1975

Miasto nic się nie zmieniło, chociaż minęło kilka lat od momentu, w którym je opuszczał. To wciąż był jakiś rodzaj domu, przystani. To wciąż było pole politycznych rozgrywek, toczonych i wygrywanych przez Tatianę Romanową.

Assuarin oparł się plecami o ścianę kamienicy w ponurym zaułku. Powietrze pachniało gotowaną kapustą, w domu naprzeciw płakało jakieś dziecko, przy krawężniku przemknął szczur. Mężczyzna obracał w palcach różdżkę – nic specjalnego, gotową się złamać przy choćby próbie rzucenia Avady. Czuł się dziwnie dopasowany do tego miejsca – ubrany w poszarzałe szaty, z kilkudniowym zarostem i długimi, ciemnymi włosami spiętymi na karku.

Nie pasowały tutaj z kolei kobiety, które kroczyły prostopadłą ulicą. Ubrane w ekstrawaganckie szaty, na wysokich obcasach stukających o bruk, z twarzami ozdobionymi dostojnymi zmarszczkami doświadczenia – zwracały na siebie uwagę. Albo raczej zwracałyby, gdyby nie sprytne Zaklęcie Kameleona, oszukujące mugoli.

Tą w zielonej sukni pamiętał dobrze. Dzisiaj jej włosy były białe, a szmaragdowy kokosznik wymieniła na sznur pereł o seledynowym połysku, ale poza tym nie zmieniła się wcale. Kiedy widział ją po raz pierwszy i ostatni, nie znał jej imienia. Teraz już wiedział, że nazywała się Wiera Bajkaliewa i była najstarszą czarownicą w Radzie Elektorskiej Petersburga.

Twarz drugiej kobiety była dokładnie wyryta w pamięci Assuarina – nawiedzała jego sny i myśli za dnia. Tatiana Romanowa także niewiele się zmieniła – wciąż odziana w czerń, chociaż swoją diamentowo-czarną koronę zamieniła na ciemne perły. Maszerowała z generalską pewnością siebie, z królewską godnością.

Gdy już zbliżały się do zaułka, w którym się ukrywał, gdy prawie wyminęły go, Assuarin wyszedł, jednocześnie podekscytowany i przerażony. Zatrzymały się. Na ich obliczach nie było zdziwienia. Pamiętały go. Rozpoznały go.

- Chyba nie jestem tu potrzebna. – powiedziała Wiera, marszcząc białe brwi.

- Zajmę się tym. – wycedziła Tatiana. Starsza czarownica rzuciła na nią zaniepokojone, prawie czułe spojrzenie, a potem zacisnęła usta i teleportowała się. Zanim Assuarin zdołał cokolwiek powiedzieć, potężny podmuch wepchnął go w zaułek. Nawet nie zauważył kiedy Tatiana wyciągnęła z kieszeni swoją powykręcaną różdżkę.

- Po co wróciłeś? Wciąż nie jesteś gotowy. – warknęła matka Assuarina. Jego plecy uderzyły boleśnie o ścianę kamienicy.

- Gotowy na co? – spytał naiwnie. Miał dość tajemnic i sekretów.

- Na przejęcie władzy. Powinieneś z łatwością pokonać każdą członkinię Rady, jeśli chcesz rządzić. A dzisiaj wystarczyłoby jedno słowo… nawet nie Avada… by Wiera skończyła twój żywot szybko i bezboleśnie. – Tatiana zerknęła na swoje paznokcie, jakby komentowała pogodę.

- Wiedziałyście, że wróciłem. – Assuarin otworzył szerzej oczy.

- Rządzę tym miastem, oczywiście że wiedziałam, iż postanowiłeś wrócić. Pytanie tylko, dlaczego? Nie po to, by rzucić komukolwiek wyzwanie, zatem po co? – Tatiana przewróciła ciemnymi oczami.

- Żeby się dowiedzieć kim jestem! Skąd mam wiedzieć, czy chociażby moje nazwisko jest prawdziwe? Bo oczywiste jest, że wstydziłaś się mnie za bardzo, by użyczyć mi swojego. – Assuarin nie dbał o to, że brzmiał jak obrażone dziecko.

- Głupcze, nie czytałeś o tym, jakie to były czasy w tym mieście?! Zostałbyś zamordowany pięć minut po tym jak zorientowaliby się, że masz w sobie trochę mojej krwi. – Tatiana skrzyżowała dłonie na piersi. Dziwne, jak obca była dla Assuarina. I jak znajoma jednocześnie.

- A więc chciałaś, żeby wyszkolono mnie tutaj, bym mógł kiedyś sięgnąć po władzę? Dlatego, że nie masz żadnej córki? A co z moim ojcem? Wiesz chociaż kto nim jest? – Assuarin gorączkowo zadawał pytania – musiał wykorzystać tą okazję, by dowiedzieć się jak najwięcej.

