Ogden stanął w pół kroku pomiędzy Amelią a drzwiami, zagradzając i uniemożliwiając jej wyjście. Dziewczyna zamarła, przylegając ciasno plecami do ściany, a bokiem do komody, która zdradziła jej obecność w gabinecie. Sztab śmierciożerców powoli zaczął opuszczać pomieszczenie, a gdy zostali w nim sami, dyrektor obrócił się w jej stronę i szepnął:
- Persona revelare.
Amelia zastygła w przerażeniu, a Ogden na jej widok wykrzywił wargi w złowieszczym uśmiechu.
- Nie nauczył nikt pani, panno Bones, że nieładnie jest podsłuchiwać?
Amelia milczała z półotwartymi ustami, oddychając głośno i sapliwie. Głęboki strach spowił jej oczy mgłą, zawładnął ciałem, wyłączył racjonalne myślenie. W na pół zaciśniętej dłoni bezwiednie dzierżyła różdżkę, o której istnieniu zupełnie zapomniała.
- Pięknie się podłożyłaś - westchnął z wystudiowanym zachwytem. Szeroki uśmiech nie schodził z jego twarzy. - Ale skoro już tu jesteś i oboje wiemy, że za chwilę zginiesz, to chętnie opowiem ci co nieco o twoich nikczemnych poczynaniach, które beztrosko odprawiałaś tuż pod moim nosem.
Amelia w nagłym przypływie adrenaliny uniosła ociężałą ze strachu dłoń i wycelowała w Ogdena zaklęciem rozbrajającym - ten jednak zgrabnie odbił lecącą w jego stronę strugę światła, wytrącając jej różdżkę z ręki i przechwytując ją.
- Nie chcesz wysłuchać, co mam ci do powiedzenia?
- Mów - powiedziała twardym, acz schrypniętym głosem, zadzierając wysoko głowę i wytrzymując jego spojrzenie. Dyrektor zacmokał z zadowoleniem.
- Naprawdę myślałaś, że w Ministerstwie można tak zwyczajnie zakraść się do archiwum i podmienić czyjś rejestr? - Ogden oddalił się od niej na trzy stopy, odwrócił plecami.
Przez głowę Amelii przemknęła myśl, że byłby to doskonały moment na ucieczkę. Dyrektor jednak wyciągnął ostrzegawczo różdżkę, jakby spodziewał się jej następnego kroku i niewerbalnie dał do zrozumienia, że próby ucieczki spełzłyby teraz na niczym. Amelia przełknęła gulę, która urosła jej w gardle. Bez różdżki nie miała żadnych szans.
- Jesteś przeokrutnie naiwna, jeśli wydawało ci się, że się nie zorientuję - kontynuował. - Pierwsze, co zrobiłem, to cię sprawdziłem i już od tamtego momentu podejrzewałem, że pracujesz dla Dumby'ego. Dobitnie mi to potwierdziłaś, kiedy kazałem ci sporządzić raporty na temat członków tej waszej tajnej organizacji; wyglądałaś wtedy, jakbyś miała zemdleć.
Ogden przestąpił z jednej nogi na drugą, po czym powolnym krokiem, z wyciągniętą przed siebie różdżką zbliżył się do Amelii.
- Napisałaś je jednak perfekcyjnie i uwzględniłaś wszystko, co było trzeba, więc przyznam, że trochę mnie to zbiło z pantałyku. Nawet przez chwilę rozważałem, że w departamencie ktoś inny mógłby pracować dla Dumbledore'a... Nawet prześledziłem wykaz wszystkich czarów użytych z twojej różdżki, w którym ani jedno zaklęcie nie wskazywałoby na to, że działasz przeciwko nam. Nawet sam w to przez chwilę uwierzyłem, zresztą byłaś całkiem porządną asystentką i bardzo skrupulatnie wykonywałaś każde moje zlecenie... I wiesz co cię zdradziło?
