Kochani czytelnicy!
Po pierwsze, może niektórzy z Was nie zauważyli, ale opublikowałam ostatnio krótkie opowiadanie „Przełom", będące łatką do „Powolnego Spalania". Jest to rozwinięcie jednego ze szkolnych wspomnień Lily, a jako bonus zdradzę Wam tylko, że zaglądamy tam wreszcie do głowy Jamesa! Zachęcam Was do przeczytania i zostawienia po sobie śladu, jeśli tylko macie na to ochotę. Myślę, że w przyszłości pojawi się jeszcze przynajmniej jeden taki bonus :)
Po drugie, nawet nie wiecie, jak mi miło, że tym razem więcej z Was zdecydowało się pozostawić po sobie tutaj ślad i podzielić się ze mną swoją opinią! To dla mnie bardzo motywujące.
Laura: Po pierwsze, powodzenia na sesji! Trzymam kciuki ;) Po drugie, bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się podoba - mam nadzieję, że zostaniesz tu na dłużej. Dziękuję za komentarz i miłej lektury!
MatyldaKarolina: Dziękuję za podwójny komentarz (bo też do "Przełomu"). Ja też bardzo lubię Syriusza ;) W tym rozdziale znów jest go więcej. Cieszę się, że podoba Ci się "mój" James. Uwielbiam go i to właśnie chęć przedstawienia niektórych rzeczy jego oczami skłania mnie do pisania łatek. Widzimy wszystko z perspektywy Lily, mamy wgląd w jej myśli i rozterki, dlatego ona może budzić tak sprzeczne uczucia, ale zgadzam się - ma sporo do przepracowania. Mam nadzieję, że ten rozdział też Ci się spodoba!
GinnyLFC:Hehe, to prawda, przy Lily i Jamesie waga co chwilę się przechyla od strony jednej, do drugiej. Zmieniają się w tym, kto obecnie "prowadzi" i może dlatego są dla siebie tak interesujący ;) Co do Elektrowni, to niedługo opowiem o niej choć trochę więcej, żeby pokazać, jak funkcjonuje jako siedziba. W ogóle to miejsce istnieje naprawdę - możesz sobie je wygooglać. Gideon i Fabian to w mojej głowie pierwowzór Freda i Georga (w końcu Molly nawet nazwała ich na część swoich braci, wybierając imiona na "G" i "F") ;) Po kimś musieli odziedziczyć temperament. Miłej lektury!
W ostatniej części rozdziału Syriusz słucha piosenki "Hush" (jest baaardzo w jego stylu moim zdaniem, takiego Syriusza mam w głowie, gdy o nim piszę) ;)
PS. Znalazłam swoją idealną Lily - aktorka Holliday Grainger w rudych włosach jest jak wyjęta prosto z moich myśli ;) Nawet gra w nowej ekranizacji kryminałów na podstawie prozy Rowling.
PS2. Od teraz rozdziały będą się pojawiać co około 2 tygodnie!
Zapraszam Was do czytania i komentowania!
Hey Jude, don't make it bad
Take a sad song and make it better
Remember to let her into your heart
Then you can start to make it better
(The Beatles "Hey Jude")
— Co ty na to, żebyśmy zostali przyjaciółmi?
— Przyjaciółmi? — James zaśmiał się nieco nienaturalnie, a Lily tylko skinęła głową, czując nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Lily nie chciała się przyjaźnić.
To może zbyt mocno powiedziane, ale była pewna, że przyjaźń z Jamesem Potterem nigdy nie będzie dla niej wystarczająca. Czy to normalne, że na widok przyjaciela czujesz, że serce zaczyna ci szybciej bić w piersi, a kolana miękną, jakby były zrobione z waty? Czy masz ochotę pocałować swojego przyjaciela za każdym razem, jak tylko znajdzie się blisko ciebie? Nie potrafiła się zdecydować, jaka odpowiedź z jego strony byłaby dla niej mniej rozczarowująca. Sama jednak wyszła z tą propozycją i musiała teraz znieść wszystkie jej konsekwencje.
— Dobrze. Skoro tego chcesz — odparł James z bolesną prostotą.
I to tyle. Bez walki czy ironii.
Czy każde odrzucenie, jakiego kiedyś doświadczył z jej strony w szkole, było aż tak bolesne? Jeśli chociaż w niewielkim stopniu tak, to była pewna, że ponosiła teraz karę za swoje zachowanie. Nie wiedziała, czego spodziewać się po tej rozmowie, ale na pewno była zawiedziona jej przebiegiem.
— Co to tak naprawdę oznacza? — spytał James po chwili niezręcznej ciszy.
— Poznajmy się lepiej. Dajmy sobie czas...
— Ile tak naprawdę zostało nam czasu, Lily?
Było tak wiele spraw, które nawarstwiały się między nimi.
— Nie wiem.
Mark.
Lily czuła nieprzyjemne mrowienie w karku na wspomnienie swojej rozmowy z Dumbledorem. Prawdziwe dreszcze przechodziły ją jednak dopiero wtedy, gdy zastanawiała się nad reakcją Jamesa, kiedy wreszcie zdobędzie się na odwagę, żeby mu o tym wszystkim odpowiedzieć.
— Zamierzasz wyjść za Marka?
— Nie wiem.
Prawdziwa ironia losu! Teraz gdy chciała zerwać zaręczyny, zmuszona była do powrotu do Marka. Czy naprawdę będzie w stanie udawać, że nadal coś do niego czuje? Czy będzie w stanie patrzeć mu w oczy i z uśmiechem kłamać, jakby nic się między nimi nie zmieniło? Nie widziała go może tydzień, a miała wrażenie, że w tym krótkim czasie nie tylko ona zmieniła się nie do poznania, ale także cały świat, który znała do tej pory, przestał nagle istnieć.
— Świetnie. To powiedz mi, co jako przyjaciel powinienem zrobić? — Dopiero teraz na jego usta zakradł się ironiczny uśmiech.
— James... — żachnęła się Lily, czując, jak jego słowa ją ranią. — Niczego nie oczekuję. Sama muszę to wszystko przemyśleć.
