Lucjusz Malfoy po kilku tygodniach poszukiwań wytropił Augustusa Rookwooda. Pomieszkiwał kątem u kuzyna, a czasem odwiedzał gospodę na ulicy Śmiertelnego Nokturnu.
- Witam.
Lucjusz uśmiechnął się w stronę dawnego znajomego, unosząc kufel piwa.
- Malfoy. Ty tutaj? Ministerstwo wie? - Rookwood rozejrzał się podejrzliwie. - Nie jesteś już zbyt lubiany.
- Mam do ciebie sprawę. Przejdziemy się i pogadamy jak starzy znajomi?
- No d-dobrze.
Wyszli na zewnątrz. Wąskie ciasne uliczki były puste o tej godzinie, zapadał zmierzch, sklepy były już pozamykane i tylko po kątach handlowano jeszcze podejrzanymi towarami. Augustus rozglądał się podejrzliwie.
- Czego chcesz? Słyszałem, że robisz dla Ministerstwa. To prawda? Bo jeśli tak to nie wiem, czy chcę z tobą gadać.
Lucjusz westchnął ciężko. Kiedy był pewien, że znajdują się w alejce, gdzie nikt nie będzie przeszkadzał, wyjął różdżkę. Rookwood wiedział, że coś się święci i cofnął się gwałtownie, a kiedy Lucjusz uniósł rękę, puścił się biegiem. Wąska uliczka nie dawała mu szans na ucieczkę, nim zdążył sięgnąć po swoją różdżkę, Lucjusz krzyknął:
- Petrificus Totalus!
Rookwood leżał jak długi i ani drgnął.
- No — Lucjusz podszedł do niego i nachylił się — to przyjemniejszą część mamy za sobą — powiedział.
Teleportacja ze sparaliżowanym ciałem do Malfoy Manor nie była niczym trudnym. Lucjusz przygotował się prędzej. Nienawidził tego sposobu teleportacji, ale wydał mu się najlepszy w tym przypadku. Złapał ciało Rookwooda jedną ręką a drugą pustą butelkę po piwie kremowym, która była zaczarowana w Świstoklik. Gwałtowne szarpnięcie przeniosło go bezpośrednio do piwnicy w jego posiadłości, a tam czekał Draco, na wszelki wypadek w pełnej gotowości ściskając różdżkę.
Rookwood został rozbrojony i zamknięty w lochu, dopiero wtedy Lucjusz zdjął z niego zaklęcie.
- W co ty grasz Malfoy?! Zabiję cię, rozumiesz? Zatłukę jak skrzata!
- Tak, tak — Lucjusz usiadł na stołku przed okratowaniem.
- Co dalej tato?
- Pokaż mu zdjęcie.
Draco podszedł bliżej krat i przysunął zdjęcie jednego z bliźniaków pana Weasleya.
- Kojarzysz tego chłopaka? - zapytał Lucjusz.
Wściekły Rookwood przyjrzał się fotografii i splunął.
- Nie.
- To się przypatrz, bo los tego chłopca cię tu doprowadził.
- Ta, a co z nim? - prychnął.
- Nie żyje.
- I co ja mam do tego?
- W bitwie o Hogwart zginął w wybuchu, który spowodowałeś.
- Masz dowód?
- Jego brat cię widział, gonił cię, ale cię nie dogonił.
- Percy Weasley — wtrącił Draco.
- Osobiście nic do ciebie nie mam — powiedział spokojnie Lucjusz — ale musisz wiedzieć, że nie ma gorszego gniewu od gniewu rodzica, któremu ktoś odebrał dziecko. A ja się z tym rodzicem układam i dlatego mam przyjemność gościć cię w moich skromnych progach...
- Zamknij się tleniony głupcze! Czego ode mnie chcesz?!
- Draco odsuń się — powiedział Lucjusz, a jego syn stanął tuż za nim.
Lucjusz wstał i obrócił w dłoni różdżkę zamyślony.
- Czego cię uczyli w Hogwarcie na Obronie przed Czarną Magią? Wymień zaklęcia niewybaczalne.
- Av-Avada Kedavra — wyjąkał Draco — najgorsze i nieodwracalne zaklęcie uśmiercające.
- Taak. Dalej.
- Cruciatus, służy do zadawania bólu.
- I?
- I Imperius. Zaklęcie przejęcia kontroli nad umysłem ofiary.
- Imperius jest bardzo ciekawe — powiedział Lucjusz.
- Żarty sobie robisz?! - warknął Rookwood. - Bawisz się w nauczyciela?
- Dobrze Draco — powiedział spokojnie Lucjusz, nie słuchając Augustusa. - Rzucisz zaklęcie Imperius dobrze?
