Oczy Harry'ego wciąż są zbyt ciężkie by mógł je tak po prostu otworzyć i pieką jakby ktoś sypnął w nie piaskiem. Jest nieco otumaniony i w pierwszej chwili nie wie co się dzieje. Leży na czymś twardym i zimnym, a w tle słyszy czyjś płacz i niewyraźne słowa, których znaczenia jeszcze nie jest w stanie pojąć. Niezidentyfikowany głos należy do kobiety, a półprzytomny umysł Harry'ego podsuwa mu pełne nadziei obrazy.

- Mama? – pyta słabo, szeptem tak cichym, że sam siebie nie słyszy.

- Lily nie wiem co robić. Tak bardzo się boję… Zabierz go proszę, zabierz go do siebie! Ja już nie mogę! To… to potwór!

Ciotka Petunia…? Ale…

Bolesne rozczarowanie niemal łamie mu serce, kiedy walczy sam ze sobą, próbując zmusić mózg do pracy. Z trudem otwiera w końcu oczy i jest zaskoczony widokiem pochmurnego, popołudniowego nieba.

- Odłóż ten nóż, głupia! – wtrąca się ostry, męski głos. Harry odwraca głowę, zerkając na znajomą postać. Jest przestraszony, nie wie co się dzieje ani nawet gdzie się znajduje i dopiero powoli dochodzi do siebie. Ostatnie co pamięta to monotonny widok za oknem, a później tylko ciemność. Musiał zasnąć w samochodzie.

- Odejdź! Nie zbliżaj się! – krzyczy ciotka Petunia tonem tak piskliwym, że niemal rani Harry'emu uszy. Evan unosi przed sobą dłonie w uspokajającym geście, choć jego twarz jest ściągnięta gniewem. – Kim jesteś?!

- Uspokój się i pomyśl przez chwilę. Co ci da zabicie go? Na dobrą sprawę, to mógłby być twój syn, są przecież w jednym wieku. Będziesz w stanie spojrzeć w lustro, wiedząc, że z zimną krwią zamordowałaś niewinne dziecko?

- NIEWINNE?! – prycha histerycznie kobieta. - To mały potwór! Demon! Widziałam jak zabił psa sąsiada. I te ptaki zakopane w ogrodzie to też na pewno on! Zbyt długo już przymykaliśmy oczy na jego dziwactwa, ignorowaliśmy te… te jego mroczne, nienaturalne moce. Nie będziemy czekać aż i nas zabije we śnie!

Harry porusza się niespokojnie, kiedy dociera do niego, że rozmawiają o nim. To teraz będzie miał przerąbane. Evan z całą pewnością się na niego wścieknie i wyciągnie bolesne konsekwencje.

Obiecał mu przecież, że więcej tego nie zrobi. Naprawdę myślał, że jego opiekun o niczym się nie dowie. Kuli się w sobie, jakby chciał zniknąć i uniknąć kary, ale nagle coś przychodzi mu do głowy. Myśl tak straszliwa i przerażająca, że jego serce zamiera na naprawdę długą chwilę.

A co jeśli... Evan go zostawi?

… Jeśli uzna, że Harry jest okropnym, nieposłusznym bachorem i odejdzie?

Rosier mruga powoli, otwierając i zamykając usta, po czym wzrusza ramionami i rzuca się przed siebie. Harry siada gwałtownie, a wtedy dokładnie widzi jak mężczyzna powala ciotkę Petunię na ziemię, wyrywając jej z ręki nóż. Kobieta upada, uderzając głową o kant… nagrobka. Nie rusza się, więc może nie żyje, a może tylko jest nieprzytomna. Harry'ego nie bardzo to teraz obchodzi, bo przecież musi się wytłumaczyć, a potem błagać o wybaczenie aż do Evana dotrze, że nie zrobił tego specjalnie.

No dobra, zrobił, ale przecież chciał tylko chronić ich tajemnice. Ten pies był mały, głupi i ciągle przemykał na posesje wujostwa, rozkopując ogródek, gdzie pochowali nieszczęsne ptaki. Wtedy jeszcze nie miał zielonego pojęcia o tym, że ciotka już o nich wiedziała.