Co na to powie James? Co ona by zrobiła w odwrotnej sytuacji? Sama myśl o Jamesie i Marlene sprawiała, że jej wnętrzności zmieniały się w pełzające węże, palące ją od środka. Nie miała jednak prawa oczekiwać, że James będzie na nią czekał w nieskończoność.
— Przemyśleć... jasne. — Schował ręce do kieszeni, a jego mina wyrażała teraz rozbawienie.
— Tak dużo się ostatnio wydarzyło.
— Wystarczyłoby za dwa życia, co nie? — Zrobił krok do tyłu, oddalając się od niej.
— Stanowczo. James... mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe...
— Wszystko, co wydarzyło się między nami, było za wspólną zgodą, Lily. Niczego nie żałuję. — Uśmiechnął się, a jego ręka powędrowała odruchowo w stronę włosów. — No, prawie niczego...
A przecież była jeszcze kwestia Snape'a! Czy będzie w stanie wykorzystać dawnego przyjaciela, nawet jeśli ten dokonał w życiu samych złych wyborów? Gdzieś w głębi duszy zawsze wiedziała, że uczucie ich łączące nie było do końca równe. Że Snape, gdyby miał okazję, chciałby czegoś więcej, ale Lily zawsze starała się tak pokierować ich rozmową, żeby unikać tych tematów. Nigdy nie czuła do niego niczego innego, niż przyjaźń. Zupełnie odwrotnie, jak z Jamesem.
Wspomnienia ze Snapem były bolesne. Lily bardzo przeżyła utratę swojego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, ale wtedy, jeszcze w Hogwarcie znalazła się pod ścianą. Nie mogła już dłużej udawać, że nie słyszy tego, co mówił i nie wie, z kim się przyjaźnił. To był powolny proces, w którym trochę nieświadomie na początku, każde z nich wybrało inną ścieżkę. W pewnym momencie po prostu nie mogli już iść w tym samym kierunku. Tam, gdzie wybierał się Severus, nie było miejsca dla kogoś takiego, jak Lily.
A jednak zdecydował się ją ostrzec. A jednak zaryzykował. Czyli gdzieś tam, pod tą całą skorupą, która narosła na nim z biegiem lat, biło jeszcze ludzkie serce, w którym było małe miejsce przeznaczone dla niej.
Co takiego miałaby mu powiedzieć, by odzyskać jego zaufanie? Jak przywrócić dawną przyjaźń, skoro najwidoczniej Severus uważał ją za niegodną magicznego świata? Czy Lily będzie w stanie udawać, że nic się nie stało? Że to wszystko nie budzi w niej odrazy? Że to wszystko nie sprawia, że czuje się wściekła? Jak mógł dalej stać po stronie Voldemorta, wiedząc o tym wszystkim?
Przymknęła oczy, opierając się o ścianę. Wzięła parę głębokich oddechów na uspokojenie. Najtrudniejsze w tym wszystkim będzie zapanowanie nad własnymi nerwami. Potrzebowała z kimś porozmawiać. Uchyliła drzwi do sypialni Dorcas, ale pokój przyjaciółki był teraz pusty.
— Będzie, jak zechcesz — powiedział James, po czym wyszedł z pokoju.
Lily poczuła się bardzo samotna.
xxx
Sowiarnia na wieży była pusta. Mimo słońca, świecącego wysoko na niebie wiał tego dnia mocny wiatr, porywając włosy Lily na wszystkie możliwe kierunki tak, że musiała w końcu spiąć je ciasno na czubku głowy. Owinęła się szczelnie swoją szatą, wpatrując w śpiącą Uszatkę.
W ręce trzymała dwa zwitki pergaminu. Każdy z nich skrywał krótką wiadomość, której napisanie zajęło Lily nieproporcjonalnie dużo czasu w porównaniu do jej długości.
To zadziwiające, jak bardzo nie była w stanie wymyślić, co takiego mogłaby przekazać mężczyźnie, z którym była przez dwa lata w związku i który miał zostać jej mężem. Czy kiedykolwiek naprawdę kochała Marka? Chyba tak, chociaż teraz, z perspektywy czasu miała świadomość, że wszystko to było jedynie substytutem uczucia, które żywiła do Jamesa. Każdy mężczyzna, który pojawił się później w jej życiu, musiał przejść przez to porównanie i chociaż można by pomyśleć, że łagodna i dobra natura Marka była jego niezaprzeczalnym atutem, dla Lily nigdy nie było to wystarczające. Czy byliby szczęśliwym małżeństwem? Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, ale mając te wątpliwości, była wdzięczna losowi, że jednak nie dopuścił do ślubu. Lily była pewna, że prędzej czy później pojawiłoby się u niej zwątpienie, które jedynie unieszczęśliwiłyby zarówno ją, jak i Marka.
W jednej kwestii jednak w pełni zgadzała się z Dorcas. Mark nie zasłużył na to, co musiała mu zrobić. Zawsze był dla niej dobry i wyrozumiały, starając się wspierać ją nawet wtedy, gdy jej praca pochłaniała tę energię, której nie potrafiła włożyć w ich związek. Teraz Lily widziała również i to jak na dłoni: zawsze miała coś, co było dla niej ważniejsze. Nigdy nie poświęciła swojego serca tak, jak Mark, który właściwie w pojedynkę zbudował podwaliny tego, co ich łączyło.
Z ciężkim sercem spojrzała na pergamin w swojej dłoni i raz jeszcze odczytała wiadomość, którą zamierzała wysłać. Znów tak żałośnie krótką.
Musimy się spotkać i porozmawiać.
Przepraszam
Lily
Obudziła śpiącą Uszatkę, która spojrzała na nią z wyrzutem, po czym przywiązała jej pergamin do nóżki, wystawionej z wielką łaską. Sowa zatrzepotała skrzydłami, po czym odleciała z lekkim trzepnięciem w głowę Lily. Nawet ona zdawała się niezadowolona z misji, którą przyszło jej wypełnić.
Drugi liścik był niewiele dłuższy. Długo myślała nad tym, co powinna napisać Severusowi po tym wszystkim, co między nimi zaszło. Co miała do powiedzenia śmierciożercy, którego kiedyś nazywała przyjacielem?
