Hermiona Granger była typem intelektualisty. Uwielbiała wszystko mieć poukładane i przemyślane, a jeśli nie może tego zrobić szlag ją strzela. Nie bez powodu oklumencja przyszła jej łatwo jeszcze w czasach szkolnych. Hermiona była może temperamentna, ale równocześnie posiadała zimny, analityczny umysł, dzięki któremu rozkładała swoje uczucia, w tempie ekspresowym na czynniki pierwsze i radziła sobie z nimi mniej czy bardziej. Oczywiście była także perfekcjonistką, więc jak szło jej gorzej to się na to wkurzała.
W skrócie jej podejrzenia głębszych uczuć do swojego mentora musiała poważnie przemyśleć, nie będąc pewną czy to wina jej wzburzonych emocji po spotkaniu z Ronaldem W. czy to coś poważnego. Finalnie, po czterech miesiącach nie wiedziała nic. W Londynie na dobre zalęgła się wiosna, a już nawet zaczęło się wylęgać lato, a ona nadal nie była pewna w stu procentach uczuć, jakie wzbudzał w niej ten mężczyzna.
Raz był tylko szybki lub długi, numerek i do domu, by innym razem siedzieć z nią godzinami na kanapie. Raz chciała go potraktować klątwą za jego apodyktyczność, a potem utulić za długie godziny, kiedy siedział i pomagał jej pisać pierwszą pracę naukową. Był pełen sprzeczności, podobnie jak jej uczucia do niego.
Jeszcze raz westchnęła i odgoniła dym, parujący znad kociołka.
- Skup się, Hermiono. – Upomniał ją, na co jedynie zamrugała i spojrzała na niego krzywo.
- Skupiam się, Severusie. – Postukała o blat. – Teraz nic tylko czekać, nie wiem co mam niby robić.
- Może nie stać tam, jak niedorozwinięta? – Stanął naprzeciw niej, po drugiej stronie kociołka, gdzie delikatnie wrzała gotowa baza pod eliksir antykoncepcyjny.
- Martwię się, okay? – Pogłaskała się po skroniach. – Na dniach przyjdzie odpowiedź w sprawie artykułu.
- Wiem to. – Wzruszył ramionami. – Ale jestem przekonany, że go uznają. Naprawdę nie masz czym się martwić. – Wyciągnął do niej dłoń i pogłaskał po policzku. Przymknęła oczy i wtuliła się w nią.
- Nadal, Severus. – Sama podniosła rękę i objęła tą mężczyzny. – Po prostu dużo nad tym myślę. – Uśmiechnęła się krzywo.
- Raczej za dużo. – Poprawił ją i odsunął się od niej. Z żalem poprawiła włosy i jeszcze raz spojrzała na ciecz w kociołku.
- Może. – Mruknęła do siebie. – Chodź, faktycznie nie ma co tu sterczeć. – Nastawiła zegar na wszelki wypadek i wyszła z pracowni. Od razu skierowała się do salonu, gdzie były rozłożone jej książki i pergaminy. Wyjątkowo je jednak zignorowała i opadła na kanapę. Severus podstawił pod jej twarz kieliszek wina, który przyjęła z wdzięcznością, po czym bez słowa usiadł obok niej. Objęła kolana i patrzyła na ostygły kominek.
Był jeszcze jeden problem, który ją nurtuje. Powoli zbliżający się koniec praktyk. Już niedługo ich układ dobiegnie końca, wraz ze współpracą. I to ją bardzo przerażało.
- Nadal się tym dręczysz. – Upomniał po dłuższej chwili.
- Tylko przypominam, że to był twój pomysł.
- Dlatego nie powinnaś się tym, aż tak przejmować. – Wywrócił oczami. – Wczoraj też o tym gadałaś i przed wczoraj też.
- Bo wysłaliśmy to już dwa tygodnie temu. – Warknęła. – Na Merlina, Severus, to dla mnie ważne.
- Rozumiem. – Dopił whisky i odstawił szklankę na stolik. – Chodź spać, baza może poczekać do ra… - Przerwało mu pukanie w szybę. Obrócili się równocześnie w stronę okna, za którym siedziała biała sowa. Zerwała się z kanapy i w tempie ekspresowym znalazła się przy nim, by wpuścić zwierzę. Ptak wleciał, upuścił pergamin na stolik, tuż obok pustej szklanki i wyleciał.
Nie trudziła się z zamykaniem z powrotem okna. Chciała sięgnąć po list, ale mężczyzna był pierwszy. Rozerwał pieczęć rady nadzorczej i zaczął czytać. Usiadła obok niego na piętach, by czytać ponad jego ramieniem.
- Czy teraz w końcu umilkniesz? – Odwrócił do niej twarz, kiedy ona nie mogła uwierzyć w treść zapisaną na kartce.
- Oni… – Podniosła dłoń, by dotknąć pergaminu. Jednak w połowie gestu wycofała się i dotknęła szyi.