Urwał, spoglądając w jej oczy z wyraźną satysfakcją i czymś na kształt podziwu dla samego siebie, jakby zdemaskowanie intencji Amelii było w jego przekonaniu wyśmienitym osiągnięciem.
- Raptem dwa dni po zarejestrowanym włamaniu do archiwum naszego departamentu, ty oddałaś mi oszczędny w słowach raport na temat Syriusza Blacka, którego lakoniczność argumentowałaś błędem maszyn ministerialnych, czy tam pomyłką w naniesieniu danych braci Black. Po ukartowanym przez ciebie włamaniu miałaś czelność teleportować się za pomocą mojego kominka - szepnął, pochylając się w jej stronę i zbliżając usta do jej ucha. Amelia spięła się cała, plecami jeszcze mocniej przywarła do ściany i wstrzymała oddech. - Widziałem was na świętym Nokturnie, ciebie i Blacka, gdy wychodziliście z kominka późnym wieczorem. Od tego momentu wiedziałem, po czyjej stronie jesteś.
- Dlaczego trzymałeś to przede mną w tajemnicy? Dlaczego pozwoliłeś mi dalej u siebie pracować? - zapytała po chwili, otrząsając się z chwilowego szoku spowodowanego domyślnością Ogdena, a także intuicją i trafnym rozumowaniem, które doprowadziły go do prawdy, zanim ona sama wpadła na to, że jej szef mógłby skrywać jakąś tajemnicę. Dopiero teraz uświadomiła to sobie dogłębnie; Ogden był zawsze o krok do przodu.
- A jak ci się wydaje? - Dyrektor obrócił w dłoniach jej różdżkę i zapatrzył się na nią. - Miłorząb dwuklapowy, około jedenaście cali, zgadza się?
Zmrużywszy powieki, skinęła głową.
- Wydaje się być dość dobra do zaklęć, prawda?
- Dlaczego unikasz mojego pytania? - Jej ton był oschły i zniecierpliwiony, Amelia ledwo panowała nad powolną, acz nieustępliwą eskalacją negatywnych emocji.
- Bo odpowiedź jest oczywista, a to pytanie, zdaje się, uwłacza twojej inteligencji? - parsknął. - Chciałem cię mieć blisko. Myślałem, że dowiem się czegoś o planach Dumbledore'a.
- I dowiedziałeś się czegoś ważnego?
- Niczego, na co prędzej czy później nie wpadłbym sam. Jak mam być szczery, nie spodziewałem się tej miłej pogawędki, którą teraz odbywamy, ale jestem niezmiernie rad, że do niej doszło, bo wiesz już, co Czarny Pan planuje i co za chwilę się dokona… Byłem pewien, że zginiesz w błogiej nieświadomości o tym, co knułem tuż za twoimi plecami. Sama przyznaj, podejrzewałaś mnie chociaż przez chwilę o takie zamiary?
- Nie podejrzewałam - odpowiedziała szczerze, a oczy Ogdena błysnęły triumfalnie. - I mogłam się spodziewać, że Voldemort wybierze akurat tę datę na podbój Ministerstwa. Nikt wam nie przeszkodzi w związku ze strajkami.
- Otóż to, panno Bones, otóż to. - Ogden uśmiechnął się sztucznie i klasnął z zadowoleniem w dłonie.
- Ale proszę nie myśleć, że aurorzy pojawią się tutaj dopiero na znak od Minchuma - kontynuowała spokojnie, jej głos stał się nieco pewniejszy. - Myślę, że Dumbledore jest godnym przeciwnikiem dla waszego wszechpotężnego Czarnego Pana.
- Crucio!