Czy naprawdę uważasz mnie za szlamę?
Czy popierasz te wszystkie morderstwa, których dopuszcza się czarodziej, którego tak bardzo podziwiasz?
Czy było warto iść tą drogą, nawet za cenę naszej przyjaźni?
Czy potrafiłbyś zabić w imię ideologii?
To były prawdziwe pytania, które krążyły jej po głowie. Gdy tylko o nich myślała, czuła wielką złość, przepełniającą ją od stóp do głów. Złość na świat, że był tak niesprawiedliwy. Złość na Voldemorta, że wyciągał swoje ręce po te wszystkie dusze, gotowe zrobić dla niego wszystko. Złość na Severusa, że nie potrafił rozróżnić dobra od zła...
Zamiast tego napisała jednak wiadomość w nieco innym tonie:
Dziękuję, że mnie ostrzegłeś.
To wiele dla mnie znaczy, bo wiem, ile ryzykowałeś.
Jestem bezpieczna.
Chcę się spotkać, ale nikt nie może o tym wiedzieć.
Lily
xxx
W dawnej pracowni Pana Pottera nadal unosił się gęsty kurz i pył. Lily zapaliła wszystkie świece i przystanęła przed wielkim regałem wypełnionym książkami. Niespiesznie zaczęła przyglądać się tytułom, wypisanym na grzbietach ksiąg. Sięgnęła po jedną z nich i otwarła z nieukrywaną ekscytacją. Gdyby tylko miała więcej czasu, z chęcią spędziłaby najbliższych parę dni jedynie na czytaniu. Nie mogła sobie jednak pozwolić na taki luksus. Na stole przed nią leżała szczegółowa lista eliksirów, napisana przez Dumbledore'a. Niektóre z nich potrzebowały tygodni, a nawet miesięcy, nim będą się nadawać do spożycia. Nie mogła marnować czasu.
Zerknęła na zawiłe pismo dyrektora Hogwartu i odczytała pierwsze dwie pozycje:
Eliksir Wielosokowy
Veritaserum
Ważenie każdego z nich zajmowało około miesiąca, pod warunkiem, że posiadało się już wszystkie potrzebne składniki, przygotowane we właściwy sposób. Lily zaczęła przyglądać się zakurzonym i pokrytym pajęczynami słojom.
— Ślaz, muchy siatkoskrzydłe... — mamrotała, wodząc palcami po pożółkłych etykietkach.
Zdawało się, że pracownia ojca Jamesa była naprawdę świetnie wyposażona. Z całego tego zamieszania i rozgardiaszu nie miała nawet jeszcze czasu, by wypytać go o rodziców. To nadal zdawał się być dla niego bolesny temat, dlatego chciała to zrobić we właściwym momencie. Kiedy taki nadejdzie? Tego nie potrafiła przewidzieć, ponieważ każdy dzień zdawał się przebijać poprzedni w ilości dostarczanych wrażeń.
Machnęła parę razy różdżką, starając się doprowadzić pracownię do ładu, a kurz i pajęczyny momentalnie zniknęły. Pozostało jej jeszcze oczyścić stare kotły, w których zastygły eliksiry, ważone przez ich poprzedniego właściciela. James naprawdę chyba nie zaglądał tu już od paru lat...
— Fleamont to był świetny facet.
Lily aż podskoczyła na dźwięk głosu, który poniósł się cichym echem po kamiennych ścianach. Syriusz Black opierał się na swojej kuli, rozglądając z zainteresowaniem po pracowni.
— Nie zaglądaliśmy tu, od kiedy...
— Tak, James wspominał mi o tym — powiedziała Lily, nadal czując się niepewnie, będąc z nim sam na sam w jednym pomieszczeniu. — Dobrze wyglądasz — skwitowała, widząc, że po ostatnich obrażeniach nie pozostały mu już niemal żadne ślady.
— Wszyscy mi to mówią, Evans. — Wyszczerzył zęby w tak typowy dla siebie sposób, jakby cały świat należał właśnie do niego. — Ale dzięki, tym razem to twoja zasługa — dodał już nieco mniej prześmiewczym tonem.
Lily skinęła mu głową, wracając do przeglądania słojów. Syriusz nie odszedł jednak, nadal ją obserwując. Najwyraźniej był w nastroju do rozmowy. Przeszedł do najbliższego krzesła i opadł na nie z cichym jęknięciem. Wyciągnął chorą nogę przed siebie i oparł się komfortowo, sięgając po listę eliksirów, leżącą na drewnianym stole.
— Fleamont był niepocieszony, że woleliśmy z Jamesem grać w quidditcha, zamiast pomagać mu przy eliksirach. Siedział tutaj całymi dniami, raz po raz wysadzając swój kocioł w powietrze w ramach eksperymentu. Nie miał więcej instynktu samozachowawczego, niż James.
Lily uśmiechnęła się, zdmuchując kurz z paru etykietek, by móc lepiej odczytać nazwę składników.
— Kto by pomyślał — mruknęła.
— Wynalazł Ulizannę i na tym dorobił się fortuny. Nie wiem, czy James wspominał ci o tym? — powiedział Syriusz, wodzą oczami po pergaminie.
— Nie wiedziałam... — odparła Lily, odwracając się w jego stronę i otrzepując ręce z kurzu. — Nie rozmawialiśmy o jego rodzicach. Dobrze ich znałeś?
Syriusz uśmiechnął się w wyjątkowo nietypowy dla siebie, ciepły sposób. Cała jego twarz, zazwyczaj znudzona lub wykrzywiona w kpiącym uśmieszku, rozpromieniła się teraz, jakby przyszło mu do głowy jakieś wyjątkowo przyjemne wspomnienie.
— Traktowali mnie jak syna — odparł. — Bo nie wiem, czy wiesz, ale moja prawdziwa rodzina jest nieźle popierdolona. Zaczynając od matki, na bracie kończąc.
— Coś wiem na temat problemów rodzinnych... — powiedziała Lily, myśląc teraz o Petunii, każącej jej się wynosić z własnego domu i obwiniającej ją o śmierć rodziców. — Ale moje wydają się dosyć niewinne w porównaniu z twoimi.
