Snape usiadł w kuchni przy stole, na którym piętrzyło się jedzenie.

- Nudziło mi się, więc trochę piekłam. I posprzątałam... - powiedziała Eileen, dosiadając się i wpatrując w syna.

- Widzę.

- Spróbuj — zachęciła go, nakładając mu domowej roboty rogalika.

Snape nie był głodny, ugryzł tylko z grzeczności i pokiwał głową na znak, że mu smakuje.

- Mówiłaś, że musimy porozmawiać.

- No tak — westchnęła i posmutniała. Po chwili zastanowienia zapytała — kim jesteś Severusie?

- Jak to... kim?

- Myślałam, że jesteś tylko nauczycielem w Hogwarcie.

- Bo jestem.

- Ale nie jesteś ze mną do końca szczery.

Snape uniósł głowę i zacisnął zęby.

- Do czego zmierzasz? - zapytał podejrzliwie.

- Co mi powiesz o tym? - odpowiedziała pytaniem na pytanie i położyła przed nim Order Merlina Pierwszej Klasy.

- Grzebałaś w rzeczach w mojej sypialni?

- Sprzątałam.

- Po co w mojej szufladzie?

- Odpowiesz mi?

- To... długa historia.

- Teraz masz całe wakacje, by mi ją opowiedzieć.

Snape uśmiechnął się krzywo.

- Dobrze — powiedział zrezygnowanym tonem, przecierając nerwowo czoło.

- Jest coś jeszcze — Eileen wyszła do salonu i wróciła po chwili z książką, którą również podsunęła Snape'owi pod nos.

Na okładce widniało nazwisko "Rita Skeeter" oraz tytuł "Snape: łajdak czy święty".

- Skąd to masz?

- Pamiętasz moją przyjaciółkę Susan Ritter? Odnowiłam z nią kontakt, wciąż mieszka w Cokeworth. Odwiedziła mnie i przyniosła to.

- Ta książka to brednie.

- Czy aby na pewno?

- Nawet data urodzenia się nie zgadza.

- Ale to, że twój ojciec był mugolem tak. I kilka innych faktów. A to, że zostałeś śmierciożercą? To prawda? Susan mówi, że tak.

Snape spuścił wzrok. W końcu prędzej czy później wszystko musiało się wydać.

- To było... to było zaraz po ukończeniu szkoły.

- Mieszkałam pod jednym dachem ze śmierciożercą? - Eileen zakryła usta dłonią. - Dlaczego? Mój własny syn... - łzy napłynęły jej do oczu.

- Oni mnie akceptowali takim, jakim byłem! Avery, Mulciber, Malfoy i cała reszta.

- Ja też cię akceptowałam...

- Ty tylko kłóciłaś się z ojcem, nawet nikt nie zauważał, kiedy nie było mnie cały dzień w domu.

- Dbałam o ciebie.

Snape pokręcił głową. Zapadła cisza. On zapamiętał to zupełnie inaczej. Był tylko dzieckiem. Nie rozumiał, dlaczego po prostu nie odejdą od ojca. Bał się, że w końcu wydarzy się coś złego i trafi do sierocińca. Wcale nie czuł się chroniony. Tobias Snape był mugolem i nienawidził wszystkiego, co wiązało się z czarami, a zatem i samego Snape'a. Matkę zapamiętał jako nadopiekuńczą histeryczkę, której w pewnym momencie również zaczął się obawiać. Po każdej kłótni, którą mały Severus ciężko znosił, przychodziła go przytulić, ale po kilku dniach znów musiał przyglądać się awanturze i szarpaninie. Stracił zaufanie do kogokolwiek, zamknął się w sobie.

Snape chciał wyjść, ale wiedział, że to go nie uchroni przed dokończeniem tej rozmowy. Chciał mieć to już za sobą. Nie miał pojęcia, jak przetrwa resztę wakacji.

- Dlaczego nie powiedziałeś, że ten słynny Harry Potter to syn Lily Evans? Pamiętam, jak kiedyś po ciebie przyszła. Była taka ładna. Szkoda, że spotkał ją taki los. Zabił ją Voldemort. A ty mu służyłeś — ostatnie zdanie powiedziała oskarżycielskim tonem.

Snape nigdy nikomu poza Dumbledore'em nie powiedział, że to on przyłożył rękę do śmierci Lily. Dumbledore powiedział mu wtedy, że się nim brzydzi. Było mu wstyd i sam siebie nienawidził za to, co zrobił. Teraz oczywiście wiedział też o tym Potter. Przemilczał ten szczegół wpatrzony w świdrujące go na wylot oczy matki.

Najgorsze w tej rozmowie nie było to, że w ogóle się odbyła. Z Albusem również rozmawiał na ten temat, ale Albus zawsze był spokojny, jego ton czasem bywał surowy, ale zawsze myślał trzeźwo, przygarnął go mimo tego, kim był i co zrobił. Jego matka była zupełnie inna. Wytknie mu wszystko, nawet jeśli ostatecznie uznano go za bohatera i wręczono cholerny Order. Lata nędznego życia wypaczyły jej charakter, żywiła się awanturami jak dementor duszą.

