Rozdział niebetowany.
Oczywiście dziękuję ogromnie wszystkim za komentarze! Safira0a, cieszę się, że Ci się podoba! Ziebuszka, skrzaty czasami psocą, także trzeba im to wybaczyć ;) Miło mi słyszeć, że fic (oraz jego tłumaczenie) nadal się podoba - i mam nadzieję, że Harry i Voldemort nadal będą dla Ciebie satysfakcjonujący :) Nakurishi, och, Voldemort to w ogóle nie trzyma rąk przy sobie - autorka artów do fica aż żartuje sobie, że za każdym razem, gdy się dotykają, ma potrzebę, aby to zobrazować ;) Myślę, że Harry faktem, że Voldemort go tak szybko znajduje jest też szczególnie zainteresowany z powodu potencjalnego przyszłego ukrywani się przed nim - w końcu, gdyby przyszło mu znowu uciekać, raczej mocno byłoby to dla niego teraz utrudnione. Dokładny sposób wykorzystywania krwi zostanie przedstawiony w późniejszych rozdziałach, także na ten temat na razie więcej nie mówię :) Natomiast o tym, że krew mogłaby pochodzić ze spotkania z Fenrirem nie pomyślałam - a masz absolutną rację, jak najbardziej miałoby to sens! No i tutejsi Harry i Voldemort rzeczywiście trochę różnią się od tych z UL :) Sama Księga musi natomiast pozostać nierozwiązaną sprawą :) Ezra, to się cieszę, że mój powrót wywołał pozytywne emocje! I że ten fic również Ci się podoba! Mam nadzieję, że kolejne rozdziały nie zawiodą ;)
Do rozdziału stworzony został też przez limrx piękny art. Zreblogowałam go na moim tumblrze (panna-mi), gdzie znaleźć go można pod zbiorczym tagiem pmzsp.
Tak jakoś wyszło, że w poniższym rozdziale dzieje się dzisiaj dużo polityki – i na naszych ulicach też. Nigdy do tej pory nie komentowałam tu wydarzeń społeczno-politycznych i zmieniać tego nie zamierzam, bo uważam, że to nie jest na to miejsce. Z uwagi jednak na temperaturę panujących nastrojów i wagę toczącej się społecznie dyskusji, chcę tylko poprosić, abyście szczególnie w najbliższych dniach na siebie i swoje zdrowie fizyczne oraz psychiczne uważali. Trzymajcie się ciepło, powodzenia i miłego czytania!
pociągnij mnie za sobą (pobiegnijmy)
Rozdział jedenasty
— Twoja panna Granger jest zaskakująco efektywna.
Harry wydyma wargi i zerka na niego znad trzymanej księgi. Minął niecały tydzień od ich ostatniego spotkania, kiedy to Voldemort rozdrażnił go w tym samym oto gabinecie, w którym ukrywa się teraz z książką o najczarniejszej magii w dłoniach.
Jeśli miałby być szczery, Hermiona odesłała mu poprawki już w weekend, przy okazji tak go przez kominek besztając, że myślał, iż odpadną mu uszy. Harry nie miał jednak jak dotąd ochoty mierzyć się z drwinami Voldemorta.
— Miała całkiem sporo do powiedzenia – odpowiada w końcu. – Raczej ci się to w większości nie spodoba.
Voldemort przechyla głowę. Tym razem nie ma na sobie szat Wizengamotu. Tylko, jak zwykle, zaklęcie glamour, eleganckie spodnie, wszystko dopięte na ostatni guzik. Idealne i nieskazitelne. Jakby zawsze musiał mieć na sobie to, co najlepsze, mimo że przecież i tak nie ma w okolicy nikogo, komu mógłby tym teraz zaimponować.
— Dlaczego tak myślisz?
Harry przewraca oczami i mruży je na trzymaną książkę, zamiast stawić czoła uważnemu spojrzeniu Voldemorta.
— Jest znacznie bardziej progresywna niż ty. I wydaje mi się, że próbowała możliwie najradykalniej skontrować twoje żądania.
— Ach tak? – Harry unosi wzrok, gdy Voldemort przesuwa naprzeciwko niego, do jednej z nielicznych w tym pomieszczeniu wnęk, pusty uszak i zajmuje na nim miejsce. – Dlaczego miałaby tak zrobić?
Harry wzdycha i zamyka książkę, odkładając ją na stojący między nimi stolik.
Szczerze mówiąc, choć ubolewa nad tym, że znowu musi przebywać w towarzystwie Voldemorta –mimo że przecież sam wysłał mu sowę – czuje też pewną ulgę, że może chwilowo odpocząć od swoich poszukiwań. Może i czytanie mrocznych tekstów nie zrobi z niego mrocznego czarodzieja, ale czasem bez wątpienia natrafia w nich na naprawdę niepokojące rzeczy.
Obrzydzają go już same opisy niektórych zaklęć i rytuałów. Nie pomaga też fakt, że od czasu swojej pierwszej wizyty aktywnie unika Księgi Umarłych. Czy też to, że znalazł kilka książek o magii seksu – a to otworzyło mu trochę oczy. Szybko je zamknął i odłożył z powrotem na półki.
— Tak właśnie działają pertraktacje, czyż nie? – pyta Harry, opierając plecy o fotel, napotykając wzrok Voldemorta i czując rozbudzające się jak zwykle pod wpływem ich bliskości połączenie; choć przynajmniej tym razem nie otwiera go szerzej ich kontakt fizyczny. Gdy ostatnio tutaj byli, ściskające go dłonie Voldemorta sprawiły, że niemal utonął w jego pochrzanionym samozadowoleniu. – Stawia się wygórowane warunki, nim w końcu dochodzi pośrodku do jakiegoś kompromisu.
Voldemort mruczy pod nosem z uśmiechem, zakłada nogę na nogę i przesuwa palcami po kolanie; rozsiada się wygodnie i spokojnie, co zdecydowanie kontrastuje z wyczuwalnym ciągle wokół niego przez Harry'ego napięciem.
— Cwane – komentuje Voldemort. – Bardzo cwane, Harry.
