czyjaś głowa. Mężczyzna o nazwisku Carrow obrzucił zniecierpliwionym spojrzeniem zatokę i schował się z powrotem, burcząc pod nosem niewyraźną odpowiedź. Zostawił jednak za sobą uchylone drzwi.
W tych uchylonych drzwiach Amelia dostrzegła swoją jedyną szansę na wtargnięcie do środka. Przez krótką chwilę rozważała to dość odważne przedsięwzięcie, ale nie chciała stchórzyć; w końcu ukrywała się pod zaklęciem kameleona, więc nikt nie byłby w stanie jej dostrzec, a świadomość odbywającego się za ścianą spotkania zwołanego konspiracyjnie przez Ogdena w tajemniczych okolicznościach i pod osłoną nocy, dodawało Amelii gryfońskiego animuszu i intensyfikowało jej zaciekawienie.
Najciszej jak potrafiła, zakradła się pod gabinet i, przyklejając plecy do framug, przestąpiła bokiem przez próg. Drzwi nie poruszyły się w zawiasach ani o cal. Amelia stanęła przy ścianie zaraz obok wejścia, zastygając w bezruchu.
Wtem Ogden wyciągnął różdżkę i wycelował nią tuż obok jej głowy, wypowiadając pod nosem zaklęcie. Drzwi do gabinetu zatrzasnęły się. Oczy Amelii rozszerzyły się z wrażenia - kilka sekund zawahania więcej i zostałaby spektakularnie zdemaskowana wskutek przytrzaśnięcia przez drzwi.
Ogden płynnym, powłóczystym ruchem dłoni machnął różdżką w powietrzu, wypowiadając cicho kolejną formułę. Amelia przełknęła ciężko ślinę - z ruchu jego warg wyczytała zaklęcie wyciszające. Gdy skończył, przebiegł surowym wzrokiem po stojących w półokręgu osobach, a Bones powłóczyła oczami za jego spojrzeniem, dostrzegając przed sobą tuzin zahukanych w ciemne szaty sylwetek, których mlecznobiałe maski były na wpół zdjęte, odsłaniając błyszczące złowieszczo oczy na bladych, wykrzywionych pogardliwie twarzach.
I wtedy poczuła strach - duszący, ściskający, obezwładniający strach. Jej najgorsze obawy, niepokojące myśli, których tak bardzo nie chciała do siebie dopuścić, a które krążyły jej po głowie już od rana - wszystko to potwierdziło się, uderzając w nią z niewyobrażalną siłą i odbijając się od niej rykoszetem, albowiem Amelia utknęła tutaj samotnie, będąc uwięzioną w gabinecie swojego przełożonego wraz z tabunem śmierciożerców gotowych zamordować ją bez mrugnięcia okiem, gdyby tylko dała nikły znak swojej obecności.
- Ogon masz, Carrow? - prychnął Ogden, na co mężczyzna wzruszył ramionami. - Mniejsza o to. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Zaraz wezwę ministra na bardzo pilną rozmowę, a gdy wychyli się w atrium, musicie go otoczyć i obezwładnić. Czarny Pan chciał, żeby się z nim nie cackać; stary Minchum jest sprytniejszy niż wam się wydaje i nosi przy sobie świstoklika zwiadowczego. Jeden obrót dłoni i obstawi nas całym kordonem aurorów. Jak będziecie widzieli, że ich wzywa, nie powstrzymujcie go, Czarnemu Panu zależało na ich wybiciu.
Mężczyźni skinęli powoli głowami, a Amelii zrobiło się słabo na myśl, że jej własny szef, któremu ufała i dla którego przez kilka miesięcy pracowała, był nie tyle ministerialną wtyką, co wysoko postawionym poplecznikiem Voldemorta. Poczuła się niewyobrażalnie oszukana i stłamszona, odnosząc wrażenie, że praca, którą w ostatnim czasie wykonywała dla Ogdena jedynie przysłużyła się Voldemortowi do osiągnięcia jego celów.