- A-ale tato... za zaklęcia niewybaczalne zamykają w Azkabanie...
- Młody dobrze gada! - wtrącił się Rookwood.
- Myślisz, że bym pozwolił, żeby ktoś cię zabrał? Imperius jest najmniej szkodliwe z tych trzech zaklęć. Jest po prostu niemoralne. Nikt cię za to nie zamknie, proszę, użyjesz mojej różdżki.
Draco niepewnie wziął różdżkę ojca i wycelował z Rookwooda, który gwałtownie cofnął się od krat.
- Imperio!
- Teraz mu coś rozkaż.
- W-wbiegnij głową w mur — powiedział Draco, a Augustus jak zahipnotyzowany zrobił to, rozcinając sobie czoło i padając na ziemię.
- Och — Lucjusz podszedł bliżej — chyba go zepsułeś. Zdejmij zaklęcie, a ja tam teraz wejdę...
- Co? Po co?!
- Spokojnie. Ach jednak nie zemdlał.
Rookwood powoli podnosił się z ziemi. Draco celował w niego drżącą ręką.
- Nie będziemy używać więcej zaklęć niewybaczalnych. Przecież zeszliśmy ze złej ścieżki. Ale Artur miał pewne... wymagania więc... - Lucjusz wszedł do środka i uderzył pięścią w twarz Augustusa.
Bił go, okładał i kopał dobre kilka minut, aż w końcu Rookwood leżał na ziemi nieruchomo, próbując zasłonić głowę rękoma. Lucjusz odgarnął z czoła rozwichrzone włosy i wyszedł z lochu, dysząc.
- Teraz pójdziesz na górę i zawiadomisz Artura Weasleya. Niech go sobie odbierze. Ach i daj moją różdżkę, po wszystkim zmodyfikujemy mu trochę pamięć.
Draco oddał różdżkę ojca i ruszył w stronę schodów.
- I jeszcze jedno — zawołał za nim Lucjusz, Draco odwrócił się. — Nie musimy mówić mamie co dokładnie tu zaszło — uśmiechnął się do syna, a ten posłusznie skinął głową.
Artur Weasley zjawił się dwadzieścia minut później. Zawahał się na widok Augustusa Rookwooda, ale na myśl o swoim synu złość w nim wezbrała i sam dołożył mu kilka kopniaków. Następnie wygładził swoje ubranie, poprawił krawat i zabrał skazańca. Rookwooda czekał Azkaban. "Jakoś wyjaśnię jego stan, poza tym nie sądzę, by ktoś go żałował" powiedział i opuścił Malfoy Manor.
- Lucjuszu... - zaczęła Narcyza, wzrokiem wskazując jego obtarte kłykcie, kiedy siedzieli przy wspólnym śniadaniu — mam nadzieję, że nie przesadziłeś.
- Spokojnie Cyziu. Umiem nad sobą panować.
- A co jeśli Artur i tak na nas doniesie? - zapytała.
- Wiele złego mogę powiedzieć o Weasleyach — odparł Lucjusz — ale nie powiedziałbym, że są niesłowni. Weasleyowie tak jak my są rodem czystej krwi i mają swój honor. Byle jaki, ale mają.
- Mamo, tato... - wtrącił Draco oficjalnym tonem — chciałbym o coś zapytać.
Ku radości ojca odciągnął uwagę Narcyzy od tematu Rookwooda.
- No, to pytaj.
- Mógłbym na niedzielę zaprosić na obiad dziewczynę? - wyrzucił z siebie jednym tchem.
Państwo Malfoy spojrzeli po sobie i się uśmiechnęli.
- Oczywiście — odparli jednocześnie.
- Nie zgadzam się! - krzyknął Snape za oddalającą się Tatianą.
Zamknął drzwi przed nosem pozostawionej na progu dziewczynki. Stał tak chwilę w nadziei, że Tatiana zawróci po dziecko. Otworzył drzwi po pięciu minutach i spojrzał w dół. Dziewczynka, na oko dziesięcioletnia stała niewzruszona na wycieraczce. Snape zrobił skwaszoną minę i wpuścił ją do środka. Stanęła w przedpokoju i ani drgnęła dalej. Snape przyglądał jej się przez chwilę. Miała na sobie drogie ubranie i klasyczną brązową walizkę. Jasne blond włosy były splecione w dwa warkocze zwieńczone czerwonymi kokardkami.
- Chodź.
Zaprowadził ją do salonu.
- Usiądź — powiedział, bo znów stała jak kołek.
Usiadła posłusznie na kanapie, kładąc walizkę na podłodze koło nogi.
- Jak masz na imię?
- Irina.
