Rozdział 12
Bruce usiadł, pozwalając Fury'emu zająć się komunikacją między dwoma grupami. Siedmiu z dziewięciu mężczyzn, którzy mieli być zatrudnieni przez Hammera, zostało aresztowanych, a Natasha i grupa agentów przeszukiwała budynek w poszukiwaniu pozostałych. Byli dość sprytni, wchodzili na wyższe piętra w grupach po dwie osoby, aby ukryć swoją liczbę, niszcząc kamery, gdy wspinali się dalej, aby ukryć, że niektórzy wrócili na dół. Weryfikacja schwytanych najemników nie przyniosła żadnych rezultatów. W międzyczasie inna grupa agentów próbowała zabezpieczyć miejsce incydentu w rezydencji Osborna. Generał Ross i Justin Hammer zostali odwiezieni do zatoki medycznej, podczas gdy TARCZA zabezpieczała Normana Osborna, który zmienił się w potwora, aby móc go przetransportować do jednego ze swoich obiektów.
Agent Han wysłał im zdjęcia wielkiej, zdeformowanej, czerwonej jaszczurki.
— Bóg jeden wie, co zrobił mu Hammer — burknął Fury. — Niemiłosiernie cieszę się, że udało nam się wyrwać doktora Connorsa spod pieczy FBI. Może pomoże nam przywrócić tego drania do normalności.
Bruce nie odpowiedział. Patrzył na małe okienko w rogu ekranu, które monitorowało status generała Rossa. Według ostatniego raportu dotarł bezpiecznie do szpitala i wkrótce miał przejść operację. Powieki Bruce'a opadły, gdy wyobrażał sobie, że pracownicy szpitala dzwonią pod numer kontaktowy w dokumentach Rossa, kontaktując się z jego najbliższymi. Gdzieś w Zachodniej Wirginii Betty obudziła się przez dźwięk dzwonka dobywający się ze strony szafki nocnej. Prawdopodobnie w ciągu godziny lub dwóch będzie w samolocie. To był jej ojciec, bezsprzecznie przyjedzie do niego.
— Oczywiście, to nie oznacza, że to koniec — powiedział Fury, powiększając i zmieniając obraz na różnych ekranach. — Szkody, które wyrządzili Starkowi, nie znikną z dnia na dzień. I jestem pewien, że krew Rogersa jest przechowywana gdzieś w tym budynku. Mieli do niej dostęp tylko przez siedemdziesiąt dwie godziny? Czy to wystarczająco długo, aby coś z nią zrobić?
— To zależy od tego, co jeszcze mają — powiedział Bruce, nie zastanawiając się nad tym zbytnio.
— Jestem pewien, że Hammer był na tyle sprytny, by zniszczyć wszelkie wyniki badań przed swoim małym planem ucieczki. — Westchnął. — Co za bałagan. Ale przynajmniej obserwujemy, jak wszystko ogarniają, zamiast walki. — Odwrócił się, aby spojrzeć na Bruce'a — Dzieciak dobrze sobie poradził.
Bruce w końcu uniósł wzrok.
— Czy wiedziałeś, że pójdzie? — zapytał cicho. — Zachęcałeś go.
— Czy nie powinienem? — Fury uniósł brew. — Jeśli dobrze pamiętam, to ty niedawno zaproponowałeś, aby dołączył do drużyny.
Bruce starał się nie skrzywić, ale nie odniósł w tym wielkiego sukcesu.
— Tak było.
— Masz wątpliwości?
— Może. — Bruce przetarł oczy i kilkakrotnie próbował wymyślić coś do powiedzenia, ale bezskutecznie. — Potrzebuję odetchnąć — powiedział, podnosząc się na nogi. — Jeśli nadal będziesz chciał porozmawiać, to możemy zrobić to później?
Futy patrzył, jak szedł w stronę do wyjścia.
— Myślę, że skończyliśmy — powiedział. — Na razie.
Bruce poszedł do apartamentu. Miał nadzieję, że Tony skończył z rozmaitymi przesłuchaniami – słuchanie gadaniny Tony'ego zawsze w jakiś sposób mu pomagało – ale była tam tylko Pepper, nalewająca sobie drinka przy barze.
— Wyglądasz, jakbyś tego potrzebował bardziej niż ja — powiedziała z lekkim uśmiechem.
Bruce również uśmiechnął się, ale odmówił. Kanał z wiadomościami wciąż był odtwarzany w telewizorze za jego plecami, ale nie chciał siedzieć przy nim wystarczająco długo, aby cokolwiek usłyszeć.
— Potrzebuję tylko chwili wytchnienia — powiedział. — Daj mi znać, jeśli Tony'emu uda się uwolnić, dobrze?
Helikopter Fury'ego wciąż znajdował się na miejscu wydarzeń, więc lądowisko było puste. Bruce był w stanie przejść na jego środek i wziąć głęboki oddech chłodnego powietrza. Zwykle to pomagało, ale jego umysł był zbyt zajęty. Wciąż myślał o Betty, która pośpiesznie ubierała się i rezerwowała przez telefon bilet lotniczy. Myślał o Peterze walczącym o życie przeciwko szaleńcom z bronią i ze szponami. Pomyślał o włosach Betty na jej twarzy, o oddechu Petera, który był urywany, gdy huśtał się na pajęczynie. Oboje nadchodzili. Jego logiczny umysł podpowiadał mu, że nie było powodu do zmartwień. Betty będzie tu za kilka godzin. Nie przyjdzie do wieży. Nie wiedziała nawet, że był w mieście. Jeszcze nie wiedziała. Powie jej – teraz jej ojciec walczył o swoje życie – ale zrobi to, kiedy będzie gotowy i na swoich warunkach. Nie musiała wiedzieć o Peterze. Nie zamierzali się spotkać.