Z wydętych w bolesnym grymasie ust Amelii wyrwał się niemy krzyk. Zgięła się w pół, padając na kolana, a po chwili leżała skulona na podłodze z rękoma ciasno obejmującymi brzuch. Ból, który odczuwała przeszywał i obezwładniał; wbijał się w nią przez każdy por skóry, wiązał, palił, ściskał wnętrzności, rozlewając się i penetrując każdą partię ciała. Zaklęcie, które ją trafiło było bardzo silne - unosząc się lekko na łokciach mogła dostrzec spode łba mściwy wyraz twarzy Ogdena i jego bladą dłoń, która tak mocno zaciskała palce na wibrującej różdżce, że na wierzch wyszły mu żyły i ścięgna.
- Nigdy nie żartuj z Czarnego Pana - wysyczał złowrogo.
Po kilkudziesięciu sekundach, w czasie których ciało Amelii płonęło żywcem, dziewczyna poczuła, że jej narządy powoli przyzwyczajają się do zadawanych katuszy. Wiedziała, że musi być silniejsza i przezwyciężyć ten ból; zaczęła powoli czołgać się w kierunku otwartych na oścież drzwi, co zdawało się nie przeszkadzać Ogdenowi, który torturował ją bezlitośnie w szaleńczym przypływie manii.
- Niech się zjawią ci twoi aurorzy - podsumował Ogden. - Im nas więcej, tym weselej.
- Dlaczego mnie po prostu nie zabijesz? - zapytała, powstrzymując szloch wydobywający się z drżących ust.
- Lubię zadawać ból innym - uśmiechnął się, tym razem zupełnie szczerze. - A już zwłaszcza takim aroganckim oszustkom, które mają czelność kpić z Czarnego Pana.
Amelia nie zdążyła mu odpowiedzieć - nagle poczuła, jak cały paraliżujący ją ból gwałtownie ustępuje. Uniosła powoli głowę, dostrzegając, że Ogden runął na ziemię niczym rażony piorunem, a jego skroń z impetem uderzyła o twardą posadzkę, odbiła się i spoczęła na niej ponownie, tym razem już nieruchomo. Twarz dyrektora zastygła - złowieszczy wyraz stopniał i zgasł, wzrok zatrzymał się w jednym punkcie. Czyjeś silne, męskie dłonie otoczyły Amelię w talii, unosząc ją ku górze. Spojrzała w twarz wybawcy, odczuwając rozlewające się po ciele ciepło i ulgę, gdy rozpoznała w nim Syriusza.
- W porządku, Amelio? - zapytał cicho i spokojnie, jednak jego ton podszyty był strachem. Silne i lekko drżące ręce Syriusza dalej obejmowały ją na wysokości pasa, czego oboje zdawali się chwilowo nie zauważać.
- Tak - potwierdziła, biorąc głęboki wdech, który dodał jej sił, żeby stanąć twardo na wiotkich nogach. - W zupełnym porządku.
- Długo cię tak torturował?
- Nie wiem, może parę minut - odpowiedziała, na co Syriusz zaklął cicho pod nosem. - Czy on…?
- Żyje - odrzekł, ubiegając jej pytanie. - Oszołomiłem go i podciąłem nogi, dlatego się tak zwalił.
- Chyba stracił przytomność - stwierdziła, przyglądając się bacznie twarzy leżącego koło ich nóg Ogdena.
- Zasłużył sobie, Amelio - skwitował Syriusz sucho, na ułamek sekundy zaciskając gniewnie żuchwę.
W oddali usłyszeli czyjś wrzask, głośną inkantację i łomot zwalających się cegieł. Po chwili odgłosy nasiliły się jeszcze bardziej, a wywrzaskiwane zaklęcia i krzyki utonęły w zgiełku toczących się burzliwie gruzów.
- Aurorzy walczą ze śmierciożercami w atrium - wyjaśnił Syriusz, wypuszczając Amelię z objęć i schylając się do oszołomionego Ogdena po trzymane w jego dłoni różdżki. - Teleportowali się za pomocą rogu, próbujemy im go odbić.