- Evan, ja…

- Nie teraz, dziecko – mówi mężczyzna cichym, złowrogim tonem. – Jestem zbyt rozdrażniony by o tym rozmawiać w tym momencie.

Łapie chłopca pod pachami i ściąga z nagrobka, ale nie jest przy tym w żaden sposób brutalny, a zaraz później nawet ogląda go z każdej strony, jakby szukał ewentualnych obrażeń.

- Stój tu i nawet nie myśl by choćby drgnąć – ostrzega, podchodząc do leżącej na murawie ciotki Petunii i szturcha ją stopą ze zniesmaczonym wyrazem twarzy. - Przeklęta mugolka, żeby cię tak szlag jasny trafił. A ci idioci to co sobie myśleli?! Zostawiać z kimś takim TO dziecko? Dobrze, że moje plany uległy zmianie, bo dopiero bym się zdziwił…

Rosier gdera pod nosem, uzupełniając swoją wypowiedź o całą wiązankę wyjątkowo… niewybrednych słów, których Harry nigdy w życiu nawet nie słyszał. Nie wie też kogo Evan nazwał idiotami ani jakie plany konkretnie miał mężczyzna, więc w pierwszej kolejności pyta o to, co interesuje go najbardziej.

- Co teraz będzie?

- No, jak to co? Pogrzebię trochę w głowie twojej mugolskiej ciotce, sprawię, że zapomni o tym co widziała i co chciała zrobić, a potem wrócisz z nią do domu.

Harry zamiera w bezruchu jak sarna złapana w światła reflektorów i oblewa się zimnym potem. Nie, nie, nie… Czyżby ziściły się jego najgorsze obawy? To znaczy, że Evan jednak chce odejść? Może właśnie to planował od dłuższego czasu. Potter miał, co prawda, swoje podejrzenia już od kilku tygodni, ale nie chciał w to uwierzyć, bo przecież Evan wielokrotnie zapewniał, że go nie zostawi.

Jest tak spanikowany, że z trudem łapie oddech, ale chce dostać swoją odpowiedź czarno na białym.

- A-a co z tobą? – pyta cicho i gratuluje sobie w duchu, bo jego głos niemal wcale nie drży. Nie będzie się mazgaił. Nie pokaże jak bardzo czuje się zdradzony. Magia drga dziko w jego wnętrzu, rosnąc w siłę tak nagle, że niemal zwala go z nóg. Płynie w żyłach niczym agresywna rzeka, pulsuje w mięśniach, wywołując ich mimowolny skurcz i ociera się o kości z niemym ostrzeżeniem.

Rosier milczy, ale Harry wie, że go usłyszał.

- Nie – szepcze, odsuwając się o krok. Jego ciało trzęsie się niekontrolowanie, jakby rażone prądem. Moc szuka ujścia, podrażniając wrażliwe opuszki palców i skapując na suchą glebę pomiędzy nagrobkami. Ziemia chłonie magię niczym gąbka wodę, reagując delikatnym, ledwie wyczuwalnym drżeniem. - Wiedziałem, że tak będzie.

Evan wstaje z kucek, odwracając się gwałtownie.

- Harry, co ty wyprawiasz? Uspokój się natychmiast.

- NIE! Obiecałeś! – krzyczy chłopiec, a coraz więcej magii wymyka się spod jego kontroli. - Tyle są warte twoje obietnice? Jesteś zwykłym kłamcą!

- O czym ty mówisz, niemądre dziecko? – Mężczyzna brzmi na szczerze zdziwionego, ale Harry już mu nie wierzy. Na pewno znów będzie chciał mu wcisnąć jakąś bajeczkę. - Czy kiedykolwiek cię okłamałem?

- Cały czas kłamiesz! – zarzuca mu Harry, a zawód i zranienie całkiem przesłaniają jego zdolność logicznego myślenia. Wiatr wzmaga się, smagając ich po twarzach, szarpiąc ubraniami, a niezidentyfikowany wibrujący dźwięk narasta, powoli drażniąc uszy.