Powtarzał sobie te rzeczy, ale nadal siedział na środku balkonu, z wyciągniętymi nogami i zamkniętymi oczami, przypominając sobie ćwiczenia oddechowe. Był zły, ale nie na nikogo ani na cokolwiek, co mógł wskazać – a może było tak, że był zły na tyle rzeczy, że nie mógł ich wskazać. W jego kościach wibrowała gorycz. Miał dość i chciał zrzucić z siebie skórę i gdzieś uciec. Tylko myśl o Peterze trzymała go w kupie. Będzie czekał na niego, a kiedy upewni się, że z Peterem wszystko w porządku, weźmie środki uspokajające i pozwoli Fury'emu i reszcie zająć się wszystkim innym. I tak nie potrzebowali już jego pomocy, jeśli w ogóle była kiedykolwiek taka potrzeba.
Bruce zamknął oczy i pomyślał o strzykawce w swoim pokoju. Dzielił go od niej jeden bieg w dół po schodach i przeszukanie swojej torby. Nie mógł doczekać się snu, który byłby zbyt głęboki, by śnić, który miałby po tym, jak tylko dowie się, że z Peterem wszystko w porządku.
Bruce nie wiedział, jak długo tam przebywał, ale gdy Pepper dotknęła jego ramienia, miał gęsią skórkę na całym ciele. Jej spojrzenie było pełne troski.
— Bruce.
— Nic mi nie jest — powiedział automatycznie Bruce. — Czekam tylko na Petera.
Pepper potrząsnęła lekko głową.
— Steve wrócił.
Bruce zerknął przez ramię i przez szklane drzwi zobaczył Steve'a, rozmawiającego gorączkowo z Tony'm.
— Świetnie — mruknął. — To była ostatnia rzecz, jakiej potrzebował, ale pozwolił Pepper pomóc sobie stanąć na nogi.
— Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię — powiedział Steve, a Bruce zastanawiał się, czy istnieje jakiś sposób, aby ominąć go idąc do windy bez żadnego zatrzymywania się. — Nie mogę uwierzyć, że ci to odpowiada.
— Nie „odpowiada mi to" — odparł Tony. Bruce wmawiał sobie, że mogą rozmawiać o czymkolwiek, ale wtedy Tony zauważył go, a poczucie winy pojawiające się na jego twarzy zdradzało wszystko. — Ale jak powiedziałem, to nie nasza sprawa.
— Już tego nie kupuję. Naraża swoje życie na niebezpieczeństwo i nie tylko to… — Steve zauważył, że Bruce próbuje wyjść i zawołał do niego. — Bruce, musimy…
— Steve, nie teraz — powiedział Bruce, ale kiedy Steve stanął przed nim, musiał się zatrzymać.
Bicie serca już dudniło mu w uszach i nie mógł ryzykować, że Steve go dotknie.
— Nie, będziemy rozmawiać teraz — zakomunikował Steve. — Powiedziałem Peterowi, żeby nie przychodził, a ty i tak mu na to pozwoliłeś. Rozumiem, ma pewną historię z Oscorp, ale obaj mnie okłamaliście w trakcie misji i po co?
Bruce włożył ręce do kieszeni. Każdej innej nocy mógłby wycofać się, odsunąć i uspokoić się. Steve był podekscytowany walką, na jego mundurze widać było krew – i miał zamiar wygłosić swoje zdanie, a Bruce nie miał nadziei, że go do czegoś przekona. Ale nie wycofał się. Patrzył prosto na Steve'a, ignorując ciepło przechodzącego pod jego skórą.
— Widziałem wszystko — powiedział. — Uratował ci życie i złapał dla nas Hammera.
— Niemal zginął, wisząc z tyłu szybowca. — Steve zrobił krok do przodu i Bruce musiał wyraźnie się spiąć, ponieważ Tony i Pepper zbliżyli się do siebie. — Mówiłem ci ostatnim razem, że jego szczęście się wyczerpie. Może nie stało się to dzisiejszej nocy, ale tak się stanie, a jeśli będziesz go zachęcać, stanie się to tylko szybciej.
— Nie zachęcałem go do przyjścia — zaprotestował Bruce. — To Tony dał mu wirusa.
Tony zbliżył się lekko. Nie wyglądał na bardziej przygotowanego niż Bruce na to, co się działo, ale próbował ingerować.
— On ma rację, Rogers. Złość się na mnie, jeśli chcesz. Byłem…
— Zajmę się tobą za minutę — warknął Steve, a Bruce również poczuł złość. — Rozmawiam z Bruce'em. — Spojrzał na naukowca surowo, pewien rodzaj skupionego rozczarowania, które może sprawić, że ktoś zacznie się nienawidzić. Okropnym uczuciem było rozczarowanie Kapitana Ameryki. — Czy nie rozumiesz, co to znaczy, że mam żołnierza, za którego jestem odpowiedzialny, a o którym nie wiem? Nigdy więcej nie stawiaj mnie w takiej sytuacji.
— On nie jest twoją odpowiedzialnością.
— Jest, kiedy uczestniczy w mojej misji.
— Posłuchaj, obaj wiemy, o co w tym wszystkim chodzi — powiedział Bruce. — Dlaczego więc nie wyrzucisz tego z siebie?
Steve zmrużył oczy i zniżył głos, choć najwyraźniej nie ze współczucia dla niestabilnego stanu Bruce'a.
— Wiem, że się z nim wygłupiasz i nie podoba mi się to — powiedział.
— Rogers — Tony ponownie próbował interweniować — to naprawdę nie jest…
— Nie wtrącaj się — warknął Bruce, ale obserwowanie, jak Tony ugryzł się w język, by nic więcej nie powiedzieć, nie poprawiło mu samopoczucia. Odwrócił się do Steve'a. — Nie muszę się usprawiedliwiać przed tobą ani przed nikim innym.
Steve skrzyżował ręce na pierwsi.
— Czyli przyznajesz się do tego.
— Mamy związek. — Powiedzenie tego na głos było surrealistyczne. Musiał bardzo mocno walczyć, aby nie patrzeć na Tony'ego lub Pepper, obawiając się swojej reakcji na wyraz ich twarzy. — Ale to nie ma nic wspólnego z tym, że jest Spider-Manem ani z tym, co się stało dzisiejszego nocy.
Steve już kręcił głową.
— Bruce, Peter wciąż jest dzieckiem. Wszystko, co mówimy i robimy, ma na niego wpływ. Oczywiście, będzie mu o wiele łatwiej wylatywać z budynków, kiedy ktoś, z kim jest związany, wciąż jest dostępny poprzez komunikator i mówi mu, że to dobry pomysł.
