Przykazania związku (Część 2) – Próby
Windu mówił dalej. Truł o jakichś mało istotnych pierdołach związanych z opinią Rady Jedi, lecz Anakin go nie słuchał. Myślami dryfował już w stronę perspektyw, które właśnie się przed nim otworzyły.
„Kanclerz chce się z wami widzieć".
Wezwanie na dywanik do Palpatine'a mogło oznaczać wiele rzeczy – od głupiej pogawędki przy kawie, po zadanie, które było na tyle pilne i ważne, że Przywódca Republiki zechciał zlecić je osobiście. Jednakże…
Skoro Kanclerz poprosił o obecność nie tylko swojego pupilka, ale również jego dawnego nauczyciela, Skywalker był skłonny założyć się, że tym razem nie chodziło o zwykłe wymienienie się ploteczkami. Nie. Na jakieś dziewięćdziesiąt procent chodziło o misję. Pierwszą od bardzo dawna wspólną misję jego i Obi-Wana!
Chciałoby się powiedzieć – „w samą, kurwa, porę!"
Już zupełnie pomijając fakt, jak bardzo Anakin stęsknił się za wykonywaniem obowiązków Jedi z dawnym Mistrzem jako partnerem… trudno wymarzyć sobie lepsze warunki do realizacji Miesięcznego Planu Uwodzenia niż romantyczny wypad we dwoje.
Ach, cóż to będzie za wyprawa!
On i Obi-Wan, z mieczami świetlnymi w dłoniach, wykrzykujący do siebie słowa otuchy, podczas gdy z naprzeciwka nadbiegało od zajebania droidów! Zwykły śmiertelnik może i nie uznałby podobnych okoliczności za „romantyczne", ale przecież Jedi nie byli do końca normalni, nie? Że co… Że niby Anakin miałby zalecać się do Obi-Wana w jakiejś wypasionej restauracji przy świecach? Mieliby spacerować po plaży, ze słońcem zachodzącym w tle, trzymając się za ręce? Na Moc, przecież to byłoby straszne! Straciliby cały szacun na „dzielni"!
Nieee, niech lepiej robią to, co zwykle i po prostu chronią sobie nawzajem tyłki, narażając życie dla niewinnych. To im wychodziło najlepiej! Anakin już nie mógł się doczekać.
- No popatrz, jacy jesteśmy niezastąpieni! – wyszczerzył do Obi-Wana zęby. – Nie ma nas raptem kilka godzin, a Windu już truje dupę.
- Nie rozłączyłeś się… - z głośniczka popłynął chłodny głos Mace'a.
- Eee… serio? – Anakin zaczerwienił się. – Słuchaj, Mistrzu, były jakieś zakłócenia, dlatego… eee… chyba niezbyt dobrze usłyszałeś to, co powiedziałem! Dla pewności powtórzę, okej? Powiedziałem: „Mistrz Windu poświęca swój cenny czas, by w miły i uprzejmy sposób zwrócić nam uwagę". Teraz już dobrze słyszałeś?
- Na twoje szczęście, mam na głowie kampanię, którą muszę pilnie się zająć – Windu wydał z siebie zrezygnowane westchnienie. – Bez odbioru.
Tym razem Skywalker dokładnie upewnił się, że połączenie zostało zerwane. Obserwujący to Obi-Wan wyjątkowo nie miał na twarzy miny, która zapowiadała długi i nudny wykład o szacunku dla przełożonych. Oczy Kenobiego były straszliwie ponure.
Mistrz Jedi zdążył już wdziać spodnie oraz tunikę i aktualnie był w trakcie mozolnego zakładania butów.
- Biorąc pod uwagę, co się między nami wydarzyło – wymamrotał – będziesz musiał bardzo pilnować tego, co mówisz, mając w dłoni komlink. I sto razy upewniać się, że urządzenie jest wyłączone. No cóż… a oto i Świat Kłamstw, Anakinie! Witamy ponownie.
Plecy Skywalkera napięły się jak struna.
„Świat Kłamstw". Nietrudno domyślić się, do czego nawiązywał Kenobi. I dlaczego użył zwrotu „witamy ponownie".
Mimo to Anakin nie pozwolił, by jego serce zaraziło się pesymizmem Mistrza. Dumnie uniósł podbródek i ze spokojem oznajmił:
- To, że związek z Padme pozbawił mnie równowagi, nie znaczy, że tym razem też tak będzie.
- Bo co? – Obi-Wan uniósł brew. - Bo obaj jesteśmy Jedi i łatwiej by nam było się ukrywać?
- Cóż… tak – po namyśle odparł Anakin. – Między innymi.
To była jedna z zalet wiązania się z kimś, kto nie tylko należał do tej samej organizacji, ale też miał między nogami taką samą część ciała. Sytuacje, z których Skywalker musiałby się tłumaczyć, będąc z Padme, stawały się zupełnie normalne i pozbawione podejrzeń, gdy uczestniczył w nich w towarzystwie Obi-Wana.
Nikt nie zapyta ich, dlaczego spędzili czas w swoim towarzystwie. Nikogo nie zdziwi, że będą razem mieszkać, bo w przypadku Mistrzów i Padawanów (także byłych) dzielenie kwatery nie było niczym nadzwyczajnym. Ba, nawet gdyby ktoś przyłapał Skywalkera stojącego na golasa przed Kenobim, tak jak teraz, nie wywołałoby to wielkiego szoku. No bo dlaczego jeden mężczyzna miałby się wstydzić drugiego?
A przede wszystkim, Anakin już nigdy nie będzie musiał prowadzić długiego dochodzenia, by ustalić, czy wolno mu spędzić noc… albo w ogóle pojawić się we własnym domu!
Dziwnie nazywać „domem" miejsce, do którego nie możesz przyjść, bo ukochana osoba zaprosiła gościa, który nie powinien cię zobaczyć. Na przykład kogoś, kto był cholernym szpiegiem Separatystów, a mimo to bez żadnych skrupułów dobierał się do twojej drugiej połówki. Na przykład jebanego Clovisa! A Padme jeszcze się dziwiła, że Anakin wzbraniał się przed nazywaniem jej apartamentu „domem"…
Z Obi-Wanem nie będzie musiał przez to przechodzić. Choć Skywalker miał dla siebie dodatkową kwaterę, nikt go nie wygoni z miejsca, w którym mieszkał od dziewiątego roku życia.
- Może i rzeczywiście byłoby nam łatwiej – Głos Kenobiego wyrwał go z rozmyślań. – Ale to nie wyleczy cię z dyskomfortu, który będziesz czuł za każdym razem, gdy ktoś zapyta, co ze mną robiłeś ubiegłej nocy. A kiedy powiesz „rozmawialiśmy o głupotach", nie przestaniesz zastanawiać się, czy ja odpowiedziałem to samo.
Anakin wzdrygnął się. Co prawda, to prawda. Ustalania „wspólnych wersji" poszczególnych zdarzeń raczej nie uda im się uniknąć. No, chyba że postanowią pójść na żywioł i na chama przyznają każdemu, kto zapyta, że przez kilka godzin pieprzyli się jak króliki. W sumie… to mogłoby przejść jak dowcip!
Któregoś razu Rada zamęczała Vosa wypytywaniem go, „co robił, gdy miał wykonywać swoje obowiązki" i powiedział im, że „w ramach przegranego zakładu musiał obciągnąć czterdziestu Wookim". Oczywiście wiedzieli, że walnął tym tekstem tylko po to, by się od niego odpierdolili, ale to nie zmieniało faktu, że skutecznie zniechęcił towarzystwo do zadawania jakichkolwiek pytań.
Czasem prawda była lepszą przykrywką niż najwymyślniejsze kłamstwo.
- To, że jakiś sekret jest skutecznie ukrywany, nie oznacza, że jest dobry – dobitnie oznajmił Obi-Wan. – Tajemnica jest jak trucizna. A kiedy wreszcie zadziała, to MY ucierpimy na niej najbardziej! I nawet nie dlatego że być może zostaniemy wyrzuceni z Zakonu. To wyniszczy nas psychicznie, Anakinie! Nie pamiętasz, co się działo, gdy upozorowałem moją śmierć i udawałem Rako Hardeena?
- Już to sobie wyjaśniliśmy – masując kark, wymamrotał Anakin.
