Rozdział 13
Peter przez długi czas się nie poruszał. Wpatrywał się w sufit, czując, jak ciało Bruce delikatnie unosi się i opada na jego klatce piersiowej, gdy oddychali jednocześnie. Czekał, aż mężczyzna się obudzi, bojąc się tego tak bardzo, że nie potrafił nawet zacząć planować, jak na to zareaguje. Strach naciskał na jego pierś tak mocno, że ostatecznie nie mógł już tego znieść. Położywszy dłonie na ramionach Bruce'a odepchnął go od siebie, wydostając się spod mężczyzny i upadając na podłogę.
Usiadł pod ścianą, a świadomość tego, co się wydarzyło i mogło się zdarzyć, skradała się do niego ze wszystkich zakątków pokoju.
Będąc poza łóżkiem, to wszystko wyglądało jeszcze gorzej. Cała dolna rama mebla została zmiażdżona, zginając się po środku, gdzie leżał Bruce, nagi, na wpół zakopany w zniszczonym materacu i przepoconej pościeli. Nikt nawet nie musiał czuć zapachu seksu w powietrzu, aby zrozumieć, co się stało. Peter spojrzał na swój zabrudzony kostium i ze wstrząsem zażenowania zaczął go zdejmować. Spandeks przylgnął do jego skóry, naruszając przy ściąganiu jego drobne rany spowodowane szkłem, pazurami i ostrymi kantami szybu windy. Peter skrzywił się, widząc siniaki, które były pod kostiumem. Adrenalina w końcu zaczęła opadać, pozostawiając go zimnego, wyczerpanego, z trzęsącymi się rękami.
Peter zebrał resztki sił i wycofał się do łazienki. Szybki i gorący prysznic nie podziałał na jego zszargane nerwy tak dobrze, jak się spodziewał. Kiedy wyszedł z kabiny, wytarł się i owinął szlafrokiem Bruce'a, a następnie stanął z ręką na klamce. Zamknął oczy i wyobraził sobie Bruce'a siedzącego na skraju łóżka i czekającego na niego. Pamiętał, jak przytulił się do pleców mężczyzny i poczucie bezpieczeństwa wynikające z tego gestu.
W sypialni Bruce nie ruszył się ze swojego miejsca. Peter usiadł obok niego i dotknął jego ramienia – nadal było gorące i wilgotne. Bruce wciąż nie zareagował.
— Bruce? — Peter pochylił się bardziej, ściągając prześcieradło z twarzy mężczyzny, aby ułatwić mu oddychanie. — Hej, Bruce. Słyszysz mnie?
Bruce nie odpowiedział. Cienka strużka śliny ściekała mu z ust na materac łóżka.
Peter odchylił się do tyłu, zagubiony. Kazał sobie przemyśleć sytuację. Musiał tylko poczekać, aż Bruce się obudzi. Bruce nie będzie szczęśliwy, ale mogliby po prostu… porozmawiać. Mogliby to zrozumieć, ale kiedy Peter próbował wymyślić, co powie, jego umysł stawał się pusty i zdał sobie sprawę, że ręce znów mu się trzęsły.
Próbował przypomnieć sobie, gdzie zostawił swój plecak, w którym były ubrania na zmianę, kiedy JARVIS odezwał się nagle.
— Winda wjeżdża na piętro.
Peter drgnął. Mrugał, rozglądając się w lewo i prawo, jakby JARVIS był kimś, kogo mógł dostrzec. Zrozumienie tego, co powiedział, nadeszło trochę za późno. Zanim Peter wstał, usłyszał dzwonek windy.
— Cholera — syknął, instynktownie odwracając się w kierunku okna.
Zatrzymał się, zanim zrobił więcej niż krok. Co dałoby mu wiszenie za oknem w szlafroku, bez możliwości manewru, po tym, jak zostawiłby Bruce'a samego? Każdy mógłby to zobaczyć. Każdy wiedziałby, co się stało.
— Bruce? — Z salonu dobiegł głos. To był Steve. Oczywiście, że to był on. — Jeśli tu jesteś, to wiedz, że nie chcę kłócić się. Możemy porozmawiać?
Peter znów zaczął się pocić. Nie mając żadnych lepszych pomysłów, pobiegł do holu i zatrzasnął za sobą drzwi. Hałas zaalarmował Steve'a, który i tak był zaledwie kilka kroków poza zasięgiem wzroku. Peter mógł jedynie oprzeć się plecami o drzwi, zaciskając mocno dłoń na klamce, gdy Steve skręcił za róg i zauważył go.
— Hej — powiedział Peter. Próbował uśmiechnąć się, ale nie udało mu się to nawet odrobinę. — Kapitanie.
Steve spojrzał na niego, chwilowo oszołomiony, ale potem jego twarz poczerwieniała i westchnął ostro przez nos.
— Peter. — Odezwał się z dziwną mieszanką frustracji i niepewności. Wyglądał, jakby rozważał powiedzenie kilku rzeczy, zanim zdecydował się na: — Wszystko w porządku?
— Tak — powiedział mimowolnie Peter. — W porządku — Zdołał się zaśmiać i podciągnął kołnierz szlafroka, żeby ukryć malinki, które zostawił na nim Bruce. — Wiesz. Byłem w gorszym stanie.