— To pomysł Hermiony, nie mój. – Harry wzrusza ramionami, nie czując się zbyt dobrze z tym, że Voldemort go komplementuje.
— Nie oceniaj się tak nisko, Harry – mówi Voldemort. – Rozpoznałeś tę taktykę. Sądzę też, że nawet sam ją stosowałeś, gdy dyskutowaliśmy o ustawie. Mylę się?
Harry fuka.
— Nie. Nie mylisz. Choć nie powiem, by było to specjalnie trudne. Twój pierwotny szkic był… absurdalny.
— Taktowne – szydzi Voldemort, zaciskając mocno usta i nawet to rozdrażnienie wygląda na jego twarzy czarująco. – Nie doprowadzisz do kompromisu, ubliżając moim staraniom.
— Och, wybacz. Pasuje ci bardziej „odrażający"? – pyta Harry, nie mogąc powstrzymać słodkiego, niewinnego uśmieszku.
Voldemort zwęża oczy i mimo otaczającej je warstwy magii, Harry dostrzega ich czerwień.
— Uważaj, Harry. Robię, co mogę, by być… miłym. Wypadałoby, abyś też się postarał.
— Wolę szczerość – odpowiada bez wahania Harry; szczególnie po ich ostatnim spotkaniu nie jest winien Voldemortowi bycia miłym. – Nie będę się przed tobą płaszczyć. Masz od tego masę innych ludzi. A skoro już o tym mowa, jak sobie radzą z tym wszystkim twoi poplecznicy?
Voldemort przez chwilę mu nie odpowiada. Harry zastanawia się, czy nie zażąda zaraz skorygowanego projektu ustawy i po prostu sobie nie wyjdzie. Czy nie wykończył już na dzisiaj jego cierpliwości.
Wtedy jednak Voldemort pochyla się, rozkrzyżowując nogi, opiera łokcie o kolana i przygląda jego twarzy.
— Naprawdę chcesz wiedzieć, Harry?
Harry mruga i cięta uwaga zatrzymuje się na chwilę w jego gardle. Ale tylko na chwilę.
— Czyli rozumiem, że niezbyt dobrze?
Voldemort uśmiecha się zwycięsko. Harry ma wrażenie, że wszedł w pułapkę.
— Dostosowali się. Moi poplecznicy stworzeni są do wojny, Harry. Wojny, która stanęła w martwym punkcie w nocy, której dałem ci tę bliznę – oznajmia Voldemort i Harry niemal podnosi rękę do widniejącej na jego czole błyskawicy. – A potem, niedługo po tym, jak wróciłem i uwolniłem z więzienia moich najlojalniejszych popleczników, zwykłe dziecko związało mnie, a więc zarazem i ich, prostą przysięgą. Ich rebelia zakończyła się, zanim się jeszcze w ogóle porządnie rozpoczęła…
— Rebelia? Czy ty się w ogóle słyszysz? – prycha Harry. – Co to za rebelia, gdy uprzywilejowana grupa ubiega się o jeszcze więcej uprzywilejowania?
— Moi poplecznicy wiedzą, że pokieruję czarodziejski świat do nowej ery – mówi z szyderczym grymasem Voldemort. – Wiedzą, że nie będą musieli się już dłużej kłaniać i usługiwać wszelkim zachciankom mugoli i mugolaków.
— Kłaniać i usługiwać? – Harry spogląda na niego, czując rodzący się powoli ból głowy. – Żaden żyjący obecnie w naszym świecie czystokrwisty czarodziej nie kłania się i nie usługuje mugolakom. Z radością się nad nimi znęcają, oceniają ich i dyskryminują. Draco Malfoy nazwał Hermionę szlamą, gdy byliśmy na drugim roku. Mieliśmy dwanaście lat i ten zarozumiały dupek myślał, że jest od niej lepszy, bo ta pochodzi z mugolskiej rodziny. Że jest lepszy od Rona, bo jego rodzina jest biedniejsza. Lepszy ode mnie, bo jestem półkrwi i zostałem wychowany przez mugoli. Mieliśmy dwanaście lat. To wyuczone zachowanie, Tom. Zachowanie, które wpoił mu ojciec, twój poplecznik; przekonanie o tym, kto jest lepszy, w oparciu wyłącznie o status i posiadaną krew.
— To nie takie proste. – Voldemort kręci głową. – To…
— To uprzedzenia, Tom. To proste. I nawet nie wiem, jak możesz kupować tę całą czystokrwistą retorykę.
— Krew to potęga.
— Pierdolenie. Wiesz o tym – warczy ostro Harry, czując wzrastającą w piersi irytację; zarówno swoją, jak i Voldemorta. Czuje, jak jego magia wzburza się odrobinę, aż włosy stają dęba. – Merlinie, Tom… przecież wiesz, jaki jesteś potężny. Wiesz, że jesteś geniuszem… a jednak bywasz w niektórych sprawach tak idiotycznie ślepy.
— W jakich sprawach? – syczy Voldemort, którego oczy błyskają niebezpieczną czerwienią, jednak Harry'ego nawet trochę to nie obchodzi.
Nie w tej chwili. Nie, gdy jest to coś, jakaś jawna wada, rozłam w logice, który Harry dostrzega u Voldemorta odkąd przeczytał zapiski Dumbledore'a. Odkąd lepiej zrozumiał chłopca z dziennika, którego tak naprawdę po raz pierwszy spotkał na swoim drugim roku.
— W takich jak na przykład to, że pomimo szerzonego przez ciebie czystokrwistego pieprzenia, jesteś jednym z najpotężniejszych żyjących czarodziei. A jesteś półkrwi — mówi Harry, pochylając się, spoglądając Voldemortowi prosto w czerwone oczy, nawet gdy te się rozszerzają. – Jeśli krew to potęga, jak to wytłumaczysz?
— Jestem dziedzicem Slytherina – odpiera Voldemort.
— No i? Twój wuj też był. Nazwałbyś go potężnym?
Voldemort wykrzywia się z obrzydzeniem.