- To prawda. – Kenobi zacisnął palce na skraju łóżka. – Ale nie zaprzeczysz, że to doskonały przykład kłamstwa niszczącego zaufanie dwóch bliskich osób. Patrząc wstecz, nie mogę uwierzyć, że podjąłem tak paskudną decyzję. Nie rozumiem, jak mogłem pomyśleć, że oszustwo będzie lepszym wyjściem niż wtajemniczenie cię w plan.
Te słowa coś Skywalkerowi uświadomiły.
- A ja rozumiem – oznajmił młody mężczyzna.
Obi-Wan posłał mu pytające spojrzenie.
- Tamto kłamstwo miało datę ważności – wytłumaczył Anakin. – Wiedziałeś, że jest tylko tymczasowym rozwiązaniem i że kiedyś powiesz mi prawdę. Dlatego to, co zrobiłeś, było usprawiedliwione.
- Poważnie tak myślisz? – Mistrz Jedi cicho parsknął. – Bo coś mi się wydaje, że mówisz tak tylko po to, by osiągnąć to, na czym ci aktualnie zależy. W innej sytuacji uznałbyś moją akcję z Rako Hardeenem za świństwo.
- A może wreszcie dojrzałem na tyle, by przyznać, że to jednak nie było świństwo?
- Możesz to wmawiać sobie, ale na pewno nie mnie.
- Dzięki temu, co się stało, zrozumiałem, ile dla mnie znaczy twoje życie – Skywalker spojrzał mentorowi w oczy. – Więc to nie tak, że nie wyniknęło z tego nic dobrego. No i ocaliliśmy Kanclerza. Jak by na to nie patrzeć, zapobiegliśmy katastrofie. Pozytywne efekty tamtej misji nie podlegają dyskusji!
- A przypomnij mi, jak to się ma do naszego bycia razem?
- Moglibyśmy coś udowodnić. Pokazać, że bycie w związku wcale nie musi źle wpływać na obowiązki Jedi. Kiedy Ahsoka wciąż była moją Padawanką, często powtarzałem jej, że „lepiej prosić o przebaczenie, niż o pozwolenie".
- Ja nie jestem twoim uczniem – Obi-Wan podkreślił cicho. – Byłem twoim Mistrzem.
- Mistrzowie też mogą uczyć się od uczniów.
Anakin podszedł do siedzącego na łóżku, w pełni ubranego Obi-Wana. Sam pozostawał nagi, jak w chwili urodzenia, ale nie wstydził się. To świetnie podsumowywało jego podejście do życia – w sytuacjach, w których inni czuliby się onieśmieleni i zażenowani, on nie tracił pewności siebie.
- Pamiętasz, jak szukałem Mistrza Plo Koona, po tym, gdy jego flota została zniszczona przez Malevolence? – zapytał łagodnie. – Albo jak zaatakowałem admirała Trencha niewidzialnym statkiem? Robiłem wiele rzeczy wbrew twoim poleceniom i wygrywałem. Teraz nawet mnie nie powstrzymujesz… Gdy kwestionuję ustalony plan, uważnie mnie słuchasz, zamiast zbywać mnie stwierdzeniem, że „łańcuch dowodzenia istnieje w konkretnym celu". Czasem, by udowodnić, że rozkaz jest zły, trzeba najpierw go złamać. Pomyślałeś, że z Kodeksem Jedi może być tak samo?
- Tak, Anakinie, pomyślałem – patrząc na protegowanego przepełnionymi żalem oczami, szepnął Kenobi. – Więcej razy, niż ci się wydaje. Ale to wciąż za duże ryzyko. Tym razem stawką nie jest jedna wygrana bitwa. W grę wchodzi przynależność do Jasnej Strony Mocy. I to nie byle kogo. Jesteś Wybrańcem.
Obi-Wan wstał i położył dawnemu Padawanowi dłoń na policzku. Słysząc o „Wybrańcu", Skywalker skrzywił się z niesmakiem, jednak odruchowo wtulił się w rękę ukochanego.
- Wiem, jak bardzo nie znosisz tego tytułu – Mistrz Jedi powiedział ze współczuciem. – Wiem też, że wcale o niego nie prosiłeś. Zawsze chciałeś być „po prostu Jedi". Ale niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w przepowiednię o Wybrańcu, czy nie, twoja potężna więź z Mocą jest niezaprzeczalna! Tak wielka siła to odpowiedzialność, Anakinie. Czy tego chcesz czy nie, na twoich barkach spoczywa wielki ciężar.
- Tym więcej powodów, by nie nieść go samemu – Skywalker odparł cicho.
- Poniósłbym go razem z tobą… gdybym tylko miał pewność, że w ten sposób bardziej cię nie narażę.
- Jesteś tak cholernie uparty!
- Podobnie jak i ty.
Kenobi ruszył w stronę drzwi.
- Nie zaczekasz na mnie? – zdziwił się Anakin.
- Spotkamy się w Senacie. Choć Kanclerz nie dostrzega w tobie żadnych wad, mimo wszystko nie wypada, byś stawał przed nim w cywilnych ciuchach. W dodatku brudnych! Wymyślę jakąś przekonującą wymówkę, by wytłumaczyć, dlaczego się spóźniłeś. W międzyczasie idź do Świątyni się przebrać.
- Jak sobie życzysz, kochanie.
Obi-Wan spojrzał na drugiego mężczyznę spode łba.
- Obiecałem, że dam ci odpowiedź dopiero za miesiąc – oświadczył chłodno.
- Tak – szczerząc zęby, potwierdził Anakin. – Miło, że o tym pamiętasz!
- Postaraj się częściej nazywać mnie „kochaniem". To dodatkowo upewni mnie w przekonaniu, że NIE chcę być z tobą w związku!
Po tych słowach Kenobi wyszedł, a jego protegowany został sam, nagi i opuszczony na środku pokoju. Wzrok Skywalkera spoczął na łóżku – na leżących krzywo poduszkach i pozostającej w nieładzie pościeli. Wspomnienia wciąż były bardzo żywe. Młody mężczyzna rozmasował ramię.
Ech, gdyby tylko uwodzenie Obi-Wana było równie proste, co kochanie się z nim…
XXX
Anakin nie miał jeszcze dokładnej strategii, jak najlepiej wykorzystać nadchodzący miesiąc, ale jednego był w stu procentach pewien:
Powinien za wszelką cenę unikać zostawiania dawnego Mistrza samego.
Kiedy Obi-Wan Kenobi przebywał we własnym towarzystwie przez zbyt długi okres czasu, nie wynikało z tego absolutnie NIC dobrego! Czasem wystarczała dosłownie chwila, by zaczął świrować. Tak jak teraz.
Kiedy rozstawali się w „Herbaciarni Na Bogato", nic nie blokowało łączącej ich Więzi. Ale gdy niespełna godzinę później zdyszany Anakin wpadł do poczekalni przed gabinetem Palpatine'a, zastał wokół umysłu Mistrza mury nie do przebicia. Zupełnie jak wtedy, na gwiezdnym niszczycielu.
- Mam nieprzyjemne uczucie deja vu – mruknął, posyłając Obi-Wanowi ponure spojrzenie. – To, że odmówiłeś mi w „wiadomej sprawie", to jeszcze nie powód, byś degradował mnie do roli zwykłego znajomego.
- Uwierz mi, nie byłbym w stanie się od ciebie oddalić – wzdychając, odparł Kenobi. – I, jakbyś zapomniał, jeszcze ci nie odmówiłem. Obiecałem, że zrobię to dopiero za miesiąc.
- Zrobisz, albo nie zrobisz – sprostował Anakin, tocząc zaciekły bój z paskiem.
Niech to szlag! Przebierał się „na szybko", a tradycyjne szaty Jedi nie zostały stworzone do tego, by zakładać by zakładać je w pośpiechu. Skywalker nie widział się w lustrze, ale podejrzewał, że nie wygląda jak osoba, która miała za chwilę spotkać się z Przywódcą Republiki. Cóż… standardów Obi-Wana z pewnością nie spełniał.
Kenobi obserwował zmagania protegowanego z wyraźną dezaprobatą.
- Tarcza jest tymczasowa – powiedział ostrożnie. – Chodzi tylko o to, by się nie rozpraszać.
- Trzymam za słowo – Anakin gapił się na poły tuniki z takim wyrazem twarzy, jakby próbował rozgryźć wyjątkowo skomplikowaną układankę. Cóż, poniekąd tak było. Z pewnością popieprzył coś, gdy zakładał drugą warstwę szat, ale nie miał bladego pojęcia, jak to naprawić.