Steve przetarł oczy, ale wykład, który bez wątpienia przygotował, nie wyszedł z jego ust; zamiast tego zapytał:
— Czy jest tam doktor Banner?
Peter przełknął.
— Tak, ale śpi.
— Muszę z nim porozmawiać.
— On… — Dłoń Petera zacisnęła się na klamce, a ramiona spięły. — Śpi.
— To ważne. — Steve spojrzał ponownie na niego i zmarszczył brwi. Jego zakłopotanie w końcu ustąpiło miejsca zmartwieniu i Peter poczuł, jak spojrzenie jasnoniebieskich oczu przesuwa się od jego twarzy, przez drżące dłonie i zaciśnięte palce. — Czy wszystko jest w porządku? — zapytał ostrożnie.
Peter otworzył usta i prawie powiedział ponownie, że wszystko jest dobrze, ale język potknął się o kłamstwo i zanim się zorientował, wyrzucił z siebie.
— Musiałem mu poddać lek uspokajający.
Steve odsunął się. Peter spodziewał się, że będzie zaniepokojony, ale nie spodziewał się poczucia winy, które przemknęło po twarzy Steve'a. Spojrzał obok Petera, jakby patrzył prosto przez zamknięte drzwi i wydawał się natychmiast pojmować wszystko, co kryło się za tym stwierdzeniem. Zrobił krok do przodu, a Peter przywarł plecami do drzwi. Kapitan delikatnie ścisnął jego ramię.
— Peter — powiedział poważnie — wszystko w porządku?
Peter przełknął ponownie ślinę, a jego usta wykrzywiły się w grymasie. — Nie wiem — przyznał.
Steve potrzebował tylko chwili, aby zdecydować, co robić. Z wyrazem współczucia odciągnął Petera od drzwi.
— Chodź — powiedział, a kiedy Peter zawahał się, dodał: — Nie zamierzam cię pouczać. Zaufaj mi.
Peter skinął głową i pozwolił Steve'owi poprowadzić go przez korytarz. Czuł się malutki i złamany i choć nienawidził tego, że Steve znowu go przytrzymuje, nie miał zbyt wielkiego wyboru. W windzie oparł się o ścianę i starał się zachować spokój.
— Nie skrzywdził mnie — powiedział cicho.
Steve szarpnął kołnierz szlafroka Petera, odsłaniając świeży siniak na jego obojczyku.
Peter spróbował go uspokoić, mówiąc:
— To z konfrontacji u Osborna.
Steve potrząsnął głową, ale na szczęście zachował dla siebie to, o czym myślał.
Winda zawiozła ich jedynie na piętro niżej, gdzie zatrzymał się Steve. Kapitan bez słowa zaprowadził Petera do kanapy i posadził go na niej. Peter potarł o siebie stopy, kiedy uznał, że zostawiono go samego, ale Steve wrócił chwilę później z butelką wody i dwiema aspirynami. Peter przyjął je.
— Déjà vu — powiedział ponuro.
Steve uśmiechnął się.
— Pij powoli — powiedział, a potem znowu odszedł, znikając w korytarzu.
Peter nie był pewien, czy chciał mieć coś w żołądku, ale pierwsze krople wody na języku przekonały go, że było inaczej. Połknął pigułki, a potem wypił połowę butelki, zanim przypomniał sobie ostrzeżenie Steve'a. Trzymając butelkę na kolanach, odchylił się do tyłu, opierając się o poduszki kanapy, w połowie żałując, że nie mogą go pochłonąć.
Steve wrócił z kocem i okrył go nim.
— Chcesz mi powiedzieć, co się stało? — zapytał.
Peter owinął się ciasno kocem. Pachniał świeżym praniem i nagle przypomniała mu się ciocia May.
— Nie za bardzo.
— W porządku. — Steve cofnął się o krok. — Siedź spokojnie. Uspokój się. Sprawdzę, co u doktora Bannera.
Peter wzdrygnął się i żałował, że nie może mu jakoś przeszkodzić, ale zanim zdążył coś powiedzieć, Steve już kierował się do windy Patrzył z przerażeniem, jak drzwi zamknęły się z Rogersem, a liczba nad windą zmieniła się na wyższą cyfrę. Steve nie potrzebował nikogo, kto powiedziałby mu, co się stało. To było cholernie oczywiste.
Steve z pewnością komuś powie. Prawdopodobnie najpierw udałby się do Tony'ego, co oznaczało, że Pepper dowie się następna, a może nawet agentka Romanoff i dyrektor Fury. Chcieliby poznać okoliczności. Peter wypił resztkę wody, aby móc opuścić butelkę na podłogę, a następnie zwinąć się z jękiem pod kocem.
Stopniowo zaczęły się odzywać wszystkie jego dzisiejsze rany. Bolały go plecy, a głowa pulsowała, przypominając mu o każdym ciosie i eksplozji, o wszystkich kulach, które ominęły cel. W tamtym momencie nie wydawało się to takie złe. Atakowanie i łapanie złych facetów. Był przyzwyczajony do strzelanin, a nawet gigantycznych jaszczurek. Jednak krew generała Rossa wpływająca spod jego dłoni była czymś innym. Jeszcze gorsze było wspomnienie słabego syknięcia Osborna i połowicznej sympatii Hammera. Chciał tylko wrócić do domu, tak jak mówił Bruce, zająć się trochę sobą, a wszystko stałoby się lepsze. Ale i tak jakoś to schrzanił.
