I check my look in the mirror
Wanna change my clothes, my hair, my face
Man, I ain't gettin' nowhere
I'm just livin' in a dump like this
here's somethin' happenin' somewhere
Baby, I just know that there is
You can't start a fire
You can't start a fire without a spark
This gun's for hire
Even if we're just dancin' in the dark
(Bruce Springsteen: Dancing in the Dark)


Severus nie wyspał się tej nocy i wstał lewą nogą. Nadal szumiało mu w głowie po spontanicznym wieczorze na wieży astronomicznej z Aurorą i Sybillą, który wcale nie potoczył się tak, jak mistrz eliksirów sobie życzył. Nie przemyślał tego. Zamiast spodziewanego resetu omal nie narobił sobie tylko więcej kłopotów. Dobrze, że przynajmniej tego udało mu się uniknąć, bo zaiste niewiele brakowało. Wróżby i gusła… O mroczny Salazarze, w co on się najlepszego wpakował? I to w zwyczajnym, pospolitym, pracowniczym dniu szkolnym. Nadal miał kaca, a skronie rozsadzała migrena. Wiedział, że bezpośrednią przyczyną jest nie tylko alkohol, miał mocną głowę. Zwyczajnie za dużo potencjalnie stresogennych czynników przypuściło na niego zmasowany atak dokładnie w tej samej chwili, i oto opłakane skutki.

Bale i balety, niech to szlag!

Wiedział, że się nie wykręci. To od początku była przegrana sprawa. Z dyrektorem nie dało się wygrać, zawsze znalazł jakiś sposób. Albo to Snape zwyczajnie stał się z czasem zbyt miękki, zbyt spolegliwy. Pieprzony syndrom sztokholmski! Tak długo był zakładnikiem zwariowanego starucha, że w końcu to polubił, zgodnie z najlepszymi tradycjami literatury dla kucharek. Siedział teraz zamknięty w swojej wieży (lochu), zapuszczał lśniące loki (no, niekoniecznie) i czekał, aż zjawi się chętny wybawiciel. I nawet miał już galowy strój na wielki finał…

Severus z wysiłkiem podniósł głowę i spojrzał na nowiutkie szaty wyjściowe, które ktoś najwyraźniej dostarczył wczoraj pod jego nieobecność. Na pewno nie on je zamówił, tego był pewien. Nie było na całym świecie dość alkoholu, żeby mógł zapomnieć o czymś podobnym. Zielone. Dopasowane do sylwetki według najnowszej mody, z nieco obszerniejszą peleryną niepraktycznie doczepioną u ramion. Z jaśniejszą kamizelką wyszywaną w połyskujące jak psu jajca srebrne wężyki. Pieprzony książę Slytherinu, władca parkietu i pogromca serc niewieścich (nie tylko, biorąc pod uwagę kilka tu i tam sugestywnie wciętych i wyciętych elementów tego krawieckiego koszmaru). Co za ponury żart.

Skoro właśnie zaczęła się upragniona przez wszystkich przerwa świąteczna i nie miał zajęć z uczniami, Snape najchętniej odpuściłby sobie śniadanie w Wielkiej Sali, żeby w spokoju doprowadzić się do porządku… Ale te plotki! W szkole wszyscy wszystko wiedzieli, nieustannie obserwowali siebie nawzajem i wyciągali najbardziej zwariowane wnioski. Nie dałoby się tego uniknąć, znowu prędzej czy później ktoś by o to zapytał, a on musiałby się tłumaczyć, bo tak już tutaj jest. Wiecznie na świeczniku, wiecznie z jakimś problemem, ani odrobiny prywatności, żeby w spokoju przeżywać kaca, załamanie nerwowe, życiowy kryzys. Nic się tu nie ukryło. Nic i nigdy.

Mistrz eliksirów leżał sztywny jak trup i smętnie wpatrywał się w sufit swojej kwatery, pozwalając, by gorycz zalewała go gwałtownymi falami. Znał to uczucie, znał smak bezradności. Krajobraz dzieciństwa, młodości i dorosłości. Niezmienny od lat i ani trochę bardziej przyjazny z wiekiem.

Mógłby tak leżeć i sto lat, gdyby nie ciche skrobanie w okno. Severus spojrzał w tamtą stronę i dostrzegł zniecierpliwioną sowę, która miała dla niego przesyłkę. Zastanowił się przelotnie, czy być może jest to szmaragdowa tiara w komplecie do jego balowego kostiumu, i spontanicznie postanowił, że jeśli zaiste tak jest, to założy ją już teraz. I nadal będzie nosić z dumą w zakładzie zamkniętym, do którego najpewniej wkrótce potem trafi.

