1996

Assuarin rozglądał się z uznaniem. Wysoka, okrągła wieża zdawała się wyrastać z ziemi, podziurawiona oknami jak szwajcarski ser. Postawiona dokładnie na styku trzech stanów: Kansans, Kolorado i Nebraski, baszta została obrzucona wieloma antymugolskimi zaklęciami. Nawet teraz, za dnia, ponad wieżą kołowały dziesiątki różnych ptaków, w większości sów.

Tylko parterowy poziom nie był otwartą konstrukcją, tylko w najniższych oknach były szyby. Wewnątrz musiało znajdować się małe mieszkanko. Assuarin obniżył lot swojej dopieszczonej miotły, by wylądować przy zamkniętych drzwiach. Uznał, że bezpośrednie wylądowanie na jakimś poziomie ptasiego królestwa mogłoby być uznane za nietakt.

Krążące wokół wieży ptaki podlatywały do Assuarina z ciekawością. Czarodziej odpędził wyjątkowo natrętną sóweczkę i nacisnął przycisk dzwonka. Czekał cierpliwie – unosząc głowę by w porę widzieć lądującego kilka pięter wyżej puchacza ze sporą paczką.

Sowiarnia nr 7 była jednym z dziesięciu podobnych punktów rozsianych po całych Stanach Zjednoczonych. Z racji rozległości geograficznej amerykańskie sowy miały kłopot z doręczaniem listów i paczek na duże odległości, dlatego na najczęściej wybieranych przez ptaki trasach wybudowano schronienia, gdzie mogły odpocząć i gdzie zawsze czekał na nie posiłek.

By zostać ,,sowiarzem" trzeba było mieć prawdziwą rękę do ptaków. A mając w pamięci dwugłowego orła, Assuarin podejrzewał, że mag, z którym miał się spotkać, odziedziczył tą konkretną cechę. Nacisnął dzwonek jeszcze raz.

- Już, ale do diabła, to hotel dla sów, nie dla ludzi! – z góry dobiegł ostry głos, mówiący po angielsku z mieszanką rosyjskiego i brytyjskiego akcentu.

Assuarin wstrzymał oddech, gdy na sfatygowanej miotle z góry zleciał postawny mężczyzna. Na pierwszy rzut oka, nie było w nim nic niezwykłego. Był niższy, ale potężniej zbudowany niż Assuarin. Jego ubranie składało się z brązowych szat i kaloszy brudnych od ptasich odchodów. W jasne włosy miał wplecione jakieś gałązki. Wyglądał na dużo starszego od Assuarina za sprawą nierówno przystrzyżonej brody. Najciekawszą cechą jego wyglądu były ciemne oczy, patrzące na przybysza z nieskrywaną nieufnością.

- Ty jesteś Vladimir Zenaidov? – Assuarin westchnął, gdy potężny bielik amerykański wylądował na żerdzi umocowanej przy drzwiach.

- Nie, nazywam się William Zener. – burknął mężczyzna, krzyżując ręce na piersi.

- Miło cię poznać, William. Ja nazywam się Assuarin Zenaidov. – Assuarin wbił w mężczyznę spojrzenie ciemnych oczu i wyciągnął rękę.

Bielik wydał z siebie krótki okrzyk, podczas gdy starszy mężczyzna na przemian otwierał i zamykał usta, wodząc wzrokiem po twarzy Assuarina. Teraz musiał widzieć podobieństwo… musiał czuć, że dalsze udawanie nie ma sensu.

- Na puchacze i pustułki, zatem stary szaleniec zostawił ciężarną wariatkę!? - ,,sowiarz" uniósł rękę i otarł łokciem czoło – na dłoniach miał brudne rękawice.

- Możemy porozmawiać, Vladimirze? – Assuarin wiedział, że czarodziej przeżył szok, ale przebył pół kontynentu by dowiedzieć się jak najwięcej.

- Właź. – mruknął mężczyzna i machnięciem ręki otworzył drzwi. Assuarin uśmiechnął się na ten mały pokaz magii bez użycia różdżki – Vladimir był potężnym czarodziejem, ich moc magiczna prawdopodobnie plasowała się na podobnym poziomie.