- Syriuszu, Voldemort tutaj będzie - powiedziała z nieplanowaną grozą w głosie. - Ogden mówił, że ma drugi róg i chce otworzyć portal.
Przez chwilę obserwowała jak twarz Syriusza blednie, a jego ciało spina się i sztywnieje.
- Dasz radę walczyć? - zapytał, wpatrując się w nią uważnie i, ku niedowierzaniu Amelii, nieco troskliwie.
Skinęła głową w odpowiedzi.
- To chodź - powiedział, dotykając jej dłoni i prowadząc ku końcowi korytarza. Dym, który dotychczas otulał korytarz delikatną mgiełką, stawał się coraz gęstszy; dusił, dławił, oślepiał. Mury dygotały od eksplozji. - Bądź ostrożna i nie idź w sam środek tego młynu. W atrium jest cholernie niebezpiecznie i nie wiadomo, kiedy pojawi się Dumbledore. O ile w ogóle się pojawi…
Pognała za nim i ledwie zdusiła w sobie krzyk, gdy w oddali dostrzegła chmarę poruszających się zwinnie sylwetek pośród gruzów tego, co pozostało po zdobiącej centralną część pomieszczenia Fontannie Magicznego Braterstwa. Rozejrzawszy się przerażonymi oczami na boki dostrzegła, że również ustawione w rzędach kolumny i rozpościerające się między nimi kominki zostały obrócone w drobny mak.
- Peter jest śmierciożercą, to on ukradł róg - powiedziała naprędce, uznając, że jest to kluczowa wiedza, którą musiała się podzielić z Syriuszem zanim dołączą do walki.
- Wiem - odparł cicho i, przymknąwszy na chwilę powieki, powolnym gestem kiwnął głową. Wyglądał tak, jakby wcale nie zaskoczyła go ta informacja i Amelia pomyślała, że Syriusz musiał odkryć tę straszliwą prawdę jeszcze przed nią.
Zatrzymali się przy samym końcu korytarza, a mężczyzna odwrócił się w jej stronę, spojrzał jej w oczy i pochylił się nad nią nieznacznie. Przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał ją pocałować, ale zawahał się - cofnął głowę, ostatni raz obrzucił miękkim spojrzeniem i szepnął:
- Uważaj na siebie.
Amelia przytaknęła bezgłośnie, czując, że chwilowo odebrało jej mowę, po czym odwróciła się od Syriusza i powoli, trzymając się ściany zakradła się do atrium, po czym schowała za gruzami najbliższego filaru. Przypomniwszy sobie jeszcze o czymś, obróciła głowę w jego kierunku.
- Syriusz - powiedziała półgłosem. - Dziękuję.
- Byłem ci to winien.
Nie mówiąc nic więcej, Amelia w kuckach przemknęła między rumowiska usypane przez wyburzone ściany, zgrabnie omijając zwalające się z sufitu gruzy. Strugi świateł dobiegające z końców różdżek przecinały zasnute stężałym dymem pomieszczenie. Amelia wychyliła się zza kolumny - a raczej zza tego, co z owej kolumny pozostało, i zaczęła ciskać salwami zaklęć w kierunku przeciwników, którzy dzięki czarnym pelerynom i trupio bladym maskom wyraźnie kontrastowali na tle aurorów.
Amelia pogrążyła się w uderzającym jej w tętnicach afekcie; zaciekle wypowiadała inkantacje wszelkich przychodzących jej na myśl zaklęć pojedynkowych, miotała nimi wytrwale w mknące szybko sylwetki, starała się zwalić z nóg jak największą ilość przeciwników, nie oszczędzając ani jednego stojącego w zasięgu jej wzroku śmierciożercy. Wtem bardzo blisko, tuż przed jej oczami ukazał się mężczyzna w czarnej pelerynie, ale pozbawiony maski. Wycelował w nią różdżką, z której wytrysnęły zielone iskry, ale Amelia odbiła zaklęcie, nim zdążyło ugodzić ją w pierś.