- Nie masz o niczym pojęcia. Jak śmiesz zjawiać się po tylu latach i mnie oskarżać, po tym, co sama zrobiłaś? - wycedził. - Jeśli chcesz mi prawić morały, to zakończmy tę bezsensowną rozmowę.

Eileen wstała gwałtownie od stołu.

- Popełniłam błąd i poniosłam konsekwencje, ale nigdy nie zostałabym śmierciożercą.

- Przecież... pomagałem Potterowi, chroniłem go, nie zrobiłem nic złego — powiedział, wiedząc doskonale, że ostatnie słowa były kłamstwem. - Zmieniłem się.

- Dobrze synku — Eileen machnęła ręką, krzątając się po kuchni i wykonując dużo niepotrzebnych nerwowych ruchów. - Nie mówmy już dziś o tym.

Snape wiedział, że matka jest obrażona, nagle zrobiła się miła i złagodniała tylko po to, by wypaść na lepszą niż w rzeczywistości. On sam poczuł się przez to jeszcze gorzej. Wstał cicho, zabrał Order i poszedł na górę, żeby się położyć. Sen od lat był jedyną ucieczką.

Przez kolejne dni żadne z nich nie poruszało tematu przeszłości. Eileen udawała miłą, ale dobrze było widać, że coś jej leży na sercu.

Któregoś popołudnia Snape siedział w fotelu, wertując gazetę, nie mógł skupić się na słowach, które czytał, coś nie dawało mu spokoju, jakby o czymś zapomniał. Eileen skrobała piórem list do przyjaciółki, kiedy się odezwała:

- Pewnie nie jesteś zadowolony, że w ogóle wróciłam.

- To bez znaczenia czy jestem, czy nie. Od września znów mnie tu nie będzie.

Eileen westchnęła dramatycznie. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale rozległo się pukanie do drzwi. Snape wstał, podszedł do nich i otworzył, a wtedy przypomniało mu się, o czym zapomniał i przeklął się w duchu.


- Severus — powiedział zły Lucjusz Malfoy. - Czekałem.

- W mordę Merlina — powiedział Snape bardziej do siebie. - Zapomniałem, że byliśmy umówieni.

- Dobra, nieważne. Skoro już się pofatygowałem, wpuścisz mnie? Mam sprawę.

- Ja... nie bardzo.

- Daj spokój, wiem, jak mieszkasz, nie będę robił kąśliwych uwag.

- Nie o to chodzi. Ktoś u mnie je...

Nie zdążył dokończyć, bo Lucjusz sam wszedł do środka, stanął jak wryty w salonie, kiedy natknął się na Eileen.

- Dzień dobry, a pan to kto? - zapytała, zdejmując kuchenny fartuszek.

- Lucjusz Malfoy — ukłonił się lekko.

Jego pytający wzrok powędrował na Snape'a.

- Moja matka — przyznał niechętnie. - Eileen.

- Miło panią poznać... pani... ee... Snape — powiedział Lucjusz, nie ukrywając zaskoczenia.

- Zrobię wam herbaty — powiedziała i uciekła do kuchni.

Lucjusz rozsiadł się na kanapie, zakładając nogę na nogę, rozejrzał się, nie potrafiąc ukryć zniesmaczenia jakością mieszkania, jak obiecał, powstrzymał się jednak od uwag. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Snape w przeciwieństwie do niego nie pochodził z klasy wyższej ani szanowanego uprzywilejowanego rodu. Zwykle gardził ludźmi gorszymi od siebie, czyli większością, ale Snape był wyjątkiem z kilku powodów. Bo chociaż był półkrwi, to jednak trafił do Slytherinu, a Ślizgoni są wobec siebie lojalni i zawsze trzymają się razem, wspierają się. Dlatego Lucjusz jako prefekt zajął się pierwszorocznym Severusem bez względu na jego status i zabiedzony wygląd. Potem kiedy Snape dołączył do śmierciożerców, którym Lucjusz już był, znów poczuł się zobowiązany do wprowadzenia go w ich świat.

- Ty masz matkę? - szepnął Lucjusz i zrobił taką minę, jakby myślał, że Snape po prostu kiedyś wyskoczył ze smoczego jaja i od razu miał jedenaście lat.

- Każdy ma matkę Lucjuszu — spokojnie powiedział Snape, unosząc brew i patrząc na kolegę jak na idiotę.

- Ale ty...

- To długa historia, odpuść.

Snape wyjął z szafki eliksir, który wciąż ważył dla Lucjusza i wręczył mu go. Lucjusz w zamian wyjął kilka monet, na widok, których Snape się skrzywił, ale przyjął pieniądze, bo z doświadczenia wiedział, że Lucjusz, który tak lubi chwalić się bogactwem nie przyjmuje odmowy.