- Dokładnie, Bambi. – Pokiwał jej głową. – Uznali twoją tezę i zapraszają cię na sympozjum w lipcu. Udało ci się. – Słowa wciąż huczały jej w głowie, kiedy i ona na niego spojrzała. – W nagrodę dostaniesz obiad.
- Nam. – Szepnęła, nie słysząc nic więcej. – To nam się udało. – I zachłannie go pocałowała.
Poprawiła marynarkę, naciągając ją bardziej do przodu i przeczesała jeszcze raz włosy. Spojrzała na pogodę za oknem i westchnęła głęboko. Było pochmurnie i brzydko, więc miała ochotę tylko się położyć do łóżka. Niestety, Molly zarządziła obiad i zaprosiła na niego Hermionę, a samej dziewczynie głupio było odmówić.
- Zawsze możesz się wymigać eliksirem. – Przypomniał Severus, stając w drzwiach. Spojrzała na niego z rozbawieniem.
- I siedzieć tu cały dzień? – Pokręciła głową, podchodząc do niego. – Wybacz, ale mam życie poza eliksirami.
- Och, oczywiście. – Sarknął. – Pozdrów Weasleya. – Zaszydził, a ona zmarszczyła brwi, mijając go. Przez te kilka miesięcy Ron działał na Severusa niczym płachta na byka. Sama Hermiona stresowała się rudzielcem przez to, czego był świadom.
- Mógłbyś naprawdę odpuścić. – Zeszła po schodach, zdając sobie sprawę, że Severus podąża za nią.
- Nawet nie mam czego. – Stanął z nią przy drzwiach, kiedy założyła buty i spojrzała na niego poważnie.
- Dlatego niezmiennie go atakujesz od kilku miesięcy.
- Dlatego go atakuje od kiedy go znam. – Poprawił ją. – Pamiętaj, że o dwudziestej trzeciej musisz tu wrócić na eliksir.
- Wiem, Severusie. – Przewróciła oczami. – Zdaje sobie z tego sprawę.
Do Nory teleportowała się spod kamienicy Severusa. W spokoju przeszła przez bariery wokół budynku i Pomachała do Harry'ego i Rona, którzy siedzieli na ławce przed wejściem. Nie zdążyła do nich podejść, kiedy z domu wyleciała Ginny i rzuciła jej się na szyję.
- Na Merlina, Hermiono! – Zaśmiała się i odsunęła na długość ramion. – Myślałam, że nigdy nie wyrwiesz się z tego laboratorium.
- Ledwo dałam radę. – Złapała rudą pod rękę i razem zaczęły iść w kierunku chłopaków. – Teraz, kiedy co raz bliżej końca praktyk, mam naprawdę dużo na głowie.
- Chyba cię rozumem. Ja sama siedzę cały czas w artykułach. – Wywróciła oczami. – Okropieństwo.
- W końcu wypełzałaś z pracowni. –Zauważył Harry, kiedy wstał, żeby ją przytulić.
- Dla was, walczyłam z całych sił. – Uśmiechnęła się szeroko do przyjaciela. Czuła na sobie uważny wzrok Rona. Nie wiedziała, co takiego Severus mu powiedział, ale, cokolwiek to było, pozostawiło odcisk na dumie Weasleya.
- Hej, Hermionko. – Uśmiechnął się do niej i także przytulił, co odwzajemniła, wyrzucając sobie, że nie potrafi wykrzesać z siebie wystarczającego entuzjazmu. Weszli całą grupą do środka i ponownie wpadła w objęcia. Tym razem to Molly miażdżyła jej żebra.
- Och, Hermiona! Jak żeś ty wychudła. – Starcza kobieta odsunęła ją na odległość ramion i przejechała spojrzeniem od góry do dołu. – Czy ty w ogóle robisz sobie przerwy na jedzenie?
- Oczywiście, Molly. – Ścisnęła przedramiona gospodyni. – Tyle, że nie jem za dużo. Przez stres. – Dopowiedziała szybko, wiedząc, że tylko to podziała, żeby pani Weasley nie wpychała jej jedzenia przy każdej możliwej okazji.
Na „ty" z rodzicami Rona przeszła w święta, kiedy jeszcze byli parą. Stosunkowo niedługo zerwali, ale państwo Weasley utrzymywali, że to nic nie zmienia. I choć wiedziała, że Molly miała jej za złe, że nie chciała wejść w tą rodzinę przez długi czas, to teraz było wszystko w jak najlepszym porządku w ich relacji.
- Ty i te twoje studia. – Wywróciła oczami z dobrodusznym uśmiechem i wprowadziła dziewczynę do jadalni, prosto w objęcia pozostałych, rudych, członków rodziny, a do nosa Hermiony nadleciały niesamowite zapachy kuchni tej niezwykłej kobiety.