— Mojej rodzinie brak było ambicji…
— Twoja rodzina była efektem kazirodztwa – oświadcza stanowczo Harry, nie pozostawiając miejsca na dyskusję. – Podobnie jak jest obecnie wiele czystokrwistych rodzin. I wszystkie one kulą się u stóp półkrwistego czarodzieja, silniejszego i mądrzejszego od nich. Ród Gauntów niemal wymarł, nim się pojawiłeś. I najbardziej przerażające jest to, że ty o tym wiesz. Wiesz, że to prawda, że krew nie ma nic wspólnego z potęgą, a mimo to wykorzystujesz te uprzedzenia na własną korzyść.
— A co to ma być niby za korzyść, Harry? – pyta niskim tonem Voldemort, intensywnie się w niego wpatrując. – Jaki jest mój ostateczny cel?
— Zniszczenie lub całkowita separacja od mugoli – mówi Harry. – Ze względu na to, co przeszedłeś w dzieciństwie. Twoja nienawiść do nich jest znacznie większa niż ta, którą posiadasz wobec tych pretensjonalnych dupków, których przekonałeś, by traktowali cię jak boga. Co, szczerze mówiąc, myślę, jest pewną formą zemsty. Że te same czystokrwiste rodziny, które cię deprecjonowały, gdy po raz pierwszy przybyłeś do Hogwartu, teraz się ciebie boją lub stawiają cię na piedestały. Mylę się?
Przez długą chwilę – naprawdę długą chwilę – Voldemort tylko się na niego patrzy. Nawet ich więź, zwykle bardzo głośna, gdy się tak blisko siebie znajdują, jest odrętwiała.
A potem Voldemort się śmieje.
Opierając się o krzesło, zakrywając usta dłonią, Voldemort się śmieje.
Harry mruga. Cały się nerwowo napina. Oczy Voldemorta marszczą się w kącikach, a jego rozbawienie jest czyste i otwarte, takie, którego Harry nigdy wcześniej nie czuł ani nie widział.
To poniekąd wstrząsające.
— Co? – pyta szorstko, jeżąc się.
— Och, Harry – wzdycha Voldemort, wciąż wykrzywiając usta w świetlistym uśmiechu, który z pewnością oczarował wielu ludzi, gdy wciąż był Tomem Riddle'em. – Muszę powiedzieć, jestem pod wrażeniem.
— Słucham?
Pochylając się, nim jego łokcie znów spoczywają na kolanach, przechylając głowę, Voldemort uśmiecha się szeroko.
— Jestem pod wrażeniem. Jesteś zdumiewająco spostrzegawczy. Nie sądzę, by ktokolwiek wcześniej uświadomił sobie, jak wielką radość sprawia mi obserwowanie klęczących u mych stóp czystokrwistych czarodziei, którzy niczego by bardziej nie pragnęli, jak spojrzeć na mnie z góry ze względu na moje pochodzenie.
Harry mruga. A potem jeszcze raz.
— A więc przyznajesz – mówi. – Przyznajesz, że to całe „krew to potęga" to jedna wielka kupa gówna?
— Tego bym nie powiedział, Harry. – Voldemort cmoka z niezadowoleniem. – Ale masz rację, że moim celem jest… odseparowanie magicznego i mugolskiego świata. Przystałbym na zniszczenie, ale nasza przysięga nie pozostawia mi wyboru. Masz też bez wątpienia rację, że czerpię ogromną przyjemność z obserwowania czystokrwistych czarodziei płaszczących się przed kimś o nieczystej krwi.
— Wykorzystujesz ich – oświadcza Harry, gdy w końcu to wszystko do niego dociera. – Wykorzystujesz ich, bo ich pragnienia pasują do twoich potrzeb. Myślą, że są lepsi od mugolaków i mugoli, a ty czerpiesz z tego korzyści.
Uśmiech Voldemorta jest ostry, niemal wygłodniały, jakby Harry spoglądał w twarz drapieżcy.
— Tak, bardzo dobrze, Harry.
Harry opada na krzesło.
— Jesteś absolutnym socjopatą. Nikt cię nie obchodzi? W ogóle?
— A czy bogów obchodzą ich czciciele? – pyta Voldemort, machając powoli ręką na pokój wypełniony artefaktami z mitów i legend.
— Tyle że nie jesteś bogiem – mówi Harry. – Jesteś człowiekiem, który się za boga uważa. Ale nim nie jest.
— Sam to powiedziałeś, Harry, i obaj wiemy, że to prawda: jestem jednym z najpotężniejszych żyjących czarodziei. Wiesz też, że tak długo, jak istnieją moje horkruksy, jestem nieśmiertelny – oświadcza Voldemort i Harry'ego przechodzi mały dreszcz, bo z taką szczerością, powagą i absolutną pewnością wypowiada on te słowa. – Moi śmierciożercy się mnie boją, szanują mnie i czczą. Naprawdę nie nazwałbyś tego bogiem?
Harry ma wrażenie, jakby z płuc uleciało mu wszelkie powietrze. Jakby pochylił ostro miotłę i zbyt szybko zbliżał się ku ziemi.
To tragedia. Lord Voldemort siedzi przed nim, mając na sobie twarz kogoś, kim mógłby być i zachowuje się, jakby strach, szacunek i cześć to było wszystko, czego człowiekowi trzeba. To tragedia.
— Nie, Tom – oznajmia Harry, a słowa stają mu w gardle przez ściskające serce ukłucie smutku. – Nazwałbym to człowiekiem, który za wszelką cenę próbuje udawać, że jest szczęśliwy z tego, co ma.
Uśmiech w końcu opuszcza twarz Voldemorta.
— Mam wszystko. Praktycznie cały świat na wyciągnięcie ręki – mimo przeszkód, jakie ty postawiłeś na mojej drodze. Mam wszystko.
— Wszystko. – Harry kiwa głową i wie, że Voldemort musi wyczuwać kotłujący się w nim smutekżalgniew, bo czuje, jak zaciska mu pierś. – Wszystko… i nic. Nic, co na tym świecie tak naprawdę ma znaczenie.
Voldemort sztywnieje. Nieruchomieje. Spogląda na Harry'ego, jakby ten miał w każdej chwili wyciągnąć różdżkę.