- Prawda nie stanie się kłamstwem tylko dlatego, że tobie jest tak wygodniej – upiera się Evan, a jego twarz pozostaje bez wyrazu. Robi krok do przodu i pojednawczo wyciąga dłoń w jego stronę. – Harry…

- Nie podchodź!

Ziemia trzęsie się, trzeszczy, a potem pęka pod ich stopami.


Evan czuje jak coś strzela mu nieprzyjemnie w karku, kiedy zbyt szybko odwraca głowę w stronę dziwnego dźwięku. W pierwszej chwili myśli, że to Petunia wydała z siebie ten pełen boleści dźwięk, ale ona pozostaje nieprzytomna. I wtedy to dostrzega… dłoń wygrzebującą się z mogiły. Wszystko dzieje się w sekundach, choć ma wrażenie, że czas zastyga w miejscu, a on może tylko gapić się, szeroko otwartymi oczami, na rozgrywającą się scenę. Cmentarz zaczyna roić się od rąk przebijających gładko nasączoną magią ziemię, pojawiających się kolejno głów i reszty ciał w różnym stopniu rozkładu. Nagrobki rozpadają się, robiąc przejście tym, którzy zostali na wieczność uwięzieni pod chłodnym marmurem.

Wokół zaczyna roić się od żywych, choć nieco skołowanych trupów, które potrzebują zapewne kilku minut by dojść do siebie. Możliwe, że wkrótce niektórzy z nich zaczną nawet mówić. Unoszący się w powietrzu smród rozkładających się ciał dławi go i szczypie w oczy, ale gdyby nie te drobne szczegóły to pewnie byłby zachwycony. To jest fantastyczne! Oczywiście dopóki dotyczy kogoś innego niż on sam.

Spogląda na Harry'ego, który nie wydaje się nawet w najmniejszym stopniu zniesmaczony. Tylko stoi bezczynnie w samym centrum tego makabrycznego przedstawienia, a jego oczy lśnią determinacją, kiedy pozwala zombie tłoczyć się za sobą.

Rosier wybucha śmiechem tak głośnym, że jego zwielokrotnione echo niesie się po cmentarzu.

- I co… z nimi… zrobisz? – pyta, z trudem łapiąc oddech, w krótkich przerwach między napadami rozbawienia. – Zabierzesz ich do domu?

- Co cię to obchodzi? – obrusza się Harry, zaplatając ramiona na piersi. – I tak odejdziesz! A ja nie chcę znowu zostać sam. Oni nie odejdą! Nie mogą. Zostaną tak długo jak będę chciał, więc możesz sobie iść skoro chcesz. Nie potrzebuje cię! Wcale, a wcale!

- Nie bądź śmieszny – kpi Evan, prostując się i ocierając łzy z kącików oczu. Podchodzi bliżej chłopca, mrugając po drodze do jednej z połowicznie martwych kobiet, choć jej spojrzenie nadal pozostaje bezrozumne, jakby dusza nieboszczki wciąż balansowała na granicy. – Za parę minut większość z nich będzie w stanie się porozumieć. To nie zwierzęta, które mógłbyś zignorować. Będą krzyczeć, zawodzić, obwiniać cię, a co mądrzejsi błagać o litość. Nie masz bladego pojęcia o konsekwencjach swojej zachcianki. A poza tym…

Pyk.

Pyk, pyk, pyk…

Niech to szlag…, to jedyne co zdąża pomyśleć Evan nim odruchowo zasłania chłopca swoim własnym ciałem, odwracając się w stronę czarodziejów aportujących się na cmentarzu. Aurorzy, no tak, mógł się tego spodziewać. Równie potężne wyładowanie magiczne musiało wywołać poruszenie, zwłaszcza, że nie ogranicza się do jednego miejsca, a zapewne rozchodzi po całej okolicy.

- Co to…. ?

- Na brodę Merlina!