— Już ci mówiłem, że to nie był mój pomysł i nie dajesz mu wystarczającego uznania. On…
Drzwi do klatki schodowej otworzyły się i wszedł Fury. Bruce natychmiast zaczął się pocić. To, że Steve oddychał mu na karku to jedno, ale Fury to była zupełnie inna kwestia. W uszach rozbrzmiał mu szum. Musiał się stąd wydostać.
— Wiem, jaki może być — powiedział Steve, ale jego głos szybko stał się mroczniejszy. — Jest młody i uparty, mogę zrozumieć, dlaczego go lubisz. — Fury szedł w ich kierunku. — Wciąż jednak ma siedemnaście lat, Bruce.
Bruce nie mógł go nawet poprawić. Wpatrywał się w intensywnie w twarz Steve'a.
— Musisz przestać ze mną rozmawiać.
Tony wyszeptał coś do ucha Pepper. Chwilę później przemknęła się do najbliższego panelu JARVISA. Świadomość tego, co zamierzała, sprawiała, że szczęki Bruce'a bolały od zaciskania się. Ale Fury wciąż się zbliżał, a Steve wciąż mówił.
— Nie chodzi tylko o waszą dwójkę — powiedział Steve. — To dotyczy nas wszystkich.
— Rozumiem. — Bruce czuł, jak paznokcie wbijały mu się w dłonie. — Bądź tak zaniepokojony, jeśli chcesz, ale musisz zejść mi z drogi.
— Steve powoli rozłożył ręce.
— Albo co?
— Wiesz co.
Wokół nich wyczuwało się wściekłość, ale Steve musiał dostrzec ostrzegawcze spojrzenie Tony'ego, jednak nie poddał się.
— Nie możesz wciąż grać tą kartą, Bruce — powiedział Steve. — Nie boję się ciebie.
— Boisz się — odparł Bruce, a wyraz twarzy Steve'a był inny od wszystkiego, co mógł opisać. — Wiem, że się boisz. — Zrobił krok do przodu. — Więc zejdź mi z drogi, zanim to udowodnię.
Nie chciał, żeby Steve się wycofał. Chciał jeszcze jednej riposty, spojrzenia lub pchnięcia, które dałoby mu wszystko. Już czuł się tak, jakby jego skóra była gotowa do oderwania się. Dłonie go swędziały, gotowe do samodzielnego rozdarcia jej. Był zmęczony odczuwaniem bezradności i życiem w strachu, ukradkowymi spojrzeniami i pytaniami, czy z nim wszystko w porządku i rozczarowaniem na twarzy Steve'a. Mając jeszcze jedną wymówkę, mógłby to wszystko zniszczyć. Wieżę, w której się ukrywał, budynek Oscorp z jego truciznami, Hammera i Rossa, wszystko, co mogło go skrzywdzić. Chciał, żeby to wszystko obróciło się w popiół. Jeśli świat tak bardzo chciał być przeciwko niemu, to będzie tego żałował.
Ale potem Steve odsunął się i odwrócił wzrok. Nie było to żadne zwycięstwo, z którego można było być dumnym, a to tylko rozzłościło Bruce'a. Sprawiło, że jego żołądek zacisnął się, a pod skórą czuł ogień. Inni patrzyli na nich. Spięci i nieufni. Przez chwilę Bruce pomyślał, ile to zajmie? Ile musiałby zniszczyć, aby wyrzucić gniew ze swojego organizmu? Może nie ma takiej możliwości. Na świecie nie było wystarczająco dużo rzeczy, które mógł zniszczyć, które warto było rozwalić, aby wyrzucić z siebie ogromne pokłady nienawiści, jaką odczuwał do siebie.
Bruce wyszedł. Udało mu się wyjść z apartamentu w rozsądnym tempie, ale gdy tylko dotarł do klatki schodowej, pobiegł, schodząc po dwa lub trzy stopnie naraz. Wpadł do swojego mieszkania i raczej zaczął rozrywać rękaw, niż go podwijać. Strzykawka była w jego torbie. W kółko powtarzał sobie: Jest właśnie tam. Po prostu to weź. Ale ręce trzęsły mu się tak bardzo, że środki medyczne rozsypały się po podłodze. W końcu znalazł środek uspokajający i stanął przed monitorem komputera w swoim sypialni, próbując użyć światła bijącego z niego, aby znaleźć żyłę. Potrzebował bezpośredniego wkłucia inaczej lek w ogóle nie zadziała.
Rozległo się pukanie w okno i Bruce drgnął. Strzykawka uderzyła o biurko, gdy wypadła mu z ręki. Odwrócił się, a kiedy zobaczył Petera przyczepionego do szyby, nie był pewien, czy imploduje, czy zemdleje. W jakiś sposób jego ciało ruszyło do przodu i wpuścił Petera do środka.
— Peter. — Bruce cofnął się, gdy nastolatek wpadł do pokoju. — Jak…
— Widziałem, jak samochód TARCZY podjechał pod wieżę — wyjaśnił Peter. — Nie chciałem przechodzić przez apartament, na wypadek gdyby kapitan wrócił.
— Jest… — Bruce spojrzał przez ramię, szukając wzrokiem środka uspokajającego. Pokój wirował i nie mógł złapać tchu, chociaż wiedział, że oddychał głęboko i ciężko. — Nic ci nie jest?
Peter zdjął maskę, upuszczając ją na podłogę. Ledwo się wyprostował, a już zarzucił ręce na ramiona Bruce'a, obejmując go. Odnalazł usta mężczyzny i zawładnął nimi w długim pocałunku, który sprawiał, że kolana Bruce'a groziły ugięciem się pod nim.
Peter oparł się o niego, ale Bruce nie był gotowy na ciężar jego ciała. Zatoczył się do tyłu na biurko, obejmując Petera. Nic nie miało sensu. Kilka sekund później nie miało to znaczenia. Peter był tuż przy nim, ciepły, bezpieczny i pragnący go.
— Przepraszam — powiedział Peter, chwytając tył szyi Bruce'a. — Przepraszam.