- Nie byłam dziwką, a jeśli jeszcze raz to zasugerujesz, to oberwiesz jakąś paskudną klątwą. Twój ojciec nie żyje. Umarł, zanim się urodziłeś. – Tatiana odwróciła głowę. Assuarin zrozumiał, że tam musi być jakaś głębsza, bolesna historia.

- Jak się nazywał? Jak umarł?

- Ivan Zenaidov. Był Rosjaninem. – Tatiana chyba nie zamierzała zdradzić nic więcej. Assuarin odetchnął z ulgą – wielokrotnie się zastanawiał, czy jego matka nie została zgwałcona... przez jakiegoś Niemca… ale wtedy pozbyłaby się dziecka. Z drugiej strony, powodów do pozbycia się Assuarina miała mnóstwo. Dlaczego tego nie zrobiła?

- Poznałaś go na froncie? – spytał, myśląc o tym, że jeśli dobrze odczytywał subtelne sygnały, to ów Ivan musiał mieć w sobie coś niezwykłego, coś, co zwróciło jej uwagę.

- Nie. Po co się o niego pytasz? On nie żyje. A my nie mamy za wiele czasu. Wiera odwróci uwagę moich wrogów, ale jestem śledzona nieustannie. – Tatiana zerknęła w niebo, jakby spodziewała się kogoś na miotle, przysłuchującego się ich rozmowie.

- Czego ode mnie oczekujesz? – Assuarin wzruszył ramionami. Jeśli oczekiwała, że będzie taki jak ona, to jak miał to osiągnąć, nie znając jej wcale?

- Wyjedź za granicę. Tu stanowisz tylko słabość. Może wybierz się do Ameryki, tam nauczą cię walczyć i tam zdobędziesz jakąś lepszą różdżkę. – Tatiana niecierpliwie wskazała podbródkiem jego wątłą różdżkę.

- Uważasz, że nie umiem walczyć? – Assuarin poczuł urazę. Jak długo miał jeszcze uciekać?

Jeszcze gorzej się poczuł, gdy jego matka parsknęła śmiechem.

- Nie umiesz grać nieczysto. Jesteś idealistą, wystarczyło mi usłyszeć twoje opinie o naszym chorym systemie, by to stwierdzić. – Tatiana gwizdnęła. Assuarin ze świstem nabrał powietrza w płuca – bo z nieba spłynął piękny, dwugłowy złoty orzeł.

- I to wszystko? Nie jestem dość dobry, nie jestem gotowy? – Assuarin obserwował jak ptak przysiada na ramieniu Tatiany.

- Na razie tak. Jak wrócisz, dostatecznie silny… i udowodnisz mi, że jesteś godzien zaufania, wtedy nauczę cię jak grać by wygrać, wtedy namaszczę cię na swojego sukcesora. – oświadczyła Tatiana, prostując się.

Assuarin milczał. Zmusił się do skinięcia głową – myśli szaleńczo pędziły po jego głowie, ale nie miał pojęcia co rzec. Chciał móc ją chociaż dotknąć, poczuć uścisk jej dłoni – lecz przezornie trzymała dwumetrowy dystans.

- Do zobaczenia. Nie daj się zabić. – rzuciła chłodno i ruszyła do głównej ulicy – czarne szaty załopotały za nią.

Chwilę później magiczny nacisk na ciało Assuarina zelżał. Po Tatianie nie było żadnego śladu, poza nikłym zapachem piżma. Jej perfumy były mocne, odurzające – lecz kojarzyły się raczej ze wprawną kusicielką niż matką.

Jeśli Assuarin liczył, że rozmowa z tą kobietą cokolwiek wyjaśni, to mylił się. Poniósł klęskę – motywy i plany Tatiany wciąż były dla niego zagadką, a jego pewność siebie doznała dziś dotkliwego ciosu. Poznał imię i nazwisko swojego ojca – ale co mu z tego? Tatiana twierdziła, że ów Ivan nie żył. Czy Assuarin powinien dociec jak zginął jego ojciec? Czy może właśnie odkrycie prawdy kim był jego drugi rodzic tłumaczyło dlaczego Assuarin… nie był wciąż dość dobry? Może Zenaidovowie byli zupełnie inni niż Romanowe… wojowniczki, bestie…

Mag teleportował się, gdy tylko usłyszał szum nadlatującej miotły. Nie mógł pozwolić, by wrogowie Tatiany go znaleźli. Ona miała rację, potrzebował nowej różdżki. Musiał nauczyć się twardej, bezwzględnej postawy. Pragnął też dowiedzieć się czegoś więcej o swoim ojcu.