— Przestań — mruknął Peter, wciskając twarz w poduszkę. — Nie płacz, głupku.
Steve wrócił kilka minut później. Położył plecak Petera na stoliku wraz z obydwoma telefonami komórkowymi. Kiedy Peter wyjrzał spod koca, Steve pokazał mu stronę internetową na swoim telefonie.
— Czy to działa? — zapytał.
Peter patrzył niewyraźnie na instrukcję prania spandeksu. Mogła to być nawet pierwsza strona, którą wyszukał.
— Tak?
Dopiero gdy Steve odchodził, Peter zdał sobie sprawę, że miał pod pachą poszewkę na poduszkę wypchaną czymś. Zarumienił się i usiadł.
— Zaczekaj, Kapitanie. Nie musisz…
— Po prostu odpocznij, Peter.
Peter ponownie opadł na kanapę. Kapitan Ameryka robił pranie usuwając ślady seksualnej przygody. Świat się kończył.
Jego nowy telefon zaświecił się. Peter złapał go. Leżąc bokiem, przeglądał ostatnie sms'y. Był jeden od cioci May, który brzmiał: Złapałeś tych drani?
Peter uśmiechnął się do siebie i odpisał: Tak, załatwiłem ich. Czuję się dobrze. Jestem z przyjaciółmi.
Zamknął oczy, krzywiąc się słysząc Steve'a przygotowującego pranie. Chwilę później z jego telefonu wydobył się sygnał dźwiękowy. Ciocia May odpowiedziała: Kocham cię.
Kiedy Steve wrócił, Peter ponownie był schowany pod kocem. Nie mógł już dłużej tego wytrzymać i gdy tylko Steve usiadł naprzeciw niego, wyrzucił z siebie:
— Znowu spieprzyłem.
Steve westchnął. Przebrał się z munduru w T-shirt i dresy, za co Peter był wdzięczny, nawet jeśli nie uczyniło go to mniej imponującym.
— Cokolwiek stało się z doktorem Bannerem, nie było twoją winą.
— Ale mówił mi o tym wiele razy. — powiedział Peter, siadając. — Musimy być ostrożni i rozważni oraz… Przepraszam, wiem, że prawdopodobnie nie chcesz tego słuchać, ale co mam zrobić? Tak, jestem nastolatkiem. I nawet nie sądziłem, że coś jest nie tak.
— Peter — powiedział Steve.
— Ale oczywiście musiałem naciskać. — Mówił dalej. Oczy szczypały go od powstrzymywanych łez. — A teraz obudzi się i zacznie wariować, po prostu tak się stanie i powie: „mówiłem ci" i pewnie ucieknie… ucieknie daleko.
— Nikt nie… — Steve przetarł oczy. Peter również oczekiwał od niego „mówiłem ci", ale potem potrząsnął głową i powiedział: — Nie był zły na ciebie, tylko na mnie.
Peter wpatrywał się w niego.
— Co zrobiłeś?
Steve poruszył się niespokojnie.
— Sprzeczaliśmy się, a potem wyszedł — powiedział. — Ostrzegał mnie, ale tak naprawdę nie myślałem… Przepraszam, Peter.
Peter nadal na niego patrzył, aż wreszcie zrozumiał.
— Kłóciliście się o mnie.
— Tak.
Peter poczuł mieszaninę emocji i chciał zwymiotować.
— Czemu? — zapytał ostrzej, niż prawdopodobnie powinien. — Ponieważ ma to tak duże znaczenie dla ciebie, z kim sypiam?
Uszy Steve'a były różowe.
— W tym przypadku, tak.
— Dlaczego? — Peter wzruszył ramionami z rozdrażnieniem. — Wiesz, mnóstwo dzieciaków młodszych ode mnie uprawia seks.
— Nie chodzi tylko o to i wiesz o tym. — Steve przesunął się do przodu, opierając łokcie na kolanach. — Doktor Banner jest złożonym człowiekiem.
— Myślisz, że ja nie jestem skomplikowany? — narzekał Peter.
— A po tym, co się właśnie stało, musisz rozumieć to lepiej niż ja.
— To… — Peter skulił się pod kocem leżącym na jego ramionach. Żółć podchodziła mu do gardła. — To naprawdę głupia rzecz do powiedzenia w tej chwili.
Steve zaczął odpowiadać, ale powstrzymał się, krzywiąc.
— Wiem, ale nie chodzi tutaj o bycie chujem. Dbam o ciebie.
— Nie chcę, żebyś się mną opiekował — powiedział Peter, ale potem trochę tego pożałował i potknął się na swoich słowach. — Nie, że nie doceniam tego. Wiesz, doceniam wysiłek, ale nie jestem dzieckiem i nawet jeśli myślisz, że popełniam błąd z Bruce'em, po prostu wycofaj się i pozwól mi to przeżyć, okej?