— Peter. — Bruce przesunął dłońmi po jego kostiumie. Był nadmiernie wrażliwy na jego fakturę. Mógł z łatwością dostrzec wiele małych dziurek w spandeksie. Plamki krwi przyklejały się do jego palców. — Wszystko w porządku?
— Tak. Nic mi nie jest. — Peter westchnął długo, a jego oddech był gorącym podmuchem na zarumienionych policzkach Bruce'a. — Przepraszam. Muszę cię teraz pocałować.
Bruce zmarszczył brwi, ale kiedy usta Petera przesunęły się po jego, nie mógł odmówić. Ofiarowywał pocałunki, o które prosił Peter, przyciągając go bliżej, aż do momentu, że aż bał się go skrzywdzić. Rozumiał. Peter był zmęczony, obolały i prawdopodobnie zdezorientowany, a on był przyjemnym rozproszeniem. Nastolatki. Bruce przypomniał sobie te dni, kiedy seks na jakiś czas naprawiał wszystko, co złe.
Starał się, żeby były to delikatne pieszczoty. Gładził ciało Petera, opuszkami palców tańcząc na wypukłych krawędziach kostiumu. Stłumił, własnymi ustami, ciche odgłosy przyjemności wydobywające się z Petera, który gorliwie przyjmował pocałunek. Starał się nie myśleć o niczym innym, ale z tyłu jego głowy pojawiły się głosy, syczące, pełne dezaprobaty. Nie chcieli, żeby to miał. Próbowali odebrać mu Petera.
Bruce warknął gardłowo, a jego dłonie zacisnęły się zaborczo. Peter wtulił się w niego. Tego rodzaju wzmocnienie wszystkiego było niebezpieczne. Był przyzwyczajony do surowego entuzjazmu Petera i było to bardzo dziwne i radosne uczucie, gdy ten młody chłopak wpadł w jego ramiona w potrzebie. Zanim całkowicie stracił umysł, odwrócił ich, pchając Petera na biurko. Silne uda nastolatka, drżące wokół jego talii, były tak dobrym uczuciem, że aż wściekł się na myśl o tym, by przeżyć resztę życia bez nich.
Peter przesunął się na biurku, a strzykawka zabrzęczała cicho, gdy przetoczyła się po blacie i oparła się o klawiaturę. Nastolatek próbował wyciągnąć szyję, żeby ją zobaczyć.
— Co to było?
— Nic — odpowiedział szybko Bruce, przyciągając go z powrotem. — Nic…
Niewiele trzeba było, żeby przekonać o tym nastolatka. Palce Petera zacisnęły się we włosach Bruce'a, kiedy całowali się, aż stracili dech.
— Dobrze postąpiłem? — wydyszał. — Schwytałem sukinsyna.
— Tak — zgodził się chętnie Bruce. Masował uda Petera, ekscytując się napięciem mięśni pod dłońmi. Kiedy podążał za wewnętrznym szwem kostiumu, aż do pachwiny Petera, zakochał się od nowa w tym niewielkim, krótkim wdechu, takim samym jak ten, który słyszał, gdy nastolatek huśtał się na pajęczynie. Kciukiem nakreślił kształt penisa Petera. — Byłeś taki dobry, Peter — mruknął, jednocześnie nienawidząc siebie za to. W tym momencie nie obchodziło go, że Steve mógł mieć rację. Chciał wywrzeć wpływ na Petera. Tak bardzo chciał się dla niego liczyć. — Jestem z ciebie taki dumny.
Wydawało się, że te słowa wpływały na młodzieńca bardziej, niż jego ręce. Peter jęknął nosowo, rozluźniając się w czystej błogości, chętny na każdy silniejszy dotyk i mocniejszy pocałunek. Był jak kit pod coraz większą uwaga Bruce'a, aż sapnął, ściskając ramiona mężczyzny, gdy ten ssał jego gardło tworząc siniaka.
— Hej — szepnął, gdy złapał oddech. — Bruce. — Nachylił się do ucha mężczyzny. — Mogę ssać twojego penisa?
Ramiona Bruce'a drgnęły, gdy ciepło przeszło przez niego, osiadając nisko w jego brzuchu.
— Co?
— Mogę? — Peter wygiął się w łuk, a Bruce żałował, że nie może ich obserwować z pewnej odległości, ponieważ wiedział, jak pięknie wygląda wtedy Peter. — Chcę tylko spróbować. — Jego głos zmienił się w nerwowy chichot — Ćwiczyłem.
Błyskawica przeszyła kręgosłup Bruce'a. Mięśnie napięły się niczym sznur pod skórą, a jego własny głos przeszedł w zazdrosny ryk.
— Ćwiczyłeś?
— Nie na penisach. — Peter zaśmiał się z zakłopotaniem i schował twarz w szyi Bruce'a. — No… wiesz — powiedział porozumiewawczo. — Na rzeczach. Lodach na patyku, bananach…
Bruce przełknął. Jego wyobraźnia ożywiła się z poczuciem winy, a kiedy Peter składał małe pocałunki na gardle, prawie nie mógł oddychać. Musiał przestać. Jego puls był bolesnym staccato pod ustami Petera, a nerwy były w strzępach. Próbował coś powiedzieć, ale wtedy długie palce Petera przesunęły się w dół, zbliżając się do paska, bawiąc się rozporkiem…
— W porządku. — Zachłysnął się bardzo potrzebnym powietrzem i odchylił się do tyłu, aby Peter miał łatwiejszy dostęp. Stracił rozum, ale to nie miało znaczenia. — W porządku.
Peter przesunął się na krawędź biurka. Na początku sięgnął po koszulę Bruce'a. Próbował rozpiąć guziki, rękawiczki od jego kostiumu sprawiały, że miał niezgrabne palce. Bruce niecierpliwie szarpnął za materiał. Peter zaśmiał się widząc oderwane guziki.
— Będę ostrożny — obiecał, jakby Bruce'a trzeba było jeszcze przekonać. — Przesunął dłońmi po klatce piersiowej mężczyzny, zanim ponownie sięgnął do jego spodni. — Zacznę powoli.
— Nie bądź powolny — powiedział Bruce pomagając mu z paskiem i guzikiem.