Amerykanie w różdżkarstwie ustępowali tylko Brytyjczykom. W walce… ich styl był dynamiczny, z nastawieniem na refleks, nie na moc. A po wyzwalaniu Europy… mieli najlepiej zachowaną dokumentację działań na magicznym froncie.

Znalezienie w Petersburgu świstoklika bez zwracania uwagi rady było niemożliwe. Ale Assuarin już miał zwiedzoną Syberię wzdłuż – z kilkoma przystankami, mógł teleportować się na Kamczatkę. Stamtąd… do Stanów było już bliżej niż dalej.

Oczywiście, do Petersburga zamierzał jeszcze wrócić. Silniejszy. Tak, aby matka żałowała, że nie użyczyła mu swego nazwiska.

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

1998

Albus Dumbledore wbiegł do gospody ,,Pod Świńskim Łbem" i zatrzasnął za sobą drzwi. Oparł się plecami o solidne drewno, dysząc ciężko.

- Co ty wyprawiasz? – Aberforth ze złością cisnął mokrą ścierką w brata, który uchylił się, dzięki młodzieńczemu refleksowi.

- To już przechodzi ludzkie pojęcie. Żebym nie mógł nawet wystawić nosa poza Hogwart! – starszy Dumbledore w młodszym ciele uniósł teatralnie ręce.

- Odłupią to, co z owego nosa zostało. – burknął Aberforth. Albus zrozumiał, że na więcej współczucia nie ma co liczyć – był świadomy, że jego gderliwego brata dziennikarze też nagabywali, co nie mogło być dobrym doświadczeniem. Nie zamierzał też przypominać, że obecnie jego nos nie jest już połamany.

- Masz może gorącą czekoladę? – Albus zaryglował drzwi szybkim zaklęciem, gdy tylko upewnił się, że w gospodzie nikogo nie ma.

- Zapomnij. To nie jest pięciogwiazdkowy przybytek. – warknął Aberforth, nalewając kremowego piwa do kufli. Albus wziął jeden, siadając przy barze. Chyba nie miał co dzisiaj żywić nadziei, że brat zaprosi go na górę.

- O co oskarżają cię tym razem? – zapytał Aberforth, pociągając spory łyk.

- O romans z Harry'm Potterem. – Albus oparł głowę na rękach, wzdychając ciężko. Jego brat wybuchnął śmiechem.

- Dobrze, że chłopak nie może na ciebie patrzeć… bo patrząc przez pryzmat twoich młodzieńczych związków…

- Wystarczy. – Albus zacisnął dłoń na uchwycie kufla. Wspomnienie Gellerta wciąż wywoływało w nim irracjonalny niepokój.

- Po co tu przyszedłeś, Albusie? - Aberforth nie znosił, gdy Albus uciszał go, nawet kiedy oboje byli dziećmi. Teraz, gdy przepaść między nimi nie mogła być głębsza, im obu brakowało cierpliwości.

- Martwię się. – Albus okręcił wokół palców kosmyk kasztanowych włosów. Musiał mieć naprawdę nietęgą minę, bo oblicze Aberfortha złagodniało.

- O Minerwę? – dopytał młodszy brat, marszcząc czoło i tak już pełne zmarszczek.

Albus pokiwał głową. Byłby głupcem, gdyby nie dostrzegł, że bitwa pozbawiła Minerwę prawie wszystkich sił. Co jednak martwiło go najbardziej, to fakt, że chociaż minęło już tyle czasu, ponad dwa miesiące, nie widział żadnej poprawy. Miał nadzieję, że początek roku szkolnego i wyzwania związane z nauczaniem tchną w Minerwę trochę życia. Bał się pomyśleć, co będzie w przeciwnym wypadku.

- Ona gaśnie, Abe. Pewne rzeczy nie odeszły wraz z Tomem. – mruknął Albus. Wciąż pamiętał jej bladą twarz, kiedy zaledwie kilka dni temu spotkali się z Andromedą.

- Jakie rzeczy? – spytał bezpośrednio, chociaż cicho, Aberforth.

- Minerwa jest matką chrzestną Harry'ego. – wyjawił Albus. Usłyszał jak brat ze świstem nabiera powietrza.

- Ale dlaczego w takim razie…

- Zabraniałem jej. – Albus odwrócił głowę, lecz zdążył dostrzec echo złości w niebieskich oczach Aberfortha.

- Ty durniu. Nie została jej żadna rodzina… Potterowi zresztą też, bo ci mugole się nie liczą. Wiem, że dla ciebie rodzinne więzy nic nie znaczą, ale… na brodę Merlina… - rozgniewał się siwobrody czarodziej.