— A co ma znaczenie, Harry? Co ma naprawdę znaczenie? – pyta Voldemort z nutą drwiny, wykrzywiając górną wagę w obrzydzeniu.
— Towarzystwo. Zaufanie. – Harry wzrusza ramionami, ledwie rozpoznając własny głos, a w głowie dudni mu coraz bardziej wzrastający gniew Voldemorta… a także coś jeszcze. Coś, czego nie potrafi nazwać. – Szczęście, przyjaźń i rodzina. Miłość. Masz potęgę i popleczników, jesteś Lordem, posiadasz wiele innych rzeczy, owszem… ale w kwestii pozostałych żyjesz półżyciem. I…
Harry urywa, zdziwiony siłą własnej empatii. Perspektywą życia w sposób, w jaki żyje Voldemort. Tym, jak niesamowicie musi być samotny.
Tłumi to.
— I jest mi ciebie szkoda – przyznaje na wydechu.
Miłość.
Voldemort już dziesiątki razy słyszał podobne słowa z ust Dumbledore'a. Że miłość zwycięży wszystko. Że nie można bez miłości zaznać prawdziwego szczęścia, wieść prawdziwie spełnionego życia.
Usłyszenie od Harry'ego Pottera podobnej małostkowości sprawia, że gotuje się ze złości.
Żyjesz półżyciem… i jest mi ciebie szkoda.
Trzy tygodnie. Minęły trzy tygodnie, a wciąż nie może pozbyć się z głowy tych słów, tej miny, tych emocji.
I jest mi ciebie szkoda, powiedział Harry.
Tak szczerze. Tak otwarcie. Tak bez współczucia.
Bo początkowo tak to właśnie Voldemort odebrał. Jako współczucie. Wstrętne, bezmyślne i obelżywe. Chciał warknąć i wybuchnąć, chciał wyciągnąć różdżkę i zmiażdżyć tego idiotycznego chłopaczka. Pomyślał, ślepo i tylko przez chwilę: jak śmie?
Potem jednak uświadomił sobie, że jest w tym coś więcej, że w ich połączeniu znajduje się coś nienależącego do niego, a gdy rozpoznał, że to ból – tak olbrzymi, zabarwiony straszliwą tęsknotą, niezwykle przypominający ten, który sam za młodu czuł – jego gniew zniknął na krótką chwilę, która wystarczała, by zdał sobie sprawę, co tak naprawdę oferuje mu Harry Potter.
Empatię.
Prawdziwe i proste zrozumienie. Smutek, ból, wściekłość i tęsknotę, w których Voldemort ujrzał odbicie swojej młodości.
Było to tak zaskakujące, że ugryzł się w język i powstrzymał swoją wściekłość na tyle, by zażądać od Harry'ego notatek dotyczących projektu ustawy i wyjść. Tak zaskakujące, że nawet wiele tygodni później wciąż powraca myślami do tego, jak Harry Potter spojrzał na Lorda Voldemorta, jakby go rozumiał.
Jeszcze go od tamtej pory nie widział. Nie chciał, póki tego nie zrozumie – tego chłopaka, który, choć kochany i hołubiony, zdołał zrozumieć Lorda Voldemorta. Tego, że wyczuwał w nim tę samą destrukcyjną tęsknotę, która kierowała nim, gdy nadal był jeszcze Tomem Riddle'em.
Skupiając się na suplemencie, który bez wątpienia dodał do ustawy Harry – wraz z zaśmiecającymi pergamin notatkami jego mugolaczki – dotyczącym usunięcia magicznych dzieci z niebezpiecznych domów, przebiega mu przez głowę myśl, że być może odnalazł pierwszy fragment układanki. Pierwszy fragment rozplatający węzeł, jakim jest niedorzeczna tajemnica będąca Złotym Chłopcem Dumbledore'a.
Gdy Severus wciąż znajdował się na jego usługach, zanim tak bezdyskusyjnie otoczył go swoją opieką Harry i zanim rozpoczęła się ich pierwsza gonitwa, powiedział mu, że Potter jest rozpieszczony. Hołubiony i rozbestwiony gorzej niż bachor Malfoyów. Egoistyczny, brawurowy i nadęty. Zarozumiały z powodu wielu lat traktowania niczym w czepku urodzony.
Bronienie przez niego mugoli miało wtedy sens. Zrozumiałym było, że chciał ochronić rodzinę, która go wychowywała.
Czytając tę uczynioną przez niego poprawkę, zwłaszcza ze świadomością, że tak gorąco protestował przeciwko relokacji wszystkich magicznych dzieci, zdaje sobie sprawę, że sugeruje ona coś zupełnie innego, niż to, w co przez ostatnie lata wierzył.
Suplement III
W zakresie kompetencji wyżej wymienionej Komisji Nadzorującej Prawa Magicznych Dzieci i Mugolaków (PMDM), ustanowionej w części II, dokument ten zagwarantuje utworzenie podkomisji, której zadaniem będzie nadzorowanie domu każdego magicznego dziecka w celu zapewniania następujących warunków:
1. Bezpieczne i stałe zakwaterowanie z dostępem do standardowych wygód niezbędnych do prawidłowego rozwoju dziecka, takich jak:
- łóżko i pościel,
- ubrania,
- prysznic/wanna, toaleta i inne udogodnienia sanitarne,
- przedmioty, takie jak książki czy pobudzające rozwój zabawki.
2. Stałe i wartościowe posiłki bądź dostęp do pożywienia adekwatnego dla ogólnego rozwoju dziecka.
3. Dostęp do świeżej, czystej wody.
4. Możliwość:
- uczęszczania do szkoły podstawowej,
- opuszczania miejsca zamieszkania pod opieką rodziców lub opiekunów,
- nawiązywania znajomości z rówieśnikami w otoczeniu społecznym i szkolnym.
Jeśli przedstawione powyżej minimalne potrzeby nie zostaną zaspokojone, komisja ma prawo usunąć magiczne dziecko spod opieki jego niemagicznego rodzica i/lub opiekuna i relokować je do wybranego opiekuna magicznego (więcej: podsekcja II-B) do czasu spełnienia powyższych warunków. Jeśli problem nie zostanie rozwiązany, komisja może podjąć głosowanie w sprawie zobliviatowania pierwotnego niemagicznego opiekuna i stałego relokowania magicznego dziecka.