Po godzinie jedzenia, śmiania się i rozmawiania, postanowili zrobić tak, jak za dawnych czasów. Wymknęli się z jadalni, kiedy tylko Molly wysłała naczynia do mycia i pobiegli do starego pokoju Rona. Harry usiadł, opierając się stare łóżko, które kiedyś zajmował, a tuż obok usiadła Ginny. Ronald usiadł w podobnej pozycji co Potter, tyle że przy swoim łóżku, a Hermiona usiadła przy ścianie, opierając się o nią.
- George ma się co raz lepiej. – Zauważyła nieśmiało, na co przyjaciółka kiwnęła jej głową.
- Stara się. – Wzruszyła ramionami. – Pozytywny wpływ na niego ma jednak związek z Angeliną.
- Trzeba im przyznać, że ślicznie razem wyglądają.
- Tak, mama też tak uważa. – Ruda zachichotała. – Ku rozpaczy Rona.
- Jak to? – Granger podwinęła kolano pod brodę.
- Ginny. – Jęknął zainteresowany, wywracając oczami.
- Cicho tam. – Machnęła na niego ręką. – Wychodzi obecnie na to, że Ron i Charlie jako jedyni nie mają wybranek. A że Charlie jest w Rumunii i rzadko tu przyjeżdża, cała „chwała" spada na biednego Rona- Mona.
- Naprawdę, współczuję. – Poklepała go po kolanie, doskonale wiedząc jakie zniszczenia mogą spowodować dobre intencje Molly.
- A ty, Hermiono? – Ruda spojrzała na nią ze świecącymi oczami. – Masz wybranka?
Cofnęła się oburzona. Poczuła, że Ron zesztywniał, ale nie chciała na to nijak reagować.
- Gin, będziesz pierwsza, kiedy go znajdę. – Skłamała, czując ciśnięcie żołądka. Rudy przyjaciel nadal był spięty, a to zaczynało na nią działać także. – Na razie szukanie pracy i kończenie praktyk zabiera mi cały czas.
- Znalazłaś już coś? – Spytał Harry, przypominając sobie, że jak widział Hermionę tydzień temu, ta szła na rozmowę.
- Na razie czekam na odpowiedzi trzech aptek. – Podrapała się po nosie. – Na ostatniej byłam wczoraj i wyglądali na zainteresowanych.
- A praktyki? Kiedy ci się kończą? – Głos Rona był niższy, bardziej ponury.
- Teoretycznie na początku maja. – Zerknęła na stary kalendarz, który magicznie był aktualny.
- To powinnaś skończyć już z tydzień temu. – Ruda zmarszczyła brwi.
- Owszem i wtedy zaniosłam wszystkie papiery. Ale nadal siedzimy z Severusem i pracujemy nad eksperymentalną metodą, którą mam zaprezentować w lipcu. – Bała się końca ustawowych praktyk, jednak Snape sam stwierdził, że nie podpisze się, póki dziewczyna nie zobowiąże się do dalszych zajęć pod jego skrzydłami.
- Dobrowolne zajęcia pod skrzydłami nietoperza? – Zaszydził Ron. – Współczuję.
- Ronaldzie Weasley. – Złapała się pod boki. – Może nie jest najmilszym człowiekiem pod słońcem, ale w moich oczach jest nieocenioną skarbnicą wiedzy. – Zganiła przyjaciela i znów przysiadła, krzyżując ręce na piersi.
W pokoju zapadła ciężka cisza, póki Ginny się nie poruszyła i nie wstała.
- Idziesz Harry? – Wyciągnęła do chłopaka rękę, z czego ten skorzystał.
- Gdzie idziecie? – Hermiona patrzyła na nich zdziwiona.
- Na chwilę do Molly. – Wyjaśnił Harry z przepraszającym uśmiechem. Czuł napięcie między przyjaciółmi i nie chciał ich zostawiać, ale Ginny już ciągnęła go do wyjścia.
Zostali sami, a atmosfera się zagęściła. Hermiona nie tyle miała za złe przyjacielowi wydarzenia sprzed kilku miesięcy, ale nie czuła się komfortowo sam na sam w jego towarzystwie. Poprawiła się na piętach i zaczesała kosmyk włosów za ucho.
- Czemu on. – Warknął nagle chłopak. Spojrzała na niego zdziwiona, nie wiedząc o co dokładnie mu chodzi. – Czemu wybrałaś śmierciożercę, zamiast mnie. – Wypluł, robiąc się co raz bardziej czerwony.
- Co… – Zamrugała. – Ron, o czym ty, na Merlina mówisz?
- Jak to „O czym mówię"?! – Wstał zamaszyście, nie mogąc usiedzieć w miejscu. Zaczął chodzić w tą i z powrotem mamrocząc i machając dłońmi na przemian. – Dwójka przyjaciół, dwójka przyjaciół wybrańca. – Prychnął. – Wszystko na niebie i na ziemi wskazuje, że powinniśmy być razem! Ale nie! Ty wybrałaś Snape'a! – Krzyknął oskarżycielsko. Także wstała, rzucając przy okazji zaklęcie wyciszające.