Język Petera wysunął się, gdy sam rozpiął rozporek. Z radosnym pomrukiem wsunął rękę pod bokserki Bruce'a i powoli ścisnął jego penisa. Bruce syknął. Wyciągnął jego rękę z bielizny, by móc się cofnąć i ściągnąć Petera z biurka, ciągnąc go w stronę łóżka.
Przez chwilę myślał o tym, że powinien zamknąć drzwi, albo przynajmniej poinstruować JARVISA, żeby nikogo nie wpuszczał, ale… to nie miało znaczenia. Wszyscy wiedzieli. Chciał, żeby wszyscy wiedzieli.
Peter pociągnął go bliżej za spodnie. Był zarumieniony i podekscytowany. Bruce prawie spodziewał się, że będzie podskakiwał w miejscu. Kiedy Bruce opadł na krawędź łóżka, Peter ściągnął do końca jego spodnie, a potem koszulę, tak na wszelki wypadek. Oblizując wargi, sięgnął po bokserki. Kolejny pocałunek dał mu całą potrzebną uwagę i usunął je z drogi.
Bruce może nie był zbyt pewny swojego ciała, ale sposób, w jaki Peter na niego spojrzał, wymazał z jego głowy wszelkie wątpliwości i niepewność. Źrenice Petera były rozszerzone, wargi mu drżały, kiedy opadł na kolana między udami Bruce'a. Był obrazem młodzieńczego entuzjazmu i w przeciwieństwie do poprzedniego wieczoru – czy to było tak niedawno? – nie wahał się owijając swoje palce wokół penisa Bruce'a.
— Jesteś dość gruby, gdy masz erekcję — powiedział Peter, a Bruce słysząc, jak to mówi, mógł przełamać stal między swoimi zębami, biorąc pod uwagę to, jak mocno je zaciskał. A akceptujący pomruk, który im towarzyszył, był jeszcze gorszy dla jego nerwów.
— Nie musisz… — zaczął mówić Bruce, ale wtedy Peter już się pochylał.
Przeciągniecie języka po główce penisa Bruce'a sprawiło, że w oczach mężczyzny pojawiły się gwiazdy. Każda jego próba mówienia nie powiodła się. Mógł jedynie patrzeć z wstrzymanym oddechem i spoconymi dłońmi, gdy Peter eksperymentalnie lizał i dotykał wargami jego pulsującego członka.
Zgodnie z obietnicą, Peter zaczął powoli. Jego palce poruszały się delikatnie w górę i w dół, a zmarszczki na rękawiczkach kostiumu odpalały fajerwerki przyjemności na wrażliwej skórze Bruce'a. Osłonił zęby wargami i włożył do ust tylko główkę penisa Bruce'a, znając swoje ograniczenia. Jego język poruszał się. Bruce musiał mocno zacisnąć dłonie na prześcieradle, żeby zachować samokontrolę. Niczego nie pragnął bardziej, niż chwycić Petera i przyciągnąć go bliżej, by poczuć, jak ogarnia go miękkie i ciepłe gardło. Jego ciało przypomniało mu, że dzisiejszego ranka odmówiono mu tego i pragnął zrezygnować z wszelkiej kontroli, aby mieć Petera wijącego się i jęczącego na jego penisie. Będącego tak ciasnym wokół niego i bezradnym w swojej potrzebie.
Palce Bruce'a znalazły się we włosach Petera, zanim zdał sobie sprawę, że się poruszył. Pociągnął je mocno, patrząc, jak ścięgna w jego przedramieniu napinają się. Peter jęknął cicho i niecierpliwie, a jego dłoń wokół erekcji mężczyzny zacisnęła się. Po kolejnym długim ssaniu pozwolił erekcji Bruce'a wysunąć się z ust. Mlasnął.
— Uwielbiam, kiedy to robisz — mruknął, patrząc przez rzęsy na Bruce'a.
— Co? — zapytał natychmiast Bruce.
Zadrżał w oczekiwaniu na odpowiedź Petera, potrzebując wiedzieć wszystko o tym, co sprawiało mu przyjemność.
Peter zarumienił się jeszcze bardziej. Jego nieśmiały uśmiech sam w sobie był grzechem.
— Kiedy ciągniesz mnie za włosy.
Dreszcz przeszywający ciało Bruce'a zmienił się w drżenie. Chwycił Petera za ramię i podniósł go. Drugą rękę wciąż trzymał mocno włosy nastolatka, gdy pogrążyli się w pozbawiającym tchu pocałunku.
— Chodź tutaj — powiedział rwącym się głosem, wspinając się na łóżko. — Dalej.
Peter zaśmiał się głośno, wspinając się za nim na materac.
— Nie skończyłem.
Zapomniał o swoich protestach, kiedy Bruce pchnął go, aby położył się na plecach. Jego nogi rozchyliły się, a plecy wygięły w łuk. Każdy jego centymetr zapraszał mężczyznę. Bruce rzucił się na niego niczym człowiek umierający z głodu. Odchylił głowę Petera do tyłu, odsłaniając miękkie, gładkie ciało jego szyi dla swoich spragnionych ust. Prawie nie czuł się człowiekiem, owinięty w Petera, który miał na sobie kostium z wypukłym wzorem. Rozkoszował się jego tarciem o swoje nagie ciało. Kiedy zdał sobie sprawę, jak długo pielęgnował fantazję o wilgotnym od potu Peterze ubranym w kostium pod sobą, kipiał z frustracji. Nie powinien był nigdy czekać. Peter miał rację – Peter zawsze miał rację we wszystkim. Potrzebowali siebie nawzajem. Zasłużyli na siebie. A jeśli o niego chodziło, to każdy, kto myślał inaczej, mógł iść prosto do piekła.
Peter wił się pod nim. Jego jęki od czasu do czasu zmieniały się w radosny śmiech. Otarł się o Bruce'a tak mocno, jakby mógł wiedzieć, jak bardzo go to podniecało. Bruce był zły na myśl, że Peter potrafił go tak mocno podniecić, gdy sam uczył się jego ciała. Powinien być tym, który ma kontrolę, dając Peterowi całą rozkosz na jaką zasługiwał. Powinien robić wiele rzeczy i to też go złościło. Pocałował Petera tak, że aż jego usta były posiniaczone. Był to pożądliwy, bezmyślny pocałunek, a rozsądek Bruce roztrzaskał się, aż do fundamentów. Istniało tylko pragnienie. Potrzebował jedynie uwolnienia.