Z ociąganiem wstał z łóżka i powlókł się do okna. Uchylił je jedynie na tyle, aby odebrać list, ani mu się śniło troszczyć się o dobrobyt o cudzego ptaka. W zasadzie w ogóle nie lubił sów, nie posiadały żadnych części zamiennych przydatnych dla mistrza eliksirów. Gdyby to była żaba – o, żaby to co innego!

A jednak Snape pospieszył się w swoich wnioskach: rzeczywiście otrzymał listownie żabę – i to najpaskudniejszą ropuchę, jaka kiedykolwiek dreptała po ziemi na dwóch pokracznych łapach.

Drogi profesorze, przeczytał słowa starannie wykaligrafowane zielonym atramentem i natychmiast zrobiło mu się niedobrze. Alkohol wyjątkowo nie miał z tym nic wspólnego.

Drogi profesorze Snape,
wysyłam ci coś na zachętę, Ty milcząca mendo! Sądziłam, że mamy umowę, o ja naiwna, przecież Ty jesteś człowiekiem bez honoru. Ale nic to, znaj moje dobre serce i naciesz oczy.
Ty zapewne znasz się na tym lepiej niż ja, więc sam mi powiedz: czyż nie była uroczą dziewczyną ta nasza stara znajoma? Szkoda, wielka szkoda.
Jeżeli masz mi coś do powiedzenia, okazja na pewno wkrótce się nadarzy. Zarezerwuj dla mnie przynajmniej jeden taniec.
Całusy, Rita Skeeter
PS To twoja ostatnia szansa.

Severus dobrze wiedział, że to nie koniec tortur. Nigdy tak nie było. Już mocno poszarzały na twarzy potrząsnął kopertą, a wtedy ze środka wypadło zdjęcie. Bardzo stare i już nieco nadgryzione zębem czasu. Z nieruchomej mugolskiej fotografii uśmiechała się do niego… Lily Evans. Na oko siedemnastoletnia, na wakacjach przed ostatnim rokiem Hogwartu. Śliczna, wesoła i kompletnie nieświadoma tego, co ją czeka.

Tamtego lata nie odezwała się do niego ani razu.

Jakby przestał istnieć.

– Kurwa.

Skacowany Severus spojrzał na niedopitą butelkę Ognistej, którą odstawił wczoraj na nocny stolik, i nagle wydała mu się ona najatrakcyjniejszym gadżetem w całym pokoju – faktycznie poza tym pustym i smutnym, jak na kawalerską kwaterę przystało. Usiadł ze zdjęciem na brzegu łóżka i zaczął pić.

Tak upłynął mu bez mała cały weekend.


Pamiętał to tak dobrze, jakby wydarzyło się wczoraj. Miał szesnaście lat i czekał w korytarzu niedaleko biblioteki. Strasznie pociły mu się dłonie i musiał co chwilę chrząkać, aby się upewnić, że w decydującym momencie głos go nie zawiedzie.

Sam nie wiedział, co go ugryzło. Przecież miał świadomość, że nic to nie da, że tylko (jak zwykle, jak tyle razy wcześniej) zrobi z siebie kompletnego idiotę. Jednak musiał spróbować. Może wpłynął na niego ten nieszczęsny bal i panująca w szkole obłąkana atmosfera. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale przecież istniała możliwość, że różowa mgiełka podziała również i na niego. Był tylko nastolatkiem, głupim jak wszyscy inni. Albo zwyczajnie uświadomił sobie, że to jego ostatnia szansa, jedyny moment, kiedy jeszcze mógł powstrzymać katastrofę. Po szkolnej potańcówce nie będzie już odwrotu, ich los ostatecznie się przypieczętuje.

W końcu się pojawiła. Wiedział, że będzie tędy przechodziła, znał jej stałe trasy, a jednak mu ulżyło. Rude włosy gładko zaczesane do góry i zaplecione w warkocz mniej rzucały się w oczy niż wtedy, gdy nosiła je swobodnie rozpuszczone. Ale pewnie układała je tak wyłącznie dla wygody, gdy ostro zakuwała podczas ostatnich dni przed balem. Na samą imprezę zapewne uczesze się inaczej. Dla NIEGO.