- Chciałem chronić ich oboje. – Albus skrzywił się – czyżby jego brat miał rację i Albus rzeczywiście nigdy nie przejmował się siłą rodzinnych więzów?

- Jeśli pocieszałeś się myślą, że przeżyli dzięki tobie, to niesłusznie. – słowa Aberfortha były ostre, ale Albus doskonale wiedział, że na nie zasłużył.

- Wynagrodzę im to. – oświadczył Albus z przekonaniem.

- Marnie ci to idzie, jeśli Minerwa jest jakimś wyznacznikiem. – odparował natychmiast siwowłosy czarodziej.

- Ona powiedziała, że potrzebuje więcej czasu, lecz z każdym dniem wydaje mi się, że marnieje. – Albus wypił do dna kremowe piwo i otarł usta. Obserwowanie jak wiele wysiłku kosztują Minerwę najprostsze czynności było przygnębiające i niepokojące.

- Rozmawiałeś o tym z Poppy?

- Minerwa nie da się zbadać. Uparcie twierdzi, że wszystko jest w porządku, a my przesadzamy. Tylko to nie może być po prostu wiek, Abe. – Albus zmarszczył brwi – miał to doświadczenie bycia w wieku Minerwy, oraz bycia dużo starszym – i w obu przypadkach miał więcej energii.

- A nie przyszło ci do głowy, że jej stan związany jest z twoim? – Aberforth spojrzał mu prosto w oczy.

Albus otworzył usta, gdy lodowaty dreszcz przeszedł po jego ciele. Nie rozumiał… co tak naprawdę brat miał na myśli. Aberforth chyba musiał odczytać zdumienie na jego twarzy, bo wyjaśnił:

- Ty umarłeś i ona zaczęła więdnąć. Przyszła tu na Boże Narodzenie, wyglądając koszmarnie. W bitwie straciła dużo mocy… więcej niż ktokolwiek podejrzewał, że miała… a potem ty ożyłeś. Jesteś młody, zdrowy… a ona chora i słaba.

- Ja wiem, że jesteś skłonny podejrzewać mnie o najgorsze rzeczy, ale galopujące gargulce, Aberforth! – Albus uderzył dłonią w stół, nagle rozgniewany. Czy to była cecha ,,młodości", że szybciej się denerwował?

- Przecież nie mówię, że to stało się z waszą świadomością! To tylko teoria, bazująca na twojej odwiecznej gadaninie, że miłość jest najpotężniejszą z magii. – Aberforth zrobił się cały czerwony – atak Albusa musiał go urazić.

Sam Albus zmrużył oczy.

- Miłość? – zdołał wykrztusić, czując gorąco uderzające go falami.

- Ona cię kochała, idioto. – Aberforth postawił kufel z brzdękiem na ladzie. Albus na przemian zamykał i otwierał usta. Nie wiedział co powiedzieć. Teraz, gdy Aberforth określał to w ten sposób, to wydawało się proste, niezaprzeczalne. Ale przecież relacja Albusa z Minerwą była dużo bardziej skomplikowana. Nie byli bytami oderwanymi od otoczenia – istniały dziesiątki czynników…

- Ani razu nie przyszło ci to przez myśl? – brat uniósł brwi z niedowierzaniem. Albus przymknął oczy, wspominając te dwa cudowne pocałunki… te najcenniejsze ze wszystkich zgromadzonych przez lata wspomnień. To były chwile, w których czuł, że Minerwa…mogłaby go kochać…

- To nie było takie proste, wtedy… i jest jeszcze bardziej skomplikowane, teraz. – przyznał Albus, w myślach karcąc się za takie zwierzanie się bratu, który raczej zawsze miał dla niego potępienie, nie pociechę.

- Oczywiście, z tobą nic nie jest proste! Pytanie, czy kochałeś ją przedtem… czy kochasz ją nadal… też jest dla ciebie zbyt skomplikowane?

- Aberforth…

- Uduszę cię, jak po tym wszystkim co ona przeszła… przez ciebie i dla ciebie… ty nagle stwierdzisz, że po tym jak odmłodniałeś…

- Co mam twoim zdaniem zrobić?! Iść do niej i powiedzieć jej, że kocham ją… że od dawna jest moją największą miłością... że nie wyobrażam sobie życia bez niej? – Albus ukrył twarz w dłoniach.

Krew szumiała mu w uszach, ale słyszał westchnienie Aberfortha.

- Zraniłbyś ją. Nie uwierzyłaby ci, albo zrezygnowała ze swoich uczuć… Jesteście w cholernie pokręconej sytuacji, bracie. – przyznał Aberforth. Albus uniósł głowę, by uśmiechnąć się gorzko.