To mały, wiele mówiący suplement. Taki, który Voldemort początkowo wiązał z wiedzą Harry'ego – daną mu przez dyrektora Hogwartu – na temat tego, jak wyglądało jego własne dzieciństwo. Zapiski nabazgrolone na marginesie przy pokreślonym fragmencie o zoblivitowaniu, pismem nienależącym do Harry'ego, mówią jednak coś innego:
Czy obliviatowanie i relokacja to jedyne kompetencje komitetu? To są podstawowe zasady godnego życia domowego, Harry. Jeśli dziecko nie ma zaspokajanych tych potrzeb, przeciwko jego rodzicom/opiekunom powinny zostać wystosowane jakieś prawne zarzuty. Przemoc, zwłaszcza wobec dzieci, jest w mugolskim świecie podlegającym odpowiedzialności karnej przestępstwem. Jakie mamy możliwości?
Tuż pod tym znajduje się nabazgrolona jak kura pazurem odpowiedź Harry'ego:
Czy zaniedbanie kwalifikowałoby się w ogóle jako przemoc? Czy w magicznym świecie istnieją już jakieś prawa regulujące postępowanie w takich przypadkach? Jeśli tak – jakie? I czy można je zastosować również wobec mugolskich/niemagicznych rodziców lub opiekunów?
Są to pytania pozostawione bez odpowiedzi, wyróżniające się czernią na tle jasnego pergaminu. Voldemort może się tylko domyślać, że to dlatego, iż Harry wystosował je konkretnie do niego. I jest to dla niego absolutnie zdumiewające, jeśli miałby być bardzo szczery, że Harry w ogóle o to pyta.
Lub raczej: że Harry pyta jego.
Choć ma to właściwie sens, jeśli przypomni sobie rozmowę, jaką przeprowadzili, gdy Harry dał swojej mugolaczce kopię projektu, a także to, że nie tylko zauważył, ale też głośno skomentował wiedzę, jaką posiada Voldemort na temat wszystkich aspektów czarodziejskiego prawa. Oczywistym jest, że jego przyjaciółka nie zna lub nie ma dostępu do odpowiedzi na te pytania, a zatem jedyną pozostałą mu opcją było zapytanie samego Voldemorta.
I jeśli Voldemort czuje małą satysfakcję ze świadomości, że Harry zwrócił się do niego po odpowiedzi, nikt oprócz niego i Harry'ego Pottera nigdy się o tym nie dowie. Nawet jeśli ta satysfakcja zakopana jest głęboko pod bardzo znajomym zaciekawieniem i jeszcze bardziej nieznajomym zmartwieniem.
Czy zaniedbanie kwalifikowałoby się w ogóle jako przemoc? – pyta czarno na białym, atramentem na pergaminie Harry. Voldemort przymyka oczy i przypomina sobie wyraz jego twarzy, te ciepłe, poważne, zielone oczy, ukryte za drucianymi okularami, zmarszczone brwi i zaciśnięte mocno usta, gdy mówił Voldemortowi, co się według niego najbardziej się w życiu liczy:
Towarzystwo. Zaufanie. Szczęście, przyjaźń i rodzina. Miłość.
Przypomina sobie, jak Harry spoglądał na niego w ciemnym gabinecie biblioteki Aleksandryjskiej. Jak spoglądał na niego, na wszystkie jego osiągnięcia, i dostrzegł w nich niepełność. Jak spoglądał na niego z żywym zrozumieniem na twarzy i w łączącej ich więzi, gdy powiedział: I jest mi ciebie szkoda.
Bo jakimś cudem Harry wie, jak to jest tak żyć. Czuł to, widział to, samemu tego doświadczył. Wie, jak to jest tych wszystkich rzeczy nie mieć – rzeczy, które są według niego najważniejsze – dostrzega, że Voldemort ich nie posiada i jest mu go szkoda.
To kolejna rzecz, której Lord Voldemort o Harrym Potterze nie wie. Kolejna rzecz, którą pragnie odkryć.
To dlatego wzywa Lucjusza. Dlatego ledwie spogląda na jego klęczącą postać, machając lekceważąco dłonią, choć zarazem zakrywa zaklęciem glamour swoje nieludzkie oblicze, po czym każe Lucjuszowi wszelkimi możliwymi sposobami dowiedzieć się czegoś więcej o wcześniejszych opiekunach Harry'ego Pottera i szybko wrócić z informacją zwrotną, nim go odprawia.
To dlatego chwyta suplement, nad którym tak długo siedział Harry, zwija go i aportuje się do ostatniego miejsca, w jakim ten przebywał – holu ukrywającego wejście do biblioteki Aleksandryjskiej.
W Egipcie jest południe. Słońce wisi wysoko i ciepło na niebie, coraz gorętsze wraz ze zbliżającym się latem. Voldemort tego żaru w jednej chwili nienawidzi, ale jest mu też wdzięczny – bo choć natychmiast robi mu się duszno w szatach, które jak zwykle zarzuca na swój elegancki, formalny strój, to gdy jego wzrok ląduje na młodzieńcu, którego przybył tu zobaczyć, okazuje się, że ten zrezygnował ze swetra.
I zdecydowanie bardziej mu to pasuje. Choć wciąż ma na sobie tylko znoszoną koszulkę i przetarte spodnie.
Siedząc przy stoliku na zewnątrz kawiarni, Harry odchyla do tyłu głowę i śmieje się. Nie jest sam. Po drugiej stronie siedzi młody, ciemnoskóry mężczyzna, którego długie włosy zwinięte są w niedbały koczek. Ubrany oficjalnie – lub przynajmniej tak, jak powinien w panującym obecnie skwarze każdy porządny czarodziej. W dobrej jakości spodnie i płócienną koszulę.
Voldemort szybko go rozpoznaje – to bibliotekarz, którego mijał wielokrotnie, przychodząc do ukrywającego się między wielkimi stosami książek Harry'ego – podobnie jak Harry szybko zauważa jego pojawienie się.