Wnętrze wieży było urządzone spartańsko. Jedno pomieszczenie, z podwieszanym hamakiem, stołem, trzema różnymi krzesłami, piecykiem i kuchenką. Kotara musiała oddzielać małą łazienkę. W powietrzu unosił się ptasi zapach. Brakowało porządku i kobiecej ręki. A poza tym, czuć było samotność.

- Jak mnie znalazłeś? – spytał Vladimir, siadając na jednym z krzeseł. Assuarin opadł na drugie - przez myśl mu przeszło, że chętnie napiłby się kawy po podróży, ale nie zamierzał prosić Vladimira, który wydawał się być raczej negatywnie nastawiony.

- Znałem imię swojego… naszego ojca. – Assuarin wzruszył ramionami.

- Widziałeś się z nim? – Vladimir zacisnął dłonie w pięści.

- Nie, ciebie było łatwiej znaleźć. Zostawiłeś wyraźne ślady. – ciemnowłosy mag rozparł się wygodniej na krześle – musiał trochę rozprostować kości po wielogodzinnym locie.

- Ślady?! – Vladimir mógł sprawiać groźne wrażenie, ale Assuarin poznał już dużo bardziej niebezpiecznych ludzi.

- Masz córkę, w Wielkiej Brytanii. – Assuarin przywołał w myślach obraz dziewczynki o orzechowo-czekoladowych oczach i złotych włoskach, wyglądającej jak mały aniołek.

- Alexandra. Widziałeś ją? Żyje? – starszy mag pochylił się do przodu, z desperacją.

- Tak. To twoja żona zachorowała i zmarła. Czemu je zostawiłeś? – Assuarin nie wyobrażał sobie takiego scenariusza, by porzucić własną żonę i dziecko. Ale z drugiej strony, Assuarin nie miał pojęcia, dlaczego jego własny ojciec zostawił Tatianę, pozwalając jej wierzyć… że umarł… Assuarin zagryzł wargę – prawda była taka, iż wiedział niewiele poza tym, że siedzący przed nim mężczyzna jest jego starszym bratem.

- Bo mała wdała się we mnie. Albo może nie we mnie, bo ja jeszcze jestem na tyle przeciętny by nie stanowić zagrożenia. Odziedziczyła moc po naszych rodzicach. Kwestią czasu jest, aż wykaże się szaleństwem i zabije kogoś… musiałem odejść. – Vladimir odwrócił głowę.

Assuarin niewiele z tego rozumiał. Słowa starszego brata nie miały dla niego sensu. Były kiepskim usprawiedliwieniem. A fakt, że Vladimir nie wykazał żadnego żalu przy wiadomości o śmierci żony tylko zdenerwował Assuarina. Widział tą dziewczynkę… wyobcowaną w rodzinie matki, która przyjęła ją z litości. Słyszał historię o tym, że po śmierci żony Vladimira jego córka tułała się samotnie po Londynie. I owszem, moc Alexandry była dużo większa niż Assuarina czy nawet Tatiany, ale… żeby podejrzewać iż mała będzie zabijać?

- Nasza matka… żyje? - Vladimir zadał to pytanie tak, jakby wcale nie oczekiwał twierdzącej odpowiedzi.

- Tak. Nie wiesz? – Assuarin zmarszczył brwi – Tatiana była postacią znaną na arenie międzynarodowej.

- Czego nie wiem? Przez całe życie ojciec twierdził, że moja matka zginęła pod koniec wojny. Dopiero jak spotkałem się z nim zanim opuściłem żonę i Alexandrę to powiedział mi, że zostawił matkę, że upozorował naszą śmierć w Szatańskiej Pożodze. Zjawiłeś się ty i masz nasze nazwisko, wnioskuję więc, że nasz ojciec, sukinsyn, zostawił ciężarną, szaloną i uzależnioną wiedźmę samą. Musisz żyć jakimś cudem. – Vladimir walnął pięścią w stół.

Ogrom informacji, jaki krył się w tej wypowiedzi, sprawił, że wszystkie mięśnie Assuarina napięły się boleśnie.

Kiedy dowiedział się, iż żył w Rosji jakiś Ivan Zenaidov i że miał syna Vladimira, Assuarin założył, że jego ojciec przeżył wojnę i założył nową rodzinę… Gdy potem odkrył, że Vladimir jest starszy, nie młodszy, zaczął podejrzewać, że coś nietypowego musiało się wydarzyć… ale żeby upozorować śmierć własną i dziecka, byle uciec od kobiety, która…

- Dobrze, opowiem ci wszystko od początku, ale potem ty powiesz mi wszystko o matce… byłem pewien, że jednak nie pożyła długo po naszym odejściu, lecz skoro żyjesz i wyglądasz w porządku to musiała wziąć się w garść. – Vladimir poklepał go po leżącej na stole dłoni.