- Jak wybrałam?! – Znów złapała się pod boki. – Jak dobrze pamiętam nie jesteś mistrzem eliksirów. – Prychnęła.
- Nie rób z siebie idiotki. – Nie przestawał chodzić. – Doskonale wiesz, że nie chodzi mi o praktyki. Jesteście… – Przemielił w ustach, szukając właściwego słowa. – Kimś więcej! – Krzyknął w końcu.
- Cóż, faktycznie, zaprzyjaźniliśmy się, ale co w tym złego? – Nie spuszczała z niego wzroku. – Ron, co się z tobą dzieje? – Spytała, a jej głos zaczął brzmieć płaczliwie.
- Nie mogę… - Pokręcił głową. – Nie mogę znieść, że ja cię kocham. Przez ten cały czas czekan na ciebie, a ty wybrałaś starego czarodzieja, zamiast mnie. Wybrałaś śmierciożercę, zamiast mnie. Bo go wybrałaś, Hermiono, nie udawaj, że nie. – Zastrzegł, kiedy zobaczył u niej błysk buntu. Jednak dziewczyna się nie zraziła.
- Wybrałam? – Zaszydziła. – Nie miałam między czym a czym wybierać, Ronald. Ponieważ on był jeden. – Jej spojrzenie złagodniało. – Przykro mi, ale mówiłam ci to już. Nie kocham cię i nigdy tego nie zrobię. Nie potrafię. – Rozłożyła ręce.
- Czemu… co on ma, a ja nie? – Jego dłonie opadły wzdłuż ciała. Zbliżyła się do niego.
- Ron, to nie sprawa co ma on, a co masz ty. – Pogładziła go po ramieniu. – Obaj jesteście wyjątkowi i każdy w inny sposób.
- Ale on w sposób, który trafia do twojego serca. – Przyznał smutno.
- Ron…
- Nie, Hermiono. – Pokręcił głową. – Nie zaprzeczaj. – Stali w ciszy, niepewni co zrobić. – Mogę… mogę cię przytulić? – Spytał słabo, a ona pokiwała głową, nie mając serca odebrać mu i tego.
Objął ją długimi rękoma dookoła talii, a ona ułożyła głowę na jego obojczyku, także oplatając dłonie dookoła pasa. Poczuła gule w gardle i mocniej ścisnęła przyjaciela.
- Przepraszam, że nie mogłam cię pokochać. – Szepnęła. Chłopak w odpowiedzi przycisnął ją do siebie.
- Przepraszam, że nie mogłem być tym, którego pokochałaś. – Jego słowa odbiły się w pustym, starym pokoju.
Zeszli po czterdziestu minutach, kiedy to Molly ich zawołała. Przez cały ten czas siedzieli na ziemi i rozmawiali. Pod jego naciskiem, Hermiona opowiedziała mu o wszystkim związanym z Severusem, a on tylko jej słuchał. Czuła się o wiele lżej, kiedy ze smutnym uśmiechem obiecał milczeć i być zawsze w pogotowiu, jeśli będzie chciała się wygadać.
Weszli do salonu, gdzie siedzieli rodzice Rona i Harry z Ginny. Najstarsza z kobiet wycierała łzy, a Artur obejmował ją i gładził ramię.
- Mamo, co się stało? – Ron uklęknął przed matką, ale ona tylko pokręciła głową i wskazała na parę, która siedziała na fotelu. Jego siostra wstała z oparcia, gdzie do tej pory siedziała i podeszła do Hermiony szybkim krokiem.
- Chodź. – Pociągnęła ją do kuchni i stanęła naprzeciw niej, przygryzając wargę ze zdenerwowania.
- Na Merlina, Gin, co tu się dzieje? Czemu z Harrym tak nagle zeszliście, czemu Molly płacze i czemu…
- Zostaniesz moją druhną? – Wypaliła, przerywając monolog przyjaciółki. Brązowowłosa wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
- Druhną?! – Zaskrzeczała i złapała dłonie rozmówczyni. Rzeczywiście, na lewej dłoni widniał śliczny złoty pierścionek z diamentem. – Na Morganę! Ginevro Weasley, gratuluję! – Pisnęła i objęła ją mocno. – Druhna? Tak, oczywiście! Trzeba znaleźć salę, chyba że chcesz ślub w norze, a może nad morzem? Cholera, gdzie lepiej…
- Hermiono! – Drobne dłonie potrząsnęły ją, przerywając paplaninę gryfonki. – Spokojnie, mamy czas. – Zaśmiała się, dając się jeszcze raz uściskać.
- Nadal nie mogę się nacieszyć. – Szepnęła i ponownie obejrzała pierścionek. – Jest piękny. – Skomentowała.
- Też tak uważam. – Gin także się na niego zapatrzyła.
- Kiedy…, kiedy on ci się oświadczył? – W odpowiedzi uzyskała wzruszenie ramion.