— Bruce — szepnął Peter, a jego głos był pełen podziwu. Roztrzaskał cały świat.
OoO
Peter był wdzięczny, gdy Bruce ponownie przyłożył usta do jego gardła. Dało mu to szansę na złapanie oddechu, nawet jeśli były to głębokie westchnienia przerywane śmiechem. Bruce był w tym rzadkim humorze i uwielbiał każdą sekundę tego. Ktoś inny niż on mógł zająć się krwawiącymi palantami i jaszczurkami, gdy Bruce niechlujnymi pocałunkami kreślił linię wzdłuż jego klatki piersiowej.
— Bruce — wyszeptał ponownie Peter, bawiąc się włosami mężczyzny, gdy ten schodził niżej. Wygiął się i musiał szerzej rozłożyć nogi, gdy Bruce coraz bardziej spoczywał na ciele Petera. — Kurwa, tak dobrze się czuję. — Opuścił głowę na poduszki i zamknął oczy, rozkoszując się tym uczuciem. — Proszę, nie przestawaj.
Bruce mruknął coś, a Peter uśmiechnął się, słysząc echo odbijające się od jego skóry. Spiął się, gdy Bruce zszedł jeszcze niżej, aż poczuł ciepły, wilgotny uścisk ust Bruce'a na swoim członku. Jego biodra drgały z nadzieją. Zastanawiał się, czy nie zapytać, czy mógłby zdjąć skafander, ale wtedy ręce Bruce'a przesunęły się po jego brzuchu i udach. Wiedza, jak bardzo kostium podniecał mężczyznę, ekscytowała go jeszcze bardziej.
Bruce ssał go przez kostium. Ciepło i ciśnienie z łatwością przenikały przez materiał i Peter pchnął swoją erekcję w jego usta. Jęczał, gdy szeroki język powędrował ku jego końcowi.
— O Boże — wymamrotał w euforii. Kiedy Bruce przycisnął jego uda do materaca, wił się, chcąc się poruszyć, ale frustracja wynikająca z niemocy była jego własnym afrodyzjakiem. Jęknął głośniej, pokazując, jak bardzo to uwielbiał. — O kurwa, Bruce, już nigdy nie będziemy się ograniczać.
Bruce nie odpowiedział, tylko pocałował wewnętrzną stronę jego uda. Ale na tym nie poprzestał. Przesunął językiem po całej pachwinie Petera, prawie do kolan, a jego ślina wsiąkała w materiał. Nastolatek poczuł mrowienie z tego niezwykłego wrażenia, które stało się jeszcze większe, gdy Bruce kusząco przesunął językiem po jego jądrach, a potem w górę na drugą stronę. Delikatne skubnięcie zębami spowodowało zatrzymanie oddechu u Petera. Podniecenie zmieniło jego mózg w papkę, ale kiedy poczuł, jak silne palce mężczyzny ugniatają jego tyłek, w końcu pewna myśl przyszła mu do głowy: Jak on to robi, skoro wciąż nie mogę poruszyć nogami?
Peter otworzył oczy. Kiedy wpatrywał się w sufit, zdziwiony i rozgorączkowany, zdał sobie nagle sprawę z tego, jak ciężki i szeroki był Bruce między jego nogami. Jego plecy opierały się o materac, zsuwając się, jakby był lekko pochylony. Przyszło mu na myśl, że dźwięk metalu w pokoju to była wykrzywiona rama łóżka. Kiedy Bruce przytknął usta do penisa Petera, nastolatek poczuł się niesamowicie, ale towarzyszył temu niepokój, że znów się zdekoncentruje. Zmusił się do skupienia. Sięgnął w dół, chwytając garść włosów Bruce'a. jego głowa była szeroka i gorąca w dotyku. Włosy były zroszone potem, a kiedy Peter je pociągnął, jęk który wyszedł z ust Bruce'a nie przypominał żadnego dźwięku wydanego przez niego wcześniej.
Peter spojrzał w dół i nawet pod tak złym kątem wyraźnie widział ogromną rozpiętość zgarbionych ramion Bruce'a. Ich nienaturalnie zielony kolor był ledwie dostrzegalny w świetle bijącym od ekranu komputera. Zamarł.
— Cholera.
Hulk podniósł głowę. Jego zielone oczy błyszczały, gdy wpatrywał się w Petera długim, badawczym spojrzeniem. Jeśli na coś czekał, Peter był zbyt zszokowany, by mu to dać. Potem po prostu znów pochylił głowę, by złożyć długi, ssący pocałunek w miejscu poniżej pępka nastolatka. Peter zadrżał pod nim, nie mogąc oddychać. Dopiero gdy długi język Hulka liznął w dół jedno z wypukłych miejsc jego kostiumu, z jękiem doszedł do siebie. Jego umysł pędził tak szybko jak biło mu serce, a kiedy obrócił głowę, zauważył strzykawkę na biurku. Dopiero wtedy był w stanie zrozumieć, co robił Bruce, zanim zastukał w okno.
— O kurwa.
Peter oparł się o materac. Hulk rozdzielał jego uda tylko kciukami, zachowując niezwykłą ostrożność, biorąc pod uwagę jego rozmiar – nawet jeśli nie wydawał się tak ogromny, jak Peter go zapamiętał z ostatniego razu – ale nie wiedział, co by się stało, gdyby próbował się uwolnić. Bruce nie przygotował go na to. W ogóle nie rozmawiali o Hulku.
— Kurwa, kurwa — wycedził Peter. — Ku… ach!
Jego wypowiedź została przerwana przez jęk zaskoczenia, kiedy ręka Hulka przesunęła się na jego klatkę piersiową. Była ciężka i gorąca, a Peter znów znieruchomiał. Ale potem przesuwała się tam i z powrotem, ciężko, ponieważ nie mógł być to inny dotyk, ale wciąż w jakiś sposób delikatnie, kojąco i uspokajająco. Peter nigdy nie czuł czegoś tak wszechogarniającego, a kiedy jeden palec delikatnie musnął jego szczękę, zrozumiał, że Hulk próbował go uspokoić.