— Uciekłem od nich, jak miałem szesnaście lat i rodzice Jamesa bez słowa przygarnęli mnie pod swój dach. — Uśmiechnął się, wznosząc brwi. — A znasz mój charakter, co nie? Jestem czarujący, ale porywczy.
Lily zaśmiała się, tym razem szczerze rozbawiona.
— Można tak powiedzieć — potwierdziła. — To musieli być odważni ludzie, skoro dali radę z tobą i Potterem pod jednym dachem.
— Hej! A ty jak dajesz radę, co, Evans? — Udał oburzenie. — Przyznaj, że dobrze się bawisz.
— Bywa całkiem zabawnie...
— Daj spokój! Tylko tyle...?
— A jaka była mama Jamesa? — spytała, dalej szczerząc zęby.
— Euphemia? Była taka, jaka każda mama powinna być. Ciepła, troskliwa, ciągle wpychająca mi jedzenie, bo jej zdaniem byłem za chudy. — Zaśmiał się Syriusz, odkładając listę eliksirów z powrotem na stolik. — Denerwowała się, gdy coś za bardzo zbroiliśmy, chwaliła, gdy przynosiliśmy dobre oceny... Parę razy wysłała nam nawet wyjca! — dodał jakby z dumą. — No wiesz, podobno tak zachowują się normalne mamy.
Lily po raz pierwszy poczuła sympatię do Syriusza, a zarazem współczucie. Przez chwilę wydał jej się zagubionym, małym chłopcem, bardzo pragnącym zaznać ciepła rodzinnego. Jej rodzice co prawda zginęli, ale zawsze bardzo ją kochali i miała z nimi wyłącznie dobre wspomnienia. Jego rodzina żyła, ale nie chciała go znać. Nie była do końca pewna, czyja sytuacja była gorsza.
— Masz jakiś kontakt ze swoją mamą?
Syriusz prychnął, przewracając oczami.
— Nie i nie, żebym o to specjalnie zabiegał. Nie wiem, czy pamiętasz, Evans, ale moja kochana rodzinka uważa mnie za zdrajcę i nie mieliby nic przeciwko, gdybym ostatnim razem spłonął żywcem. — Wzruszył ramionami z obojętną miną. — Toujours pur i takie tam pierdolety...
— Zawsze mnie fascynowała ta cała otoczka wokół rodzin czystokrwistych — przyznała Lily, odkładając potrzebne jej składniki na bok.
— Tak. Są fascynująco głupie — stwierdził ironicznie Syriusz. — Nic dziwnego, skoro połowa osób pochodzi ze związków kazirodczych... Trochę obrzydliwe, co nie?
— Nawet bardzo! — Lily skrzywiła się.
— Moja droga mamusia kiedyś nawet sugerowała mi, że nasza najdroższa Bella mogłaby być dla mnie dobrą parą! Urocze, prawda?
— Bellatriks? — zdziwiła się Lily, wytrzeszczając na niego oczy.
— We własnej osobie. Od tego czasu żadna kobieta nie może dorównać jej standardom, więc postanowiłem zostać sam — zażartował. — A tak na serio, Evans, to mam mdłości na myśl o tym, że mógłbym przedłużyć rodzinną linię i być może przekazać jakiemuś niewinnemu dziecku całą pulę moich wygranych na loterii genów...
Lily podniosła gwałtownie głowę, patrząc na niego w szoku. Zdawało jej się, że widzi Syriusza po raz pierwszy w życiu.
— Syriuszu — powiedziała poważnie, widząc przebijający przez jego uśmieszek smutek. — To nie geny decydują o tym, kim się staniesz. Zawsze mamy wybór. Ty jesteś tego najlepszym przykładem.
— Czyżby? — zakpił. — Dobra, robi się zbyt sentymentalnie, jak na mój gust. Co tam zamierzasz pichcić? — Zręcznie zmienił temat.
Spojrzał na parę słojów, leżących na podłodze i czysty kocioł, przygotowany już do warzenia.
— Zacznę od wielosokowego, bo jest pierwszy na liście. Chcesz mi pomóc, czy jak? — Zaśmiała się, patrząc na Syriusza, rozłożonego komfortowo na krześle.
Nie zamierzała dłużej go naciskać.
— Nie ma mowy! Ale mogę ci potowarzyszyć i służyć moim wybornym poczuciem humoru.
Lily przewróciła oczami, rozkładając składniki na stole.
— Jak tam sobie chcesz... Co ty tu tak właściwie robisz?
— Przyszedłem pogadać. Czy to taka zbrodnia? — Wzruszył ramionami. — No i James trochę na mnie ostatnio naciskał...
— Aha! Czyli jednak jest jakiś powód? — odparła triumfalnie, starając się nie okazać zaskoczenia. — Kazał ci ze mną pogadać?
— No, tak jakby... Uważa, że trochę za ostro na ciebie wsiadłem... — Podrapał się po tyle głowy. — No i może, tego... No, może trochę tak.
Lily prychnęła, podnosząc na niego oczy i krzyżując ręce na piersi.
— A więc ty i James jesteście teraz przyjaciółmi, co? — Uśmiechnął się, teraz wpatrując się uważnie w jej twarz. Lily poczuła, jak zdradzieckie rumieńce wykwitają na jej policzkach. Mogła się domyślić, że od początku właśnie o to mu chodziło. — Czyli jednak się myliłem.
— Nie wierzę, że potrafisz się do tego przyznać, Black! — zaszydziła, przygotowując ślaz przed dodaniem go do kociołka. — Nie, żebym musiała ci się spowiadać...
— Rogacz już wszystko mi opowiedział, ze szczegółami! — Poruszył sugestywnie brwiami, w ostatniej chwili uchylając się od rzuconej w jego stronę pijawki.
— Black, fajnie, że masz taki dobry humor...
— Spokojnie, Evans! — Syriusz również spoważniał i pokręcił głową w wyrazie dezaprobaty. — Nie możesz brać wszystkiego tak serio, bo oszalejesz. Wierz mi, mam trochę wprawy w tym temacie.