Assuarin milczał, bo matka rzeczywiście wzięła się w garść… inaczej nie zostałaby drugą najpotężniejszą czarownicą w Rosji, po przywódczyni okręgu moskiewskiego.

- Nasz ojciec, Ivan, wychował się w jakiejś zapyziałej wiosce. Był zaręczony z jakąś Aleksandrą… razem brali udział w wojnie… ona zginęła. Przez długi czas myślałem, że to ona była moją matką – to jej imię ojciec przywoływał w koszmarach. Z tego względu nadałem to imię mojej córce… a stary wariat siedział cicho, wcale nie sprostował, że babką małej nie była żadna Aleksandra. Powiedział mi to dopiero, gdy zapytałem, dlaczego mała ma takie zdolności w magii bez różdżki… w wieku zaledwie kilku lat. – Vladimir urwał i wziął głęboki oddech, by móc kontynuować.

- Poznał naszą matkę w szpitalu psychiatrycznym dla czarodziejów. Nie powiedział, jak sam się tak znalazł, zdradził jedynie, że matka była potężną wiedźmą, torturowaną Cruciatusem. Nawiązali romans, po jakimś czasie ona zaszła w ciążę. Pojawiłem się, bo środki antykoncepcyjne przehandlowała za uzależniające Magiceum. Urodziłem się w szpitalu dla obłąkanych, uroczo, nieprawdaż? – mag zaśmiał się krótko, gorzko. W tym momencie brzmiał, jakby sam był szalony. Assuarin wcale mu się nie dziwił.

- Przez jakiś rok mieszkali razem…nie wiem gdzie… w każdym razie ona wariowała coraz bardziej… próbował odciąć ją od Magiceum, ale to nic nie dawało, tylko pogarszało sytuację… nie umiał jej pomóc. Powiedział, że zostawił ją, bo zaczęła stanowić zagrożenie dla mnie – nie zajmowała się mną, jej magia była destrukcyjna, a natura okrutna. Podpalił dom Szatańską Pożogą i uciekł ze mną do Kaliningradu. Tam mieszkaliśmy, aż ja wyjechałem do Moskwy na studia. Moskiewskie wiedźmy nauczyły mnie jakiejś kontroli nad mocą. W stolicy poznałem też moją żonę, z nią wyjechałem później do Wielkiej Brytanii. Gdy ojciec opowiadał mi prawdziwą historię, wciąż jeszcze mieszkał w Kaliningradzie, ale potem pewnie wyjechał… nie wiem, nie chcę mieć z nim już nic więcej wspólnego. – zakończył Vladimir, wykrzywiając twarz w grymasie złości i pogardy.

Assuarinowi było trudno uwierzyć w tą opowieść. Bo przecież jak dumna, niezniszczalna Tatiana Romanowa mogła wylądować w szpitalu psychomagicznym? Jak mogła uzależnić się od Magiceum?

- Ojciec zdradził ci imię matki? – zdołał zapytać Assuarin.

- Tylko imię. Tatiana. Nie znam jej nazwiska, ale też nie przyszło mi przez myśl, by jej szukać. Byłem pewien, że nie podniosła się po tamtym pożarze, że umarła…- Vladimir pytająco spojrzał na Assuarina, który przeczesał dłonią włosy i zaczął swoją opowieść:

- Była w ciąży ze mną. Jak pewnie się zdążyłeś zorientować, mocy magicznej miała mnóstwo… bo urodziła się i wychowała wśród petersburskiej elity. Postanowiła wrócić do Petersburga i sięgnąć po władzę. Ja stałem na przeszkodzie, ale urodziła mnie… i zostawiła czarownicom… by mnie wyszkoliły. Dorastałem, nie znając jej. Wiedziałem tylko, że była potężna, postanowiłem więc znaleźć ją w Radzie Elektorskiej. Wyobraź sobie moje zdumienie, gdy okazało się, że moją matką jest Tatiana Romanowa, przywódczyni petersburskich czarownic. – Assuarin urwał, bo Vladimir otworzył szeroko ciemne oczy i zatkał dłonią usta.