- Naprawdę myślisz, że ona mogła nawet nieświadomie zrobić coś, co pozwoliło mi wrócić do życia?

- To ty znasz się na potężnej magii. Ja mogę jedynie stwierdzić, że byłeś durniejszy niż ghul, że nie oświadczyłeś się jej zaraz po wojnie z … nim. Taka kobieta… pomyśleć, że mógłbym mieć całą gromadkę bratanic i bratanków, z nadzieją, że rozum odziedziczyłyby po niej. – rzucił Aberforth. Albus chciał zaprotestować, że to niedorzeczne fantazje… ich dzieci nigdy nie byłyby bezpieczne… ale ostatecznie czarodziej nie powiedział nic.

Siedzieli w milczeniu jeszcze kilka minut, aż wreszcie Aberforth poklepał Albusa po ramieniu i rzekł:

- Obiecaj mi, że jeśli okaże się, iż dla was dwojga jest za późno, nie zostawisz jej… choćby cię odtrącała na każdym kroku… tym razem zachowuj się jak należy. – jakaś szczerość na twarzy Aberfortha sprawiła, że Albus przełknął ślinę i skinął głową.

- Obiecuję. – zmusił się do uśmiechu, chociaż myśl o tym, że… Minerwa mogłaby odejść dużo szybciej… że mogłaby zostawić go tu na całe dekady… ach, rację miała, mówiąc, że powinni spotkać się w zaświatach, na równej stopie.

Tylko czy trafiliby w to samo miejsce? Czy odnaleźliby się tam? Albus pociągnął nosem, myśląc gorzko o tym, że on na pewno nie zasługiwał na niebo z nią.

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa bardzo powoli szła zamkowym korytarzem. Wciąż jeszcze pustym. Do przyjazdu roześmianych uczniów zostało kilka dni. Jak na złość, dni dłużyły się strasznie.

Chciała, by uczniowie przybyli jak najszybciej. Było tyle wiedzy, którą chciała im przekazać, tyle zaklęć, których chciała ich nauczyć, tyle transmutacji, które pragnęła by przeprowadzali pod jej nadzorem.

Czasu było coraz mniej. Dzisiaj czuła to szczególnie. O mało nie zemdlała w sali przesłuchań Wizengamotu. Byłoby wysoce niefortunne, gdyby cały Wizengamot odkrył rany na jej całym ciele.

Uznanie reakcji społeczeństwa za niezadowolenie po podaniu przez nią projektu ustawy, byłoby sporym niedopowiedzeniem. W atrium ministerstwa dzisiaj rano doszło do zamieszek, aurorzy musieli odeskortować awanturujących się magów do zamkniętych oddziałów św. Munga. Prasa pluła jadem, złością i robiła z niej najgorszego potwora.

Wszyscy się bali. Minerwa widziała ten strach na twarzach wszystkich – rodziców, sędziów, reporterów czy jej kolegów z Hogwartu. Albus też się obawiał, ale miała podejrzenia, że powody jego lęku są nieco inne. Inni bali się… jej. Nikt nie odważył się dotąd powiedzieć tego jej prosto w twarz, ale wiedziała, o czym myślą.

Widzieli w niej szaloną wiedźmę, pragnącą wyłapywać najpotężniejsze dzieci i szkolić je w czarnej magii.

Dla nich magia bez użycia różdżki była zakazana – dlatego, że była zła. Stąd już niedaleko do uznania jej za czarną magię.

- ,, Czy wszyscy nie będziemy bezpieczniejsi, jeśli damy tym dzieciom różdżki i uprzedzimy je, że magia bez nich jest zakazana?"

- ,,Dzieci nie potrafią jeszcze dobrze oceniać dobra i zła, będą całkowicie podatne na wpływy!"

- ,,Jak możemy ufać, że cały batalion uczniów nie zwróci się przeciwko własnym rodzicom, albo ministerstwu?"

- ,,Dlaczego jedne dzieci mają się czuć uprzywilejowane, zaś inne zdegradowane?"

Minerwa westchnęła. Spędziła długie noce, dopracowując propozycję ustawy, starając się stłumić w zarodku wszystkie wątpliwości. Konsultowała się z naprawdę wieloma osobami – największymi sceptykami również. Albus jej pomagał, chociaż bez równego przekonania i wiary w sukces. Gdy jednak przedkładała projekt przez Wizengamotem, była pewna, że jest dopracowany w każdym szczególe. Nie bez powodu ona i Albus byli uznawani za największe autorytety w nauczaniu.

Niestety, projekt nie został tajny do dzisiaj, daty wyznaczonej na pytania zadawane Minerwie przez sędziów. Prorok opublikował go kilka dni temu, co wzbudziło potężną falę w wciąż podzielonej magicznej społeczności. Falę szoku, strachu i złości.