- Wczoraj. – Wyznała. – A dzisiaj poprosił o oficjalną zgodę moich rodziców, dlatego zeszliśmy na dół i dlatego mama płacze, z naszego szczęścia.
- Och, Gin. – Sapnęła z niedowierzaniem. – Tak bardzo wam gratuluje.
- Czyli dostanę uścisk? – Spytał Harry, wchodząc z Ronem do kuchni. Wystarczyło jej jedno spojrzenie na rudego przyjaciela.
- Wiedziałeś! – Wykrzyknęła z wyrzutem. Wzruszył ramionami.
- Oczywiście, że wiedziałem. – Odparł tylko. Hermiona podeszłą do Chłopca-który-przeżył i przytuliła go z całej siły.
- Tak się cieszę, Harry. – Szepnęła. Po chwili wyciągnęła rękę ku Ronowi. – No chodź tu, zdrajco. – Dodała ze śmiechem, z czego skorzystał.
Po chwili, na środku kuchni Złota Trójca Hogwartu znów była razem, bez podziałów i znów świętując swoje zwycięstwo.
Weszła do mieszkania Severusa, ściągając buty po drodze do salonu, gdzie widziała płonący kominek. Gospodarz siedział na kanapie, czytając książkę w typowych dla niego domowych ubraniach.
- Wcześnie. – Mruknął, nie odrywając się od książki.
- Za godzinę i tak musiałabym tu być. – Odparła, patrząc na zegarek, który wskazywał kilka minut po dwudziestej drugiej. Opadła obok niego, zdejmując marynarkę. – Co czytasz? – Spytała, wyciągając szyję.
- Coś ciekawego. – Zatrzasnął tom i odłożył go na stolik kawowy. – Jak wieczór?
- Ciekawy. – Ucięła, czując uraz po zabraniu książki.
- Słodka i delikatna. – Parsknął.
- Taką mnie lubisz. – Spojrzała na swoje krótkie paznokcie. Jednak nie wytrzymała ciszy, która zapadła i obróciła się do mężczyzny całym ciałem. – Ginny i Harry się zaręczyli! – Zachichotała, nadal podekscytowana szczęściem przyjaciół.
- Och, nie mów, że ród Potterów się rozrośnie. – Jęknął, przejeżdżając dłonią po twarzy.
- Severus! – Pacnęła go w ramię. – Oczywiście, że będą chcieli mieć dzieci, ale to nic złego. – Spojrzał na nią pokrzywdzonym wzrokiem. – Całe szczęście, że nie uczysz już w Hogwarcie. – Wywróciła oczami.
- Bambi, nie zmienię swojego nastawienia. Potter to zawsze będzie plaga na tej ziemi.
- Jakim cudem ręka ci nie odpadła, kiedy mu ją ścisnąłeś? – Warknęła.
- Sam się nad tym zastanawiam. – Odparł niewzruszony. – A co na to brat Ginevry?
- Ron? – Zamrugała, zdziwiona ciekawością mężczyzny. – Ucieszony, pomagał Harry'emu to zorganizować.
- Och, czyli jednak nie jest takim psem ogrodnika. – Sarknął. Wyprostowała się jak struna.
- Co to miało znaczyć? – Syknęła. Spojrzał na nią uważnie.
- Że zachowuje się jak zniewieściała panna, gdy jest w twoim pobliżu.
- Możesz przestać go w końcu obrażać? – Poprosiła, choć jej głos wskazywał na zmęczenie.
- Ja go nie obrażam. – Bronił się. – Ja go tylko opisuje.
- Jesteś beznadziejny. – Zawyrokowała i wstała, odchodząc szybkim korkiem w kierunku laboratorium. Czuła na swoich plecach jego wzrok, ale nie przejęła się tym.
- Co się wydarzyło w Norze? – Spytał wprost, stojąc w drzwiach pomieszczenia. Milczała, przypatrując się wywarowi w kociołku.
- Wyznał, że mnie kocha. – Szepnęła, jednak on to usłyszał i zesztywniał.
- A ty? – Spojrzała na niego zdzwiona.
- Czy go kocham? – Dopytała się. Kiwnął głową, nie będąc w stanie wyartykułować słów. Przechyliła głowę.
- Nie tak, jak on mnie. – Przyznała. Poczuł ulgę i podszedł do niej. Stanął za nią i spojrzał na kociołek. – Jeszcze trochę. – Odpowiedziała na niezadane pytanie.
- Widzę. – Pocałował ją w szyję, kierując dłonią w górę.
- Severus. – Wymsknęła się z jego ramion. – Nie teraz, słabo się czuje. – W tempie ekspresowym podeszłą do drzwi. – Położę się i wrócę, kiedy eliksir będzie gotowy.
Zniknęła zostawiając go samego. Zmarszczył brwi, nie wiedząc o co jej chodzi. W końcu westchnął i wyszedł do salonu.
- Czarownice. – Mruknął pod nosem.