— Kurwa — powiedział ponownie, ale potem wziął głęboki oddech i dotknął grzbietu dłoni Hulka. — Ze mną wszystko w porządku.
Hulk ponownie uniósł wzrok i najwyraźniej uzyskał odpowiedź, której szukał, ponieważ westchnął głęboko, jego oddech był gorący na kostiumie, a potem wrócił do lizania ud nastolatka. Peter musiał przypominać sobie o oddychaniu, kiedy patrzył, jak głowa Hulka kołysała się w przód i tył. Hulk puścił nogi Petera, aby zamiast tego oparł ręce na materacu, którego rzekomo niezawodna pianka z pamięcią kształtu nie chciała odzyskać swojego kształtu. To było surrealistyczne, niezrozumiałe. Peter patrzył i był zaskoczony, gdy jego ciało zareagowało bez jego woli, próbując się zbliżyć do szerokich, pięknych ust Hulka.
Hulk po raz ostatni przeciągnął zamaszystym ruchem języka po jego pachwinie. Kiedy się wyprostował, wyglądał jak monolit wznoszący się z ziemi. Ogromny i władczy. Pot ściekał po jego szorstkiej skórze. Peter zaniemówił na ten widok. Widział Hulka w działaniu, w ogniu walki, wykorzystującego całą swoją siłę, ale nigdy nie miał okazji docenić go z bliska, tak spokojnego, tak intymnego. Jego sylwetka była wyrzeźbiona do granic absurdu, każdy mięsień był wyraźnie widoczny. Był mocą samą w sobie i obserwowanie, jak jego pierś faluje, a oczy są rozszerzone z podniecenia, wzbudzało podziw.
Peter oblizał wargi. Wpatrywał się w twarz Hulka, wciąż rozpoznając w nim Bruce'a, pragnąc coś powiedzieć, ale słowa nie nadeszły, bo wtedy zerknął w dół i znów poczuł suchość w ustach. Wszystko, co mógł powiedzieć, to krótkie:
— Łał.
Hulk oblizał własne usta, cmokając głośno w cichym pokoju. Dłonią zaciśnięta w luźną pięść przeciągnął po swoim penisie, a potem wsunął go między uda Petera. Jego członek był tak długi i gruby jak przedramię nastolatka. Zarumieniony, twardy i niemal pulsujący. Peter nie mógł oderwać od niego wzroku. Jego własna erekcja bolała z braku zainteresowania i z jękiem napięcia uniósł biodra, ocierając się eksperymentalnie o ogromny organ Hulka. Uznał, że może zemdleć.
— Gruby — wybełkotał dumnie Hulk.
Peter sapnął, zaskoczony głosem Hulka i doborem słów.
— Tak — powiedział głupkowato. Jego powieki zatrzepotały, gdy ocierał się o spód penisa Hulka. — Tak, Boże, jesteś taki… o mój Boże. — Próbował podciągnąć kolana, żeby owinąć uda wokół erekcji Hulka.
Hulk odchylił ramiona do tyłu i pchnął biodra do przodu. Peter znowu jęknął, gdy jądra Hulka przycisnęły się do jego tyłka. Pomyślał przelotnie: Nie ma mowy. Kurwa, to mnie zabije. Dreszcz, który wynikał bardziej z przerażenia niż podniecenia, przeszedł przez niego, ale potem Hulk nalegał, by Peter wyprostował nogi, opierając je o swoją pierś. Zaledwie dwoma palcami złączył kostki Petera i przytrzymał je pod brodą. Uda Petera utworzyły ciasną, mięsistą przestrzeń w kształcie litery V. Śliska ślina pokrywała jego kostium Spider-Mana.
To jest takie złe — pomyślał Peter. Spojrzał na swojego kochanka, bestię z rozdętymi nozdrzami i szczękami poruszającymi się w oczekiwaniu. To było złe i powinien był podjąć próbę przerwania tego. – To był Bruce, ale również nie był, a już wiedział, jak wielką cenę będzie musiał za to zapłacić. Wszystkie te myśli rozproszyły się niczym kurz na wietrze, gdy Hulk zaczął pieprzyć przestrzeń między jego udami.
Hulk był bardzo ostrożny. Jedną rękę umieścił pod dolną częścią pleców Petera, aby utrzymać go w stabilnej pozycji, gdy kołysał się w przód i w tył. Peter widział, że był powściągliwy, sam jednak sapał i jęczał, całkowicie pochłonięty uczuciem ogromnego penisa Hulka przesuwającego się po nim. Sięgnął za siebie, chwytając się krawędzi łóżka, mimo że zapewniał niewielką pomoc w utrzymaniu się w miejscu. Wygiął plecy i zacisnął uda, nadymając się z satysfakcji, gdy Hulk warknął z aprobatą. Czuł się tak, jakby kochał się z bóstwem. Główka penisa Hulka ocierała się o jego brzuch i gdyby zamknął oczy, z łatwością mógłby wyobrazić sobie, że byłby w nim. Gruby, niesamowicie głęboko i przynoszący mu satysfakcję, ale nie chciał zamykać oczu. Patrzył, jak szczęka Hulka opada przy cichych okrzykach. Obserwował, jak jego pierś nadyma się przy każdym desperackim wdechu. Widział, jak te niesamowite mięśnie napinają się na brzuchu Hulka. Patrzył, jak lekko uniósł się kącik ust Hulka i trochę oszalał, upojony cielesną euforią, gdy ten wbijał się w niego.
— O kurwa, Bruce — jęczał, aż jego głos stał się ochrypły. — Nie przestawaj…
Hulk warknął i przyśpieszył. Jego palce wbiły się w biodra Petera, niewątpliwie pozostawiając po sobie siniaki, ale Peter nadal czuł się tak dobrze, że go to nie obchodziło. Nic innego nie miało znaczenia, oprócz ciepła pulsującego w nim, sprawiającego, że zaciskał się mocniej wokół penisa Hulka, aż jego ciało mrowiło i czuł się nierealnie. Urwany głos wydobył się z niego w ekstazie i doszedł brudząc spermą wnętrze kostiumu.