- Czarny Pan i reszta pojawią się na mój sygnał i wtedy dopiero otworzy portal, więc przez te kilkanaście minut postarajcie się nie zginąć. Gdy portal się otworzy, otchłań będzie się powiększać, wtedy musicie napierać do przodu, żeby nie wpaść do podziemi. Podziemia zwiększają swoje rozmiary powoli, ale sam portal ma ogromne pole rażenia, całe Ministerstwo zostanie zrównane z ziemią, więc jak przyjdzie co do czego, to radzę wam wiać i uważać na spadające gruzy. Ostrzegam, że na terenie Ministerstwa nie można się teleportować. Portal z biegiem czasu będzie siał niewyobrażalne spustoszenie; zburzy i pochłonie wszystko, co stanie w zasięgu jego siły. Pozostałymi niedobitkami zajmą się inferiusy, po jego otworzeniu jedyne, co wam zostanie, to odnalezienie najbliższego punktu aportacyjnego. Gdy Czarny Pan skończy, wezwie nas do siebie.
Nogi Amelii odmówiły posłuszeństwa, kolana zrobiły się niepokojąco miękkie, głowa ociężała i bezwładna, a jedyny narząd, który powstrzymywał ją od zemdlenia było bijące w szaleńczym rytmie serce. Właściwie mogłoby jej już zacząć być wszystko jedno - Voldemort wszedł w posiadanie obu rogów dwurożca demonicznego, a zatem był już nieformalnym panem Świata Podziemi, co uprawniało go do tego, żeby bez większego wysiłku unicestwić ludzkość, obrócić w niwecz każde istnienie i zrównać z ziemią każdy budynek, po czym stworzyć świat od nowa wedle własnej woli i ogłosić się jego władcą.
- Nie można by trochę wydłużyć walki w Ministerstwie, a portal otworzyć dopiero, gdy pokonamy aurorów? - odezwał się mały, osiłkowaty mężczyzna, który stał z tyłu, opierając się plecami o kominek. Amelia wcześniej nie zwróciła na niego uwagi. Śmierciożerca do tej pory przysłuchiwał się słowom Ogdena w milczeniu, a z wyglądu nie wyróżniał się niczym, co rzuciłoby się jej w oczy. Na szczycie jego głowy sterczał kaptur, który częściowo zasłaniał mu twarz, mleczno-biała maska zaś zatrzymała się na czubku kulfonowatego nosa, zakrywając policzki, usta i brodę.
Amelia nie musiała widzieć twarzy mężczyzny, żeby wiedzieć kim był - znała ten głos bardzo dobrze i przez krótką chwilę miała nadzieję, że się porządnie przesłyszała.
- I właśnie dla takich jak ty, Pettigrew, powtarzam ten plan po raz tysięczny - parsknął Ogden, odpalając końcem różdżki cygaro. - Musimy zadowolić się krótką walką. Czarny Pan nie może ryzykować, że wydarzy się coś nieplanowanego. Poza tym uważaj, czego sobie życzysz. Średnio umiejętny auror byłby w stanie podpalić ci twój gruby zad - zadrwił, na co oburzony Peter skrzyżował serdelkowate przedramiona na piersi.
- Żebyś się nie zdziwił, Ogden, jak mnie zobaczysz w akcji - odrzekł, zadzierając dumnie głowę. - Szczękę będziesz zbierał z podłogi.
Amelia nawet i bez zapewnień Petera zbierała szczękę z podłogi. Do jej uszu docierały słowa tej przekomarzanki, ale wypowiadane wyrazy brzmiały pojedynczo i hasłowo, absolutnie nie układając się w zdania o zachowanym sensie logicznym. Peter - oddany przyjaciel, któremu Huncwoci powierzali każdą tajemnicę; ten sam, któremu Zakon ufał bezgranicznie, który walczył z nimi na akcjach i spędzał z nimi czas, był śmierciożercą.