- Ty też powinieneś się osłonić. Powinniśmy skoncentrować się na misji i… do ciężkiej cholery, chodź tutaj!
W końcu Obi-Wan stracił cierpliwość. Odepchnął dłonie Anakina i sam zajął się doprowadzaniem ubrań protegowanego do porządku.
- Czasami, by oszczędzić czas, musisz zrobić coś wolniej – wymamrotał.
Sięgnął do dwóch pasków, którymi jego uczeń niedbale owinął talię. Rozpiął je, zawiesił sobie na ramieniu i zabrał się za rozplątywanie zewnętrznej warstwy tuniki. Śledził ruchy własnej dłoni, lekko mrużąc oczy.
Skywalker stał nieruchomo jak manekin, z ramionami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała, pozwalając Mistrzowi wszystkim się zająć.
- Ubieranie się to nie wyścigi – westchnął Kenobi, zakładając protegowanemu najpierw jeden pasek, a potem drugi. – Idziesz na ważne spotkanie, a wyglądasz jak…
Starszy z mężczyzn urwał w połowie zdania. Jego policzki pokryły się rumieńcem.
- Jak po miłosnej schadzce? – patrząc na partnera zamglonym wzrokiem, dokończył Anakin.
Z cichym kliknięciem pasek został zapięty. Dłoń Obi-Wana powoli przesunęła się po piersi dawnego ucznia, by wygładzić pomarszczony materiał. Skywalker schwycił ją i delikatnie zamknął wokół niej palce.
- Jak pośladki? – spytał cicho.
Czerwień na policzkach Kenobiego stała się jeszcze intensywniejsza.
- Zupełnie w porządku – Obi-Wan odchrząknął. – Jakbym miał zakwasy po sparingu. T-to… To nie jest całkowicie nieprzyjemne uczucie.
Anakin doskonale to rozumiał. Ból po ćwiczeniach z mieczem świetlnym zawsze był powodem do dumy – stanowił przyjemną pamiątkę po dobrym spożytkowaniu energii. Fakt, że Kenobi porównał te dwie czynności, stawiał ich kochanie się w bardzo pozytywnym świetle. Skywalker wydał cichy pomruk aprobaty – czuł, że obdarzono go nie lada komplementem.
Zupełnie nie panując nad tym, co robi, przylgnął czołem do czoła Obi-Wana. Wcale tego nie zaplanował – to było tak, jakby jego ciało miało własny rozum. Zresztą, jego Mistrz też nie do końca nad sobą panował. Zamknęli oczy i zaczęli ocierać się o siebie głowami jak spragnione czułości lothalskie koty.
- Anakinie… - Obi-Wan szepnął z rezygnacją w głosie. – To nie zachęca mnie do zmiany zdania.
Ciężko było stwierdzić, co sfrustrowało go bardziej – reakcja Anakina, czy jego własna.
- Wiem. – Skywalker niechętnie odsunął się od Mistrza. – Wybacz.
- Jeżeli chcesz mnie przekonać, to pokaż, że umiesz rozdzielić obowiązki i uczucia!
Kącik ust Skywalkera nieznacznie uniósł się do góry.
„Jeżeli chcesz mnie przekonać." Brzmiało to dużo lepiej niż wcześniejsze „nie przekonasz mnie, Anakinie". Och, a więc Obi-Wan sam przyznał, że szanse na przekonanie go nie były równe zeru! Być może istniał jakiś algorytm, który mógłby dać Skywalkerowi zwycięstwo w negocjacjach? Jakaś lista? Spis warunków, które musiały zostać spełnione, by „nie" zamieniło się w „tak".
Nawet jeśli Obi-Wan nie chciał przyznać pewnych rzeczy na głos, jego zachowanie nie pozostawiało wątpliwości: on też w jakimś stopniu pragnął, by byli razem. No bo, gdyby było inaczej, dlaczego dawałby protegowanemu wskazówki? I nie pozwalałby sobie na drobne gesty w poczekalni przed gabinetem Kanclerza…
Chyba właśnie zdał sobie sprawę, że mógł „niechcący" zachęcić Anakina, bo odwrócił wzrok i odsunął się od drugiego mężczyzny o kolejny metr. Zrobił to w samą porę, gdyż sekundę późnej rozległ się syk rozsuwanych drzwi.
Palpatine jak zawsze siedział za biurkiem z dłońmi splecionymi na blacie. Zakończył holo-połączenie z senatorem Organą i posłał dwóm Jedi uprzejmy uśmiech.
- W samą porę, panowie. Zapraszam!
Nic nie wskazywało na to, by miał pretensje o spóźnienie. Albo o pamiętny wybuch Anakina z czasu, gdy Obi-Wan pozostawał w niewoli u Futty.
Skywalker pozwolił sobie na dyskretne westchnienie ulgi. Miał nadzieję, że nikt nie poinformował jego Mistrza o tamtej malutkiej… eghm… „sprzeczce" z głową Senatu. Kenobi mógł nie lubić Palpatine'a, ale z pewnością kręciłby nosem, wiedząc, że jego protegowany pokazał się Kanclerzowi od tak nieuprzejmej strony.
Spokój i profesjonalizm! – wypinając pierś, powiedział sobie Anakin. – Pamiętaj: spokój i profesjonalizm!
Rozpieszczaniem Obi-Wana będzie mógł się zająć, gdy rozpoczną misję. Póki co będzie grał przykładnego Rycerza Jedi, którego jedynym zamiarem było dokładne wykonywanie powierzonych obowiązków. A, i dbanie o uprzejmości!
- Przepraszamy za spóźnienie, Kanclerzu – powiedział, gdy razem z Obi-Wanem zajęli miejsca na kanapie. – I za to, że byliśmy… eee… nieosiągalni.
- Nic się nie stało, Anakinie – Palpatine niedbale machnął ręką. – Wszyscy Jedi są teraz zapracowani. Rzadko udaje się ściągnąć wszystkich na naradę w tym samym czasie.
Kenobi wydał ciche westchnienie. Skywalker nie miał dostępu do umysłu Mistrza, jednak bez problemu zrozumiał przekaz.
„Zero ochrzanu za spóźnienie" – mówiła mina starszego z Jedi. – „Nie ma to jak być pupilkiem Kanclerza!"
Ciężko się z tym nie zgodzić. Nawet Anakin musiał przyznać, że Palpatine czasem okazywał mu trochę zbyt wiele wyrozumiałości. Choć w większości przypadków było to młodemu Jedi rękę, ostatnimi czasy Skywalker czuł się w związku z tym trochę… niezręcznie.
- Zresztą… – Przywódca Republiki podjął wątek. – To, co najważniejsze, zostało już omówione z Radą Jedi. Pozostaje mi tylko wtajemniczyć was w szczegóły. Cieszy mnie, że odzyskałeś zdrowie, Mistrzu Kenobi. Opowieści o twoich przeżyciach bardzo mnie zaniepokoiły.
- W plotkach jest spora przesada, Kanclerzu – ze spokojem odparł Obi-Wan. – W rzeczywistości nie byłem poważnie ranny.
Nie, wcale… - pomyślał sarkastycznie Anakin.
- Jak rozumiem, jesteś w formie? – dopytywał Palpatine. – Nie chcielibyśmy powierzać ci zbyt trudnej misji, gdy nie odzyskałeś pełnej sprawności.
- Nie ma powodów do niepokoju, Ekscelencjo – zapewnił Kenobi. – Jestem tak sprawny, jak przed uwięzieniem.
- O tym to chyba powinien zadecydować uzdrowiciel ze Świątyni… – Skywalker odezwał się, zanim zdołał się powstrzymać.
Tym stwierdzeniem zasłużył sobie na wściekłe spojrzenie Mistrza.
- No co? – zapytał, dzielnie patrząc Obi-Wanowi w oczy. – Wszyscy wiedzą, że nie jesteś najwłaściwszą osobą, by oceniać własny stan zdrowia. Gdyby nikt cię nie kontrolował, biegałbyś po polu bitwy z połamanymi kończynami!
- I kto to mówi? – zakpił Kenobi. – Nie przypominam sobie, byś ty kiedykolwiek wysiedział w bakcie tak długo, jak ci kazali.
- Noo… i dlatego wsadzają mnie do akwarium na siłę. – Skywalker wzruszył ramionami. – I zmuszają mnie, bym regularnie stawiał się do oceny medycznej. Tę cechę akurat mam po tobie, więc to chyba normalne, że chcę, by najpierw zobaczył cię uzdrowiciel i…
- Zapewniam cię, że BYŁEM już badany przez uzdrowicieli! – gniewnie uciął Obi-Wan. – Więcej razy, niż trzeba! Kompetentne osoby, znające się na swojej pracy, stwierdziły, że jestem w pełni zdrowy.