Jedyną pomyłką Minerwy było założenie, że zdoła to wszystko przeprowadzić przy pomocy logicznych argumentów i opanowania. Nie ważne, jak cierpliwie wyjaśniała poszczególne wątpliwości podczas dzisiejszego posiedzenia Wizengamotu, nikt nie słuchał jej słów. Dopiero po którymś, bardzo podobnym do poprzednich pytaniu, zrozumiała, że oni wszyscy oczekują od niej cyrku, sięgnięcia po najpotężniejsze, emocjonalne argumenty. Wiedziała jednak, że użycie ich da im pretekst do zakwestionowania nie tylko jej poczytalności, ale i lojalności.

I teraz, gdy wspinała się po długich schodach, musiała przyznać się przed samą sobą do porażki. Nie pomogły protesty Albusa i Harry'ego, a przecież zebranie ich dwóch bez gorzkich spojrzeń graniczyło z cudem. Nie pomogło poparcie Kingsley'a, który powoływał się na setki powodów, przemawiających za zaufaniem Minerwie. Wizengamot postanowił odłożyć tę sprawę na kilka miesięcy. Miesięcy, których oczywiście nie miała.

Syknęła, gdy jej stopa natrafiła na stopień pułapkę i o mało się nie przewróciła. Udało jej się jednak przenieść ciężar ciała na oparte na poręczy dłonie i wykonać niezgrabny sus w górę, wspomagając się brudną magią.

Kiedy już weszła na samą górę, miała ochotę wybuchnąć zimnym, gorzkim śmiechem. McGonagallowie byli ulepieni z twardej, szkockiej ziemi. Nie zamierzała porzucać swoich planów ani przekonań. Jeszcze dziś wieczorem miała usiąść do pracy nad podręcznikiem do nauki magii bez użycia różdżki. ,,Dzikiej magii", jak określił to jeden z reporterów, a które to określenie bardzo szybko się przyjęło.

Minerwa nie chciała zostawić tych wszystkich dzieci, których magia była ograniczana, których prawo do rozwoju zostało zahamowane, które żyły w ciągłym konflikcie z własną magią.

Gdyby tylko miała więcej czasu… gdyby dane jej było pomóc...

- Profesor McGonagall?

Podniosła głowę. Przed nią stał Assuarin, z założonymi rękami i tajemniczym półuśmiechem.

- Witam, profesorze Zenaidov. – zrobiła kilka krótkich kroków w jego stronę, pragnąc by wyglądało to całkiem naturalnie. Powinien uwierzyć, że po prostu się zamyśliła, a nie że musiała nabrać sił by przejść przez korytarz.

- Może ma pani ochotę na kieliszek wina? To był długi dzień, z tego co słyszałem. – zaoferował mag. Minerwa kiwnęła głową, chociaż ciekawiło ją, skąd tak szybko miał informacje z posiedzenia.

Szedł powoli, za co była wdzięczna. Po kilku chwilach zorientowała się, że nie idą do komnat zajmowanych przez ostatnich kilku nauczycieli obrony przed czarną magią. Zmierzali do dużo większego apartamentu, który przez wiele lat był pusty – tak naprawdę to od czasów Galatei Merrythought.

Wspomnienie dawnej nauczycielki i protektorki Toma Riddle nie było najszczęśliwsze, Minerwa odpędziła je zatem. Kątem oka obserwowała idącego obok maga – w pewien sposób ją fascynował – chciała wiedzieć o nim jak najwięcej. Wiedziała, że obejrzenie tych komnat da jej wiele wskazówek co do jego charakteru, zatem zgodziła się iść z nim, mimo wyczerpania i niechęci do wszystkiego.

Assuarin kurtuazyjnie otworzył przed nią spore drzwi. Weszła, rozglądając się ciekawie.

Znajdowała się w bogato i elegancko urządzonym salonie. Potężne biblioteczki z ciemnego drewna pokrywały większą część ścian i mogłyby sprawiać ciężkie wrażenie, ale kolorowe grzbiety książek ożywiały wnętrze. Duże okna i drzwi na niewielki balkon były okolone grubymi, ciemnoszkarłatnymi zasłonami. Podobny kolor miała kanapa i trzy fotele, rozstawione na środku wokół niskiego stolika ze szklanym blatem. Minerwa zauważyła jeszcze pięć drzwi – zapewne prowadzące do kuchni, łazienki, sypialni i pokoi dodatkowych.

Nowy nauczyciel cierpliwie czekał aż obejrzy sobie wszystko dokładnie. Nie odezwał się ani słowem, gdy podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz – podobnie jak z wieży Gryffindoru, tutaj też widziała pozostałości białego grobowca. Tak naprawdę te komnaty nie były wcale daleko od jej własnych.