— Nie wątpię... — odrzekła, dodając ptasi rdest do kociołka i zaczynając mieszać eliksir zgodnie z ruchem wskazówek zegara. — Syriuszu... — powiedziała, teraz już niepewnie. — Mówiłeś, że James bardzo przeżył nasze rozstanie i śmierć swoich rodziców...
Syriusz westchnął, po raz pierwszy tracąc dobry humor.
— To nie była twoja wina, okej? Nie powinienem był tak wtedy mówić... — stwierdził gorzko, patrząc na nią ze skruchą. — Nie chciałem... Ale myliłem się — zakończył nieco niezgrabnie. — Po prostu... Wtedy było ciężko.
— Dobrze, że miał przy sobie takiego przyjaciela, jak ty.
— Przyjaciele Jamesa są moimi przyjaciółmi. — Spojrzał na nią znacząco. — Możesz na mnie liczyć, Evans. — Zaraz jednak znów uśmiechnął się, przekrzywiając lekko głowę na bok. — Teraz się już mnie tak łatwo nie pozbędziesz.
— Wywołujesz we mnie chęć przemyślenia mojej decyzji...
Lily nie pamiętała, kiedy ostatnio aż tyle się śmiała. Po raz pierwszy tak wyraźnie widziała wszystkie jego dobre cechy, o których tyle opowiadał jej James. Towarzystwo Syriusza było miłą odmianą po samotnym poranku.
xxx
— Tu jesteś — powiedział James, zastając Lily w ogrodzie. — Przyjaciółko.
Po paru godzinach spędzonych nad kotłem, dziewczyna bardzo potrzebowała się przewietrzyć. Rozkoszowała się teraz wiatrem, który jeszcze niedawno nerwowo szarpał jej włosy. Wdychała świeże, nieco wilgotne powietrze i obserwowała słońce, chylące się ku zachodowi.
— James... — mruknęła Lily, zirytowana.
— Nie miałem nic złego na myśli... — Przeczesał włosy palcami. — Pachniesz... spalenizną? — Zmarszczył nos.
— Warzyłam eliksiry — odparła, wzruszając ramionami.
— Mój tata zawsze próbował mnie do tego zagonić... — przyznał James. — Ale ja uważałem to wtedy za totalne nudy. Szkoda, że nie spędziłem z nim więcej czasu.
— Twój tata na pewno doskonale to rozumiał. Syriusz opowiadał mi trochę o twoich rodzicach...
— Łapa? — zdziwił się James, spoglądając na nią badawczo.
— Tak, towarzyszył mi dzisiaj. Całkiem niezły z niego kompan. — Spojrzała na niego znacząco. — Wspomniał coś też o tym, że trochę go ostatnio naciskałeś w moim temacie...
James westchnął, odwzajemniając jej spojrzenie.
— Po prostu wolałbym, żeby jednak się nie wtrącał w nieswoje sprawy...
— Podobno opowiedziałeś mu o nas. Ze szczegółami. — Uniosła pytająco brwi, na co James wybuchł głośnym śmiechem.
— Nie opowiedziałem mu żadnych szczegółów! — Przewrócił oczami. — I tak by mi nie uwierzył, jakby usłyszał, do czego jesteś zdolna...
— Hej! — Lily trzepnęła go w ramię, udając oburzenie, ale po chwili nie wytrzymała i też zaczęła się śmiać.
Napięcie między nimi odczuwalnie spadło i poczuła się znowu swobodnie w jego towarzystwie.
— Masz ochotę na spacer? — zaproponował James. — Nie wiem, czy widziałaś już całą posiadłość?
— Raczej nie przekroczyłam granicy żywopłotu — odparła Lily.
— Moja mama uwielbiała ten ogród. Na pewno wkurzyłaby się, gdyby zobaczyła, jak go zaniedbałem. — James rozejrzał się w koło, zamyślony. — Tam, za rogiem jest jej szklarnia. Nie wiem, czy to do końca bezpieczne, żeby tam zaglądać... Pewnie niektóre z roślin już całkowicie zdziczały i, no wiesz, mogłyby próbować nas udusić, czy coś...
Wzdrygnął się, na co Lily zachichotała.
— Nieustraszony James Potter drży na myśl o tentakuli — zakpiła, szturchając go łokciem.
— Każdy ma swoje demony — zażartował. — Jacy byli twoi rodzice?
Lily uśmiechnęła się do wspomnień, które momentalnie ją przepełniły.
— Polubiliby cię — powiedziała. — Uwielbiali magię! Mój tata prowadził notatki... Zapisywał sobie tam wszystkie informacje, które ode mnie usłyszał. Kiedyś pokazał mi całą stronę przeliczeń knuta na funta! — Zaśmiali się razem, mijając zieloną statuę lwa, wyrzeźbioną z żywopłotu. — Zawsze miał mnóstwo pytań do Marka... — Umilkła nagle, zerkając z ukosa na Jamesa, ale jego mina nie wyrażała w tej chwili żadnych uczuć.
— Kontynuuj.
— Fascynowała go polityka i ekonomia więc, oczywiście, Mark pracuje w Ministerstwie, więc spadał na niego grad pytań. Parę razy tata próbował się też dowiedzieć czegoś o quidditchu, ale to nie była nasza mocna strona... Na pewno z tobą mógłby sobie na ten temat podyskutować.
— Brzmi jak bardzo fajny gość — podsumował James z uśmiechem, a Lily poczuła ulgę.
— Taki był. Mama za to była oazą spokoju...
— To chyba się w nią nie wdałaś za bardzo, co? — James puścił do niej oko. — Kiedyś się nawet ciebie bałem...
— Nie gadaj! Potter, w życiu bym nie pomyślała! Zwłaszcza po tym, jak na trzecim roku napchałeś mi łajnobomb do torby...! — krzyknęła z niedowierzaniem.
— Syriusz, Remus i Peter obstawiali wtedy, ile jeszcze pożyję i szykowali przemowy pożegnalne na mój pogrzeb! — Lily wybuchła śmiechem. — Serio, Evans! Jak już się wkurzyłaś, to wszystko było możliwe!
Lily przewróciła oczami, nie mogąc jednak przestać się uśmiechać.
— Chyba zawsze lubiłem, jak się denerwujesz — dodał, patrząc na nią. — Jesteś wtedy taka... — zawahał się, zawieszając głos.