Nieoczekiwanie całe atrium spowiła siwa, wijąca się smoliście mgła. Amelia zakaszlała w rękaw, czując, jak duszący dym wraz z drobinkami pyłu dostaje się do jej płuc. Po chwili pozostałości fontanny pojaśniały, jej powierzchnię otoczyła łuna karminowego okręgu, a promieniujące z niego światło zalało całe atrium.
Na szczycie fontanny ukazała się sylwetka osoby o twarzy tak niezdrowo bladej, że aż przezroczystej. Jej widok wprawił w osłupienie każdego, kto odważył się na nią spojrzeć. Atrium zamarło na sekundę i wlepiło oniemiały wzrok w stojącego wysoko nad nimi mężczyznę, którego karykaturalnie upiorne lico, chociaż posiadało wszystko na swoim miejscu, nie miało w sobie ani krzty człowieczeństwa. Nikomu nie trzeba było przedstawiać owego mężczyzny.
Twarz Voldemorta wykrzywił odstręczający uśmiech, gdy uniósł w górę kościstą dłoń, w której lśnił i połyskiwał złowrogo czarny, kręty róg dwurożca demonicznego. Któryś z aurorów rzucił zaklęcie w jego stronę - iskra jednak odbiła się jak od ściany tuż przed twarzą czarnoksiężnika, co pozwalało sądzić, że wokół niego została wytworzona tarcza. Z drugiego końca sali przemaszerowała z gracją przez środek Bellatrix Black. Amelia znała ją z gazet i nigdy nie zapytała o nią Syriusza, ale domyślała się na pewno, że łączyły ich więzy krwi, a wspólne nazwisko zdawało się potwierdzać tę wersję. Kilka zaklęć świsnęło w stronę bladej, ciemnowłosej kobiety, każde jednak okazało się być chybione, ponieważ zaklęcia nie trafiały Bellatrix - odbijały się od niej z hukiem przypominającym wystrzał fajerwerków, po czym spektakularnie rozpraszały się w powietrzu. Gdy stanęła tuż przed ruinami fontanny, ukłoniła się nisko przed Voldemortem, po czym wdrapała się na kamienie i eleganckim ruchem wręczyła mu do ręki bliźniaczy róg dwurożca. Voldemort wydął wąskie, szparkowate usta w triumfalnym wyrazie, podniósł zdobycze do góry, żeby każdy mógł upewnić się, co trzymał w dłoniach, po czym przemówił nadludzko głośnym tonem:
- Dzisiejsza noc będzie wyjątkowa… Już taka jest. Dzięki pomocy moich wiernych przyjaciół będę mógł wypełnić nie tylko swoją wolę, ale też zrobić coś wspaniałego dla was… Dzisiejszej nocy zamierzam stworzyć świat od nowa.
Voldemort spuścił ręce w dół, po czym powolnym krokiem przestąpił na drugi kraniec fontanny i spojrzał paciorkowymi oczami na stojących w dole czarodziejów, którzy zszokowani wybałuszali na niego oczy.
- Pewnie niektórzy z was zastanawiają się co trzymam w rękach? - uśmiechnął się paskudnie. - Myślę, że macie prawo to wiedzieć, zanim dokończy się to, co dokończone być musi - oznajmił, unosząc dłonie wysoko do góry i delikatnie obracając się w powietrzu tak, żeby każdy jeszcze raz dostrzegł dzierżone w rękach zdobycze. - To są rogi dwurożca demonicznego, wspaniałe czarnomagiczne artefakty, wykute w czeluściach piekielnych przez samego Księcia Ciemności, jak twierdzą najstarsi mędrcowie i najgłębiej skrywane starożytne księgi. Rogi te są swoimi lustrzanymi odbiciami, bliźniaczkami, które wspólnie mogą otworzyć portal do Świata Podziemi i dokonać zagłady. Wszystko ma jednak swoją cenę, albowiem, gdy coś się zaczyna, coś inne musi zostać zakończone, taka jest kolej rzeczy. To zaszczyt dla was, że dotrwaliście tych czasów, że możecie być naocznymi świadkami końca tego świata… Kto się nie zgadza, ten niech walczy, kto się zaś pogodził z nieuchronnym losem, niech obserwuje w milczeniu.