Nie idź – poprosił nastoletni Severus, wysuwając się z cienia i zastępując jej drogę.

Lily wydawała się zdziwiona jego widokiem. Jakby już zupełnie o wszystkim zapomniała, jakby nie miało to dla niej znaczenia.

Nie z nim – ciągnął Snape, sam nie wiedząc po co. – Z kimkolwiek innym, byle nie z nim.

Nic nie odpowiedziała, tylko na niego patrzyła. Trzymała w ramionach ciężką księgę jak tarczę i nie odezwała się słowem. Gdy nie chciał jej przepuścić, westchnęła, odwróciła się na pięcie i ruszyła w drugą stronę.

Lily! – zawołał za nią.

Nie chcę z tobą rozmawiać.

I odeszła. Tak po prostu.

Kroki Lily nawet jeszcze nie ucichły w końcu korytarza, kiedy na scenie pojawiły się kolejne osoby dramatu.

O nie! – zapiszczał falsetem Syriusz Black, który wraz ze swoim głosem najwyraźniej próbował się wznieść na wyżyny dowcipu. – Ktoś tutaj znowu pił nie ze swojego kociołka!

Trójka Huncwotów stanęła za Severusem.

Nie potrzebowali więcej linii dialogowych.


– Dzień dobry, Severusie. Powiedz mi, co mam ci dzisiaj złamać?

Poppy Pomfrey nie musiała podnosić głowy znad dokumentacji, którą właśnie przeglądała, żeby wiedzieć, kto łaskawie nawiedził progi jej skromnej lecznicy. Mroczna aura dotarła do niej szybciej niż wyprany z emocji głos mistrza eliksirów:

– Życie mam złamane, czy to nie dosyć, okrutna kobieto?

– Co za miła odmiana. Żadnych autodestrukcyjnych ciągot?

– Zero – potwierdził Snape, osiadając przed nią na krześle w kłębach peleryny. – Null.

Poppy wpatrywała się w niego lekko wstrząśnięta. Żadnych wybuchów szału, żadnych ironicznych popisów retorycznych, ot, siedział przed nią całkiem nowy, przygnieciony życiem Nietoperz.

– Czyżbyś w końcu pogodził się z losem?

– Owszem. Postanowiłem zostać świętym.

– Och, doprawdy?

– Pierwszym męczennikiem Hogwartu – oświadczył Severus. – Zniosę wszystko. Łamanie walcem…

– Chyba kołem – podrzuciła.

– Dźganie fokstrotem…

– O, borsuczku Helgowaty!

– Przypiekanie tangiem. Nie ma tortury, której bym nie zniósł mężnie i w zgodzie ze swoim sumieniem.

Zaniepokojona pielęgniarka w końcu odsunęła od siebie papiery i poświęciła mu pełnię swojej uwagi.

– Jesteś zaburzonym facetem, Sev. Kiedyś z pewnością wynajdą na to jakąś jednostkę chorobową, ale na razie musisz męczyć się sam, a my wraz z tobą. Cieszę się, że przynajmniej humor ci dopisuje. I zdrowie.

– To już niekoniecznie. – Snape spuścił z tonu, zgarbił się na krześle i spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. – Przychodzę po pomoc.

– Nie patrz na mnie psim wzrokiem, nie odwołam dla ciebie balu. Nie mam takiej mocy.

– Och, idę na ten bal, nie opuściłbym go za żadne skarby świata – rzucił Severus sztucznie optymistycznym tonem, ale za to z wyrazem twarzy, który nie pozostawiał wątpliwości, że bal tego pożałuje. – Dumbledore sprezentował mi nawet odpowiednie szaty wyjściowe i, och, cóż to były za wspaniałe szaty. Zaiste godne cesarza! Musiałem je oglądać przez odymione szkoło, żeby nie oślepnąć.

– Co ci mogę powiedzieć? Widocznie niektórzy z nas wynegocjowali lepsze warunki zatrudnienia. Zazdroszczę. Ja nie dostaję takich bonusów, sukienkę musiałam kupić z własnych oszczędności. A ty, mój drogi, powinieneś się leczyć.

– Właśnie po to przybywam do tego zacnego przybytku. Masz jakiś zapas środków przeciwbólowych? Moje właśnie wyszły.

Pomfrey spojrzała na niego ze zdumieniem.

– I przyjmiesz cokolwiek ode mnie?

– Och, zaiste.