— Twoje błędy mają na mnie wpływ — powiedział Steve.
— Dobra, daj spokój, to też była wypowiedź chuja. — Peter wpatrywał się w podłogę. — Wiesz, że nie chciałem, żebyś został zraniony.
Steve potrząsnął głową.
— Nie kwestionuję twoich intencji tylko twój osąd. Wiesz, że ten związek nie jest właściwy. Dlaczego inaczej obaj próbowaliście ukryć to przede mną?
— Ponieważ wiedzieliśmy, że zareagujesz w ten sposób! — powiedział Peter z bezradnym gestem. — Po prostu tego nie rozumiesz. Spójrz na siebie. Jesteś muskularny, ładny i tak dalej, idealny, a ja nawet nie wiem, kim do cholery jestem. I Bruce to rozumie, okej? I troszczy się o mnie. Nie wiesz, co to znaczy mieć kogoś takiego jak on i… — Peter od dłuższego czasu czuł, jak łzy zbierają mu się w oczach, ale i tak był zaskoczony, gdy jedna z nich spłynęła po policzku. Ze złością przetarł oczy i próbował mówić dalej. — Nikt go nie skrzywdzi z mojego powodu — powiedział, a jego gorączkowy rozpęd przerodził się w niepewność. — I wie, że jeśli będę musiał, to również mogę mu się przeciwstawić. I to właśnie zrobiłem, ale… kurwa. — Wytarł twarz kołnierzem szlafroka. — Nie wiem, dlaczego wciąż się o to kłócimy, ponieważ rano może to nie mieć znaczenia i to dzięki tobie.
Steve spuścił wzrok i mógł być skruszony, ale Peter nie czuł się w tej chwili specjalnie przygotowany do analizowania wyglądu jego twarzy. Po dłuższej, ciężkiej ciszy kapitan powiedział:
— Przepraszam.
Peter ponownie otarł twarz i zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby wziąć się w garść, ale widok skruszonego Steve'a nie pomagał w tym. Był zmęczony tym, że wszyscy byli zdeterminowani, by traktować go jak zbyt młodego nastolatka, i zanim zdążył się powstrzymać, wyrzucił z siebie:
— Ale to nie powstrzyma mnie przed zeskakiwaniem z budynków. — Steve podniósł wzrok, a wszelkie współczucie na jego twarzy zniknęło na rzecz całkowitej powagi. Peter nie był pewien, czy był gotów na kolejną rundę, ale i tak zaczął: — Przepraszam, że cię okłamałem w sprawie pozostania w Wieży, ale nie żałuję, że tam poszedłem — powiedział. — A jeśli znowu coś się stanie, będę tam.
Steve wyprostował się, ale poświęcił chwilę na ułożenie odpowiedzi, zanim się odezwał.
— Kiedyś wspomniałeś, że chcesz zostać Avengersem — powiedział. — Czy ci się to podoba, czy nie, oznacza to, że jestem pod moim dowództwem.
— Nie przeszkadza mi to. Nie chodzi o to, że…
— Nie możesz być pod moją komendą, jeśli nie mogę ci ufać — ciągnął Steve. — A teraz nie jestem pewien, czy mogę.
Te słowa bolały bardziej, niż Peter się spodziewał, nawet po tym wszystkim, jak Steve się zachowywał.
— Mogę… mogę wykonywać rozkazy — powiedział. — Ale nie, jeśli zamierzasz po prostu rozkazywać mi, abym odsunął się na bok. Spójrz na dzisiejszy wieczór. Gdybym wykonał rozkaz, Hammer uciekłby…
— Nie wiesz tego…
—… i ludzie zginęliby, łącznie z tobą. Nie możesz po prostu zaakceptować tego, że tym razem spisałem się dobrze? — Koc zaczął go dusić, więc Peter go odrzucił. — Byłem tam z wami i mamy tego sukinsyna. Nawet dyrektor Fury kazał mi kontynuować zadanie.
Steve skrzywił się. Dziwnie było widzieć u niego ten wyraz twarzy.
— Interesem dyrektora Fury'ego jest zakończenie misji. Chce dobrze, ale nie zawsze ma na uwadze interesy poszczególnych żołnierzy.
— Jakie to ma znaczenie, jeśli zwyciężam? — powiedział zirytowany Peter.
— Tym razem zwyciężyłeś — powiedział Steve. Jego ton równie szybko stał się gorliwszy. — Ale nie zawsze tak będzie, Peter. Jeśli nadal będziesz tak lekkomyślny, jak byłeś, to źle się to skończy i nie chcę, żeby się tak stało.