Jasne, Anakin wszystko rozumiał. Nie potrafił natomiast zrozumieć, dlaczego Obi-Wan zrobił z tego jednego komentarza tak wielką szopkę. Nie, poważnie… o co mu chodziło? Zarzucali sobie nawzajem tendencje do lekceważenia doznanych obrażeń, jeszcze zanim się ze sobą przespali!
Przecież nie trzęsę się nad nim bardziej, niż zwykle! – pomyślał poirytowany Anakin.
I niemal natychmiast po tym usłyszał w głowie cichutki głosik:
Prawda?
Kanclerz odchrząknął, przypominając gościom o swojej obecności.
- Jeżeli, mimo wszystko, potrzebujesz dłuższego odpoczynku… - ostrożnie zwrócił się do Obi-Wana.
- NIE potrzebuję! – Kenobi posłał protegowanemu jeszcze jedno wściekłe spojrzenie, po czym skierował opanowany wzrok na Palpatine'a. – Jestem gotowy, by wykonać powierzone zadanie, Ekscelencjo.
- Wspaniale. – Przywódca Republiki wydał westchnienie ulgi. – Obawiałem się, że jeśli powierzę tę misję komuś innemu, szanse na bezkrwawe rozwiązanie konfliktu spadną do zera. Natomiast, jeśli ty zajmiesz się tą sprawą, Mistrzu Kenobi, szanse są… cóż… szanse istnieją. Choć nadal są dość nikłe.
Z każdym słowem zainteresowanie Anakina wzrastało. Nikłe, a wręcz „niemal zerowe" szanse? Czyżby szykowała się misja o poziomie trudności zbliżonym do wyprawy do Cytadeli? O co mogło chodzić? Zadanie pod przykrywką? Odbicie zakładnika?
- Układ Fenis na Zewnętrznych Rubieżach nie jest dla ciebie obcym miejscem… czyż nie? – Palpatine zwrócił się do Kenobiego.
Obi-Wan zmarszczył brwi. Miał identyczną minę, gdy ktoś wspominał przy nim o Satine. Albo o Qui-Gonie.
- Fenis Prime ma dla mnie… szczególne znaczenie – przyznał z pewnym oporem.
- Podobnie jak dla całej Republiki – westchnął Kanclerz. – Jak zapewne wiesz, Fenis już dwanaście lat temu ubiegało się o miejsce w Senacie. Ponieważ nadal nie spełnili wymaganych standardów, nie mogliśmy zaakceptować ich kandydatury… jednak nawiązaliśmy z nimi bliską współpracę. Jako jedni z największych producentów Przyprawy, od dawna dostarczają nam lekarstwa. W czasie wojny ich planeta stała się dla nas ważnym punktem strategicznym oraz nieocenionym zapleczem medycznym. Dzięki korzystnym układom z Fenis, nie musimy kupować Przyprawy od skorumpowanych biznesmenów, mających powiązania z różnymi syndykatami zbrodni. Takimi, jak ta hołota z Kessel… - Palpatne wzdrygnął się z niesmakiem. – Nie muszę chyba mówić, że utrata Fenis postawi nas w bardzo niekorzystnej sytuacji?
Anakinowi zaczęło coś świtać.
- Zaraz, zaraz… - Gwałtownie się wyprostował i skierował rozszerzone w zdumieniu oczy na Mistrza. – Teraz pamiętam! Czy Fenis nie była przypadkiem planetą, na której tyrałeś przez dwa miesiące tuż po tym, gdy przyznali ci tytuł Rycerza Jedi?
- Owszem. – Obi-Wan krzywo się uśmiechnął. – Ciężko, bym zapomniał planetę, na której odbyłem moją pierwszą samodzielną misję. A także planetę, na której ja i Qui-Gon omal nie zakończyliśmy żywota w dość paskudny sposób. Taaak... Nie ukrywam, że moje „wycieczki" na Fenis zawsze były… ciekawe.
Przez chwilę siedział w milczeniu, gładząc się po po zaroście na podbródku. Wreszcie skrzyżował ramiona i posłał Kanclerzowi zaintrygowane spojrzenie.
- Prawdę mówiąc, nie umiem sobie wyobrazić, by mieszkańcy Fenis mieli jakiekolwiek problemy z Separatystami. Z tego, co mi wiadomo, nie miewają problemów z kimkolwiek poza sobą nawzajem. Nie są jedną z tych bezbronnych planetek, które stają się łatwym kąskiem dla droidów. Zawsze mieli pokaźną i dobrze wyszkoloną armię. Nawet bez naszych wojsk, łatwo wypędziliby Dooku ze swojego systemu, gdyby zechciał się u nich pokazać. A nie sądzę, by to zrobił. Gdy ostatnim razem próbował ich przekabacić na swoją stronę, dostał dość agresywną odpowiedź. Coś się od tamtego czasu zmieniło?
- Jeszcze nie, Mistrzu Kenobi. – Kanclerz wbił zatroskany wzrok w splecione palce dłoni. – Ale obawiam się, że zmiana wkrótce nastąpi. I choć jest ona niewielka, może obrócić całą sytuację o sto osiemdziesiąt stopni. Na naszą niekorzyść. Mówię, oczywiście, o zbliżającej się zmianie władzy. Fenis będzie miało nowego Cesarza.
Informacja wyraźnie zaniepokoiła Obi-Wana. Mistrz Jedi gwałtownie wciągnął powietrze i chwycił się oparcia kanapy.
- Gon Kin Huan zginął? – wyrzucił z siebie.
- Jeszcze nie – odparł Kanclerz. – Ale zachorował na tajemniczą chorobę i wielu mówi, że nie dożyje kolejnego tygodnia.
- Tajemnicza choroba! – Skywalker kpiąco się uśmiechnął. – Jasne. Już mam dla niej nazwę! Tajemnicza choroba o nazwie „spisek Separatystów".
- Zgadzam się z Anakinem. – Obi-Wan skinął głową. – Fenis ma znamienitych lekarzy, cieszących się szacunkiem całej Galaktyki. I, niestety, równie sławnych specjalistów od trucizn. Nie wierzę, że Cesarz zachorował na coś, z czym jego nadworni medycy nie są w stanie sobie poradzić. Chyba że sami pogarszają jego stan. Moim zdaniem to rzeczywiście czyjś spisek, choć nie obstawiałbym jednoznacznie Separatystów. Gon Kin Huan to człowiek, który ma masę wrogów również na własnej planecie. Już raz próbowano go zabić. Podczas mojej ostatniej wizyty, dwanaście lat temu.
- Bo… uwolnił niewolników? – Anakin spytał niepewnie. Kiedyś coś na ten temat słyszał, ale nie pamiętał zbyt wielu szczegółów.
- Tak zrobił – wzdychając, potwierdził Kenobi. – Nie tylko rozwścieczył grube ryby na Fenis, ale też zerwał z wieloletnią tradycją planety. Przed jego rządami nikomu nie przyszłoby do głowy, by zerwać z niewolnictwem.
- Idealiści często stają się męczennikami – stwierdził Palpatine. – Lubię Jego Wysokość, Gon Kin Huana. Wciąż mam nadzieję, że nie podzieli tragicznego losu Księżnej Mandalore.
Nie ulegało wątpliwości, że wspomnienie śmierci Satine zabolało Obi-Wana. Mimo to Mistrz Jedi zdołał zapanować nad emocjami. Wziął głęboki oddech i zwrócił się do Kanclerza:
- Cesarz Fenis rzeczywiście zmaga się z podobnym problemem, co niegdyś Księżna. Jednak trzeba mieć na uwadze, Ekscelencjo, że drogi tych dwojga są zupełnie różne. Satine zaczęła się uważać za pacyfistkę już w bardzo młodym wieku. I nie była ze swoimi przekonaniami sama. Zarówno wśród dzierżących władzę Klanów Mandalore jak i zwykłych obywateli znajdowali się ludzie, którzy uważali, że trzymanie się wojowniczej tradycji planety jest obciążone zbyt dużym kosztem. Natomiast w przypadku Gon Kin Huana… sprawy miały się nieco inaczej.
Kenobi zrobił chwilę przerwy, po czym mówił dalej.