– Sev, ty jesteś pijany! – zrozumiała wreszcie, choć od początku nie starał się tego ukryć. Niezwykła potoczystość wypowiedzi u kogoś, kto na co dzień komunikował się, wyszczekując do świata kilka agresywnych, świszczących głosek, powinna ją wcześniej zaniepokoić. Nie wspominając o nadmiernej ilości achów i ochów.

– Tak – przyznał się bez bicia.

– Już?

– Nadal. Dlatego nie mam dzisiaj ochoty wchodzić do pracowni, żeby się przypadkiem nie otruć. Domyślam się, jaka byłaby to niepowetowana strata. Poza tym w całych lochach nadal unosi się smród palonych szat. Dość nieprzyjemny, moim zdaniem.

– Nie zrobiłeś tego!

– A i owszem.

Tym razem pielęgniarce zwyczajnie zabrakło słów. Otworzyła górną szufladę, sięgnęła ręką w jej przepastne głębiny i na chybił, trafił wyciągnęła trzy słoiczki pastylek. Najpierw tradycyjnie sama łyknęła kilka sztuk, po czym resztę ofiarowała pacjentowi w stałym kryzysie egzystencjalnym.

– Lojalnie uprzedzam, że pochwalę się wszem i wobec, że w końcu uwierzyłeś w moje magomedyczne kwalifikacje.

– Och, wierzę w wykształcenie, tak samo jak w to, że zrobiłaś, co w twojej mocy, Poppy. Niestety, Hufflepuff boli całe życie, więc zwyczajnie nie miałaś szans na sukces.
– Jeszcze jedno „och" i wzywam pogotowie, przysięgam. A tak poza tym: spierdalaj, Sev.

– Jak zawsze dama w każdym calu…

– Spierdalać racz łaskawie, cny panie – poprawiła się Poppy. – I doprowadź się do porządku, bo aż żal patrzeć.

Snape zgarnął wszystkie słoiczki do kieszeni szaty i niezwłocznie odszedł, aby to uczynić. Pomfrey jednak nie wytrzymała, musiała wbić ostatnią szpilę w jego oddalające się plecy.

– Czy skoro już wybierasz się na bal, zamierzasz również tańczyć?

– Nie – rzucił ozięble. – Jak inni moi bracia idący na stracenie, zatańczę dopiero, gdy szur zaciśnie mi się na gardle. Miłego dnia, Poppy.


Severus spędził paskudny weekend i jeszcze gorszy poniedziałek, powoli i mozolnie zbierając się do kupy. Dziękował wszystkim miłościwym patronom edukacji, że ferie świąteczne zdążyły się rozpocząć i w związku z tym nie musiał prowadzić lekcji. Tym razem na pewno otrułby jakąś klasę, od przeszło czterech lat miał już upatrzonych kandydatów. Dwie przeklęte sierotki – zarówno dosłowne, jak i eliksiryczne – więc nikt by się nawet nie przejął… No, prawie nikt. Dumbledore na pewno miałby pytania.

Środki lecznicze Pomfrey jakościowo były co najwyżej mierne, ale za to o wiele silniejsze (zapewne dostosowane do jej wagi i rozmiarów) niż przewidywała norma, ustawa i zdrowy rozsądek, dlatego Severus szybko wracał do równowagi. Z otchłani piekła wzniósł się w objęcia znajomego czyśćca (najwyraźniej zlokalizowanego w jego osobistej toalecie, która stała się jedynym świadkiem szokującego przedstawienia), po czym poszybował windą do prozaicznej krainy rozczarowań dnia codziennego.

W końcu poczuł się na tyle ustabilizowany (i wyposzczony), że postanowił pójść na obiad. Spożył go we względnym spokoju, unikając pałającego spojrzenia Minerwy i psiego wzroku Charity. Musiał też stale ignorować obecność świątecznych dekoracji, które działały mu na nerwy. Doszedł do wniosku, że do końca grudnia powinien albo pojawiać się w Wielkiej Sali w okularach przeciwsłonecznych, albo jadać we własnej kwaterze. Nie stwierdził przy wspólnym stole obecności pozostałych Gwiazdeczek. Obydwie były stworzeniami nocnymi, więc pewnie o tej porze (i w czasie ferii) nadal spały snem sprawiedliwych.