— Byłeś za późno! — warknął Peter, a Steve odchylił się do tyłu, zaskoczony. Nagły ból w jego dużych, niebieskich oczach stłumił całą złość Petera. Był w stanie odetchnąć, zanim kontynuował: — Zostałem ranny, kapitanie — powiedział, próbując przekazać całą szczerość kryjącą się w tym. — Zostałem pobity, wysadzony w powietrze, poturbowany, zadrapany pazurami, postrzelony i to było zanim ktokolwiek z was się pojawił. I tak, to boli, ale jakie to ma znaczenie, kiedy ludzie są mordowani? Tak, jak powiedziałeś: — wziął kolejny oddech — „Nie otrzymaliśmy tych mocy, abyśmy mogli użyć ich dla siebie. Powinniśmy pomagać ludziom". — Cała siła opuściła Petera i ponownie spojrzał na podłogę z sercem w gardle. — Ostatnim razem, gdy wiedziałem, że mogę coś zrobić i postanowiłem nie reagować, straciłem wujka — powiedział. — Umarł, kiedy mogłem nie dopuścić do tego. Nigdy więcej się to nie powtórzy. — Zmusił się, by spojrzeć Steve'owi w oczy. — Jeśli masz zamiar walczyć z przestępczością, terrorystami lub kosmitami w Nowym Jorku, to będziesz musiał mnie znosić. W porządku?
Steve patrzył na niego przez długą chwilę, zamyślony i nieprzenikniony. W końcu westchnął.
— Dobrze — odpowiedział. — W porządku, Peter. Rozumiem.
Peter również westchnął. Czuł się znużony, a ręce znów mu się trzęsły, więc próbował schować je w kieszeniach szlafroka.
— Dobrze.
Steve potarł twarz i wstał. Rozglądał się przez chwilę po mieszkaniu, jakby oszołomiony, a potem nagle zapytał:
— Jesteś głodny?
Peter zmarszczył brwi.
— Jest prawie druga w nocy.
— Wiem. — Steve skierował się do otwartej kuchni. — Zrobię grillowany ser.
Peter prychnął z niedowierzaniem pomieszanym z rozbawieniem. Nie był pewien, czy mógłby zjeść cokolwiek, ale chwycił butelkę i wypił resztkę wody.
— Jasne — powiedział. — Również zjem.
— Dobrze. — Steve zaczął szperać po kuchni w poszukiwaniu patelni. — Powinieneś wiedzieć — zawołał gotując — że ten granat by mnie nie zabił. Po prostu narobiłby trochę bałaganu.
Peter skrzywił się na wyobrażenie tego.
— Um, często jesteś narażony na wybuchy granatów? — zawołał w odpowiedzi.
— Przyzwyczaiłem się do tego.
— Cóż… nie ma za co — wymamrotał Peter.
Kiedy Steve był obrócony do niego plecami, Peter sięgnął do plecaka. Bycie w szlafroku było jakoś uspokajające, więc zdecydował się nie przebierać, ale włożył bieliznę. Mimo że był wyczerpany, kiedy masło zaczęło skwierczeć na patelni, ożywił się. Pachniało dobrze, a jego żołądek podskoczył ochoczo. Choć przebywanie w mieszkaniu Kapitana Ameryki, jedząc z nim kanapki w środku nocy, było absurdalne, to nie mógł wymyślić nic innego, co wolałby teraz robić.
— Może powinienem wrócić na górę — powiedział, bawiąc się palcami. — jeśli Bruce obudzi się sam…
— Nie obudzi się w najbliższym czasie. — Steve przewrócił tost. — Stark powiedział, że środek uspokajający spowoduje, że będzie nieprzytomny aż do rana, chyba że ktoś poda mu środek niwelujący działanie poprzedniego. Po prostu pomyśl teraz o sobie, Peter.
Peter obrócił się na kanapie, oparł brodę na tylnym oparciu, wpatrując się w Steve'a.
— Czyli powiedziałeś panu Starkowi.
— Zna doktora Bannera lepiej niż ja. Pomyślałem, że przydałoby się, żeby z nim porozmawiał. — Steve zamilkł. — Nie powiedziałem mu wszystkiego.
Peter spojrzał na korytarz. Ledwo słyszał dźwięk pralki.
— Dzięki.
Kiedy Steve skończył przygotowywać kanapki, przełożył je na jeden talerz i zaproponował Peterowi drugą butelkę wody. Podobnie jak poprzednio, Peter nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był głodny, dopóki nie wziął pierwszego kęsa, a potem zaczął szybko jeść. Steve nie potrzebował więcej czasu, aby również zacząć przeżuwać swoją kanapkę. Kiedy usiedli razem na kanapie, ponownie się odezwał.
— Prawda jest taka — powiedział ostrożnie — że sądzę, iż przypominasz mi kogoś.
Peter oblizał palce z ostatnich okruszków i wytarł dłonie o szlafrok. Był przyzwyczajony to poważnego tonu Steve'a, ale ten brzmiał inaczej.
— Naprawdę?
— Mojego przyjaciela — ciągnął Steve. — Dorastaliśmy razem. — Jego usta wykrzywił słodko-gorzki uśmiech. — Zawsze opiekował się dziećmi mniejszymi od niego, co zwykle oznaczało mnie.
— Ciebie? — powiedział z powątpiewaniem Peter.
Uśmiech Steve'a stał się nieśmiały.
— Nie zawsze byłem umięśniony, ładny i idealny. — Peter zarumienił się, ale Steve kontynuował, zanim mogło go ogarnąć zawstydzenie. — Byłem wtedy małym chuderlakiem, ale on zawsze mnie wspierał. Stał za mną, nie wiem ile razy. — Spuścił oczy, a Peter odwrócił się w jego stronę, skupiając się na nim całkowicie. Wiedział już, dokąd zmierza ta historia. — Kiedy byliśmy razem w armii, raz lub dwa mogłem odwdzięczyć się za przysługę, ale ostatecznie to zawsze on obstawał przy tym, co uważał za słuszne, bez względu na cenę.