Od razu jest też całkowicie i skutecznie rozproszony, gdy Czarny Pan podchodzi powoli do ich stolika, unosząc brew. Voldemort nie potrafi do końca nazwać uczuć, które nim wstrząsają, gdy te zielone oczy spoczywają tylko i wyłącznie na nim. Gdy cała uwaga Harry'ego koncentruje się na Voldemorcie, nim ten powie jeszcze choćby jedno słowo.
Dokładnie tak, jak powinno być.
— Lordzie Gaunt – wita się Harry i Voldemort zachwyca się tym, jak jego ramiona napinają się i oczy nagle rozświetlają, jak prostuje się na krześle… Uśmiecha się też lekko pod wpływem subtelnej irytacji i ostrożności, które w nim widzi i wyczuwa. – Co za przyjemna niespodzianka.
Voldemort wie, że to nieprawda.
— Lordzie Potter. – Pochyla głowę, ale nie odwraca od Harry'ego wzroku. – Ogromnie przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym zabrać ci chwilę czasu na podyskutowanie o naszych… interesach.
— Interesach – powtarza tępo i niewzruszenie Harry, choć Voldemort wyczuwa wzrastającą w nim irytację, która powoli pochłania wszelką wyczuwaną u niego wcześniej ostrożność. Podobnie jak widzi, że Harry zerka przelotnie na siedzącego naprzeciw bibliotekarza i stuka palcami o stoliczek. – No jasne. Nie mogłeś wysłać sowy?
— Obawiam się, że to dość pilne – mówi Voldemort, w końcu odrywając od niego wzrok, by zwrócić się do drugiego z siedzących przy stole mężczyzn. – Proszę mi wybaczyć, panie…?
— Och, proszę, jestem Omar – oznajmia mężczyzna z szerokim uśmiechem. – Czy wszyscy angielscy czarodzieje są tacy oficjalni, Harry?
— Większość – wzdycha Harry.
— Omar – rzuca szorstko Voldemort, czując, że powoli zaczyna kończyć mu się cierpliwość. – Obawiam się, że muszę ukraść twojego… towarzysza.
— Oczywiście. – Omar pochyla głowę i wstaje szybko na nogi, posyłając Harry'emu mały uśmiech. – I tak kończy mi się zaraz przerwa. Do zobaczenia po południu?
Harry zadziera głowę.
— Tak…
— Właściwie… – Voldemort uśmiecha się, zaciskając mocno usta, usuwając się natychmiast na miejsce, które właśnie zwolnił Omar bibliotekarz. – …to wierzę, że może nam to zająć znacznie więcej czasu. Być może nawet do wieczora.
— W takim razie do zobaczenia juto – mówi bez wahania Omar, napotykając wzrok Harry'ego i uśmiechając się krzywo. Voldemort jeży się. – Możesz mi oddać wtedy mój transliterator.
— Och! – Harry sięga gwałtownie do wiszącej u boku torby. – Zapomniałem…
— Nic nie szkodzi. – Omar śmieje się. – Będę miał przynajmniej wymówkę, by z tobą rano porozmawiać. Miłego dnia, Harry. Przyjacielu Harry'ego.
Ukłoniwszy się uprzejmie, znacznie płyciej, niż chciałby Voldemort, Omar odchodzi – wracając do holu i na tyły, gdzie znajduje się wejście do biblioteki. Gdy tylko znika, z Harry'ego ulatuje wszelka radość. Opiera się on o krzesło, krzyżuje ramiona i unosi brwi, absolutnie zirytowany. Ulatuje też wszelka ostrożność, jaka pojawiła się wraz z przybyciem Voldemorta.
Voldemort wie, że czeka na wyjaśnienia. Pozwala mu czekać.
Macha na kelnera, by wysprzątał jego część stolika i zamawia herbatę. Harry przewraca ostatecznie oczami, ale też bardziej się relaksuje. W zębach Voldemorta nie wibruje już frustracja – a przynajmniej nie frustracja Harry'ego – i widzi on, że ramiona młodzieńca lekko opadają, że przeczesuje on dłonią swoje potargane, czarne włosy i że na skórze lśni mu lekko wywołany słońcem pot.
— Witaj, Harry. Minęło trochę czasu, co? – pyta Voldemort, gdy w końcu staje przed nim herbata i łączącą ich więź zalewa rozdrażnienie.
— Po tym, jak zwiałeś po naszej ostatniej rozmowie, miałem nadzieję, że minie więcej – odpiera jak zwykle cięto Harry, niezawstydzony. – Jeśli oczekujesz ode mnie przeprosin, od razu ci mówię, że ich nie otrzymasz.
Harry Potter nigdy się przed nim nie pokłoni, nie skuli ze strachu i nie zacznie błagać.
Voldemort uznaje to za całkowicie odświeżające.
— Bzdury, Harry. – Voldemort macha ręką, siada wygodniej i zakłada nogę na nogę, sącząc swoją herbatę. – Nie oczekujesz chyba, że zrobią na mnie wrażenie słowa jakiegoś zwykłego chłopca?
— A jednak słowa przepowiedni o nieznanym pochodzeniu zmieniły jakoś całe twoje życie. Lub raczej, powiedziałbym, je zakończyły – oznajmia Harry, uśmiechając się z napięciem. – Masz ciekawe standardy, Lordzie Gaunt.
Voldemort niemal wibruje od okropnego, zachwycającego uczucia chwiejącego się gdzieś między wściekłością a rozbawieniem. Jakim cudem niemal cały miesiąc trzymał się z dala od tego małego ciernia u jego boku?
— Jesteś na mnie zły – zauważa, przesuwając po Harrym wzrokiem, po ukrytej w nim biernej sile, po wydobywającej się z niego magii, którą niemal fizycznie wyczuwa. – Dlatego, że przerwałem ci randkę?
Harry krztusi się. Jego twarz różowieje, czerwienieją mu też uszy, i, och, jaki to uroczy widok.
— To… to nie była randka – mówi, kręcąc głową. – Omar pomaga mi z tłumaczeniami… pożycza mi to, gdy przeszukuję książki.