— No jaka? — spytała, też patrząc na niego wyczekująco.
— Nieważne. — Wyszczerzył zęby i spuścił wzrok. — To ta szklarnia. — Wskazał ręką na prawo, próbując zmienić temat.
— Jaka jestem, jak się wkurzam? — nalegała Lily, z nieznanych sobie pobudek chcąc usłyszeć jego odpowiedź.
— Evans, czy ty zawsze musisz wszystko wiedzieć? — podpuszczał ją James.
— Zacząłeś, to dokończ! Jaka jestem, jak się wkurzam? — Odwróciła się przodem do niego, zastępując mu drogę.
James uśmiechnął się półgębkiem, przechylając lekko głowę na bok.
— Ok. Skoro chcesz. — Zacmokał, wyraźnie zadowolony z rozmowy. — No cóż, jakbym nie był twoim przyjacielem, powiedziałbym, że jesteś wtedy cholernie pociągająca... Ale chyba nie wypada mi już tak mówić, co nie?
Lily otwarła usta, ale zabrakło jej słów. James ominął ją z krnąbrnym uśmiechem i chowając ręce do kieszeni, zaczął iść dalej. Przez myśl przeszły jej wszystkie rzeczy, które wydarzyły się między nimi w jej małej sypialni... Wzięła głęboki oddech. Nie może pozwolić mu tak łatwo sobą manipulować. Rozdarta między chęcią rzucenia się na niego, a starcia mu tego denerwującego uśmieszku z twarzy, Lily dogoniła go, czując jak palą ją policzki.
— James... — zaczęła, usilnie próbując naprowadzić swoje myśli na inne tory. — Czy teraz, jak jestem już w Zakonie, możesz mi powiedzieć, co robiliście ostatnio z Syriuszem i Peterem w Londynie?
— Pracujemy nad czymś — odparł zagadkowo. — Myślę, że jeszcze trochę, a będziemy się mogli podzielić tym ze wszystkimi. Właściwie, to dzisiaj też muszę w nocy wyjść. Łapa jeszcze się nie nadaje, więc idę sam z Peterem...
— Sam z Pettigrew? — Lily uniosła wysoko brwi. — Nie, żebym miała coś do Petera, bo to fajny facet, ale... czy nie możecie wziąć też Remusa ze sobą?
— Remus ma swoje sprawy. Spokojnie, poradzimy sobie...
— Ale jak by was ktoś napadł, to czy Peter...?
— Evans, Pettigrew potrafi o siebie zadbać.
— Ale czy ty potrafisz? — spytała, mrużąc oczy.
James uśmiechnął się pyszałkowato, nie odpowiadając na jej pytanie.
— A jak tam u ciebie? Dumbledore dał ci coś jeszcze, oprócz warzenia eliksirów?
Lily obawiała się tego pytania. Wiedziała, że James nie da się łatwo zbyć. Może powinna zdradzić mu chociaż część tajemnicy i po prostu zrzucić ciężar z piersi? Z drugiej strony, tak dobrze im się teraz rozmawiało. Czy warto było psuć to wszystko?
Nagle usłyszeli trzepot skrzydeł i ciche pohukiwanie. Lily zadarła głowę i spostrzegła Uszatkę, obserwującą ich z gałęzi drzewa, pod którym się znajdowali. Sowa otwarła dziób i opuściła pergamin, który James złapał z łatwością. Nim Lily zdążyła cokolwiek powiedzieć, James rozwinął list, mówiąc:
— Ciekawe, co ten Dumbledore... — zamarł jednak, wpatrując się w treść. — To chyba do ciebie.
Wyciągnął rękę przed siebie i wręczył jej list. Jego twarz była teraz zupełnie bez wyrazu. Czując, jak jej nogi zaczynają się trząść, Lily odczytała treść wiadomości.
Tak bardzo się o Ciebie martwiłem!
Powiedz tylko, gdzie i kiedy, a będę tam na Ciebie czekał.
Uważaj na siebie, Lily.
Kocham Cię,
Mark
— James... — zaczęła, nie wiedząc, co powiedzieć. Wpatrywał się teraz w nią intensywnie, jakby chciał ją przejrzeć na wskroś. — Ja nie...
— Nie musisz się tłumaczyć — przerwał jej natychmiast. — To twoje życie, Evans.
— Ale ja... — Co tak naprawdę mogła mu powiedzieć, nie wyjawiając całej prawdy? — Uznałam, że jestem mu winna wytłumaczenia. W końcu mieliśmy się pobrać...
— To naprawdę nie jest moja sprawa.
— Nie zamierzam się wyprowadzać. Oczywiście, o ile nadal mogę zostać...
— Możesz zostać, jak długo chcesz — zirytował się. — Mam wrażenie, że powtarzam to jak zdarta płyta...!
— Nie chciałabym ci przysparzać kłopotów...
— Evans, do cholery, czy ty jesteś głucha? — Podniósł głos, a wszystkie najwidoczniej wstrzymywane emocje nagle pojawiły się na jego twarzy. — Jak sama chcesz się wynieść do Daviesa, to droga wolna! Jak chcesz zostać, to zostań. Ty tu decydujesz. Od zawsze.
— James, to niesprawiedliwe — oburzyła się, opierając dłonie o biodra.
— Muszę iść się przygotować. Trafisz do domu, co nie?
Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę dworku. Lily stała w milczeniu, obserwując jego malejącą sylwetkę, aż całkiem zniknął za żywopłotem. Potarła twarz dłońmi i zgięła pergamin w kulkę, zaciskając na nim pięść.
xxx
— Evans, jasna cholera, ale mnie wystraszyłaś — sapnęła Dorcas, zatrzymując się w drzwiach swojej sypialni i zastygając z różdżką w ręce. — Uważaj, bo następnym razem mogę rzucić na ciebie urok!
Zaraz jednak złagodniała, widząc siedzącą na jej łóżku Lily. Mętlik w jej głowie musiał być widoczny na twarzy, bo Dorcas usiadła obok niej, patrząc na nią z niepokojem.
— Co się stało? — spytała.
Lily pokiwała głową ze zrezygnowaniem.