A jednak nie. Severus błędnie ocenił przynajmniej jedną z nich. Gdy wyszedł z Wielkiej Sali, dostrzegł na szczycie wysokich schodów Aurorę, która pomagała profesorowi Flitwickowi dekorować zamek. Jako urodzona społecznica zapewne sama zgłosiła się na ochotniczkę, czego mistrz eliksirów zupełnie nie rozumiał. Obserwował przez chwilę, jak nauczycielka astronomii z wielkim zaangażowaniem, precyzyjnymi ruchami różdżki rzeźbi idealny płatek śniegu. Gdy skończyła, odesłała go pod sam sufit, gdzie zawisł wśród wielu innych. Później wreszcie poczuła na sobie wzrok mistrza eliksirów i uśmiechnęła się przyjaźnie.

– Jak tam, Severusie? Lepiej się dziś czujesz? – zawołała z góry.

Wzruszył obojętnie ramionami, idąc w jej stronę.

– Bywało lepiej, ale pracuję nad tym.

– O, tak, słyszałam. – Wyszczerzyła się do niego złośliwie, pracując już nad kolejnym płatkiem.

– Poppy?

– Naturalnie. Była z siebie bardzo zadowolona, tak szybko nie da ci spokoju. Czuj się ostrzeżony.

Kolejny płatek w niczym nie przypominał poprzedniego. Aurora była perfekcjonistką, wiedziałam, że nie powinno być dwóch takich samych. Różdżka nie śmigała w jej dłoniach, tylko powoli tworzyła wszystkie lśniące linie i misterne wzorki. Zdecydowanie nie brakowało jej wyobraźni. No i kolejne gwiazdki stanowiły też doskonały pretekst, żeby nie patrzeć mu w oczy. Sinistra zachowywała się zupełnie swobodnie i naturalnie, jakby nic takiego między nimi się nie wydarzyło… Bo naprawdę się nie wydarzyło, choć mogło. Sama Sinistra nie miała świadomości, jak było blisko.

– Przyszedłeś pomóc? – zaczepiła go znowu. – Każda różdżka się przyda, do jutra wszystko musi być gotowe.

– Nie, dziękuję. Nigdy nie angażuję się bardziej niż wymaga tego opis stanowiska pracy. Mam swoje zasady.

– Tak, zauważyłam.

Nawet powieka jej nie drgnęła, a kolejna śnieżna gwiazdka wyszła spod jej palców jeszcze doskonalsza, idealnie równa i symetryczna. Aurora dmuchnięciem posłał ją w górę.

– Nieźle ci idzie – ocenił.

Aurora zaśmiała się, zakrywając usta rękawem.

– Oho, czyżby święta przyszły wcześniej? Komplement z twoich ust to prawdziwy dar!

– Bez przesady, potrafię docenić kunszt.

– Uważaj, bo się uduszę ze śmiechu, a chciałabym jednak założyć jutro moją sukienkę, długo na nią czekałam.

Nieoczekiwanie dla siebie, Severus ostatecznie się przełamał. Wyciągnął różdżkę i powtarzając zaobserwowane wcześniej u Aurory gesty, powołał do życia całkiem czarny płatek śniegu o idealnie zaostrzonych ramionach. Pokierował go w stronę reszty.

– Miałeś rację, może jednak nie pomagaj.

– Ależ cała przyjemność po mojej stronie.

Przez chwilę pracowali w milczeniu. Aurora tworzyła swoje miniaturowe arcydzieła zimowej sztuki, a Severus bezczelnie ją parodiował. Szło im całkiem sprawnie, zwłaszcza od czasu, gdy szczwana nauczycielka zaczęła przemalowywać jego gwiazdki na jedyny słuszny kolor, kiedy tylko spuszczał je z oczu.

– Wiesz, że Sybilla otworzy na balu budkę z wróżbami? – odezwała się ponownie. – Dyrektor długo się opierał, ale w końcu wyraził zgodę.

– Znakomicie, niech rozłoży stoisko tuż obok Rity, wszystkie wiedźmy znajdą się w jednym miejscu.

Sinistra prychnęła, zasłaniając się elegancko.

– Czyli ty też dostałeś list?

Jego oczy rozszerzyły się w zdumieniu tylko na moment, ale to wystarczyło, żeby go rozszyfrowała.

– A co? Myślałeś, że jesteś wyjątkowy? – zażartowała z niego. – Skeeter próbuje szczęścia u wszystkich.

– Tak? Jakie zdjęcia ci wysyła? – chlapnął Severus, zanim zdążył to sobie przemyśleć.