- Naszą matką jest pieprzona ,,Imperatorowa"?! – ten okrzyk Vladimira tylko utwierdził Assuarina w przekonaniu, że Tatiana jest figurą rozpoznawaną na całym świecie.

- Matką jest fatalną. Widziałem ją dwa razy, za każdym razem jasno dawała mi do zrozumienia, że… nie jestem… nie nadaję się do zajęcia jej miejsca… - Assuarin urwał, czując się jak małe dziecko. Nie powinien tak wprost zwierzać się temu magowi, nawet jeśli był on jego starszym bratem.

- Ona nigdy nie pozbyła się do końca szaleństwa. Ty nie jesteś jej nic winien, nie musisz jej zadowalać. Ja przez długi czas chciałem, żeby ojciec był ze mnie dumny… ale jego zjadają demony, których nie jestem w stanie odpędzić. Jeśli nie chcesz skończyć marnie, to spróbuj odciąć się od tego wszystkiego. – Vladimir pochylił się i poklepał Assuarina po ramieniu.

- Tak jak ty? Czy nie dopadło cię to w końcu… w oczach twojej słodkiej córki, … od której też się w końcu odciąłeś? – Assuarin odsunął się gniewnie.

- Idź do diabła. Chyba lepiej było, jak nie wiedziałem, że moją matką jest Tatiana Romanowa. – urażony Vladimir odwrócił się do okna. Assuarin potrząsnął głową – nie rozumiał postawy brata. Było mu żal tamtej dziewczynki, jego bratanicy…

- Nie jest za późno, żebyś to naprawił. – spróbował młodszy mag.

- Alexandra jest bezpieczniejsza z dala ode mnie. Jak zobaczysz ojca… zrozumiesz. – Vladimir pogładził swoją nierówną brodę.

- Wiesz gdzie go znajdę? – Assuarin czuł, że musi porozmawiać z Ivanem… że może zdoła zmusić ojca do opowiedzenia całej prawdy… o tym, co tak naprawdę wydarzyło się podczas wojny i niedługo po niej.

- Może być wszędzie. Umiał się dobrze ukryć. Zawsze bał się, że ktoś po niego przyjdzie… ale skoro zostawił ciężarną wariatkę, która potem stała się prawie najpotężniejszą czarownicą w Rosji, to miał prawo się bać. Także nie powiem ci, gdzie masz szukać. Być może umarł. Widziałem go dwa lata temu… wydawał się jeszcze bardziej szalony niż zwykle. – Vladimir wzruszył ramionami.

Przez chwilę milczeli oboje, nie wiedząc, co można by jeszcze dopowiedzieć. Wreszcie Assuarin podniósł się z krzesła – miał już część informacji, ale wciąż za mało, by mieć pełny obraz. Jednocześnie, poznany dzisiaj mężczyzna był jego starszym bratem – mieli tych samych rodziców, w ich żyłach płynęła krew Zenaidovów i Romanowów. Dziwnie było rozejść się bez jakiś znaczących słów…

- Dziękuję, że opowiedziałeś mi o wszystkim. – Assuarin wyciągnął rękę do Vladimira, który też wstał.

- Jasne. – Vladimir potrząsnął dłonią brata i odprowadził go do drzwi.

Assuarin podniósł swoją miotłę, czując na sobie wzrok ciemnobrązowych oczu. Nie miał pojęcia, czy nie widzą się po raz pierwszy i ostatni, dlatego czuł się nieswojo.

- Gdybyś… był w Europie i miał jakieś wieści o mojej córce… napiszesz do mnie? – Vladimir zapytał szeptem, gdy Assuarin poprawiał witki swojej miotły.

- Oczywiście. Póki co, to nasza jedyna sukcesorka. – Assuarin uśmiechnął się smutno. Przerzucił nogę przez miotłę. Jeszcze raz spojrzał w ciemne oczy brata.

- Wiesz, tutaj też nie uciekłeś… rękę do ptaków masz po matce. – młodszy mag wskazał podbródkiem bielika amerykańskiego siedzącego na żerdzi przed drzwiami.

- Klątwa dwugłowego orła. – westchnął Vladimir.