Usiadła, podczas gdy Assuarin otworzył misternie rzeźbiony barek i wyjął z niego butelkę wina i dwa kieliszki. Było coś wyszukanego w jego postawie, coś wyrafinowanego w sposobie, w jaki ujął jeden z kieliszków i podał jej.

Bez użycia różdżki, niewerbalnie rzuciła wiązankę czarów wykrywających truciznę. Nie znalazła nic, dlatego pociągnęła łyk, doskonale świadoma przyglądających jej się czarnych oczu.

Wino było idealne. Mocne i jednocześnie słodkie, wywołało w niej doznania, które rzadko odczuwała, szczególnie w ostatnich dniach. Minerwa nie dbała o jedzenie czy napoje, ale w tym winie było coś zniewalającego.

Nie wzięła jednak drugiego łyku, tylko z obojętnością obracała kieliszek w palcach.

- Ładnie się urządziłeś. – rzuciła, rezygnując z tytulatury.

- Chciałem by wszystko było gotowe przed sobotą, kiedy przyjeżdża moja narzeczona i kiedy dyrektor chce przedstawić nas reszcie profesorów. – odpowiedział mężczyzna ze spokojem.

- Twoja narzeczona jeszcze nie była w Hogwarcie? A może to ktoś kogo znam? – Minerwa wciąż miała w pamięci jego niezwykłego patronusa.

- Mało prawdopodobne, podobnie jak ja, pochodzi z Rosji. – odpowiedział i wypił łyk wina.

- A czym się zajmuje? Byłoby wyśmienicie, gdyby znała się na mugolach, bo nauczycielka, którą Albus zatrudnił na miejsce Charity… ma być tylko tymczasowo. – Minerwa sama była zdumiona swoją bezpośredniością. Upiła kolejny łyk wina – tylko je mogła winić za rozluźnienie, które ją ogarniało.

- Niestety, moja narzeczona ma bardzo małe doświadczenie z mugolami i jedynie podstawową wiedzę, co dyskwalifikuje ją na tę posadę. Jest malarką – ilustruje książki, głównie dla dzieci. – odpowiedział Assuarin.

Minerwa znów przysunęła kieliszek do ust – głównie by ukryć zaskoczenie. Nie tego się spodziewała.

- Przynajmniej nie jest dziennikarką. – mruknęła czarownica, krzywiąc się na wspomnienie okropnych reporterów, z którymi musiała się użerać przed i po posiedzeniu Wizengamotu.

- Nie, jest na to zbyt nieśmiała. – powiedział Assuarin i machnął różdżką na butelkę, by dolać sobie i jej.

- Nie masz tu jednak żadnych obrazów. – stwierdziła Minerwa i utkwiła mocne spojrzenie w twarzy czarodzieja.

- Chciałem, żeby to ona je wybrała. – odpowiedział natychmiast, bez zawahania.

Minerwa kiwnęła głową – to był swego rodzaju test - na razie Assuarin go zdawał. Postanowiła wypytywać go dalej.

- Zatem oboje pochodzicie z Rosji… słyszałam, że to fascynujący kraj, z różnorodną magiczną społecznością. – uśmiechnęła się uprzejmie, zachęcająco.

- Na pewno można tak powiedzieć… chociaż jeśli chodzi o ogólny społeczny poziom magicznej mocy, to możemy się najwyżej zwać szamanami i zielarkami w porównaniu z wami, Brytyjczykami. – Assuarin westchnął. Minerwa zmarszczyła brwi.

- Pan jest potężnym czarodziejem. – zauważyła i odnotowała jego dyskomfort – nie spodziewał się bezpośredniego komplementu.

- Ja dużo podróżowałem. Miałem okazję uczyć się w Ameryce i przemierzyłem całą Syberię w młodości. W Rosji brakuje mistrzów… ludzi takich jak pani, którzy mogliby szczycić się wiedzą zbieraną przez lata. – Assuarin upił łyk wina.

- Lecz czy w Rosji władzy nie sprawują właśnie wiedźmy takie jak ja, stare i … dosyć potężne… utrzymujące matriarchat panujący tam od wieków? – Minerwie było głupio się przyznać, że jej wiedza o najrozleglejszym kraju świata była tak minimalna, ale sam temat ją zaciekawił.

- One nie dzielą się wiedzą, w obawie o utratę władzy. A poza tym to jest garstka… nieliczne, które przeżyły wojnę z Grindelwaldem. – Assuarin wbił w Minerwę spojrzenie ciemnych oczu. Czarownica mocniej zacisnęła dłoń na kieliszku.