Snape otworzył list od Tatiany i zaczął czytać:
Severusie,
na wstępie przepraszam, że musi się to odbyć w taki sposób. Jesteś jedyną osobą, której ufam, nie licząc mojej siostry, ale muszę zabrać ją ze sobą, jest mi potrzebna. Dziewczynka ma na imię Irina, to moja córka. Jej ojciec jest Magicznym Dyplomatą, za którego głowę dają 1 000 000 rubli. Pewne sprawy w moim kraju przybrały niebezpieczny obrót. Moja córka jest w niebezpieczeństwie, jeśli nie rozwiążemy pewnych problemów. Jesteś jedyną osobą, której mogę powierzyć życie mojego dziecka. Przechowaj ją, proszę. Resztę wyjaśnię po powrocie. Odwdzięczę się. To nie powinno potrwać więcej niż trzy dni.
Tatiana
Snape złożył list. Przez pewien czas on i dziewczynka wpatrywali się w siebie nawzajem.
"Jedyną osobą, której mogę powierzyć życie mojego dziecka" powtórzył w myślach Snape. "Czy ona zmysły postradała?" Nie miał pojęcia o dzieciach. Był nauczycielem, co ograniczało się do pilnowania, by nikt nie poparzył się przy kociołku i do przyznawania punktów, a głównie ich odejmowania.
- Jestem głodna — oznajmiła spokojnie Irina, robiąc małe usteczka w ciup.
Miała szarozielone oczy proszącego kota.
Snape poszedł do kuchni, otworzył lodówkę a jedyne, co znalazł to puszka sardynek i czerstwy chleb.
- Nie jem czegoś, co żyło — powiedziała dziewczynka, która niespodziewanie wyrosła u jego boku.
- W sensie... jesteś wegetarianką?
- Tak. Jak ciocia Anastazja. Mama mówi, że to absurdalne, bo od tego mamy kły, żeby jeść mięso — pokazała swoje białe ząbki.
- A ty jak uważasz? - zapytał Snape w nadziei, że jednak da się namówić na sardynki.
- Że to nieładnie. Zabijanie niszczy duszę.
"Gdzie byłaś, kiedy Dumbledore kazał mi się zab... "
- Pójdziemy coś kupić?
- Nie. Nie wiem.
Snape nigdy nie robił zapasów jedzenia. Jadł w mugolskiej knajpie (bo nie było w pobliżu nic lepszego) albo kupował tyle jedzenia, ile było mu potrzebne na razy, by zawsze wszystko było świeże. Odkąd matka się wyniosła, nie było też żadnych wypieków i domowych obiadów. Zastanawiał się, czy ma iść coś kupić i zostawić to podobno cenne dziecko, czy zabrać je ze sobą. Obie opcje były złe. Właśnie poczuł ulgę, że nie ma własnych dzieci. To takie ograniczające. Zaraz po tej myśli stwierdził, że Tatiana bardzo się pomyliła, powierzając mu dziecko.
- Zjemy na mieście — oświadczył.
- Mama mówi, że pan uczy w Hogwarcie — powiedziała dziewczynka, pałaszując pizzę.
- Tak.
- Też tam będę chodzić. W tym roku. Powie pan, jak tam jest?
- Jest... dużo nauki — nie wiedział, jak odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem.
- A dzieci są miłe?
- Nie wiem, ja ich tylko uczę, dla mnie muszą być mili — powiedział to z pewną satysfakcją.
- Dlaczego niektórzy są wredni?
- Ludzie po prostu tacy są. Musisz się z tym pogodzić. Im prędzej, tym lepiej.
- Jak?
"Dobre pytanie"
- Musisz być gorsza od nich.
"Brawo Severus. Tak jak ty byś był gorszy od Jamesa, ty tchórzu". Snape zapominał, że to tylko dziecko. Przypomniał sobie o tym, kiedy oczy Iriny zaszły łzami.
- Ktoś cię zaczepia? - zapytał, domyślając się, czemu zadała takie pytanie.
- Jeden chłopak z sąsiedztwa jest magiczny i też pójdzie do Hogwartu. Mówi, że jestem dziwna, że mam głupi akcent i wie, że mama była śmierciożercą. Mówi na mnie "nowa". Raz rzucał we mnie kamykami.
- W Hogwarcie nikt cię nie będzie zaczepiał — powiedział Snape.
- Skąd pan wie? TEN chłopak tam będzie — powiedziała znacząco.
- JA też tam będę i będę mógł go ukarać tak, że zapomni o dokuczaniu ci.
"Nie rób tego Sev" upomniał się w myślach, "nie bierz odpowiedzialności za kolejnego bachora".
Wrócili do mieszkania na Spinner's End najedzeni i z zakupami na kolejne dni. Snape ponownie przeczytał list od Tatiany. "Nie więcej niż trzy dni". Wieczorem odhaczył w głowie dzień pierwszy. Do końca wakacji został tydzień.