Piątka uzbrojonych aurorów kontra jeden wyjęty spod prawa śmierciożerca i dziecko, o którego obecności nie powinni wiedzieć… można uznać, że szanse są wyrównane, prawda? Może i tak. Głównie dlatego, że większość tego pierwszego składu wygląda, jakby miała za moment stracić przytomność.

- Rosier!

Wystarcza jeden rzut oka na nabrzmiałą, poczerwieniałą z wściekłości twarz Alastora Moody'ego aby mózg Evana wskoczył na najwyższe obroty.

- Panowie, to nie tak jak myślicie… - zaczyna Rosier, uśmiechając się niewinnie, a jednocześnie kalkulując w głowie szanse na ucieczkę. Musi działać szybko i zdecydowanie, stawiając wszystko na jedną kartę, więc nawet nie daje im dojść do słowa. – Dobra, macie mnie, to dokładnie tak jak myślicie. Hej, Dawlish, ty mięczaku, nie podoba ci się nasze doborowe towarzystwo? Spójrz na tą śliczną panienkę, może chociaż ona się z tobą umówi…

Evan chwyta najbliżej stojącą nieumarłą, po czym popycha ją mocno w stronę zacnego grona aurorów, którzy w popłochu odskakują na boki, wyłączając Dawlisha, bo on akurat jest zajęty natychmiastowym pozbywaniem się zawartości swojego żołądka.

- W nogi! – rzuca krótko, odwracając się na pięcie, łapiąc Harry'ego za rękę i wciągając go w coraz bardziej świadomy tłum nieboszczyków. – Elitarne jednostki ministerstwa, myślałby kto – prycha jeszcze pod nosem, prąc naprzód, zgięty w pół. Chłopiec zdaje się być przestraszony nagłym zwrotem akcji i w niczym nie przypomina roszczeniowego, potężnego maga sprzed kilku chwil.

Aurorzy zapewne są zajęci próbą utrzymania w ryzach tej armii żywych trupów, bo jakimś cudem Harry'emu i Evanowi udaje się zbiec z cmentarza niepostrzeżenie. Krzyki i rozpaczliwe wycie niosące się po całej okolicy, powoli wyciągają z domów zaciekawionych mieszkańców Doliny Godryka. Evan jednak wie, że nie mogą spocząć na laurach, pościg z pewnością się nie skończył, a w przeciwieństwie do nich, aurorzy nie muszą polegać jedynie na własnych nogach.


Dłonie Harry'ego są mocno zaciśnięte, kiedy próbuje utrzymać to dziwne, pulsujące coś ukryte teraz we wnętrzu jego pięści. Prze naprzód, ale z trudem i chyba głównie dlatego, że Evan niezmordowanie ciągnie go za sobą. On sam zdaje się uwiązany do cmentarza, do ludzi, którzy powinni pozostać martwi, a powstali z grobów.

Nie widzi tego, bo są już dosyć daleko, ale wie, że kroczą za nim powoli, niepowstrzymanie. Czuje to przyciąganie, cały ten nieznośny ciężar, który wszystko utrudnia, kiedy próbują go cofnąć lub przynajmniej zatrzymać. Lodowata obecność podąża za nim krok w krok. Ogląda się przez ramię, ale nic nie dostrzega, zamiast tego traci równowagę i tylko mocny uścisk dłoni Evana na jego nadgarstku, nie pozwala mu upaść.

- Patrz pod nogi – rzuca Rosier w pośpiechu, ale go nie puszcza. Harry wzdryga się, czując na karku chłodny powiew. To nie podmuch wiatru tylko coś bardziej jak… oddech. Jest obecność i cichy, niezrozumiały szept, a zaraz potem lodowaty dotyk na ramieniu. Zerka za siebie, ale nikogo nie dostrzega.

Puść ich. Daj im odejść. Nie należą do ciebie. Są moi, moi… MOI!