Dziewczyna zapatrzyła się na jego twarz, z niedowierzaniem wlepiała swoje ogromne, błyszczące oczy, odszukując w cieniu kaptura jego oczu, których kształt i wygląd utwierdziłby ją dobitnie, że to był on, Peter. Oddychając ciężko i nieco chrapliwie, zauważyła, że podpierała się łokciem o kant komody, wskutek czego stojący na niej, pozłacany zegar przesuwał się powoli po powierzchni mebla. Natychmiast zdjęła przedramię z komody, wyprostowała się i uniosła wzrok.
Amelia odrętwiała w przerażeniu, gdy zauważyła, że Ogden uporczywie wpatrywał się w miejsce, w którym stała - długo, uważnie i bardzo skrupulatnie wodził wzrokiem, obrysowywał kontur jej kryjówki, którą stanowiła wąska wnęka między komodą a drzwiami. Gdy jego surowe spojrzenie zatrzymało się na wysokości jej oczu, uświadomiła sobie, że tajemniczy mężczyzna ze snu nie był ani nocnym koszmarem, ani wytworem zbyt wybujałej wyobraźni.
To Ogden przyuważył ją i Syriusza, gdy uciekając przez kominek z Ministerstwa, wylądowali na Świętym Nokturnie.
I Amelia wiedziała jeszcze jedno. Była w potrzasku - w pułapce bez wyjścia, w którą uwikłała się na własne życzenie.
Syriusz przez ostatni kwadrans gorączkowo przestępował z nogi na nogę w salonie domu Jamesa, co jakiś czas łypiąc niecierpliwie w kierunku drzwi wejściowych w nadziei, że za chwilę pojawi się w nich Moody i reszta Zakonu. Rogacz wpatrywał się w tę scenerię z dozą zaciekawienia - pierwszy raz widział, żeby jego przyjaciel tak przejmował się jakąś kobietą, ale na wszelki wypadek postanowił milczeć i ten jeden, jedyny raz odpuścić Syriuszowi komentarze odnośnie jego niecodziennego zachowania.
- Nie patrz tak na mnie - burknął Łapa, czując jego wzrok na sobie. - Bones jest roztrzepana i dość łatwo przyciąga kłopoty, dlatego się martwię.
- Oczywiście - przytaknął kurtuazyjnie, jednakże jego oczy błyszczały, a kąciki ust drgały w nieudolnie skrywanym uśmiechu.
- Czuję się winny, dobrze? Naprawdę, czasem mam ochotę sam sobie przywalić za swoją głupotę...
- Tak, już to mówiłeś - westchnął James, przeczesując włosy palcami. - Jesteś pewien, że Amelia faktycznie ma kłopoty? Przecież napisała tylko, że wróci później z pracy. Może się pomyliła i miała wysłać ten liścik rodzicom, zwłaszcza, że nie brzmi on specjalnie niepokojąco...
- Nie, James - powiedział Syriusz grobowym tonem, przystając na chwilę w miejscu. - Amelia na pewno nie pomyliłaby się w ten sposób, a już zwłaszcza nie po tym wszystkim, co jej wygarnąłem… Ona wysłała mi tę wiadomość specjalnie, bo wiedziała, że zrozumiem w niej zaszyfrowany przekaz. Zresztą, pomyśl logicznie, po cóż innego miałaby mi wysyłać sowę z informacją o swoim późniejszym powrocie z pracy, skoro już ze sobą nie mieszkamy i tak przy okazji jesteśmy też pokłóceni?
- Stąd właśnie moja hipoteza, że się pomyliła.
- Amelia się w ten sposób nie myli. Nigdy.
- W porządku, ty ją znasz najlepiej - ustąpił James w pragnieniu ukrócenia tej bezsensownej kłótni. Znał Syriusza wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jego przyjaciel, chociaż fizycznie był człowiekiem, to mentalnie nadal pozostawał osłem. - I w związku z tą jedną wiadomością zwołałeś cały Zakon do mojego domu? - uśmiechnął się dwuznacznie, na co Łapa posłał mu karcące spojrzenie.