Spędzili weekend w mieszkaniu. Potem następny i następny. Zanim się obejrzeli nastał czerwiec i Hermiona właśnie ubierała się w czerwoną sukienkę do kolan z koronkowymi rękawami. Poprawiła włosy i jeszcze raz spojrzała na efekt końcowy. Sukienkę wzięła z mieszkania Severusa, on sam kupił ją, na początku ich układu.
Układu, który z dniem dzisiejszym się kończy.
Zignorowała bolesne ukłucie z klatce piersiowej i poszła założyć buty. Wyszła z mieszkania i zakluczyła drzwi.
Na uniwersytet, gdzie odbywało się uroczyste zakończenie roku akademickiego, tym samym ich studiów, dostała się dzięki teleportacji. Wygładziła niewidzialne zagięcie na materiale i ruszyła przed siebie. Nie minęło wcale dużo czasu, gdy po jej bokach pojawił się Dracon i Blaise.
- Gdzie popełniłam błąd. – Zachichotała, przyjmując ramię chłopaków.
- Cóż, możliwe, że odzywając się do nas na balu. – Zabini wyszczerzył się jak głupi.
- Najpewniej.
- Też możliwe, że dopiero wtedy, kiedy zgodziłaś się ze mną pracować. – Wtrącił blondyn, na co prychnęła oburzona.
- To, że zaplątałeś się tam, gdzie akurat postanowiłam pracować, było nieszczęśliwym wypadkiem, Malfoy. – Odrzuciła głowę w dumnym geście.
Tak się złożyło, że Hermiona dostała propozycję pracy w wydziale śledczym współpracującym z ministerstwem i aurorami, jako analityk substancji, a pracodawcy byli niezwykle zainteresowani jej fuzją eliksirów z numerologią, na której opierała się jej praca dyplomowa i wystąpienie na sympozjum w lipcu. I akurat złożyło się, że Dracon dostał także pracę, jako swego rodzaju patolog.
Rozbawieni podeszli w kierunku podium i zajęli miejsca. Ginny pojawiła się w ostatniej chwili, wciskając się między nią, a Zabiniego.
- Przepraszam. – Sapnęła, poprawiając się na krześle.
- Harry cię zatrzymał? – Szepnęła Hermiona, równocześnie skupiając wzrok na rektorze, który właśnie wyszedł i zaczął przemawiać.
- No zagadaliśmy się. – Poprawiła zbłąkany kosmyk.
- Też chciałabym tak rozmawiać. – Oderwała na chwilę wzrok od starego mężczyzny, by spojrzeć przyjaciółce w oczy, po czym wróciła do udawania, że słucha. – Znam cię, Gin. No i nie poprawiłaś do końca stanika. – Dorzuciła z przekornym uśmiechem. Kątem oka obserwowała jak ruda dyskretnie poprawia bieliznę.
Słuchała ze znużeniem rektora i próbowała uspokoić skołatane serce. Oto koniec wszystkiego, co zna. Pora na nowe życie i stając dzisiaj rano przed lustrem, musiała przyznać, że nie czuła się na to gotowa. Do cholery, walczyła z Voldemortem, przez rok podróżowała po świecie, który chciał jej śmierci, a boi się skończyć studia. Hermiona Granger w pełnej okazałości.
Zamknęła oczy, wzdychając, kiedy rektor zakończył przemówienie zapowiadając wyjątkowego gościa, absolwenta uczelni. Nagły syk Ginny zwrócił jej uwagę. Spojrzała na przyjaciółkę, której wzrok był skierowany na podium. Podążyła za jej wzrokiem i sama głośno wciągnęła powietrze.
Przy mównicy stał Severus Snape we własnej osobie. Był w czarnym garniturze, spod którego wystawała czarna koszula. Wyprostowany i dumny, stał nad przed studentami.
- Uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę, a nawet powstrzymać śmierć. – Zaczął gładko, a Hermiona doskonale pamiętała te słowa z pierwszych lekcji eliksirów. – To właśnie uczyliście się przez te wszystkie lata. Czy w naukach humanistycznych czy ścisłych. Siedzicie tutaj, tam, gdzie ja w waszym wieku. – Skupił swoje czarne oczy na niej. – Najlepsi z najlepszych, tym teraz właśnie jesteście. Kiedy wstaniecie stąd, odbierając dyplomy z wyróżnieniem, wygracie ten etap w życiu. Jak ja te wiele lat temu, tak i wy staniecie przed wyborem waszego dalszego życia. Ja, niestety, wybrałem źle. Ale wy macie nowe możliwości, nowe drogi. Za parę lat możecie być ordynatorem w Mungu, redaktorem naczelnym czy profesorem w Hogwarcie lub tutaj. Od teraz, profesorowie nie będą wam wskazywać, kazać lub wywierać nacisku. Teraz władzę nad miotłą, macie wy.