Peter przełknął ślinę.
— Straciłeś go.
— Straciłem go. — Steve potrząsnął głową. — Próbowałem go ochronić, ale był bardziej zainteresowany ochroną mnie. Był dobrym żołnierzem. Jestem dumny, że taki był, ale… — Zawahał się, a Peter czekał niespokojnie milcząc, rozumiejąc do razu, że Steve miał zamiar powiedzieć mu coś, czego wcześniej nie mówił. — Chciałbym móc powiedzieć, że umarł za mnie — powiedział krzywiąc się przy tym. — Wiem, jak to brzmi, ale jestem pewien, że to właśnie mówi chłopakom na górze. Wiem, że byłby z tego dumny. I chciałbym móc powiedzieć, że absolutnie bym umarł, gdyby nie przyjął tego uderzenia, ale czasami po prostu wiem, że to nieprawda i…
Przerwał, a Peter zakończył za niego:
— To jest do bani.
Steve westchnął.
— To jest do bani.
— Jestem… — Peter zacisnął zęby. Zrozumiał, co naprawdę mu powiedział Steve i jego żołądek ścisnął się, gdy wyobraził sobie, jak musiał czuć się Steve, patrząc, jak wyskakiwał z budynku Oscorp, a jego los był mu nieznany. Chciał coś powiedzieć, żeby Steve wiedział, że rozumie ból nic nie wznoszącej śmierci, ale nic nie wydawało się właściwe. — Przykro mi.
Steve milczał. Wpatrywał się w stół przed nim, marszcząc brwi, jakby właśnie uświadomił sobie, co powiedział, prawdopodobnie tego żałując. Potem spojrzał na Petera poważnym wzrokiem.
— Czy nadal chcesz być w moim zespole?
Oddech utknął mu w gardle, ale kiedy udało mu się zaczerpnąć tchu, jedyną odpowiedzią było:
— Tak.
Steve wyprostował się, znowu skupiając się na działaniu.
— W takim razie wyjaśnijmy kilka rzeczy — powiedział. — Nie będę cię traktować jak dzieciaka, ale jeśli będziesz uczestniczył w mojej misji, staniesz się moim żołnierzem. Jeśli każę ci coś zrobić, zrobisz to, nawet jeśli będzie oznaczało to wycofanie się. Zwłaszcza jeśli każę ci odsunąć się na bok. Mogę skorzystać z pomocy kogoś z własnymi pomysłami, więc nie wahaj się wyrażać swojego zdania, ale jeśli mamy być razem w terenie, muszę wiedzieć, gdzie jesteś i co robisz. Rozumiesz?
— Tak, proszę pana — powiedział mimowolnie Peter.
Steve uśmiechnął się krzywo.
— A jeśli zaczną rzucać granatami, pozwól, że ja się tym zajmę.
Może starał się być zabawny, ale nikogo nie nabrał. Peter wiedział, co miał naprawdę na myśli.
— Rozumiem, kapitanie.
— W porządku. — Oddychają głęboko Steve wstał i zebrał puste plastikowe butelki na talerz. — Wiesz, kiedy nie jesteśmy w kostiumach, możesz mówić do mnie Steve.
Policzki Petera poczerwieniały i z powrotem naciągnął na siebie koc, gdy Steve się odsunął.
— Um, spróbuję.
Steve wyrzucił butelki do kosza.
— Ale minęło trochę czasu, odkąd ktoś nazwał mnie chujem.
Peter wybąkał:
— Nie wierzę w to.
Steve zaśmiał się i potrząsnął głową. Peter obserwował go nad oparciem sofy, nie wiedząc, co zrobić z tym, co czuł. Zainspirował go widok Kapitana Ameryki w pełnym mundurze, doświadczenie tego, jak przejmuje odpowiedzialność i kontrolę nad swoim zespołem. Był uczciwy i troszczył się o swoim kolegów, może bardziej niż było to konieczne, ale z właściwych powodów. Łatwo było zrozumieć, dlaczego jakikolwiek żołnierz oddałby za niego życie. Ale nadal był tylko Steve'em, który wycierał dłonie o spodnie dresowe, kiedy skończył płukać talerz. Robił wszystko, co w jego mocy, w jedyny możliwy sposób.
— Justin Hammer coś mi powiedział — rozpoczął Peter. Nie był pewien, dlaczego czuł się zmuszony to powtórzyć, ale wtedy Steve odwrócił się w jego stronę i było już za późno, żeby się wycofać. — Powiedział, że wszyscy trochę wariujemy, kiedy coś zostanie nam odebrane.
Steve zmarszczył brwi, opierając się o blat.
— Nie jestem pewien, co do doboru słów — odpowiedział — ale sądzę, że nie mogę nie zgodzić się z całą tą myślą.
Peter nawiązał z nim kontakt wzrokowy.
— Nie wiem, co bym zrobił, gdybym stracił Bruce'a.