- Podobnie jak pozostali możni na Fenis, Jego Wysokość Gon Kin dorastał w przekonaniu, że świat, w którym jedni dominują nad drugimi, to najkorzystniejszy układ we Wszechświecie. Zarówno dla panów jak i niewolników.
- Raju, to z bycia niewolnikiem można mieć jakieś korzyści? – Anakin nie zdołał powstrzymać kpiącego prychnięcia. – Ale jestem głupi… Całe życie w kłamstwie! A tak na serio, skoro ten cały Cesarz uważa, że bycie niewolnikiem jest takie fajne, to może powinien sam nim zostać?
- No i został – westchnął Obi-Wan. – Choć nie w taki sposób, jak myślisz.
Skywalker zmierzył dawnego Mistrza zaintrygowanym spojrzeniem. W odpowiedzi Kenobi posłał mu ponury uśmiech.
- Niewolnictwo to nie jedyna „szlachetna" tradycja Fenis. Mają znacznie więcej zwyczajów, które w większości rejonów Galaktyki uchodzą za przestarzałe. Na przykład zacieśnianie więzi pomiędzy ważnymi rodami za pomocą aranżowanego małżeństwa. Właśnie to spotkało obecnego Cesarza Fenis. Kiedy był jeszcze Księciem, został zmuszony do ślubu z kobietą, której nigdy nie widział. I jak na ironię, dowiedział się o zaręczynach dzień po tym, gdy sam odmówił parze niewolników zawarcia małżeństwa.
- Niewolnicy mogą się hajtać? – Anakin zmarszczył brwi. – W życiu o tym nie słyszałem.
- Prawa Fenis są równie osobliwe, jak sama planeta. Dwoje niewolników może się pobrać, jeśli należą do jednego Pana. Ale tylko w sytuacji, gdy on wyrazi na to zgodę. Kiedy Gon Kin Huan wziął ślub wbrew swojej woli, uświadomił sobie, jak niewielką kontrolę ma nad własnym życiem. I częściowo zrozumiał, co każdego dnia musi przeżywać przeciętny niewolnik. Od tamtej pory postrzegał tradycje swojej planety inaczej, lecz potrzebował jeszcze wielu lat, by coś z tym zrobić. By raz na zawsze zerwać z ludzi kajdany.
- Co sprawiło, że się przełamał?
Obi-Wan uśmiechnął się z nostalgią.
- Miłość – wyszeptał z namaszczeniem. – To, a także dwóch Jedi we właściwym miejscu, we właściwym czasie.
- Słyszałem plotki o pamiętnej wizycie na Fenis twojej i twojego Mistrza – odezwał się Palpatine. – Jeśli mnie pamięć nie myli rozbiliście się, czyż nie?
- Tak, i to w najgorszym możliwym miejscu. –Kenobi aż się wzdrygnął. – Tuż przed Pałacem Cesarskim. Nie zdążyliśmy ugasić ognia z szat, gdy wycelowano do nas z blasterów. Jedi nie są mile widziani na Fenis. Władcy planety nie postrzegają nas jako Obrońców Galaktyki, lecz jako bandę zarozumialców, wtrącających się w nie swoje sprawy.
- Mandalorianie też tak myślą – wtrącił Anakin, klepiąc mentora po ramieniu. – Ty to masz szczęście do planet, które nie lubią Zakonu.
- Wizyta w takim systemie to zawsze doskonała okazja, by zmienić podejście ludzi. – Obi-Wan obdarzył dawnego Padawana spojrzeniem pod tytułem „nadal musisz się wiele nauczyć". – Jego Wysokość, Gon Kin Huan zaczął uwalniać ludzi, bo przekonała go do tego kobieta o imieniu Laira. Kiedy ją poznałem, była niewolnicą Cesarza… a także jego kochanką. Za namową mojego Mistrza, Qui-Gona Jinna, wreszcie zebrała się na odwagę i szczerze porozmawiała z Jego Wysokością. Powiedziała Gon Kinowi, że nie będzie w stanie dalej go kochać, jeśli będzie akceptował świat, w którym ludzie są zakuwani w kajdany. I że ich miłość nie może być uważana za prawdziwą w sytuacji, gdy jedno z nich nie jest w pełni wolne.
- Cóż za historia! – kręcąc głową, podsumował Palpatine. – Doprawdy… nie przestaje mnie zadziwiać, z jaką skutecznością kobieta potrafi zmienić serce mężczyzny.
- To nie była "zmiana", Ekscelencjo – poprawił uprzejmym tonem Kenobi. – Jego Wysokość Gon Kin od początku miał dobre serce. Tyle że to nie wystarczyło, by zaryzykował i sprzeciwił się systemowi. Laira wcale nie musiała go zmieniać… Ona jedynie pomogła mu znaleźć w sobie siłę, by został „najlepszą wersją siebie".
- To piękna opowieść o tym, że zakazany związek nie zawsze jest destrukcyjny. – Niewinnie się uśmiechając, Anakin posłał dawnemu Mistrzowi wymowne spojrzenie. – Może też pomóc komuś znaleźć równowagę. Zmotywować go, by postępował właściwie. Zgodzisz się ze mną, Mistrzu?
Nie rozmawiali w tej chwili jedynie o Cesarzu i jego kochance, a Obi-Wan doskonale o tym wiedział.
- Wszystko zależy od kontekstu, mój dawny Padawanie – podkreślił, nie tracąc z Anakinem kontaktu wzrokowego. – A warto zauważyć, że ten konkretny związek już dawno przestał być zakazany. Laira jest obecnie wolną kobietą i legalną żoną Gon Kin Huana. – Kenobi nieoczekiwanie spochmurniał. – Choć, niestety, jej status niczego nam nie ułatwia – dokończył, głęboko wzdychając.
- Właśnie – podchwycił Kanclerz. – Odłóżmy debatę filozoficzną o związkach na bardziej dogodną chwilę i skupmy się na bieżących sprawach. Pierwszym celem twojej misji, Mistrzu Kenobi, będzie bezpieczne przewiezienie na Fenis wybranego przeze mnie medyka. To godny zaufania specjalista o bardzo wysokich kwalifikacjach.
- Szanse na to, by Cesarscy Doradcy dopuścili kogoś z zewnątrz do Gon Kin Huana, są dosyć niskie. – Obi-Wan rozmasował podbródek. – Ale zawsze warto spróbować. Zrobię co w mojej mocy, by ich przekonać.
- Przy odrobinie szczęścia, być może uda się ocalić życie Jego Wysokości. – Palpatine skinął głową. – Ale… musimy być również gotowi na scenariusz, w którym Cesarz umrze. I podjąć odpowiednie kroki, by został zastąpiony przez właściwą osobę.
Nad biurkiem Przywódcy Republiki wyświetlił się hologram przedstawiający nieruchome postacie dwóch mężczyzn.
- Zgaduję, że to kandydaci – odezwał się Anakin.
- Książęta – sprecyzował Kanclerz. – Synowie Jego Wysokości. Mamy szczęście, gdyż zgodnie z prawem Fenis, władzy nie obejmuje najstarszy potomek, ale ten wyznaczony przez ojca. A Cesarz już kilka lat temu wyznaczył na następcę młodszego z książąt. Syna swojej drugiej żony, Lairy. Młodego Li'Shena. Możesz powiedzieć nam o nim coś więcej, Mistrzu Kenobi?
Obi-Wan wpatrzył się w twarz czarnowłosego młodzieńca o łagodnych oczach.
- Li'Shen jest w wieku Anakina. Gdy go ostatnim razem spotkałem, był małym chłopcem. Jeśli jego usposobienie drastycznie się nie zmieniło, powinien być dobrym materiałem na władcę. Cóż… przynajmniej mamy pewność, że nie opowie się po stronie Separatystów. A ponieważ jest synem dawnej niewolnicy, wątpię, by miał ochotę ponownie zakuwać ludzi w kajdany. Co innego jego brat. Uwierz mi, Kanclerzu… Nawet Dooku lepiej nadawałby się na nowego władcę Fenis niż Książę Cheng.
Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z wyraźnym niesmakiem.
- Jest aż tak paskudny? – zaciekawił się Anakin.
Zerknął na drugiego z wyświetlonych na hologramie mężczyzn. Cheng był o dobre kilkanaście lat starszy i nieco lepiej zbudowany niż Li'Shen, jednak poza tym wyglądał niemal identycznie jak brat. A przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo im dłużej Skywalker się przyglądał, tym bardziej nie mógł się oprzeć wrażeniu, że wyczuwa coś niepokojącego. Choć jeszcze nie potrafił tego nazwać.