Wyciąga z torby jakiś przedmiot i kładzie go między nimi na stole. Mały, szklany krążek, podobny trochę do szkła powiększającego, choć Voldemort wyczuwa wyryte w drewnie jego rączki zaklęcia.
Gdy unosi brwi, Harry prycha.
— Nie oczekujesz chyba, że nauczę się nagle stu martwych i żywych języków. Transliterator Omara robi to za mnie.
— Nie możesz rzucić zwykłego czaru translacyjnego? Lub zaczarować swoich okularów? – pyta Voldemort.
— To właśnie robiłeś ty? Dla każdego nieznanego języka rzucałeś nowy czar translacyjny? – Harry wskazuje na szklane urządzenie. – Jest uniwersalny. Szybszy i prostszy.
— Innowacjo, twym imieniem jest praktyczność. – Voldemort wzdycha z pewną niechęcią i Harry zaciska mocno usta. – To… właściwie interesujące.
— Właściwie.
— Tak. – Voldemort uśmiecha się ostro. – Podobnie jak właściwie interesujący jest twój suplement. Ciekawy kawałek polityki.
Harry niemal natychmiast zamiera. Łatwość, z jaką toczą się zazwyczaj ich rozmowy – Voldemort nazwałby je nawet przekomarzaniami, gdyby nie fakt, że nie godzi się na uczestnictwo w takich głupotach – nagle się kończy.
Wściekłość, zaciekawienie, strach, smutek – wszystko to Voldemort widział już na twarzy Harry'ego Pottera. Te nagłe oddalenie wzroku, jego przytępienie, te mocne zaciśnięcie szczęki i ust – to jednak coś nowego. Po raz pierwszy, odkąd Voldemort zna Harry'ego Pottera, Harry jest pełen rezerwy.
— Ach tak? – pyta.
— Niezwykle – potwierdza Voldemort, nie chcąc oderwać od Harry'ego wzroku, choć nawet ich połączenie odrętwiało pod wpływem poruszonego tematu rozmowy. – Skąd ci przyszedł do głowy?
— Co masz na myśli?
— No cóż, nie sądzę, by był to pomysł twojej mugolaczki. Ciągle upierasz się, że jej rodzice bardzo… wspierają jej magiczną naturę – oświadcza Voldemort i sięga do szaty po kawałek pergaminu, który stawia między nimi na stoliku. – Mimo to przedstawiłeś absolutnie odrażającą sytuację, jaka może spotkać magiczne dziecko w niemagicznym domu. Nawet twoja mugolaczka nazywa to po imieniu: przemoc. Coś, względem czego magiczne prawo nie posiada nawet integralnej historii sądowej czy przepisów… ani względem mugolaków, ani względem czarodziejów półkrwi, ani względem czystokrwistych.
Harry wzdryga się… a chwilę później wykrzywia.
— Chwila, próbujesz mi powiedzieć, że nie ma żadnej historii stosowania przemocy przez czystokrwistych rodziców lub porzucania przez nich charłaków? Lub nawet ich czystokrwistych dzieci? Wiem z doświadczenia, że Blackowie nie byli mili dla swoich potomków… Słyszałem też, że wujek Neville'a Longbottoma wyrzucił go przez okno, by zobaczyć, czy odbije się od ziemi. Nie możesz mi powiedzieć, że to pojedyncze przypadki.
— Nie, nie mogę. I nie powiem. Ale nie są zabierane do sądu – wyjaśnia mu Voldemort, mrużąc oczy. – Poza tym, unikasz mojego pytania.
Harry jednak pochyla się do przodu.
— Mówisz mi, że nie ma w prawie czarodziejskiej Anglii żadnych przepisów, na podstawie których można by było ukarać osoby stosujące przemoc wobec dzieci?
Voldemort mruga.
— Magiczni rodzice miłują swoje magiczne dzieci. Nie ma potrzeby…
— Nie ma potrzeby? – prycha Harry. – Powiedz to mojemu ojcu chrzestnemu. Powiedz to Neville'owi Longbottomowi. Cholera, powiedz to nawet Draco Malfoyowi. Nie wierzę, że choć rozpuszczono go jak dziadowski bicz, nie zaznał żadnej formy przemocy. Spotkałem Lucjusza Malfoya. I jedyną rzeczą, jaka powstrzymała go przed zaatakowaniem bezbronnego dwunastolatka, był dopiero co wyzwolony skrzat domowy.
Voldemort mruga ponownie i marszczy brwi.
— Lucjusz cię zaatakował?
— Ja… no cóż, tak – jąka się Harry i kręci lekko głową, nim wyciąga rękę, by dźgnąć palcem leżący przed nim suplement. – Ale nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że takie rzeczy się dzieją, nawet jeśli nie są zabierane do sądu. Prawo powinno jakoś magiczne dzieci chronić. Wszystkie magicznych dzieci, a nie tylko te mieszkające w niemagicznych rodzinach.
Voldemort opiera się o swoje krzesło.
— To, Harry, musiałaby być już zupełnie nowa ustawa.
— No i? Zróbmy więc z tego dwie ustawy. Jedna z nich niech dotyczy edukacji, a druga bezpieczeństwa. – Harry wzrusza ramionami. – Chciałeś dobra magicznego świata i ochrony magicznych dzieci, czyż nie?
— Jak w takim razie nazwałbyś proponowany przez siebie projekt, Harry?
— Ustawą o ochronie magicznych dzieci – mówi Harry tak błyskawicznie, że Voldemort nie ma wątpliwości, że już od dawna o tym myślał, długo to planował i przedyskutował wiele szczegółów z tymi, których zwykle prosi o porady. – Powiąż z nią swój projekt o relokacji… ale tylko wtedy, jeśli dana rodzina nie spełni określonych w niej warunków.
— Te warunki to absolutne minimum. Ledwie kwalifikują się do nazwania czegoś rodziną. – Voldemort zwęża dosadnie oczy, gdy Harry zaciska szczękę. – Nie mówiąc już o tym, że ustawa nie wspomina nawet słowem o innych formach przemocy, ani też nie precyzuje, kto kwalifikuje się jako „magiczne dziecko".