Teraz to Aurora wpatrywała się w niego jak w mapę nieba.

– Zdjęcia? Nie dostaję żadnych zdjęć, tylko standardowy tekst: „Wiem, że mało wam płacą, więc może masz ochotę ze mną porozmawiać? Każdą informację dobrze wynagrodzę". Ale jeżeli Rita ma jakieś twoje zdjęcia, którymi może cię szantażować, to bardzo chciałabym je zobaczyć! Błagam!

– Muszę już iść – burknął Severus, który poczuł się jak idiota.

Sinistra pomachała mu na do widzenia.

– Do jutra, Sev. Pamiętaj, żeby się wystroić odpowiednio do okazji.

– Nie ma problemu – mruczał do siebie ponury jak chmura gradowa Snape, wracając do lochów. – Już składam zamówienie na kaftan, może do jutra zdążą. I kaganiec do kompletu.

W gabinecie już czekała na niego sprawiająca arystokratyczne wrażenie sowa, którą chyba wysoce rozczarowało podłe miejsce, w jakim miała nieszczęście się znaleźć. Severus odebrał list i pozwolił jej łaskawie odlecieć precz.

Lovegood?, pisała Narcyza, przesadnie przyciskając pióro do pergaminu. To jest partnerka Dracona?! Cóż, mogło być gorzej. Podobno jej matka wysadziła się w powietrze. Jeżeli to genetycznie uwarunkowane, znacznie ułatwi sprawę w przypadku ewentualnych alimentów i kwestii dotyczących opieki nad dziećmi. Niejeden dobry czarodziej został zrujnowany przez rozwód. W każdym razie, drogi Severusie, gdybyś znalazł chwilkę w swoim napiętym planie dnia i sprawdził dla mnie w szkolnych papierach oficjalny status jej krwi, byłabym Ci bardzo zobowiązana. Zawsze lepiej się upewnić niż żałować. Z góry dziękuję i inne bla, bla, bla. Pani Malfoy.

– I jeszcze to – warknął pod nosem zdeprymowany mistrz eliksirów.


Nastoletni Severus otworzył oczy w skrzydle szpitalnym . Przynajmniej jedno, bo drugie zakrywała paskudna opuchlizna. Trudno. Bolało go wszystko, a tak przynajmniej nie musiał na siebie patrzeć.

– Śliczna buźka. – Pole widzenia w jego zdrowym oku w całości przejęła młoda, ale bardzo wkurzona pani Pomfrey. – I to tuż przed imprezą, ty to masz szczęście, Snape.

– Niech tak zostanie – mruknął zrezygnowany Severus. – I tak nie mam żadnych planów.

– Powiesz mi, co się stało?

– Potknąłem się na schodach.

– Jasne! Pewnie! – fuknęła na niego. – Gdzie znajdę te schody? W wieży Gryffindoru?

– Nie wiem. – Próbował wzruszyć ramionami i któryś ze stłuczonych mięśni gwałtownie zaprotestował. Skurcz był tak silny, że prawie odgryzł sobie język, ale mimo to uparcie ciągnął: – Pracuje tu pani krótko, więc może jeszcze nie zdaje pani sobie z tego sprawy, ale tutejsze schody często zmieniają położenie.

– Cieszę się, że przynajmniej humor cię nie opuszcza, chłopcze – rzuciła Pomfrey z gryzącym sarkazmem. – To ci może kiedyś uratować życie.

– To albo mocna wątroba.

– Zadziwiająca samoświadomość w tak młodym wieku.

– Nie mam złudzeń – mruknął Snape, nadal w wisielczym humorze. – Te wszystkie wypadki na schodach mnie ich pozbawiły.

Ona mogłaby to skończyć – stwierdziła z przekonaniem Poppy. – Chłopcy to chłopcy, zwłaszcza ci rozpieszczeni i uprzywilejowani. Ale ona...

Oj, nieładnie – zauważył Snape. – To w zasadzie seksizm.

– Znakomicie. Broń jej, jeśli taka twoja wola. Obyś tego kiedyś nie pożałował. – Pielęgniarka niezbyt delikatnie wtarła w jego opuchnięte oko ostatni magiczny specyfik i w końcu zostawiła go w spokoju.