- Chciałeś coś jeszcze? - zapytał zniecierpliwiony Snape.

- Nie wiesz, gdzie znajdę Augustusa Rookwooda?

- Po co ci Rookwood?

- Innym razem ci powiem.

- Wiesz, że ja się z nimi już nie zadaję. Zapytaj któregoś z Bagmanów.

W tej chwili do salonu weszła Eileen, stawiając na stoliku dzbanek i filiżanki. Usiadła w fotelu i chwilę przyglądała się im obu na zmianę. Po chwili zmarszczyła brwi i zakryła usta dłonią, jakby nagle coś do niej dotarło.

- Wiem, kim pan jest — zerwała się z fotela i podbiegła do sterty starych gazet, które zaczęła przekopywać. W końcu wyszarpnęła jedną i pokazała im stronicę. Wielki wytłuszczony nagłówek głosił "Śmierciożercy są wśród nas", a poniżej widniało zdjęcie Lucjusza, który nagle pobladł, bo Eileen zrobiła się dziwnie roztrzęsiona i purpurowa na twarzy, a w oczach miała nienawiść.

- Będę leciał — szepnął do kolegi Lucjusz i wstał. - Trzymaj się.

- ŻADNYCH... ŚMIERCIOŻERCÓW... W... MOIM... DOMU! - wrzasnęła Eileen, biorąc pierwsze, co miała pod ręką, a była to książka Rity Skeeter, dość gruba i w twardej oprawie, i rzuciła nią w uciekającego Lucjusza.

W ostatniej chwili udało mu się uniknąć trafienia i zatrzasnąć za sobą drzwi.


Snape był zły, ale zachowanie matki go nie zdziwiło, widział ją w gorszym stanie.

- Ja też mam wyjść?

- Nie, ale nie życzę sobie, żebyś sprowadzał śmierciożerców pod ten dach — warknęła.

- Malfoy już nim nie jest. Od Lat. Ufam mu. To mój jedyny przyjaciel — wstał, włożył buty i złapał za klamkę. - Nie jest zły. Ja też nie. Już nie — powiedział i wyszedł.

Włóczył się po Spinner's End, jak kiedyś, gdy był dzieckiem i nie chciał wracać do domu, gdzie nic go nie czekało. Teraz czuł się podobnie. Wieczorem Spinner's End wyglądało na wymarłe, nie było widać żywej duszy, w oknach domów panowała ciemność, z kilkoma tylko wyjątkami, a to dlatego, że wiele domów lata temu zostało opuszczonych i nie znalazło nowych właścicieli. Nikt nie chciał mieszkać na biednym i zapuszczonym Spinner's End.

Snape wrócił do domu przed północą z nadzieją, że matka śpi. Zastał ją w fotelu w salonie. Spała. Nakrył ją kocem i pomknął na górę, omijając stopień, który zawsze skrzypiał. Usiadł na łóżku i patrzył przez okno. Jeszcze lipiec nie dobiegł końca, a on już marzył o pierwszym września. O Hogwarcie bez złotej trójcy, o swoich codziennych rytuałach, które porządkowały jego życie, o wygodnym łóżku, czego nie mógł powiedzieć o wysłużonym jednoosobowym łóżku, na którym właśnie siedział. O świętym spokoju. W Hogwarcie nikt nie zadawał mu kłopotliwych pytań, nie oskarżał go, nikt by nie śmiał.

Kolejne dni wcale nie były łatwiejsze. Starał się być wyrozumiały, wiedział, że Azkaban zmienia ludzi, ale wiedział też, że jego matka była taka jeszcze zanim tam trafiła. Zapamiętał ją jako czułą kobietę, ale skłonną do histerii i depresji, co przerażało go, gdy był dzieckiem. Zaczął zastanawiać się, ile z tego mógł odziedziczyć po niej w genach. Przebywanie w jej towarzystwie nie poprawiało mu nastroju. Eileen była jak łagodniejsza wersja dementora, wysysająca szczęście i przywołująca wspomnienia nieszczęśliwego dzieciństwa. Wstręt do śmierciożerców, który w sobie miała, unosił się w powietrzu niczym trujące opary. Oczywistym stało się, że nie odbudują rodzinnych więzi i nie nadrobią straconych lat.

Któregoś ranka Snape zastał mieszkanie całkiem puste. Po matce nie było żadnego śladu i zaczął już nawet zastanawiać się, czy nie uroił sobie jej obecności. Może tracił zmysły. Wieczorem jednak stara brązowa sówka przyniosła list.

Zatrzymałam się u przyjaciółki. Przynajmniej do końca wakacji, póki nie wrócisz do Hogwartu.

Zrobiła to, co umiała najlepiej. Odeszła bez pożegnania.