— Każde dziecko poniżej siedemnastego roku życia, które posiada magię lub rodziców magicznego pochodzenia – mówi Harry.
— W tym charłaki? – pyta Voldemort, choć zna już odpowiedź.
Harry Potter ma w końcu miękkie serce.
— W tym charłaki.
— Będziesz miał ręce pełne walczących przeciwko tobie czystokrwistych czarodziei.
— Nie jeśli popiszesz się pod tą ustawą – odpowiada Harry.
Voldemort czuje, że w jego piersi rozpala się coś przypominającego nikczemny zachwyt. Mruczy pod nosem i kiwa głową.
— A co kwalifikować się będzie jako przemoc? – pyta.
— Oczywiście przemoc fizyczna i psychiczna… bicie, torturowanie czy wyrzucanie dziecka przez okno nie powinno być dozwolone. Tak samo jak zmuszanie dziecka do ćwiczenia zaklęć, z którymi nie czuje się ono dobrze lub które są nielegalne, jak, no nie wiem, na przykład niewybaczalne. – Unosi na Voldemorta brew i ten tylko się w odpowiedzi uśmiecha. – I… także porzucenie i zaniedbanie włączałoby się… — Harry zająkuje się i Voldemort wie; wie, że myśli o dzieciństwie Voldemorta i, być może, również o swoim własnym. – Także porzucenie i zaniedbanie włączałoby się tu do kategorii przemocy.
Voldemort rozkrzyżowuje nogi, pochyla się i odkłada herbatę. Harry mruga, po czym odwraca wzrok. Nie do pomyślenia.
Voldemort wyciąga więc dłoń, chwyta go za brodę i odwraca twarz tak, by Harry znów spoglądał w jego oczy. Wie, że są niebezpiecznie, nienaturalnie czerwone, bo Harry przesuwa między nimi wzrokiem. Bo rozchyla lekko usta.
— Zaniedbanie – mruczy Voldemort. – Co za niewinne słowo, opisujące tak niszczycielskie postępowanie, nie sądzisz, Harry?
Harry przełyka z trudem ślinę.
— To jedyny wyjątek, jaki zasugerowałeś w moim oryginalnym projekcie, Harry. Zaniedbanie i przemoc wobec dzieci. Mimo że byłeś tak kategorycznie przeciwny wymazaniu pamięci pierwotnym opiekunom – niemal nuci Voldemort, przesuwając kciukiem po ostrej szczęce Harry'ego, czując ruszające się pod jego dotykiem mięśnie. – Co sprawiło, że zdecydowałeś się go uwzględnić?
Harry wypuszcza ostro przez nos powietrze.
— Wiesz co.
— Wiem? – Voldemort pochyla głowę. – Nie chcesz mi chyba, Harry, powiedzieć, że napisałeś to wyłącznie dlatego, że wiesz, jak wyglądało moje dzieciństwo?
— A jeśli chcę?
— Wiedziałbym, że kłamiesz – oświadcza Voldemort, ściskając w dłoni jego szczękę, nim w końcu go puszcza, czując mrowienie w końcówkach palców. – I byłbym zmuszony dowiedzieć się dlaczego.
To groźba. Prosta i mała.
Niemniej magia Harry'ego wybucha i rozsadza filiżankę.
Harry nigdy by nie przypuszczał, że ze wszystkich ludzi na świecie, to właśnie Voldemort w końcu zapędzi go w kozi róg, by porozmawiać o jego dzieciństwie. Stawiał może na Hermionę – wiele razy się o ten temat ocierała. Lub Syriusza. Mógł też wyobrazić sobie, że to Remus lub Dumbledore, lub może nawet pani Weasley usiądzie z nim i w końcu o tym porozmawia. Szczerze mówiąc, prędzej wymieniłby Draco Malfoya, niż Lorda Voldemorta.
A jednak.
Jego magia iskrzy, nim daje radę ją powstrzymać. Roztrzaskuje filiżankę, szklankę z wodą i ostatecznie zaczyna ostro wokół nich wirować. Wibruje mu w gotowości pod skórą, gdy serce robi mu w piersi koziołka. Czuje ucisk w pępku, grożący w każdej chwili go stąd zabrać – z dala od tej chwili, od tego mężczyzny, tego potwora, który pragnie poznać wszystkie jego sekrety.
Jest to dokładnie to samo uczucie, które go owładnęło, gdy ostatnio tak naprzeciw siebie siedzieli. Tyle że wtedy tę paniczną chęć ucieczki nie motywował lęk, a smutek, tęsknota i wiedza, że Voldemort jest o krok od wybuchnięcia. O krok, którego nigdy nie wykonał, bo zdołał się uspokoić i odejść.
Tym razem Voldemort nigdzie się nie wybiera. A biorąc pod uwagę, że wyciąga rękę i zaciska ją wokół nadgarstka Harry'ego, jemu też pozwolić na to nie zamierza.
Wiedział, że błędem było odpisanie na komentarz Hermiony i pozwolenie, by zobaczył go Voldemort. Wiedział, ale i tak to zrobił, a potem, w konsekwencji ich ostatniej rozmowy, zupełnie o tym zapomniał. Był zajęty, zatracając się w ukrytym gabinecie, spędzając noce na rozmawianiu przez kominek z Syriuszem i Remusem lub Hermioną i Ronem, a także na słuchaniu do świtu horkruksów Voldemorta.
Dopiero w tym tygodniu zaczął chodzić na przerwy obiadowe z Omarem, po tym jak Syriusz po raz tysięczny powiedział mu, że powinien lepiej się odżywiać. Było to miłe oderwanie się od poszukiwań, projektu ustawy i krzykliwej nieobecności zakradającego się do niego Voldemorta. Choć tylko oderwanie.
Teraz już nie ma co oderwać go od tych nieprzyjemnych myśli.
— Puszczaj – mówi głosem, którego sam nie rozpoznaje.
Voldemort jednak tylko się uśmiecha i ściska go mocniej.
— Powinieneś już wiedzieć, Harry… że gdziekolwiek pójdziesz, ja za tobą podążę.
I Harry… Harry nie wie, co mu odpowiedzieć.