- To nieprzewidywalny psychopata – bez ogródek oznajmił Kenobi. – Zamordował własną matkę, tylko dlatego, że chciała dać jego ojcu rozwód. Dwanaście lat temu omal nie wybuchła z tego powodu Wojna Domowa. Wielu podejrzewało, że Cesarz zamordował pierwszą żonę, by móc bez przeszkód wziąć ślub z Lairą. Najwięksi przeciwnicy Gon Kin Huana wykorzystali to jako pretekst, by krytykować zwalczanie przez niego niewolnictwa. Przy czym mówiąc „krytykować", nie mam na myśli jedynie słów, ale też ataki terrorystyczne. Książę Cheng i jego zwolennicy uważają niewolnictwo za jedyny właściwy system. A żeby przywrócić dawny stan rzeczy, posuną się bardzo daleko.
- Ale chyba nikt nie bierze ich na poważnie, nie? – spytał Anakin. – No bo przecież…. skoro ten facet posunął się do zamordowania matki… Przecież nie puścili mu tego płazem! Prawda?
- Niestety nie stawił się na własny proces. – Obi-Wan krzywo się uśmiechnął. – Mimo moich starań, zdołał uciec z planety. Nie mam pojęcia, jaki jest jego obecny status… Choć słyszałem, że nadal ma zwolenników. I obawiam się, że gdyby chciał wrócić na dwór, Cesarz nie kazałby go aresztować.
- Obawiam się, że masz rację, Mistrzu Kenobi – westchnął Palpatine. – Nasi informatorzy z Fenis donoszą, że Książę Cheng wrócił na dwór. I wcale nie spotkał się z potępieniem.
- Cesarz nie może go po prostu wyrzucić? – Skywalker przewrócił oczami. – Przecież to on o wszystkim decyduje.
- To nie jest takie proste, Anakinie – szepnął Kenobi, kładąc protegowanemu dłoń na ramieniu. – Niełatwo pogodzić się z myślą, że ktoś bliski stał się chodzącym złem. Zwłaszcza jeśli ten ktoś jest naszym dzieckiem. Kiedy ostatnim razem widziałem Gon Kin Huana, on wciąż nie był w stanie traktować syna jak wroga. Mimo wszystkiego, co się wydarzyło...
- Przecież nie mówię, by traktował go jak wroga. Powiedziałem „wyrzucić", nie „aresztować". Mógłby po prostu powiedzieć, że nie chce widzieć tego faceta na dworze, albo w ogóle na planecie.
- Nawet jeśli Cesarz zdecydowałby się na taki krok, obawiam się, że niewiele by to dało – z żalem oznajmił Palpatine. – Choroba Jego Wysokości bardzo skomplikowała sytuację. Nie tylko dlatego że władca może umrzeć. Radykalni zwolennicy niewolnictwa rozpuszczają plotkę, że Cesarz jest karany przez Bogów, bo nie uszanował tradycji planety. A choroba, z którą nawet najznamienitsi lekarze nie potrafią sobie poradzić, to znak, że Fenis powinno powrócić do swoich dawnych zwyczajów. Co więcej… zwolennicy Księcia Chenga przekonali Radę Królewską, że gorączka wpływa na umysł Jego Wysokości, a w związku z tym najnowsze dekrety nie zostały podjęte w stanie pełnej poczytalności i nie mogą być uważane za obowiązujące. Łącznie z dekretem, który wskazuje Li'Shena jako następcę.
- Więc tym bardziej byłoby nam na rękę, gdyby Cesarz wyzdrowiał – podsumował Obi-Wan.
- Nooo, ale jeśli się nie wykuruje, powinniśmy być przygotowani – zaznaczył Anakin. – Separatyści z pewnością nie zostawią wyboru władcy przypadkowi.
- Trafne spostrzeżenie, Mistrzu Skywalker – zgodził się Kanclerz. – Pozwolenie, by na tronie zasiadł terrorysta i morderca własnej matki, jest absolutnie niedopuszczalne! Zapobiegnięcie takiej sytuacji to nasz moralny obowiązek. Pomożemy w ten sposób nie tylko sobie, ale również mieszkańcom Fenis. Dlatego, jeśli obecny Cesarz opuści świat żywych, zadaniem Mistrza Kenobiego będzie aresztowanie Księcia Chenga i przetransportowanie go na Coruscant. Skoro władze Fenis nie chcą osądzić zbrodni tego zwyrodnialca, my to zrobimy.
- Mam pewne wątpliwości, Kanclerzu – ostrożnie zaprotestował Kenobi. – Kiedy na Mandalore zmieniła się władza, postanowiliśmy się nie mieszać. Czy zrobienie czegoś wprost przeciwnego na Fenis, nie będzie lekką hipokryzją? Wiem, że sytuacja jest nieco inna, gdyż we wszystko zamieszani są Separatyści, ale… Uważam, że powinniśmy podejść do sprawy nieco ostrożniej. Choćby uzyskać oficjalną zgodę Cesarza albo jego Rady, zanim zdecydujemy się aresztować Chenga.
- Albo oddajmy decyzję ludziom! – zaproponował Skywalker.
Był zdeterminowany, by pokazać Obi-Wanowi, że nie jest jedynie młotkiem wymachującym mieczem świetlnym. Wydoroślał i potrafił wymyślać rozwiązania niewymagające przemocy.
- Moglibyśmy zorganizować na Fenis wybory – mówił dalej, wodząc wzrokiem od Kenobiego do Kanclerza. – Pamiętam, jak mówiłeś, że władza z woli ludu, to najmocniejsza forma władzy, Ekscelencjo. Dlatego powinniśmy powierzyć los planety w ręce demokracji. Kto zakwestionuje władzę Księcia, którego wszyscy kochają i popierają?
- Uznałbym to za znakomity pomysł, Anakinie. – Palpatine posłał młodszemu z Jedi pobłażliwy uśmiech. – Ale obawiam się, że w tej sytuacji demokracja może obrócić się przeciwko nam. Zbyt duża część planety popiera stary system. I nie mam tu na myśli jedynie wysoko postawionych arystokratów, ale również byłych niewolników.
- Tego się właśnie obawiałem… - Obi-Wan wydał z siebie zrezygnowane westchnienie.
- Jak niewolnik może popierać niewolnictwo?! – Skywalker wytrzeszczył oczy.
- Ponieważ niewola to nie tylko czipy wewnątrz ciała czy obroże na szyi – wyjaśnił cicho Kenobi. – Najtrudniej zerwać kajdany, które istnieją w czyjejś głowie. A niewolnictwo na Fenis jest bardzo… specyficzne. Panowie z Kadavo wymuszają posłuszeństwo za pomocą strachu i przemocy. Natomiast niewolnicy na Fenis od małego są uczeni, że powinni kochać swoich właścicieli i traktować ich jak członków rodziny… Co nie jest aż tak trudne, jako że Panowie nagradzają lojalność wygodami, podarunkami i pięknymi strojami.
- Ochłapy ze stołu! – prychnął Anakin. – Ja też dostawałem od Watto jakieś nędzne części ze sklepu… Śmieci, z którymi nie wiedział, co zrobić. I co? To miałoby wystarczyć, bym cieszył się z bycia jego niewolnikiem?
- Nie każdy jest taki jak ty, Anakinie. Nawet gdyby Qui-Gon nie zabrał cię z Tatooine, bez problemu poradziłbyś sobie jako wolny człowiek. Już jako dziewięciolatek wykazywałeś większą inicjatywę niż niejeden dorosły. Byłeś świetnym mechanikiem, umiałeś o siebie zadbać i miałeś marzenia. W każdej chwili byłeś gotowy, by wziąć odpowiedzialność za swoje życie.
Skywalker zaczerwienił się. Nie mógł uwierzyć, że dawny Mistrz postrzegał jego dziewięcioletnie Ja w taki sposób. I że powiedział o tych spostrzeżeniach tak… tak otwarcie, i to przy Kanclerzu!
Bycie chwalonym przez Palpatine'a w obecności Obi-Wana to coś, do czego Anakin przywykł przez lata.
Natomiast bycie chwalonym przez Obi-Wana w obecności Palpatine'a to… to była zupełna nowość. Przyjemna nowość.