Gdy zakończył ostatnie zdanie zaległa krótka cisza, by rozgoniły ją oklaski. Widziała sztywność jego ramion i wiedziała, że nie czuł się najlepiej w centrum uwagi. Obok niego pojawił się rektor i zaczęli wydawać dyplomy z wyróżnieniami. Patrzyła na grupy, które pochodziły po pergaminy z czerwoną wstęgą. Kiedy Ginny usiadła znów obok niej przytuliły się.
- Nic nie mówiłaś, że będzie Snape. – Zauważyła w końcu ruda.
- Jakbym wiedziała, to bym powiedziała. – Wywróciła oczami i nachyliła się do Draco. – Coś ci mówił?
- No co ty. – Prychnął. – Pewnie chciał nas zaskoczyć co nie powiem, udało mu się. – Opadła na oparcie i przyglądała się kolejnym osobom na podium.
W końcu wyczytano ją jako pierwszą z jej kierunku. Przeszła z uniesioną głową, kierując się do mężczyzn.
- Gratuluję, Panno Granger. – Rektor uścisnął jej dłoń mocno i pewnie, co odwzajemniła. Gdy tylko go puściła zostało wyczytane kolejne nazwisko. Stanęła naprzeciw Severusa. Dał jej dyplom i także uścisnął dłoń.
- Gratuluję, Panno Wiem-To-Wszystko. – Mruknął, a ona parsknęła, ale podziękowała. Zeszła z podium i wróciła na swoje miejsce, jako oficjalna mistrzyni Numerologii i Eliksirów.
Kiedy rok temu kończyła studia numerologiczne, nie czuła tego tak mocno jak dzisiaj. Po dłuższym czasie ostatnia osoba oficjalnie zakończyła studia i wszyscy zaczęli wstawać i zbijać się w grupki. Ginny pognała na spotkanie z rodzicami, a chłopaki zniknęli w tłumie, po zapewnieniu Hermiony, że ona tak już idzie. I faktycznie, ruszyła w kierunku bramy wydziału i kiedy była już tuż przy niej, obok zmaterializowała się Carter.
- Granger, Granger. – Zamruczała śpiewnie, zarzucając ręce na jej barki. Z daleka wyglądało to, jakby dwie przyjaciółki właśnie wychodziły z kampusu. – Komu jeszcze musiałaś dać dupy, żeby zostać wyczytana jako pierwsza? – Spytała z wrednym błyskiem w oczach.
Nie daj się sprowokować. Powtarzała sobie w myślach Hermiona, żeby tylko się nie odezwać do tej kobiety. Angela zmarszczyła brwi i upewniwszy się, że nikogo nie ma, popchnęła ją we wnękę między budynkami uczelni i przycisnęła dziewczynę do ściany.
- Słuchaj, dziwko. – Syknęła. – Może ci się wydawać, że bycie najlepszą na roku coś znaczy. – Złapała mocniej za nadgarstki Hermiony, gdy ta próbowała się wyrwać. – Ale jesteś nikim więcej, jak tylko szlamowatą dziwką. I czarodzieje w końcu zrozumieją, że szlamy doprowadzą tylko do regresu. – Brązowowłosa zesztywniała. Od tak dawna nie słyszała tak rasistowskich poglądów, że odczuła je, jakby słyszała je po raz pierwszy. Chciała się odezwać, ale uprzedził ją męski, jedwabisty głos.
- Dziwne miejsce na pożegnania, dziewczyny. – Severus stał w wejściu do uliczki i mordował wzrokiem Carter.
- Wie pan, takie przyjacielskie pogaduchy. – Zarzuciła włosy na plecy i odsunęła się od Granger. – Do zobaczenia, Hermiono! – Uśmiechnęła się do niej sztucznie i odeszła, mijając, jak gdyby nigdy nic Snape'a. Podszedł do dziewczyny opartej o mur.
- Wszystko w porządku? – Spytał cicho, ale ona pokręciła tylko głową. Nie, nic nie było w porządku. – Chodź. – Zarządził, łapiąc ją za przedramię. Teleportowali się tuż pod kamienicę i bez słowa weszli do środka.
Hermiona, jak nie ona, milczała i dała się prowadzić, przez lobby, windę i hol. Mężczyzna posadził ją na kanapie, odłożył dyplom i podał jej szklankę whisky. Przypatrywała się jej, podobnie jak Severus jej samej.
- Co ci powiedziała? – Spytał, kiedy cisza zaczęła i jego przytłaczać. Pokręciła głową. – Granger, nie denerwuj mnie. – Warknął. – Co ci powiedziała?
- Ja mam nie denerwować ciebie? – Odezwała się szeptem. – Ja?! Ciebie?! – Wstała, zamaszyście odkładając nienaruszony alkohol na stolik. – To nie ja ukryłam, że występuje na wydarzeniu i to nie ty słuchałeś jakieś pokręconej szmaty. Więc to nie ty masz się czym denerwować! – Krzyknęła.