Steve wyglądał, jakby się tego spodziewał. Z cichym westchnieniem odsunął się od lady.
— Nie zamierzam ci go odebrać — powiedział. — Otrzymałem wiadomość: to nie moja sprawa – zawahał się, po czym dodał. — Ale możesz ze mną porozmawiać, jeśli kiedykolwiek będziesz musiał.
— W porządku. — Peter owinął się ciasno kocem. — Dzięki.
— W porządku — powtórzył Steve. W końcu odwrócił się w stronę wind. — Idę sprawdzić, co u Starka — powiedział. — Jeśli możesz to spróbuj się trochę przespać. To była długa noc.
— Nie żartuj. — Peter obserwował go i zanim Steve dotarł do windy, był w stanie wydobyć z siebie te słowa: — Dziękuję, Steve.
Steve obejrzał się i uśmiechnął.
— Dzięki za uratowanie mnie przed bałaganem — powiedział i wyszedł.
Peter uśmiechnął się do siebie. Były to najprawdopodobniej najbliższe określeniu „dobra robota", słowa jakich mógł się spodziewać w tej chwili. Znów położył się na kanapie, wmawiając sobie, że powinien być zadowolony, że sprawił, iż Steve zrozumiał, ale w ciszy mieszkania znów zaczęły się wkradać wątpliwości. Nadal nie miał pojęcia, co powiedzieć Bruce'owi, nie mówiąc już o Tony'm, Fury'm czy kimkolwiek innym , kto by się o tym dowiedział. Nie wiedział też, jak inni zareagują na jego próbę heroizmu.
Na szczęście był zbyt wyczerpany, żeby się nad tym zastanawiać. Skulił się pod kocem, a przy zamkniętych oczach sen przyszedł znacznie szybciej, niż się spodziewał. Pozwolił zapomnieć sobie o bolącym ciele i niepokojących pytaniach. Zasnął.
OoO
Pierwszą rzeczą jaką po obudzeniu zauważył Justin Hammer były kajdanki.
Był przykuty do ramy szpitalnego łóżka. Natychmiast pociągnął za nie, ale gdy tylko się poruszył, piekący ból przeszył jego kończyny. Miał wrażenie, jakby pod jego skórą był ogień, płonący od koniuszków palców po palce u stóp w falach, które przenikały się nawzajem, gdy spotykały się w jego centrum. W nadgarstkach i w nosie miał rurki i wszystko smakowało jak żółć.
Ale najgorsze były kajdanki. Ich zimny nacisk po wewnętrznej stronie jego nadgarstków wywoływał u niego panikę.
— Hej! — Hammer wiercił się, próbując zrzucić z siebie kołdrę. Mając na sobie jedynie szpitalną koszulę i cienki koc wciąż było mu gorąco. — Halo? Wciąż mam ubezpieczenie zdrowotne! Mogę pozwolić sobie na lepsze warunki niż to!
Kaszlał i starał się rozejrzeć, ale nie było wiele do zobaczenia. Był w prywatnym pokoju pooperacyjnym. Kawałek po kawałku przypominał sobie szyb windy i szpony w brzuchu. Kiedy wziął głęboki oddech, poczuł jak szwy naciągają się na brzuchu – czy go operowali? Wiedział, że odczuwał wystarczająco dużo bólu, aby być świeżo po operacji.
— Hej! — krzyknął ponownie, chociaż gardło bolało go od tego. To nie wydawało się naturalne. Pocił się i sądząc po zapachu, był już tutaj od jakiegoś czasu. Jego spojrzenie wędrowało wokół, gdy naciskał na coś, co wyglądało na przycisk wzywający pielęgniarki znajdujący się w pobliżu jego lewej ręki. — Hej! Pielęgniarka! Chodź tutaj!
Drzwi się otworzyły i Hammer ujrzał za nimi policjanta stojącego na korytarzu, zanim do środka weszła pielęgniarka. Sprawdziła odczyty na sprzęcie monitorującym Hammera i zwróciła się do niego:
— Dzień dobry, panie Hammer — powiedziała, włączając słabe światło nad jego głową.
Hammer skrzywił się na światło.
— Która jest godzina?
— Prawie piąta rano. — Zmarszczyła brwi, patrząc na niego. — W skali od jednego do pięciu, co…
— Daj mi leki — przerwał Hammer, szarpiąc za kajdanki. — Cholera. To nie miało się tak skończyć.
— Zaczniemy od pewnej dawki dilaudidu — powiedziała pielęgniarka, otwierając szafkę z wyposażeniem pod ścianą. — Właściwie to wszystko, co pozwolono mi panu dać. U niektórych pacjentów może wywołać nudności, więc…
— Co oni mi zrobili? — Hammer uniósł rękę tak wysoko, jak mógł. Jego skóra wyglądała na chorowitą i pożółkłą. — Co mi dali?
— Miał pan operację, panie Hammer. Ból jest…
— Coś mi zrobili — mruknął Hammer. Szarpnął kajdankami, trzymając je prawą ręką, wywierając powolny równomierny nacisk. Patrzył, jak metal wyginął się. — Nie… czekaj. Chwila. — Jego żołądek podskoczył i choć ciężko mu było przełknąć prawdę, to przypomniał sobie windę i zaśmiał się ochryple. — Coś sobie zrobiłem.