Voldemort spuścił dłonie i wyciągnął je po bokach, szpikulcami rogów celując w ziemię, po czym okręcił się wokół własnej osi - powoli, zgrabnie, z wysoko uniesioną głową. Jego zwycięski wyraz twarzy wskazywał na to, że wielokrotnie wyobrażał sobie tę chwilę i z niecierpliwością wyczekiwał na ów moment. Z jego dłoni zalśniło karminowe światło - dwie smugi, dwa promienie, które rozprzestrzeniły się i spoczęły na obwodzie okręgu, w którym na samym środku stał Lord Voldemort.
Aurorzy i Zakon otrząsnęli się z marazmu - unieśli różdżki i kontynuowali przerwany pojedynek, ciskali w śmierciożerców strumieniami kolorowych pasm i iskier, pogrążając pociemniałe atrium w złowieszczej grze mroku i świateł. Voldemort stał nieruchomo pośrodku owalu, powieki miał przymknięte, twarz zastygłą w skupieniu. Palce kurczowo zaciśnięte na rogach drżały konwulsyjnie w staraniach przezwyciężenia odrzutowej mocy pola elektromagnetycznego, które z każdą sekundą coraz bardziej podążało ku obwodowi.
I wtedy z dna okręgu wyłoniło się zbutwiałe, czerniejące przedramię o ziemistych nadgarstkach zwieńczonych długimi palcami o ostrych, czarnych paznokciach, które zaskrobały po posadzce i zaczepiły się na niej kurczowo. Po chwili z owalu wychynęła druga ręka. Zdawało się, że nikt nie zwrócił na to uwagi; Zakon pogrążony był w zaciekłej i zrównanej walce, którą śmierciożercy nakierowywali ku wyjściu z atrium. Amelia kątem oka łypała na wypełzającą z otchłani sylwetkę umarlaka z myślą, że zaraz będzie za późno nawet na przybycie Dumbledore'a, ponieważ szala zwycięstwa niebezpiecznie przechylała się w stronę Voldemorta. Gdy z otwartego portalu wyłoniły się dwa tuziny inferiusów, nie sposób było ich nie zauważyć - tak samo, jak tego, że okrąg z każdą minutą walki sięgał coraz dalej, pochłaniając coraz większy obszar. Powierzchnia atrium skurczyła się diametralnie, a walka stłoczyła na niewielkim areale.
Amelia walczyła dalej, chociaż refleks miała już odczuwalnie słabszy, a zmęczenie coraz bardziej dawało jej się we znaki. Nie mogła i nie chciała się jednak poddawać - od czasu do czasu migały jej sylwetki Kingsley'a, Remusa, Jamesa i reszty; na ich twarzach również można było dostrzec cień zmęczenia, który nie udzielał się jednak ich wprawnym ruchom dłoni i efektownym unikom. Voldemort szeptał bezgłośnie zaklęcia, a Inferiusy napierały prosto na nich. W tej walce stanowiły łatwą przeszkodę do pokonania, jednak ich przewaga liczebna i silne chwyty, które były w stanie bezpowrotnie ściągnąć przeciwnika w podziemia sprawiały, że nie wolno było ich lekceważyć.