Assuarin odepchnął się od ziemi i odleciał, bez dalszego pożegnania. Miał okropne wrażenie, że ciężar odkrytych dziś tajemnic ciągnie go w dół, ale leciał, nie oglądając się za siebie, na wyrastającą z pól sowią wieżę, w której izolował się jego rodzony, wreszcie odnaleziony brat, Vladimir Zenaidov.

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

1998

Minerwa wręcz wyczuwała ciężką atmosferę wyczekiwania w pokoju nauczycielskim. Był sobotni wieczór, w pomieszczeniu panował lekki półmrok, rozświetlany przez wątłe płomyki świec. Za dwa dni zgromadzeni tutaj magowie mieli powitać uczniów na nowy rok szkolny. Dzisiaj witali nowych członków ich swego rodzaju elitarnego grona.

Pomona i Filius rozmawiali przyciszonymi głosami nad wazonem pełnym świeżych kwiatów ze szklarni nauczycielki zielarstwa. Hagrid stał przy oknie, w zamyśleniu gładząc swoją brodę. Horacy ukradkiem podjadał kandyzowane ananasy. Septima i Aurora usiłowały udawać zainteresowanie opowieścią Sybilli. Firenzo był nieobecny – zresztą wejście po schodach wiązało się dla niego z trudnościami. Poppy siedziała w odległym kącie – z dala od Minerwy. Za to tuż obok była Rolanda – która już zdążyła usłyszeć o fizycznych walorach nowego nauczyciela obrony przed czarną magią:

- Nie mogę uwierzyć, że nie chcesz go opisać. Jest wysoki czy niski? Ma oczy niebieskie czy szare? Min, to nie są trudne pytania! – Rolanda wierciła się z niecierpliwością.

- Ro, on ma narzeczoną. – mruknęła cicho Minerwa, machając ręką. Gest ten sprawił, że stojąca obok niej świeca zgasła. Czarownica stuknęła w nią różdżką z lekką irytacją, ignorując uniesione brwi przyjaciółki. Płomień pojawił się, choć miał dziwnie zielonkawe zabarwienie.

Minerwa odwróciła się od świecy i wyprostowała. Wiedziała, że inni, jak zwykle zawsze i nieustannie obserwujący ją, z wyczekiwaniem kierują wzrok w stronę drzwi. Prawdopodobnie podejrzewali, że ona pierwsza wyczuje zbliżających się magów. Tak naprawdę wyczuwała subtelne dotknięcie umysłu Albusa na swoich murach.

Drzwi się otworzyły. Do pokoju nauczycielskiego weszły cztery osoby.

Na czele szedł Albus, którego półżałobne, fioletowe szaty były jedynym kolorowym ubiorem w pomieszczeniu. Jego błękitne oczy zamigotały, gdy odnalazł wzrokiem Minerwę, która mimowolnie poczuła ciepło rozlewające się w okolicach serca. Obok niego szła kobieta w średnim wieku o ciemnoczerwonych włosach i lekko niezadowolonej minie- nowa nauczycielka mugoloznawstwa- Apolonia Cringe. Minerwa była obecna przy jej rozmowie kwalifikacyjnej – kobieta posiadała ogromną wiedzę o mugolach, tego nie można było jej odmówić. Jednak miała też zwyczaj skrywania strachu i nieśmiałej natury za maską niezadowolenia i irytacji. Minerwa nie mogła dziwić się jej strachowi – w końcu chyba każdy w tym pokoju w jakiś sposób obawiał się niej i Albusa – a raczej mocy, jaką dysponowali. W jej przypadku w czasie przeszłym – zielony płomień świecy migoczący za jej plecami był dowodem niestabilności i słabości jej magii.

Lecz zastępczyni dyrektora próbowała skupić się na Albusie i zmierzającej ku niej czerwonowłosej czarownicy. Było logiczne, że najpierw podejdą do niej, musiała więc zamienić z nimi kilka uprzejmych słów.

Apolonia była wyraźnie spięta, co nie ułatwiało rozmowy, ale Albus jak zwykle uratował sytuację, zapraszając do nich jeszcze Poppy. Pielęgniarka pochodziła z mugolskiej rodziny, miała więc większą łatwość rozmowy o mugolach. Oczywiście Poppy ani razu nie zaszczyciła Minerwy spojrzeniem, zupełnie skupiona na Apolonii. Po jakimś kwadransie, Poppy poprowadziła Apolonię do innych profesorów, a Albus przywołał gestem parę wciąż czekającą w progu.