Harry nie rozumie co się dzieje, ale w jednej chwili tkwi gdzieś pomiędzy szaleńczym biegiem, a totalnym bezruchem. Słyszy te szepty, tym razem nieco głośniejsze, a jednocześnie nakładające się na siebie. Czuje irytację i coś jakby złość, lecz te uczucia nie należą do niego. On sam jest zmieszany. Może nawet nieco przestraszony, choć w głębi duszy wie, że nie ma się czego bać. Tak naprawdę nic mu nie grozi.

Odpuść. Bądź grzecznym chłopcem, no, dalej.

Głos staje się natarczywy, ponaglający, a upór Harry'ego topnieje, bo szybko traci siły i wolę walki.

Z trudem rozwiera odrętwiałe palce i nagle nieznośny ucisk znika, a on znów pędzi na złamanie karku, lecz tym razem tak lekki, że mógłby dać się porwać nawet zwykłemu podmuchowi wiatru. Szybko zapomina o tajemniczej obecności i głosie, który już gdzieś słyszał, ale teraz już nawet nie pamiętał gdzie.

Wydaje mu się, że minęła cała wieczność odkąd opuścili miasto, a Evan nie pozwala mu na choćby minutę wytchnienia. Czuje, że jego twarz jest czerwona i mokra od wysiłku, a płuca palą go żywym ogniem.

- E-Evan… ja j-już… nie m-mogę – udaje mu się wydusić, kiedy przystają na moment, ponieważ droga się urywa. Minęli właśnie dość spore pole i niewielki zagajnik, docierając na skraj przepaści. Na dnie urwiska płynie rwąca rzeka, a Rosier zdaje się nad czymś gorączkowo myśleć. Harry postanawia wykorzystać okazję i siada na trawie, oddychając płytko. Właściwie to może nawet zdrzemnąłby się z minutkę czy dwie, przecież są już daleko i ktokolwiek ich gonił to pewnie zdążył sobie odpuścić.

- Jeszcze nie czas na odpoczynek – mówi Evan twardo, rozglądając się wyraźnie niespokojnie. – To jeszcze nie koniec. Założę się, że wciąż mamy pościg na karku.

- Daj mi… s-spokój. Nigdzie już nie idę. Zostaw mnie tu, przecież i tak chciałeś to zrobić.

Zwielokrotnione trzaski roznoszą się echem po okolicy. Harry drga na ten dźwięk niespokojnie, ale nie robi nic by podnieść się z ziemi. Jest całkowicie wyczerpany i nie rozumie kto i dlaczego ich ściga, lecz czuje strach jedynie spoglądając na ściągniętą niepokojem twarz Evana.

- Nie mamy teraz czasu na dyskusję o tych wyssanych z palca bzdurach. Musimy iść. Natychmiast!

Okrzyki towarzyszące pogoni zdają się być coraz bliżej. Obydwaj są już nawet w stanie rozróżnić poszczególne słowa.

- … nie uciekli daleko…

- … rozdzielmy się…

Evan zaciska usta w wąską linię, po czym łapie go za ramię i bezceremonialnie podnosi go do pozycji stojącej i zmusza by ruszył za nim w kierunku przepaści. Harry widząc do czego to prowadzi, próbuje się wyrwać. Zapiera się stopami o podłoże, szarpie się i wierzga, ale nie ma większych szans w starciu z o wiele większym, starszym i silniejszym mężczyzną.

- Nie, Evan, nie do wody… - Jego głos jest cichszy niż szept, bo gardło ma ściśnięte przerażeniem.

- Nie mamy innego wyjścia – stwierdza Rosier, pochylając się by spojrzeć mu prosto w twarz. Oczy Harry'ego odruchowo uciekają w kierunku przepaści, kiedy głośno przełyka ślinę, ale długie, mocne palce unieruchamiają go w pozycji, z której nie jest w stanie dojrzeć kotłującej się w dole wody. – Ale to twój wybór. Ostatnia szansa, żeby się wycofać.