- W Anglii jest teraz cholernie niebezpiecznie i przypominam, że śmierciożercy mają róg dwurożca - sprostował twardo, znosząc w milczeniu uśmieszki Jamesa. - Gdyby okazało się, że Amelia naprawdę ma kłopoty, a jestem przekonany, że ma, ponieważ to do mnie zaadresowała tę enigmatyczną wiadomość, do tego z Ministerstwa i w czasie, gdy jesteśmy poważnie pokłóceni, to poruszę niebo i ziemię, żeby jej pomóc, bo to ja zostawiłem ten przeklęty róg w jej mieszkaniu i naraziłem na niebezpieczeństwo, więc jestem jej to winien.
- Jasne, i tylko dlatego. - Rogacz z komiczną miną pokręcił głową w przytakującym geście.
Łapa bardzo pragnął wyrazić swoje zdanie o przyjacielu za pomocą pewnego niecenzuralnego słowa, jednakże nie zdążył tego uczynić, gdyż po domu rozległo się głośne stukanie. W sekundzie, w której James zdążył raptem podnieść się z kanapy, Syriusz znajdował się już pod drzwiami. Gdy ich oczom ukazał się Szalonooki, zawołał z ulgą:
- Moody!
- Tak, tak, też się cieszę, że was widzę - przywitał ich niewzruszony Alastor, kuśtykając w głąb przedpokoju.
- Amelia jest w Ministerstwie, ma kłopoty…
- Skąd wiesz?
- Wysłała mi wiadomość - odparł naprędce, podając aurorowi do ręki wymięty, zawilgocony od potu kawałek pergaminu.
Moody rozprostował liścik w dłoni i zmrużywszy lekko powieki, odczytał jego treść.
- I nad czym tu panikować? - Alastor skrzywił się. - Skoro napisała, że wróci później z pracy, to znaczy, że wróci później z pracy, nie?
- Nie! - zaprzeczył gorączkowo. - Bones naprawdę ma kłopoty. Znam ją i nie wysyłałaby mi tej sowy, gdyby było inaczej… Trzeba się teleportować do Ministerstwa, najlepiej już teraz i natychmiast!
- Coś ty dzisiaj taki narwany, Black? - zapytał zdumiony Moody, przyglądając się mu bacznie.
Gdy odpowiedziała mu tylko cisza, Alastor dodał:
- Tak sobie pomyślałem, że dobrze by było zastawić pułapkę na tego łajdaka, Pettigrew, a skoro wiecie, gdzie mieszka jego matka, to można by go tam zwabić.
- Jasne - zgodził się James, kiwając głową. - To dobry pomysł.
- Co z tą Bones? - jęknął Syriusz, pocierając dłońmi skronie.
- Myślicie, że jego matka byłaby skłonna nam pomóc, czy lepiej jednak utrzymać to przed nią w tajemnicy i zaczaić się na Pettigrew pod jego domem? - ciągnął Moody, ignorując podminowanego mężczyznę, który nerwowo kręcił się po salonie Jamesa.
- TAK - wybuchnął zdenerwowany Łapa. - CO Z BONES?
- Nie drzyj się, Black - warknął. - Tylko Bones i Bones… Co ci odbiło? Forsę ci wisi, czy co?
Syriusz wymownie przechylił głowę, obrzucając Moody'ego spojrzeniem pełnym dezaprobaty.
- Skoro twierdzisz, że ma kłopoty, to ci przecież wierzę. Wezwałem tutaj Shacklebolta i resztę, jak się pojawią to teleportujemy się do Ministerstwa - oznajmił Alastor, na co Łapa głośno i z ulgą wypuścił powietrze z płuc.
- Wybacz za ten wybuch - odpowiedział już spokojniejszym tonem.
Auror przetaksował go magicznym okiem od stóp do głów, a wyraz jego twarzy odmienił się tak, jakby właśnie sobie coś uświadomił.
- Wpadłeś, Black - stwierdził po chwili, wykrzywiając kąciki ust w szyderczym uśmiechu. - Po uszy.
Po domu ponownie rozległo się donośne pukanie, które zwolniło Syriusza z obowiązku odpowiadania na owo celne spostrzeżenie Moody'ego.