Kenobi mówił dalej:
- Kiedy Gon Kin Huan zaczął uwalniać niewolników, reakcją większości z nich był strach. Nigdy nie pracowali w gigantycznych kopalniach, jak te na Ryloth czy Kessel. Produkcja Przyprawy na Fenis jest oparta na tysiącach małych zakładów, z czego każdy ma własną historię i tradycje. Pracujący w podobnych placówkach niewolnicy rzadko byli robotnikami, wykonującymi ciężką fizyczną pracę. To farmaceuci specjalizujący się w przetwarzaniu Przyprawy, eksperci od maszyn górniczych, a czasem nawet bliscy doradcy swojego Pana. Żyli w wygodnych warunkach i niemal zawsze jedli z właścicielem przy jednym stole. Choć z prawnego punktu widzenia byli przedmiotami, od małego wpajano im, że spotkał ich wielki zaszczyt. Nawet niewolnicy z domów publicznych uważali swój zawód za chlubę.
Ostatnie stwierdzenie zaintrygowało Anakina. Ale nie dlatego że nie wierzył w sytuację, gdy ktoś czerpał dumę ze sprzedaży swojego ciała. W czasach, gdy był napalonym siedemnastolatkiem, często spotykał prostytutki czerpiące radość z wykonywanego „zawodu".
Bardziej zaciekawiło go, w jakich okolicznościach jego Mistrz dowiedział się o sytuacji w burdelach na Fenis. Może Qui-Gon do jakiegoś go zawlókł? Anakin chciał o to zapytać, ale w ostatniej chwili ugryzł się język. To chyba nie był najlepszy temat do poruszania w obecności Przywódcy Republiki…
„Musisz mieć niezłą siłę woli, skoro odwiedzałeś domy publiczne, a mimo to do trzydziestego siódmego roku życia byłeś dziewicą!"
Tja, walnięcie takiego tekstu do Obi-Wana przy Palpatinie byłoby niezłym strzałem w kolano! Po czymś takim Kenobi prawdopodobnie nie chciałby nawet odzywać się do dawnego ucznia, a co dopiero wejść z nim w związek. Jakie to szczęście, że Kanclerz nie potrafił używać Mocy.
- Z dniem uzyskania wolności – ciągnął Kenobi – wielu niewolników wylądowało na bruku. Wszystkiego musieli nauczyć się od zera. Nie mieli pojęcia, jak zarabiać i wydawać pieniądze… Jak chronić siebie, swój dobytek i swoją rodzinę. Pod wieloma względami przypominali sieroty, którym zabrano opiekunów. Niektórzy przystosowali się do nowych warunków, ale większość zwyczajnie się pogubiła. Nie minęło dużo czasu, aż pojawiły się głosy domagające się przywrócenia dawnego stanu rzeczy. Na szczęście Cesarz się nie ugiął. Korzystne umowy handlowe z Republiką dały mu fundusze, dzięki którym mógł wesprzeć dawnych niewolników, pomóc im stanąć na nogach… Po paru latach program przyniósł owoce i protesty znacznie się zmniejszyły.
Urwał na chwilę i wbił ponury wzrok w palce, które zaciskały się na materiale spodni. Pełnym powagą głosem, dokończył:
- Jeżeli Cheng przejmie władzę i zacznie układać się z Separatystami, wszystko się posypie. Wszystko! Ponad dwadzieścia lat wysiłku pójdzie na marne.
Stało się jasne, że Obi-Wan nie potrafił zdystansować się do tego zadania tak skutecznie, jak do innych. Skywalker nie pamiętał, kiedy jego Mistrz podchodził do jakiejś misji z tak wielkim, osobistym zaangażowaniem. Coś podobnego nie miało miejsca od czasów…
Mandalore – ze smutkiem uświadomił sobie Anakin.
Może Kenobi miał bliskich przyjaciół również na Fenis? Albo przejmował się faktem, że jeśli zawiedzie, to w pewien sposób zaprzepaści to, czego wiele lat temu dokonał Qui-Gon?
Anakin posłał mentorowi pokrzepiający uśmiech.
- Nie martw się na zapas – powiedział, uderzając pięścią w otwartą dłoń. - Jeśli będzie trzeba, zakujemy niegrzecznego księciunia w kajdanki! A ja chętnie rozmówię się z kilkoma dawnymi niewolnikami. Pogadam sobie z nimi o perspektywach, które daje wolność.
Obi-Wan niepewnie odwzajemnił uśmiech protegowanego. W oczach miał wdzięczność i czułość. Jednak Skywalker nie mógł napawać się tym widokiem zbyt długo - kolejne słowa Kanclerza rozpieprzyły absolutnie wszystko.
- Wybacz mi, Anakinie, ale obawiam się, że źle zrozumiałeś moje intencje. Mistrz Kenobi poleci na Fenis sam. No, może ze wsparciem kilku zaufanych żołnierzy ze swojego oddziału. Natomiast ty dostaniesz inne zadanie.
W pierwszym odruchu Anakin był pewien, że się przesłyszał. Miał nadzieję, że się przesłyszał!
- Co? – wykrztusił.
W odpowiedzi ujrzał zdumione uniesienie brwi przez Kanclerza i ostrzegawcze łypnięcie Obi-Wana.
„Co?"- owo krótkie i opryskliwe słówko opuszczało jego usta dosyć często, tyle że zazwyczaj miało to miejsce w Sali Obrad Rady Jedi. Ale nigdy w gabinecie Palpatine'a!
Nic dziwnego, że Przywódca Republiki wyglądał na zbitego z tropu. Miał na twarzy identyczne zagubienie, jak podczas tamtego pamiętnego spotkania, gdy Anakin wybuchł w jego obecności.
Również i tym razem Skywalker nie zdołał się powstrzymać.
- Ale jak to, ma lecieć na Fenis sam? - zapytał z irytacją. – Jeszcze nawet nie zdążył wyzdrowieć po incydencie z łowcą nagród!
- Uzdrowiciel stwierdził, że odzyskałem formę – przypomniał chłodno Kenobi.
Anakin puścił tę uwagę mimo uszu. Ignorując gniewne spojrzenia, które posyłał mu dawny Mistrz, zaczął wyrzucać z siebie potok słów.
- A co jeśli zostanie uwięziony? Albo otrują go, tak jak Cesarza? Czy tylko ja pamiętam, jak potoczyła się misja na Kadavo? Polecieliśmy tam we czwórkę, z czego trójka z nas była Jedi! Nie zdążyliśmy nawet zrobić porządnego rozpoznania, gdy wszyscy zostaliśmy uwięzieni. A Obi-Wana dodatkowo biczowano! Ta cała wyprawa na Fenis może skończyć się tak samo, albo jeszcze gorzej. Cheng i jego zwolennicy spodziewają się jego przybycia, więc pewnie zostawią na niego pułapkę! Tyle że tym razem nie będzie z nim nikogo, kto by mógł…
- Po pierwsze, NIE polecę na Fenis sam! – Obi-Wan wszedł protegowanemu w słowo.
Był wkurzony jak diabli. Brakowało tylko buchającej z nozdrzy pary.
- Na planecie jest nasza placówka, więc będę mógł zabrać ze sobą niewielki oddział – ciągnął przez zaciśnięte zęby. – Po drugie, mam na cesarskim dworze nie tylko wrogów, ale też przyjaciół. W razie kłopotów na pewno mi pomogą. Po trzecie, obywatele Fenis nie lubią naszego Zakonu. Mnie znają, więc jakoś zdzierżą moją obecność, jednak zabranie ze sobą drugiego Jedi z pewnością nie zadziała na moją korzyść. Zwłaszcza jeśli miałby to być ktoś niedojrzały i narwany, nie posiadający w sobie nawet odrobiny subtelności!
- A czy niechęć do naszego Zakonu kiedykolwiek stanowiła problem? – nie ustępował Anakin. – Ludzie różnie się do nas odnosili, ale nie przypominam sobie, by to kiedykolwiek powstrzymało nas przed udzieleniem im pomocy!
- Rozumiem, co chcesz powiedzieć, Anakinie – ostrożnie wtrącił Palpatine – jednak Mistrz Kenobi ma słuszność, twierdząc, że…
- Z całym szacunkiem Kanclerzu, ale Mistrz Kenobi nie myśli teraz racjonalnie! – zaprotestował Anakin.
Nie zauważył, że zaczyna ostro przekraczać granicę. Bezczelnie wcinał się w zdania Przywódcy Senatu i stawiał swojego mentora w niezbyt dobrym świetle. Coraz bardziej grabił sobie w oczach obu mężczyzn, lecz był zbyt zafiksowany na celu, by zdać sobie sprawę, jak zaczyna być postrzegany.