Harry spogląda w spokojne oczy Evana, szukając w nich odpowiedzi. Obcy depczą im po piętach, więc prawdopodobnie wkrótce ich znajdą. Musi podjąć decyzję… czy tym razem zaufa dorosłemu? Do tej pory spotykały go z ich strony same rozczarowania, ale to… Evan. Jego opiekun, towarzysz, nauczyciel. Nie jest idealny, ale jest wszystkim co Harry ma. Może wcale nie zamierzał go porzucić? Przecież, jak dotąd, zawsze mówił mu prawdę. I dopiero co uratował go przed ciotką Petunią, która chciała zrobić mu krzywdę. I nie zostawił go na pastwę tych obcych czarodziei. Nie uciekł sam, a mógł pozbyć się problemu raz na zawsze. Harry dobrze wie, że jest problemem.

- Harry… - ponagla mężczyzna, wyciągając niecierpliwie dłoń w jego kierunku, jakby naprawdę chciał, żeby z nim poszedł. I chyba to ostatecznie go przekonuje.

ONI są tuż, tuż. Nadchodzą. Nie mogą już dłużej zwlekać, więc kiwa głową z nagłym zdecydowaniem. Pozwala by Evan objął go ramionami i podniósł, choć jest już przecież dużym chłopcem i może nawet byłby zawstydzony, gdyby nie paraliżujący go strach na samą myśl o tym, co zamierzali zrobić. Oplata Evana kończynami niczym małpka, dociskając twarz do szorstkiego policzka. Zaciska mocno powieki, przygotowując się na nieuniknione.

- Wszystko będzie dobrze – mówi jeszcze Evan, ale Harry nie jest pewny, którego z nich próbuje właściwie przekonać.

Krzyk więźnie mu w gardle, gdy skaczą w dół, prosto w przepaść. Czuje wyraźnie opór powietrza i pęd z jakim spadają. Wiatr szumi mu w uszach, ogłuszając go. Te kilka sekund ciągnie się niczym wieczność nim z całą siłą, boleśnie uderzają o lodowatą taflę wody.

Szybko rozdziela ich dziki, porywisty prąd rzeki. Głowa Harry'ego utrzymuje się na powierzchni tylko przez krótki moment; ledwie udaje mu się zaczerpnąć odrobinę powietrza. Robi się coraz zimniej i ciemniej, gdy powierzchnię wody zaczyna skuwać lód. Z początku cienka, trzeszcząca warstwa, powoli staje się grubsza, aż w końcu wydaje się niemożliwa do rozbicia.

Harry szamota się, wymachując rękami bez żadnej koordynacji. Nie umie pływać! Chciał o tym powiedzieć Evanowi, ale on nie słuchał. A teraz jest za późno.

Zdradzieckie wiry wciągają go coraz głębiej w zimną, ciemną toń, ale chłopiec wciąż walczy z siłami natury, choć od początku jego wysiłki są skazane na porażkę. Rozgląda się wokół z czystą, pierwotną paniką. Szeroko otwarte oczy pieką nieznośnie, a i tak nie jest w stanie dostrzec w tej ciemności nic poza spienionymi falami. Płuca palą ogniem, z ogromnej potrzeby zaczerpnięcia tchu. Jego kończyny z każdą chwilą stają się cięższe, a wręcz bezwładne. Gardło zalewa woda, kiedy odruchowo próbuje złapać oddech. Tak jakby to było możliwe; tutaj, niemal na dnie tego mokrego piekła.

Dusi się…

Po krótkiej chwili już nawet nie walczy. Tajemnicza Obecność znów mu towarzyszy. Cicha, choć wyraźnie niecierpliwa.

Oczekująca.

Cienie otulają go w kojącym uścisku. Wbrew wszelkiej logice czuje radość, szczęście i spokój. To nie jego uczucia, ale odbiera je jak własne, choć pochodzą jakby z zewnątrz. Jakby był tylko odbiornikiem, małym elementem łączącym rozsypane puzzle w jedną, idealną całość. W nieskończoną, nierozerwalną jedność.

Brak mu sił, a jego ciało jest niewyobrażalnie ciężkie.

Podświadomie wie, że…

…to koniec…

- HARRY!