Gdy pojedynkowała się z wysokim i okrutnym Carrowem obstawionym tabunem inferiusów, które co rusz dezorientowały ją, chwytając za kostki, dostrzegła z boku stojącego z opuszczoną różdżką Syriusza. Serce Amelii podskoczyło do gardła, kilkoma precyzyjnymi ruchami przecięła powietrze, wytworzyła wokół siebie ognisty pierścień, który przegonił inferiusy, a w chwili nieuwagi, którą zawdzięczała rzuconej przez Remusa Drętwocie, posłała Carrowa prosto w pogłębiającą się otchłań.
Syriusz stał naprzeciwko trupio zielonej, zmartwiałej w bezruchu postaci. Nikt ich nie otaczał - żaden inferius nie podchodził w jego stronę, a śmierciożercy byli zbyt pochłonięci pojedynkiem, żeby zająć się stojącym na skraju przepaści Syriuszem, który w tej chwili był tak łatwym celem, że Amelia poddawała w wątpliwość, czy śmierciożercy aby nie pomylili go z jednym ze swoich. Gdy spojrzała w górę dostrzegła, że scenie tej nie przyglądała się wyłącznie ona - Voldemort spoglądał z zaciekawieniem na rozgrywające się widowisko i odpędzał inferiusy, wysyłając ich hordy na drugą stronę.
Postać, w którą zawzięcie wpatrywał się Syriusz był Regulus. W kościstym, powleczonym nadgniłą, zzieleniałą skórą ciele ciężko było go rozpoznać, ale kształt jego żuchwy i wygląd oczu utwierdziły Amelię w przekonaniu, że to on, Regulus. Albo raczej jego wyprany z człowieczego wyglądu cień.
- Reg… - szepnął Syriusz drżącymi ze zdenerwowania wargami. - Czy to naprawdę ty?
- Tak, Syriuszu - potwierdził, unosząc zapadnięte policzki w delikatnym uśmiechu, który uwidaczniał dołki przy kącikach jego ust. - Miło cię znowu widzieć.
- Jak to się stało, że jesteś teraz… Tym? - zapytał, wpatrując się intensywnie w nadmurszałe, otoczone glonami truchło, które stanowiło ciało jego brata. - Jak umarłeś?
- Chciałem wykraść coś, co należało do Voldemorta - odpowiedział cicho i melodyjnie. - Mój plan powiódł się, ale do jeziora wciągnęły mnie inferiusy.
- To nic, Reg, to nic - szepnął Syriusz, a jego oczy zalśniły smutno. - Tak strasznie żałuję… Że nic nie zrobiłem. Że nie zorientowałem się, że masz kłopoty. I że wtedy, w Boże Narodzenie… Ty się wtedy przyszedłeś pożegnać. Gdybym tylko wiedział, przysięgam, wszystko wyglądałoby inaczej.
- Wiem, Syriuszu - odparł, robiąc krok w jego stronę i zaciskając zmizerniałą dłoń o chudych palcach na jego ramieniu. - Wybaczam ci. Już dawno ci wybaczyłem.
- Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić? - zapytał drżącym głosem. - Czy to… - urwał, przełykając głośno ślinę, gdy zapatrzył się na jego nadgniłe ciało - da się cofnąć?
Regulus pokręcił ze smutkiem głową.
- Nic już się nie da zrobić.
- Okazałeś się być tym dobrym - kontynuował Syriusz, jego twarz z każdym momentem przybierała coraz bardziej zrozpaczony wyraz. - Podczas gdy ja przez długi czas myślałem, że jest na odwrót…
- I na nic mi się to zdało, Syriuszu. - Regulus wykrzywił wąskie, szparkowate usta w kwaśnym uśmiechu. - Mojego losu już nie odmienisz, ale ratuj siebie, bracie. Zmień stronę, nim będzie za późno. Czarny Pan jest miłosierny i nie patrzy na przeszłość. Wstąp w jego szeregi, a nie skończysz jak ja. To moje jedyne pragnienie, żebyś w ten sposób nie skończył...
- SYRIUSZ! - Za jego plecami rozległ się druzgoczący, przeraźliwy krzyk.