Severus odczekał, aż echo jej kroków ucichnie w korytarzu po drugiej stronie ciężkich drzwi lecznicy, po czym z jękiem podciągnął się do pozycji siedzącej. Liczył, że jest w skrzydle szpitalnym sam, ale byłby to zbytek łaski. Niemal idealnie naprzeciwko niego – z nosem w krzyżówce i z obandażowaną nogą wygodnie opartą na dodatkowej poduszce – leżała mała Septima Vector.

– Powinieneś się na niego zaczaić, gdy będzie sam – poradziła.

– Potter nigdzie nie chodzi sam.

– Nieprawda.

Snape nic nie odpowiedział, ale za to spojrzał na nią spod oka (nadal tylko jednego). Uznała to za dostateczną zachętę, żeby kontynuować.

– W każdy czwartek idzie do sowiarni, żeby wysłać list do rodziców. Nie zabiera ich wtedy ze sobą. Nie chce, żeby wiedzieli.

– A ty wiesz o tym, bo…? – zaczął Severus, ale nie musiał czekać na odpowiedź.

Septima Vector była młodsza od niego o trzy lata, ale równie dobrze mogło ich być sześć. Z dwoma smętnymi kucykami i w za dużych okularach wyglądała jak dziecko. Dziwne, genialne dziecko z niezdrową obsesją na punkcie mugolskich łamigłówek. Zawsze z boku, zawsze sama. Zapewne też bez przerwy wysyłała sowy do domu.

– Oni ciągle mi zabierają okulary – pożaliła się. – Uważają, że to zabawne, jeśli schowają je gdzieś wysoko, gdzie nie mogę dosięgnąć.

Przegrywy", wzdychał Snape w duchu. „Wszędzie przegrywy".

– Wiesz, że masz różdżkę? – powiedział.

– Tak, oni też. A ja nie znam tych wszystkich zaklęć na głupie żarty…

– Czyli spadłaś z czegoś? – zgadywał Severus, dodając dwa do dwóch i gapiąc się na jej zabandażowaną nogę.

– Nie, skręciłam sobie kostkę.

– Sama?

Sądził, że żartuje, ale gdy Septima spłonęła ceglastym rumieńcem, uświadomił sobie, że przypadkiem trafił na dobry trop.

– Serio?

– Powiedzieli, że mogę iść na bal. Myślałam, że jestem za młoda, ale jednak nie. Kazali mi… Nie chcę iść na bal!

Severus milczał. Nieporuszona Septima rozwiązywała krzyżówkę.

– Pójdziesz tam? – zapytała z ciekawością.

– Na bal?

– Do sowiarni. – sprecyzowała, poprawiając poduszkę pod nogą, która (przynajmniej nieprofesjonalnym zdaniem Snape'a) wyglądała już na całkiem zdrową i w pełni zdolną do tańców. – W czwartek wieczorem.

Severus milczał. I myślał.

Chyba zaczynał rozumieć, co przez ostatnie kilka dni próbowali przekazać mu ci wszyscy życzliwi inaczej, wścibscy ponad miarę i niezaproszeni do dyskusji nie-krewni i nie-znajomi: Poppy Pomfrey, Gwiazdeczki, nawet ta stara pinda McGonagall. Nie ma sensu tracić życiowej energii na ludzi, którzy nie są tego warci. Którzy nie potrafią wybaczyć jednego słowa wypowiedzianego w gniewie. Albo wykorzystują je jako dobry pretekst, żeby…

– Nie – odpowiedział Snape rozsądnie. – Mam dość.

I tym razem, ku swojemu własnemu zdumieniu, mówił prawdę.


– Przepraszam – powiedziała dorosła Septima Vector, stając przed Severusem ze spuszczoną głową i rękami schowanymi za plecami jak grzeczna uczennica.

Przyłapała go podczas kolacji, którą miał sobie darować (bo wcześniejsze doświadczenia nauczyły go, że wspólne posiłki wybitnie mu nie służą, odkąd zaczęło się całe to balowe szaleństwo), ale jednak się złamał. Nadmiar stresu powodował, że ciągle był głodny, a kuchni Hogwartu nie dało się nic zarzucić. I tak się miotał między młotem a kowadłem.

Septima bez pytania zajęła krzesło tuż obok Severusa, korzystając z faktu, że po wszystkich jego histeriach i napadach szału, reszta kadry lojalnie trzymała się na bezpieczny dystans, pozostawiając wokół niego swoistą strefę buforową. Nauczycielce trochę trzęsły się ręce, gdy stawiała przed nim ozdobne pudełko z kokardą. Mistrz eliksirów nie wykazał entuzjazmu, posłał jej w zamian spojrzenie zapytujące wymownie: „A cóż to za nowe katusze?".