Ale Hulk nie przestawał się poruszać. Pchał nawet mocniej, sprawiając, że Peter drżał i jęczał przy każdym uderzeniu w jego nadmierne wrażliwe ciało. Hulk wziął głęboki oddech, a jego oczy wywróciły się. Gdy Peter myślał, że całe doznanie zmieni się w torturę, ogromna postać Hulka zadrżała w orgazmie. Wciąż dochodził, oblewając brzuch i klatkę piersiową Petera swoim nasieniem, aż dysząc odchylił się do tyłu, kończąc.
Peter nie mógł się poruszyć i nie próbował tego. Kiedy świat zwolnił, jego ciało było obolałe z nadmiernego wysiłku. Walczył o to, by nabrać powietrza, którego potrzebował. Z zamkniętymi oczami ponownie rozłożył nogi, starając się nie stracić przytomności. To było absolutnie szalone. Był zbyt słaby, żeby zaśmiać się, ale uśmiechnął się z wyczerpaniem.
Hulk pochylił się nad nim z swoimi długimi ramionami po obu stronach Petera i opuścił głowę, oczyszczając językiem bałagan, który zrobił. Peter skrzywił się i odepchnął jego głowę.
— Jezu, Bruce — mruknął. — Daj mi chwilę.
Hulk nie odpowiedział. Ssał miejsce na klatce piersiowej Petera, a z jego gardła wydobył się niski pomruk. Opuścił się niżej na ramionach, wpychając Petera, ciężarem swojego ciała, głębiej w materac. Chociaż Peter wciąż miał dużo miejsca, nagły nacisk uruchomił ostrzegawczy przełącznik z tyłu jego głowy.
— Hej. — Peter znów go pchnął. Kiedy Hulk w odpowiedzi tylko warknął zaborczo, Peter pociągnął go za włosy. — No dalej, Bruce.
Hulk przechylił głowę, ale tylko po to, aby przeciągnąć językiem w górę do szyi Petera. Nastolatek poczuł muśnięcie zębów nad obojczykiem i jego pierwotny instynkt został uruchomiony. Oddychanie było coraz trudniejsze.
— Bruce, zaczekaj — powiedział, ale Hulk był tak szeroki, że nie mógł umieścić ramion między nimi.
Nogi były bezużyteczne, przygwożdżone pod brzuchem Hulka. Nie bał się, że Hulk go skrzywdzi, ale jego duże ciało było napięte, jakby tylko nagrzewało się do dalszej zabawy, a nie stygło. Jego usta wciąż były głodne i niecierpliwe, wciąż trzymał Petera, w opiekuńczy, ale duszący sposób.
I straszna myśl pojawiła się w umęczonym umyśle Petera. Może to nie był tak naprawdę Bruce. Jeśli Bruce nawet nie pamiętał, co się stało, gdy był Hulkiem, czy można ich uznać za tę samą osobę? Wiercił się między Hulkiem, a zniekształconym łóżkiem, próbując sobie wmówić: W porządku. Po prostu uspokój się. Ale siła, która tak niedawno go przyciągała, nagle była ogarniająca i nieubłagana. Nie zdawał sobie sprawy, jak naprawdę był bezsilny. Kiedy Hulk zamknął usta na jego ramieniu, spanikował.
— Bruce!
Peter dalej go odpychał, ale Hulk tylko burknął radośnie, jakby nastolatek żartował. Kiedy próbował ułożyć, jakieś sensowne zdanie, jego usta nie współpracowały z nim i nic nie mógł z siebie wydobyć. Zdesperowany spojrzał na biurko. Strzykawka była w jego polu widzenia, ale daleko poza jego zasięgiem. Nie mając nic do stracenia, wycelował swoją wyrzutnią sieci i strzelił.
Pierwszy strzał był chybiony i Peter jęknął. Hulk jęknął w odpowiedzi sprawiając tylko, że nastolatek stał się jeszcze bardziej spanikowany i próbował ponownie zdobyć strzykawkę, aż udało mu się strzelić w nią pajęczyną. Szarpnięcie nadgarstkiem spowodowała, że strzykawka znalazła się w jego rękach, ale teraz musiał jej użyć.
— Bruce — powiedział, sapiąc, popychając i wijąc się tym bardziej, gdy Hulk próbował go zamknąć w zbyt ciasnym uścisku. — Bruce, przestań… Bruce, nie mogę oddychać…
Hulk cofnął się. Powoli zaczynał rozumieć sytuację, ale zrobił to, gdy Peter wbił mu igłę w ramię. Igła nie przebiła skóry. Przez chwilę nie poruszali się. Hulk wpatrywał się z niedowierzaniem w dłoń Petera zaciśniętą na strzykawce. Powoli ogarniało go niedowierzanie.
Peter cofnął rękę. Hulk otworzył usta, marszcząc brwi, intensywnie się w niego wpatrując, gdy chciał przemówić, ale Peter nie czekał. Zamachnął się ponownie i udało mu się włożyć igłę przez rozchylone zęby Hulka, wbijając ją w miękkie ciało po wewnętrznej stronie jego policzka. Kciukiem pchnął tłok.
Hulk cofnął się i potrząsnął głową, sprawiając, że igła poleciała w dal. Wypuścił oddech przez zęby, a Peter skurczył się pod nim. Nie wiedział czego się spodziewać i bał się najgorszego, ale potem groźny wyraz twarzy Hulka zmienił się we wstyd. Przewrócił oczami i osunął się, upadając do przodu.
— Bruce… — Peter zdołał unieść ręce na czas, aby przytrzymać ciężką głowę Hulka z dala od swojej piersi.
Kiedy Hulk rozluźnił się, ciężar jego nieprzytomnego ciała był olbrzymi. Z oczu Petera pociekły łzy, gdy wypchnęło z niego powietrze. Ciężar stopniowo się zmniejszał. Hulk skurczył się, stawał się coraz mniejszy. Jego skóra stawała się miększa, a mięśnie zwiotczały, aż został tylko Bruce, nieświadomie oparty na piersi Petera.
W końcu Peter mógł oddychać.