— To dobre pytanie. Co się ostatnio stało?
— Evans, chimera mówi mniej zagadkowo, niż ty. Wiesz, że ze mną trzeba prosto.
— Dobra. To po pierwsze, spałam z Jamesem. — Dorcas już otwarła usta, by coś powiedzieć, ale Lily jej przerwała. — Jakiś czas temu, jeszcze przed przymiarkami sukni ślubnej. Mam wrażenie, że to było w jakimś innym życiu...
— Masz mnie za naiwną? — prychnęła Dorcas. — Przecież to od razu się czuje. Bałabym się zapalić zapałkę, będąc z wami w jednym pokoju. To jak to jest obecnie między wami?
— No właśnie zmierzam do tego... — Lily wplotła dłonie we włosy, masując sobie skórę głowy. — Było świetnie, ale powiedziałam mu wtedy, że to tylko seks, on się wkurzył, jak to Potter. Powiedział mi, że nie zamierza się wikłać w taki układ...
— A ty chciałaś go w to wikłać, czy to był tylko jednorazowy wyskok? — Dorcas uniosła brwi, nieco rozbawiona. — Ale szczerze!
— Gdybym mogła, nie wychodziłabym z nim z łóżka. — Lily zaśmiała się, czując dziwną ulgę, mogąc powiedzieć to na głos. — No ale wtedy jeszcze kurczowo trzymałam się Marka, więc nic z tego.
— A co teraz zamierzasz zrobić z Markiem? No i znowu, szczerze, bo będę wiedzieć, że kręcisz! — Dźgnęła ją palcem w ramię.
— I tu jest właśnie najlepsza cześć. Chciałabym zerwać z Markiem... Masz rację, to dobry facet, nie zasługuje na takie traktowanie, ale...
— Czuję, że mi się to nie spodoba — mruknęła Dorcas, luzując swoją szatę.
— Dumbledore chce, żebym wróciła do Marka i wyciągnęła z niego więcej informacji na temat Ministerstwa...
Dorcas otwarła szeroko usta. Chyba po raz pierwszy nie wiedziała, co powiedzieć.
— Co Potter na to...? — wydukała w końcu.
— Nic mu nie powiedziałam. Nie chcę sabotować swojej misji... Jakbym zaczęła z nim być, to nie mogłabym już udawać przy Marku... — Lily położyła się na plecach, wyciągając ręce za głowę. — Ale wpadł mu dzisiaj w ręce liścik od Marka i wkurzył się, że znowu się z nim spotkam...
— Merlinie, Evans! — Dorcas patrzyła na nią teraz, nie mrugając oczami. — Nie wiem, czy ci współczuć, czy raczej zacząć się śmiać!
— Dzięki...
— Nie, serio... W coś ty się wpakowała, dziewczyno?
— Jest jeszcze coś...
— Kurwa!
— Mam się też spotkać ze Snapem i spróbować wyciągnąć coś jeszcze z niego.
W pokoju zapadła cisza.
— Nie wiem, co mam zrobić, Dor — pożaliła się Lily. — Poradź mi coś, proszę, bo oszaleję!
Dorcas wstała i drapiąc się po głowie, zaczęła przechadzać po pokoju.
— Dobra. To ustalmy najpierw priorytety. — Zaczęła tonem wykładowcy. — Wiem, że to nieźle popieprzone, ale gdyby nie było ważne, to Dumbledore nie prosiłby cię o to. Tak, wiem, że prosi o wiele. Ale to jest wojna, Lily.
— Nie chcę się wymigać — powiedziała szybko Lily, znów siadając. — Wiem, że muszę to zrobić.
— Dobrze. To teraz tak, sentymenty na bok. Potter czekał tyle lat, poczeka jeszcze trochę. — Lily prychnęła, podpierając twarz na dłoni. — Evans, błagam cię. Ten dureń nie widzi świata poza tobą. Nie wiem, jakim cudem tak jeszcze krążycie wokół siebie, jak w szkole... Co do Marka. Szkoda mi go, już ci o tym mówiłam...
— Naprawdę mi na nim zależało — wtrąciła Lily. — Czuję się z tym wszystkim paskudnie...
— No i dobrze, bo byłaś wobec niego prawdziwą suką! — Dorcas spojrzała na nią ze złością, zaraz jednak znów zaczęła kontynuować swój wywód. — No więc, wracając do Marka, to skup się na swoim zadaniu. Potem pomyślimy jak z tego wybrnąć. Zgadzam się z tobą. Nie mów na razie nic Potterowi. Im mniej osób wie, tym lepiej.
Lily skinęła głową.
— Co napisał ci Mark?
— Że chce się spotkać i że mnie kocha...
— Dobrze. Dobrze. — Dorcas poczochrała swoje krótkie włosy, wpatrując się w okno. — Pomyślimy jeszcze nad jakimś miejscem na spotkanie. Pójdę z tobą, dla bezpieczeństwa.
— Nie chcę cię w to plątać...
— Trochę na to za późno, co nie? W jednym się jednak mylisz. — Dorcas spojrzała na nią poważnie. — Snape to śmierciożerca. Wiem, że byliście kumplami, ale to było dawno temu i musisz na to wziąć poprawkę.
— Wiem. Myślę o tym cały czas — westchnęła Lily.
— Uważam, że powinnaś powiedzieć o tym Potterowi i Blackowi. To zbyt niebezpieczna misja. Nie mogę tam iść z tobą, sama rozumiesz? Może oni będą mieli na to jakieś rozwiązanie. W końcu już go śledzili. Będą wiedzieli, co zrobić.
— Dorcas, oni go nienawidzą! — zaprotestowała Lily.
— No i, kurwa, słusznie! Przypominam, to śmierciożerca. Snape, jakiego znałaś, już nie istnieje.
— Nie jestem pewna — odparła Lily, czując jakiś wewnętrzny sprzeciw, by wydać tak ostateczną opinię na temat Severusa. — Może miał samolubne pobudki, ale jednak mnie ostrzegł.
— Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, nie kiwnąłby palcem. Wierz mi.
— Mówisz jak Potter! — zezłościła się Lily.