- Słyszałam, że wielu Rosjan poległo w tamtej wojnie… ale też bez nich na froncie wschodnim, ta wojna trwałaby dłużej… i niekoniecznie zakończyłaby się naszym zwycięstwem. – stwierdziła ostrożnie.

- To była wielka strata dla mojego narodu, profesor McGonagall. Elita potężnych i płodnych czarownic zginęła, zanim zdołała wydać na świat potomstwo. Nieliczne dzieci, które urodziły się w tamtym czasie, jak moja narzeczona… dorastały bez rodziców. Moja ukochana do dziś nie wie, co się stało z jej ojcem i matką – wie tylko, że trafili do niewoli Grindelwalda, że zabrano ich do Nurmengardu. – Assuarin opowiadał tonem na przemian obojętnym i pełnym pasji. Na koniec patrzył Minerwie prosto w oczy, jakby wyzywająco.

Minerwa chciała, by zamilkł. Obrazy groty same cisnęły się do jej umysłu. Czy była możliwość, że wśród mordowanych ludzi, których Minerwa widziała w ciągu tych kilku zejść do groty, znajdowali się rodzice narzeczonej Assuarina? Odstawiła z brzdękiem kieliszek i splotła palce, by ukryć ich lśnienie.

- Przykro mi. Czy jednak dobrze dedukuję, że twoja narzeczona jest starsza od ciebie? – Minerwa desperacko pragnęła zmienić temat.

- Co? Tak, jest starsza, ale niewiele. – Assuarin przez moment wyglądał na zbitego z tropu, lecz szybko drgnął i dodał:

- Może to zabrzmi dla pani śmiesznie, ale w moim kraju wśród zwykłych czarodziejów i czarownic, nieskażonych upolitycznioną atmosferą Moskwy i Petersburga, Dumbledore jest uważany za jednego z większych światowych bohaterów.

- Och, naprawdę? – chociaż Minerwie wino wyjątkowo smakowało, chciała już zakończyć tą rozmowę, zanim wejdą na naprawdę niebezpieczne grunty.

- Pokonał Grindelwalda. Rozorał mu gardło. Ale nie zabił, dał mu zgnić w jego własnej wieży. Pani nawet nie wie, jak byłem podekscytowany, gdy profesor Dumbledore odpisał na moje podanie. Przez całe moje dzieciństwo jako wybitnych Brytyjczyków przedstawiano mi Merlina, Morganę i Dumbledore'a. – Assuarin przyglądał się jej badawczo.

Dużo wysiłku kosztowało Minerwę patrzenie mu prosto w oczy. Bez względu na to, jak zniewalający Zenaidov się wydawał, Minerwa była przyzwyczajona do swoich sekretów. A fakt, że to ona rozorała gardło Grindelwalda, stanowił jedną z tych tajemnic, które Minerwa ukrywała wyjątkowo dokładnie.

- Jeśli dane będzie ci pracować z nim dłużej niż twoi poprzednicy na tej posadzie, to odkryjesz, że Albus Dumbledore nie lubi być stawiany na piedestale, gdy ludzie zapominają o tym, że też jest człowiekiem i popełnia błędy. – Minerwa sama była zdziwiona jak mądrze zabrzmiały jej słowa.

- Będę miał to na uwadze, pani profesor. – Assuarin skinął głową.

- Dziękuję za wino, profesorze Zenaidov. – odpowiedziała, podnosząc się. Chciała uniknąć kolejnych dziwnie niebezpiecznych tematów.

- To ciemne Anuren, moje ulubione. Mam nadzieję, że pojawi się pani w sobotę na spotkaniu w pokoju nauczycielskim. – Assuarin odsunął nieco jeden z foteli, by łatwej jej było przejść do wyjścia.

- Oczywiście. Zatem do zobaczenia w sobotę, profesorze Zenaidov. – Minerwa pomyślała o Rolandzie, która na pewno będzie zachwycona nowym nauczycielem. Nauczycielka transmutacji musiała się pojawić na tym spotkaniu, choćby po to, by powstrzymać przyjaciółkę przed zrobieniem jakiegoś głupstwa, do czego Rolanda miała tendencję w obecności przystojnych mężczyzn.

- Do widzenia, profesor McGonagall. – Assuarin uśmiechnął się lekko, jakby był w stanie usłyszeć jej ostatnią myśl. Minerwa, czując się dość niekomfortowo, skinęła sztywno głową i wyszła.

Wciąż rozmyślała o zakończonej przed chwilą rozmowie, aż dotarła do drzwi swojego gabinetu. Zdumiewające, że mimo mozolnej wspinaczki po schodach wieży Gryffindoru nie czuła obezwładniającego wyczerpania. To podniosło ją na duchu.

Być może z czasem wszystko wróci do normy?