Odwrócił się przez ramię, rozpoznając w nim głos Amelii. Biegła w jego stronę, jednak co rusz drogę przecinały jej inferiusy, które nie pozwalały jej zbliżyć się do niego.
- NIE WIERZ MU - wrzasnęła. - TO PUŁAPKA!
Syriusz obrócił się w stronę Regulusa, jednak ten pokręcił głową z dezaprobatą.
- Wolisz wierzyć jej? - mruknął posępnie. - Zamiast zaufać własnemu bratu?
Syriusz oddychał głośno przez rozdziawione usta i wodził mętnym spojrzeniem po stojącym nieruchomo Regulusie i nawołującej rozpaczliwie trzy stopy za nimi Bones.
- SPÓJRZ W GÓRĘ! - dotarło do uszu Syriusza, na co ten uniósł głowę.
W oddali, na samym szczycie fontanny stał Voldemort, który szeptał złowrogo pod nosem, wpatrując się w nich intensywnie. Spojrzawszy z kolei w dół, dostrzegł, że portal sięgał już niemal jego stóp, niebezpiecznie zbliżając się ku czubkom jego butów.
- TO NIE JEST REGULUS - wrzasnęła, próbując podbiec w jego stronę, jednak na jej drodze ponownie stanął tabun inferiusów. - STRĄĆ GO TAM, SKĄD PRZYSZEDŁ.
Syriusz zawahał się na moment, podświadomie czując, że dał się wciągnąć w okrutną manipulację Voldemorta.
- Zabijesz własnego brata? - zapytał szeptem Regulus. Jego oczy, tak podobne do jego własnych, zgasły i zmatowiały. - Jesteś w stanie to zrobić?
- Nie jesteś moim bratem - odrzekł ponuro Syriusz, unosząc do góry różdżkę i celując prosto w pierś Regulusa. - Jesteś inferiusem, należysz do świata materialnego, a z ziemskim łączy cię tylko powłoka; resztki ciała, które po tobie pozostały. W swojej postaci nie jesteś zdolny do uczuć wyższych.
- A więc mnie zabij - uśmiechnął się jadowicie i przechylił głowę w zachęcającym geście. - Zabij mnie tak, jak zabiłeś mnie swoim biernym podejściem, tak jak wtedy, gdy pozostawiłeś mnie samemu sobie i pozwoliłeś losowi czynić swoją powinność...
Dłoń, w której Syriusz trzymał różdżkę zadrżała, a jego ręka mimowolnie i zupełnie wbrew rozsądkowi opuściła się w dół. Oczy mężczyzny spowiła mgła, spąsowiała twarz odzwierciedlała rozgrywający się w duszy dramat. Nie mógł tego zrobić, nie był w stanie wymierzyć zaklęcia w twór, który wpatrywał się w niego oczami jego brata.
- ZRÓB TO - wrzasnęła rozpaczliwie Amelia. - ALBO ON ZRZUCI CIEBIE.
Syriusz jeszcze raz spojrzał w dół, dostrzegając, że stoi na samym skraju przepaści, jego buty od połowy nie dotykały gruntu, a ciało dzieliło już pół cala od bezkresnych podziemi, z których dziesiątkami wyłaniały się inferiusy. Regulus uśmiechnął się ponownie i położył mu wychudzoną rękę na ramieniu.
- Wiedziałem, że wybierzesz właściwie - powiedział.
I wtedy z końca jego różdżki wystrzeliły czerwone iskry, ale Syriusz wiedział, że było za późno. Ostatnie, co usłyszał to przedzierający się przez otchłań krzyk Amelii, który zadzwonił mu w uszach echem i stopniał tak szybko, jak się pojawił - zagłuszył go chór bełkotliwych, dobiegających z podziemi głosów.
Ostatnie, co zobaczył było nieprzebitą, gęstą, aksamitną czernią.