- Dziękuję za sowę — powiedziała Narcyza Malfoy, siadając na kanapie. - Słyszałam, że jest u ciebie matka. Nie chciałam wpadać bez zapowiedzi.
- Już jej nie ma. Na razie. Do końca wakacji — wyjaśnił.
Snape miał wyrzuty sumienia, ale wcale nie czuł się gorzej z powodu decyzji matki. Było mu to na rękę. Choć trochę niepokoił się o nią.
- Chcę, żebyś to przechował — powiedziała, kładąc na stoliku szkatułkę zamkniętą na klucz i z pewnością zapieczętowaną zaklęciami.
- Mogę zapytać, co to?
- Kilka najbardziej nielegalnych rzeczy, w których posiadanie musiał wejść mój mąż. Znasz jego słabość do takich artefaktów. Ciebie ministerstwo nie będzie przeszukiwało. A my już raz mieliśmy rewizję. Lucjusz wplątał się w jakieś głupie układy w Arturem Weasleyem, który wie, co ukrywamy. Nie mam do Artura tyle zaufania, co on. Wiesz... przezorny zawsze... i tak dalej. Przechowaj to, póki nie będę miała pewności, że sprawa ucichła. Będę wdzięczna.
- W porządku.
- Dziękuję. Severusie... dorabiasz jako niania? - Narcyza wskazała Irinę, siedzącą przy kuchennym stole i wertującą nowe szkolne książki.
- Zostałem podle wrobiony.
- Jak zawsze — zaśmiała się.
- To nie jest śmieszne. Nie znam się na dzieciach.
- Uczysz je! Jak możesz się nie znać?
- To co innego.
- Poradzisz sobie. W razie czego zastosuj Hogwardzkie metody.
Snape wrócił do jej słów już następnego dnia. Wiedział, że dziecko jest cenne, mogłoby być wykorzystane w konflikcie, ktoś mógł jej porwać. Dlatego wściekł się, kiedy zobaczył Irinę bawiącą się na zewnątrz. Szarpnął ją za ramię, może trochę za mocno i zaprowadził do mieszkania.
- Nie robisz nic, absolutnie nic, jeśli mnie najpierw nie zapytasz o zgodę, rozumiesz?!
Dziewczynka skinęła głową wystraszona. "Hogwardzkie metody".
- W Hogwarcie zbiera się punkty — powiedział nieco spokojniej.
Wziął różdżkę, wysoką szklankę i wyczarował w niej zielone szklane kulki.
- To twoje punkty. Za to, co zrobiłaś — a co zrobiłaś?
- Nie zapytałam, czy mogę wyjść.
- Tak, odejmuję ci punkty. Powiedzmy dziesięć — wyjął dziesięć szklanych kulek. - Jak posprzątasz ze stołu, pięć dostaniesz z powrotem. Jasne?
Irina skinęła głowa i pobiegła do kuchni.
Mijał czwarty dzień i Snape bał się, że nikt nie odbierze dziecka i będzie musiał sam zabrać ją do Hogwartu, w którym jako nauczyciel powinien być przed pierwszym września.
Dziewczynka właśnie spała w najlepsze na jego łóżku przyklejona do swojej maskotki. Odmówiła spania w salonie na kanapie, ponieważ uznała salon za "zbyt przerażający w nocy". O sypialni należącej niegdyś do rodziców Snape nawet nie pomyślał. To było jedyne pomieszczenie, do którego nie wchodził. Sam usadowił się w fotelu i przysypiał nad Prorokiem Wieczornym, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Kiedy je otwarł, do środka wpadła roztrzęsiona Anastazja. Była blada bardziej niż zwykle, a oczy miała podkrążone.
- Co się dzieje? - Snape od razu wyczuł, że coś jest nie tak.
- Tatiana... ona...
- Co? Wyduś to.
- Gde Irina?
- Śpi na górze.
- Tatiana ne żyje.
Anastazja wpadła w jego ramiona, zanosząc się cichym łkaniem.
- Przepraszam — powiedziała, kiedy nieco się uspokoiła.
- Co się wydarzyło?
- V mayey kraju jest konflikt polityczny u czarodziejów. Byli zamieszki eto... eto dolgaya istoriya. Tatiana i jej muzh, obydwoje zginęli — po policzkach znów popłynęły jej łzy.
- Zostaniesz na noc? - zaproponował.
- Ne ya... mój narzeczony czeka. Już i tak nadszarpnęliśmy twoją gościnność. Spasibo, chto zająl się Iriną. Jutro będę musiala yey to jakoś powiedzieć.
- Przykro mi...