— Chciałaś poznać moją opinię, to masz! Najwidoczniej Potter też czasem mówi z sensem. Nie lekceważ Snape'a tylko dlatego, że kiedyś razem huśtaliście się na placu zabaw. Trzeba się przygotować jak najlepiej do tego spotkania. Prawda jest taka, że on jest śmierciożercą, a ty...
— Szlamą — mruknęła Lily. — Nie zapomniałam ani na moment.
— No i dobrze, bo to jest śmiertelne połączenie.
xxx
— Black, nie uciekaj. Musimy pogadać — powiedziała ironicznie Dorcas, wskazując na jego drewnianą kulę.
Syriusz leżał wygodnie rozłożony na kanapie, czytając jakieś mugolskie czasopismo, na którego okładce widniał wielki, czarny motocykl. W ręce trzymał papierosa, którym zaciągał się od czasu do czasu w bardzo nonszalanckim geście, a obok niego, na podłodze leżała szklanka z whiskey. W swojej naprawionej, skórzanej kurtce wyglądał teraz tak, jakby właśnie zszedł ze sceny jakiegoś koncertu rockowego. W tle rozbrzmiewały energiczne dźwięki gitar w wykonaniu Deep Purple.
Oh, you never mean the things you say
Oh, you never mean the things you say
So hush, don't you bother
— Bardzo śmieszne. Za chwilę odzyskam sprawność w nodze i zobaczysz...!
— Drżę ze strachu. — Dorcas przewróciła oczami.
— Czego chcecie, wiedźmy? — spytał z uśmiechem, wypuszczając ustami kłęby dymu.
Lily zakaszlała, machając ręką przed nosem.
— Pamiętasz, jak zrobiłeś mi pogadankę o przyjaźni i powiedziałeś, że mogę na ciebie liczyć? — spytała, siadając na fotelu, jak najdalej od gryzącego zapachu nikotyny. — No to teraz tak jakby cię potrzebuję.
— Cholera, chyba powinienem w końcu zacząć myśleć, zanim coś powiem — zażartował. — Co tam?
— Pamiętasz, jak spytałeś mnie, o czym rozmawiał ze mną Dumbledore?
Syriusz usiadł, widocznie zainteresowany.
— Jeśli gramy w „Dwadzieścia Pytań", Evans, to czy ja też potem mogę cię tak przemaglować? — Wyszczerzył zęby, strzepując papierosa do pustej butelki po piwie. — Wiem, że sporo piję, ale pamięć mam jeszcze całkiem niezłą. Powiedziałaś mi, że masz warzyć eliksiry.
— Tak. Ale jest coś jeszcze.
— Masz moją pełną uwagę. Co tam ci staruszek jeszcze wymyślił?
— Mam się spotkać ze Snape'm i odnowić z nim przyjaźń, by wydobyć z niego informacje.
Syriusz zamilkł, wpatrując się z nią niemal bez mrugnięcia okiem.
— Black, masz jakąś zapaść, czy co? — warknęła Dorcas, machając mu dłonią przed twarzą.
When you're bored and lonely
You don't mean it, do you?
When you drunk and sorry
You don't mean it, do you?
— Masz się spotkać ze Smarkiem — powtórzył, jakby smakował to zdanie. Podrapał się po swoim zaroście, po czym wrzucił papierosa do butelki i podniósł się na nogi, tym razem bez pomocy swojej kuli.
— Tak, geniuszu! To właśnie powiedziała — zirytowała się Dorcas. — Może dodasz coś od siebie?
— I o co dokładnie mnie prosisz? — spytał, patrząc teraz prosto na Lily. — Rogacz wie?
Lily pokręciła przecząco głową.
— Trochę się dzisiaj... pokłóciliśmy — mruknęła. — Jeszcze nie wiem, o co cię proszę. Słuchaj, wiem, że już go śledziliście. Nie wiem, w jaki sposób wam się to udało, ale... no... Wiesz, on jest jednak śmierciożercą i chyba wolałabym, żeby ktoś mnie zabezpieczał przy spotkaniu.
Syriusz kiwał teraz głową, ni to w takt muzyki, ni swoich myśli.
— Taa... To się da załatwić, Evans. Nie powinnaś się z nim spotykać sama, się wie. Co ten Dumbledore sobie, kurwa, myślał? — Pokiwał z niedowierzaniem głową, opadając znów na kanapę. Sięgnął odruchowo po swoją szklankę i pociągnął sporego łyka whiskey. — Jak tylko James to usłyszy...
— No właśnie myślisz, że to mądre mu to mówić?
You've been mappin' out the moves
And every night the lines getting blurred
I won't fall for your words, no
Syriusz zaśmiał się gorzko.
— Jak myślisz, ile życia by mi zostało, jakbym to przed nim zataił? — zakpił. — Nie ma innej opcji! Mieszkasz w jego chacie, słońce, na pewno by się zorientował, że coś jest nie tak. Zresztą, przyda się więcej osób do obstawienia terenu. Nigdy nie wiadomo, co Smark wymyśli i kogo ze sobą weźmie.
— Snape nie...
— Evans, błagam. Nie wciskaj mi już tego gówna o dobrym Severusie. To śmierciożerca i kropka. Nie ufamy im, walczymy z nimi, a oni chcą nas pozabijać. To jest serio proste.
Lily westchnęła, podciągając kolana pod brodę.
— On ma rację — powiedziała Dorcas, wskazując kciukiem na Blacka. — Może byłbyś gentlemenem i nalał damie drinka, co?
— Taka z ciebie dama, jak ze mnie gentlemen — prychnął, wznosząc szklankę w jej stronę. — Machnij różdżką i sama sobie nalej. Evans, głowa do góry. Smark zawsze był w tobie zakochany po uszy. Jak tylko nie przyjdzie mu do głowy, żeby cię ukatrupić, to powinno pójść łatwo.
— W jaki sposób zamierzacie ze mną być, żeby się nie zorientował? — spytała, obserwując lewitującą jej przed nosem butelkę. — Jakby tylko zobaczył, że mam towarzystwo, to cała misja byłaby spalona.
— Nic się nie martw, Evans. Mamy swoje sposoby.
Tutaj możecie zostawić komentarz! :)