Za wszelka cenę chciał zostać wysłany na misję razem z Obi-Wanem – nic innego się dla niego liczyło!
- Tak naprawdę mówi to wszystko, bo nie chce być dla nikogo problemem – oznajmił, pokazując (na tym etapie już nieźle rozjuszonego) Kenobiego. – Uparł się, by narażać tylko własne życie, więc odmawia pomocy! Dlaczego ma ryzykować bardziej, niż trzeba? Przecież nie chcemy powtórki z jego wypadu na Mandalore!
- To, co się wtedy stało jest BEZ ZWIĄZKU z tym, o czym mówimy TERAZ! – fuknął Obi-Wan z miną pod tytułem „nie wierzę, że to powiedziałeś!"
- Drogi chłopcze. – Palpatine wciąż przemawiał tym samym, przyjacielskim tonem, jednak fakt, że zwrócił się do Anakina per „chłopcze", jasno wskazywał, że przestaje traktować swojego ulubionego Jedi poważnie. Dotychczas odnosił się do Skywalkera w podobny sposób tylko wtedy, gdy rozmawiali na osobności. – Rozumiem twoje obiekcje, jednak Rada Jedi…
- A co z Dooku? – nie ustępował Skywalker. – Ma niepowtarzalną okazję, by przejąć jeden z naszych najważniejszych systemów. Zdziwiłbym się, gdyby nie postanowił załatwić sprawy osobiście. Ciekawe, czy Rada uwzględniła go w swoich rozważaniach?
- Z pewnością przenalizowali różne scenariusze, również ten z udziałem Hrabiego – syknął Kenobi. - Podczas KAŻDEJ misji istnieje mniejsze lub większe prawdopodobieństwo natrafienia na Dooku. Albo Grievousa. Jednak to nie powód, by obsesyjnie trząść się ze strachu o życie towarzyszy. Musimy po prostu robić swoje i liczyć się z możliwością, że…
- No, ale we dwóch moglibyśmy spróbować go złapać! – kłócił się młodszy z Jedi. - Skoro jest duża szansa, że się pojawi…
- Nawet bez prób schwytania Dooku, to zadanie będzie wystarczająco trudne! - Obi-Wan uderzył pięścią w oparcie kanapy. Z każdą chwilą coraz bardziej tracił cierpliwość. On i Anakin patrzyli sobie w oczy z identyczną zawziętością, jakby każdy z nich trzymał koniec liny i koniecznie chciał przeciągnąć przeciwnika na swoją stronę. Ich twarze były tak blisko, że prawie stykali się nosami.
- Skoro już teraz wiesz, że zadanie będzie trudne, to może wreszcie przestaniesz się upierać i pozwolisz, bym poleciał z tobą?
- To nie ja postanowiłem wykluczyć cię z tego zadania!
- Jednak uważasz, że mnie nie potrzebujesz!
- Nigdy nie powiedziałem, że cię „nie potrzebuję"! Stwierdziłem jedynie, że…
Kanclerz odchrząknął, przypominając parze Jedi o swojej obecności. Równocześnie obrócili głowy, by na niego spojrzeć. Gabinet Przywódcy Republiki raczej nie był odpowiednim miejscem na kłótnie…
Obi-Wan miał przynajmniej dość przyzwoitości, by wyglądać na speszonego, jednak z oczu Anakina nie znikała determinacja. Skywalker był zbyt zaniepokojony perspektywą rozłąki z Mistrzem, by zawracać sobie głowę pierdołami, takimi jak dobre wychowanie.
Nie chodziło już nawet o to, że jego „genialny plan" rozpadłby się na kawałki, i że znowu przebywaliby z daleka od siebie przez Moc wie, ile czasu. Wyprawa na Fenis naprawdę wydawała się misją o wyższym wskaźniku ryzyka niż ich dotychczasowe zadania. Anakin słyszał to i owo o poprzednich przygodach Obi-Wana na tej planecie. Wspomniane opowieści zawsze były pełne zwrotów w stylu: „mało brakowało", „ledwo uszliśmy z życiem" albo „to najniebezpieczniejsze miejsce w całej cholernej Galaktyce i już nigdy tam nie wrócę".
Zdaniem Vosa, Kenobi za każdym razem wracał z Fenis z lekką traumą na psychice - nie żeby dawny Mistrz Skywalkera się do tego przyznał!
Nie. Anakin doskonale wiedział, że jego mentor ani nie powie na głos o swoim dyskomforcie, ani tym bardziej nie odrzuci planu, który Wielka i Kurwa Mać „Nieomylna" Rada Jedi uznała za najwłaściwszy. Cała nadzieja w Kanclerzu.
- Ekscelencjo. – Skywalker zwrócił się do Głowy Senatu najuprzejmiej i najspokojniej, jak potrafił – Przecież zależy nam, by plan się powiódł, czyż nie? Uważam, że powinniśmy dać Mistrzowi Kenobiemu i jego ludziom jakieś zabezpieczenie. Może… eee… może mógłbym udawać pilota, tak jak wtedy, gdy Senator Amidala starała się zdemaskować Senatora Clovisa? Mieszkańcy Fenis nie wiedzieliby, że jestem Jedi, więc nie byliby wkurzeni. Nawet nie musiałbym wchodzić do pałacu. Mistrz Kenobi sam zająłby się misją, a ja pozostawałbym w odwodzie, w razie gdyby coś było nie tak. Kanclerzu, proszę, zaufaj mi! To najlepsza opcja!
Jeszcze nigdy nie wykorzystywał swojej pozycji jako Pupilka Palpatine'a tak bezwstydnie jak teraz, jednak nie potrafił czuć w związku z tym wstydu. Nie miał ochoty puszczać Obi-Wana samego na tamtą przeklętą planetę i tyle w temacie!
- Twój pomysł wydaje się rozsądny, Anakinie. – Uważnie przypatrując się młodemu mężczyźnie, Palpatine rozmasował podbródek. – Jednak nie chciałbym robić czegoś wbrew Radzie Jedi po tym, jak osiągnęliśmy porozumienie w tej sprawie.
- Ale Obi-Wana nie było na zebraniu, gdy to omawiali, a to on zna tę planetę najlepiej! Nie powinni podejmować decyzji bez niego.
- Czytali moje raporty, więc znają sytuację na Fenis – chłodno wtrącił Kenobi. – A poza tym, teraz jestem tutaj i stwierdzam, że…
- A poza tym, to operacja wojskowa, więc ostatnie zdanie należy do ciebie, nie do Rady, Ekscelencjo! – bezpardonowo podsumował Anakin.
Wyraźnie wyczuwał w Mocy wkurw Obi-Wana, jednak dzielnie go ignorował. Całą uwagę skupiał na Palpatinie. Nie obchodziło go, że zachowuje się jak dziecko, naciskające na ulubionego dziadka, by po prostu sprawił mu przyjemność i nagiął się do jego woli. Potrzebował wspólnej misji z dawnym Mistrzem! Ewentualnymi konsekwencjami swojego nietaktownego zachowania zajmie się później.
- Cóż… skoro intuicja mówi ci, że warto zachować szczególną ostrożność, jestem skłonny przychylić się do twojej prośby i wysłać cię na Fenis razem z Mistrzem Kenobim – stwierdził wreszcie Palpatine.. – Och! – Gwałtownie się wyprostował, jakby o czymś sobie przypomniał. – Ale co z misją, którą zaplanowałem dla ciebie?
Niechby nawet chodziło o testowanie luksusowego SPA! – lekceważąco pomyślał Anakin. – Czego by nie dotyczyła ta tajemnicza misja, NIE jestem zainteresowany!
Dokładnie w tym momencie drzwi do gabinetu Kanclerza rozsunęły i się i stanęła w nich osoba, której młody Jedi nie spodziewał się już kiedykolwiek zobaczyć. A przynajmniej nie w tym życiu.
Lśniące, upięte w wytworny kok brązowe włosy. Łagodne, lecz jakże bystre orzechowe oczy. Zgrabna figura ukryta pod ciemno-granatową suknią. Złota obręcz oplatająca smukłą szyję.
Dobrze, że Anakin niczego nie trzymał, bo bez wątpienia by to upuścił. Prawdę mówiąc, przez chwilę czuł się tak, jakby upuścił własny mózg. Zerwał się na nogi i ze ściśniętym od emocji gardłem wykrztusił:
- Padme?!