- Nie podnoś na mnie głosu. – Zastrzegł.
- Bo co? – Spytała butnie. Wszystko w niej buzowało i nie miała zamiaru się hamować. Już nie.
- Bo należy mi się szacunek. – Syknął, na co tylko prychnęła. – Nie wiem, jakie głupoty, naopowiadała ci Carter, ale jeśli myślisz, że będę frajerzył niczym Weasley to jesteś w wielkim błędzie.
- Opieprz się w końcu od Rona! – Nie zniżyła głosu. – Merlinie! Podejrzewam, że on rozumie więcej niż ty!
- Nie obrażaj mnie! – Zmarszczył brwi i choć jego głos był cichy, słychać było zdenerwowanie.
- Nie obrażam, opisuję. – Odpyskowała jego jednym z ulubionych tekstów.
- Niby w czym Weasley jest ode mnie mądrzejszy? Może dlatego że cię kocha. – Już on podniósł głos.
- A jeśli tak uważam, to co? – Była wdzięczna za czary wyciszające dookoła mieszkania, bo była pewna, że byłoby ich słychać w całej kamienicy.
- To nie rozumiem co ma to uczucie do tego wszystkiego. – Przyznał szczerze.
- Bo mimo to, że mnie kocha, wspiera mnie. Nawet jeśli cholernie go to boli. – Zacisnęła usta w cienki pasek.
- Co go tak cholernie boli. – Prychnął. – To, że ty się rozwijasz, a on został w czasach kamienia łupanego?
- To, że nie kocham jego, a ciebie. – Wrzasnęła zła. Po chwili dotarło do niej co powiedziała. I do niego też. Zapadła ciężka cisza.
- Coś ty powiedziała? – Szepnął, a ona się poddała.
- Kocham cię, Severus. – Wzruszyła ramionami. Zobaczyła, że zbladł i w jego oczach coś błysnęło, jednak za szybko zniknęło za maską, by mogła to zidentyfikować.
- Nie możesz. – Stwierdził kategorycznie. – Nie możesz mnie kochać, bo nie taki mieliśmy układ.
- Walę ten układ. – Złapała się za brzuch. – Wiem co czuje, nawet kiedy ty tego nie chcesz.
- A nie chce. – Wyznał z mocą. – Miałaś być wygodnym wyjściem, bez tego gówna. – Zamachnął ręką okrąg. – Zresztą, nic się nie zmieniło. – Dodał grobowym tonem. Poczuła w oczach łzy.
„-No i tak nie byłbym w stanie pokochać tej osoby. Lilli zabrała całą możliwą miłość do innych ludzi i nie jestem w stanie wykrzesać z ciebie już nic podobnego."
- Nadal ją kochasz, prawda? – Szepnęła płaczliwie. Zrozumiała. Zrozumiała, że to nie on zakończy ten układ. To ona nie potrafi z tym żyć.
- Nadal. – Szepnął. – Ale było nam dobrze… musi ci się wydawać, Hermiono. Nie możesz nie kochać. – Powtórzył. Pokręciła głową.
- Kocham. – Powiedziała z naciskiem. – Ale… fakt, miałeś rację. Nie zasługuję na tkwienie w tym, kiedy nigdy nie będziesz w stanie dać mi tej miłości z powrotem. – Stał i patrzył, jak sięga do torebki i wyjmuje z niej klucze. Odpięła z pęku komplet do jego mieszkania z brelokiem i położyła je na stoliku.
- Nie musisz, możemy jakoś się dogadać. – Jego głos był cichy i melodyjny. Otarła łzy na policzkach.
- Muszę. – Rozglądała się po pomieszczeniu. – Nie… nie dam rady, Severusie. – Powoli do niego podeszła i pogłaskała go po policzku. – Książki odeślę sową. – Szepnęła i spojrzała mu prosto w oczy. – Bądź szczęśliwy. – Życzyła mu i minęła go w drodze do drzwi.
Nie odwrócił się, kiedy otworzyła drzwi i przez nie wyszła. Stanęła przy windzie i starała się nie wybuchnąć płaczem, uznając, że łzy lecące po jej policzkach to już maksimum co może znieść poza bezpiecznymi ścianami.
- Hermiono. – Obróciła się. Stał w drzwiach i równo z jego ustami otworzyły się drzwi do winy. – Ty bądź szczęśliwa. – Jej serce pękło, więc szybko wsiadła do windy. Usłyszała z niej szczęk zamykanych drzwi, a i ona została sama, w zamkniętej przestrzeni.
Nic nie czuła. Była przekonana, że jej serce leży roztrzaskane pod butami Severusa. Następne kilka minut pamięta jak przez mgłę. Wyszła jak huragan z budynku, teleportowała się, nie zważając czy się rozszczepi i wpadła do mieszkania. Nie przebierając się, opadła na łóżko i wybuchła prawdziwym strumieniem szlochu i łez. Wszystko runęło, jak domek z kart.
Przez nią.