Kajdanki pękły. Hałas zaalarmował pielęgniarkę, która się odwróciła, ale wtedy Hammer już zerwał te na drugiej ręce i wstał z łóżka. Kiedy jednak jego stopy uderzyły o posadzkę, wzrok mu się rozmył, ale wciąż miał dość zmysłów, aby złapać pielęgniarkę, zanim ta dotarła do drzwi. Jej krzyk przywołał policjantów do środka. Dwóch z nich wyciągnęło broń. Hammer przyciągnął kobietę do siebie, obejmując ramieniem jej gardło.
— Zostaw ją! — krzyknął jeden z funkcjonariuszy. — Hammer, w budynku są agenci federalni, nawet jeśli wyjdziesz z tego pokoju, to nie masz dokąd pójść!
Miał rację. Hammer słyszał ich na korytarzu rozmawiających przez krótkofalówki. Słyszał wiele rzeczy, które działy się w szpitalu, a których nie powinien usłyszeć. Kaszel pacjentów, szum odkurzacza, ruch noszy z zardzewiałym kółkiem. Wszystko to stapiało się w jego uszach, w których dudniło mu bicie serca. Kiedy próbował nadać temu sens, zdał sobie sprawę, że pielęgniarka wciąż krzyczy, a funkcjonariusze przeklinali zszokowani i zdezorientowani. Kobieta pachniała spalenizną.
Hammer odepchnął pielęgniarkę, dostrzegając czerwone pręgi na jej skórze w miejscu, w którym ją dotykał. Gdy jeden z oficerów złapał ją i ponaglił do ucieczki, drugi wydał Hammerowi rozkaz padnięcia na ziemię. Jego głos był niczym dym na wietrze, raz się pojawiał, raz znikał.
— Pieprzony Oscorp — warknął Hammer, wyciągając przed siebie dłonie. Jego ręce były mokre od potu, a kiedy wytarł je o szpitalną koszulę, materiał wydawał się syczeć. — Co było w tym cholernym serum?
— To twoje ostatnie ostrzeżenie — krzyknął oficer, gdy w drzwiach pojawili się mężczyźni w czerni. — Padnij teraz na kolana!
— W porządku. — Hammer zrobił krok w lewo. — Okej, zrobię to.
Chwycił stojak z kroplówką, trzymając go jak kij baseballowy. Zamaszystym ruchem uderzył nim w łokieć policjanta, rozbijając jego kości i posyłając go na ścianę. Agenci za nim wyciągnęli broń, ale Hammer już unosił łóżko szpitalne. Nie wiedział, co sprawiło, że pomyślał, że może je podnieść, ale jego mięśnie pulsowały i reagowały, poruszając masywną ramą mebla z taką łatwością, jakby to był patyk. Z przepływem podekscytowania Hammer rzucił łóżkiem w okno za sobą.
Szkło pękło. Do pokoju wpadł zimny poranny wiatr. Jak oszacował Hammer, byli co najmniej na piątym piętrze, ale to nie przeszkodziło mu pobiec w stronę dziury. Wspomnienie budzenia się w kajdankach pomogło mu rzucić się przez wybite okno, a potem spadał, wymachując kończynami, bezradny i bez tchu. Jego umysł stał się pusty. Nie widział żadnych wspomnień przed oczami.
Dziedziniec znajdował się coraz bliżej, a Hammer przez cały czas miał otwarte oczy, aż jego stopy uderzyły o betonowy chodnik. Świadomie przeniósł siłę uderzenia w górę kostek i łydek, aż do środka ciężkości. Kolana uderzyły o ziemię, a za nimi dłonie, potem czoło. Całe jego ciało było zgarbione na tłuczonym kamieniu, jak modlący się człowiek. Słyszał, jak jego skóra rozdziera się o kawałki potłuczonego chodnika, słyszał grzechoczące kości. Powoli wypuścił powietrze, a kiedy podniósł głowę, był żywy.
Hammer odchylił się na piętach i rozejrzał się. Stworzył krater przyzwoitej wielkości, ale sam był nietknięty. Był więcej niż nietknięty – był żywy. Jego zmysły wibrowały od nieludzkiej wrażliwości na bodźce, a jego ciało wydawało się napięte i spreparowane, jakby został rozłożony na części i ponownie złożony.
— Zadziałało. — Hammer ponownie spojrzał na swoje dłonie i chociaż nadal były lepkie i odbarwione, nie mógł powstrzymać się od podziwu dla drobnych zadrapań na jego palcach, leczących się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. — Zadziałało! — wiwatował, ale potem jego żołądek ponownie się zacisnął. Zgiął się wpół, dysząc i krztusząc się. — Okej — wymamrotał, walcząc z kolejną falą piekącego bólu, kiedy podniósł się na nogi. — To trochę zadziałało. — Ale żył i był wolny, a to oznaczało, że wciąż miał czas. Wciąż mógł dokończyć to, co zaczął.
Gdy już się wyprostował, zauważył ścieżkę prowadzącą na parking i zaczął biec.