– Chciałam ci podziękować za wszystko, co dla mnie zrobiłeś, gdy byłam… niedysponowana – powiedziała cicho zgnębiona panna Vector. Siedziała sztywno i wywijała młynka kciukami dłoni splecionych na podołku jak zdenerwowana uczennica podczas odpowiedzi. – Ja wprawdzie tego nie pamiętam, ale pani Hooch opisała mi ten wieczór ze szczegółami.

– I pewnie sporo się przy tym śmiała – zgadywał Snape.

– Nie, dlaczego? – Zerojedynkowy umysł Septimy po raz kolejny nie przetworzył właściwie jego zaczepnej uwagi. – Odniosłam wrażenie, że się o mnie martwi. Kazała mi obiecać, że od teraz będę piła wyłącznie za zamkniętymi drzwiami, jak każda porządna kobieta.

– Dokładnie tak się wyraziła?

Sarkazm ponownie rozbił się o ścianę. Nauczycielka numerologii całkiem poważnie zastanowiła się nad jego pytaniem.

– Możliwe, że jej dokładne słowa brzmiały: „Jak wszystkie te biedne idiotki". Czy to ma jakieś znaczenie?

– Najmniejszego – rzucił pokonany Severus. – Posłuchaj jednak dobrej rady i ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości zablokuj drzwi kwatery, dobrze?

Skinęła głową, a następnie przesunęła najwyraźniej aktualnie niewidzialne pudełko bliżej sensorów mistrza eliksirów.

– Zabierz to, Septimo – jęknął, skoro nie pojęła subtelniejszej aluzji.

– To szachy – odezwała się z większą swobodą. – Bardzo ładny, przenośny zestaw. Solidny! A pionki są czarne i czerwone, bo pomyślałam sobie, że białe zapewne nie są w twoim guście… Po prostu nie wiedziałam, jak ci podziękować i wtedy… Ja...

– Nie mogę tego przyjąć – przerwał jej. Kiedy jednak zobaczył, jak kręcony nerwowo palcami młynek przyspiesza, a głowa Septimy ze smutkiem kieruje się w dół, nieco zmiękł. – Dlatego przechowam go dla ciebie w swoim gabinecie. Jeżeli będziesz miała ochotę z niego skorzystać, zapraszam w wyznaczonych godzinach. Kto wie? Może nawet zgodzę się na partyjkę od czasu do czasu.

O dziwo, tym razem go zrozumiała.

– Jesteś dobrym człowiekiem, Severusie.

– A ty jedyną osobą, która tak uważa.

– Hm, to bardzo prawdopodobne – rozważyła jego ostatnie stwierdzenie absolutnie poważnie. – Nie znam plotek, nikt mi ich nie przekazuje. W ogóle mało kto ze mną rozmawia. – Wzruszyła ramionami.

„Bo o czym?", myślał gorzko Snape. „My wszyscy w tej szkole jesteśmy nieznośnie nudni, papierowi, płascy – jakby do pełni szczęścia brakowało nam tego jednego, najbardziej istotnego wymiaru".

– Jeszcze raz dziękuję, Severusie – powiedziała Septima, wstając i oczywiście niezgrabnie potrącając stół, aż zakołysały się całe armie talerzy i szklanek. – Aha, prawie zapomniałam. – Odwróciła się z niepewną miną. – Oczywiście zaprzeczę, jeśli to komuś powtórzysz, a na pewno uwierzą mnie, bo ja to ja, ale… – Zaczerpnęła głęboki oddech, zanim przeszła do rzeczy. – Wczoraj w nocy spotkałam Batszebę, gdy szukała drogi do wspólnej łazienki i ja tak jakby… Wepchnęłam ją do tego dziwnego składziku w okolicach biblioteki i zamknęłam. Tam jest szyfrowy zamek, więc wątpię, żeby szybko wyszła. Jutro na przyjęciu na pewno nie będzie cię dręczyć.

Severus skinął głową, nie dając poznać, co tak naprawdę myśli.

Jednak gdy tego samego wieczoru otwierał szafę w celu przejrzenia jej idealnie atramentowej zawartości i wybrania odpowiedniego stroju na nadchodzącą uroczystość, miał zdecydowanie lepszy humor.

Nadszedł czas na wielki Bal Bożonarodzeniowy.