Naturalnie wszyscy wbili spojrzenia w wysoką i postawną sylwetkę Assuarina, lecz Minerwa, która miała okazję poznać go wcześniej, skupiła się na kobiecie uczepionej jego łokcia.

Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy to jej… zwyczajność. Wyglądała młodo i zdrowo, ale nikt nie nazwałby jej porażającą pięknością. Była zgarbiona, przez co wydawała się niska. Niezbyt wyszukane, brązowe szaty były dobrze dopasowane do sylwetki w kształcie litery A. Kobieta miała okrągłą, piegowatą twarz z nieco zadartym nosem. Jej oczy były koloru nijakiej szarości – nie miała nawet gęstych, ciemnych rzęs, a przestraszone spojrzenie nie dodawało jej uroku. Proste, jasne włosy nosiła spięte w niewyszukany kucyk.

- Profesor McGonagall, oto moja narzeczona, Allegra Maura. – Assuarin przedstawił kobietę, zmuszając ją do zbliżenia się do Minerwy.

- Miło mi. – Minerwa wyciągnęła dłoń, odnotowując brak nazwiska i intrygujące, podwójne imię. Kobieta z wahaniem podała jej rękę – szybko jednak ją cofnęła, gdy pomiędzy nimi przeskoczyła iskra. Minerwa zignorowała to na ten moment.

- Jak podoba ci się Hogwart, Allegro Mauro? – spytała starsza czarownica, starając się, by jej głos brzmiał przyjaźnie.

- Jest bardzo ładny. – odpowiedziała cicho kobieta, nie podnosząc wzroku. Miała niepewny głos, ale bez śladu akcentu.

- Profesor Zenaidov wspominał, że masz talent malarski. – spróbowała raz jeszcze Minerwa.

- Tak, ilustruję książki dla dzieci. Teraz będę pracować nad dwoma dużymi zamówieniami od Esów i Floresów. – powiedziała kobieta głosem pozbawionym wszelkich emocji poza strachem.

- Mam nadzieję, że kiedyś pokażesz mi swoje prace, Allegro Mauro. Chciałabym, żebyś wiedziała, że jeśli czegokolwiek byś potrzebowała, możesz się zwrócić do mnie lub profesora Dumbledore. – Minerwa uznała, że dalsza rozmowa nie ma sensu – tylko jeszcze bardziej wystraszy dziewczynę. Bo było w niej coś dziecięcego, mimo tego, że musiała być w wieku Assuarina.

- Dziękuję, profesor McGonagall. – odpowiedziała Allegra, jakby bezwiednie sięgając dłonią do serca. Minerwa zauważyła ciężki pierścień z wielkim rubinem na jej serdecznym palcu.

- Piękny pierścionek. – rzuciła, kiedy Assuarin ruszył już w stronę Filiusa.

- Zaręczynowy. – Allegra Maura na jeden krótki moment spojrzała Minerwie w oczy. Starsza czarownica cofnęła, się, bo oprócz głębokiego przeświadczenia, że kobieta kłamie, było coś jeszcze – oczy Allegry Maury na moment zmieniły barwę na najczystszą zieleń. Kobieta zaraz jednak spuściła głowę i ruszyła za swoim narzeczonym.

Minerwa przez chwilę obserwowała niezwykłą parę, a potem przesunęła się do stołu z napojami. Wybrała butelkę ciemnego wina i nalała pełen kieliszek. Gdy zaczerpnęła pierwszy łyk, wiedziała, że przeczucie jej nie myliło – cudowne, ciemne Anuren powoli rozwiewało jej niepokój.

- Od kiedy to porzuciłaś swoją ulubioną herbatę na rzecz wina, moja droga? – jakiś kwadrans później Albus pojawił się u jej boku.

- Co o nich sądzisz? – Minerwa zignorowała jego pytanie i wskazała podbródkiem Assuarina i Allegrę Maurę, rozmawiających z Rolandą.

- Potrzebujemy tutaj nowych ludzi, Minnie. – Albus uśmiechnął się do niej.

Pokiwała głową, choć nie potrafiła pozbyć się dziwnego uścisku w trzewiach – coś było nie tak z ukochaną Assuarina, mówiły jej to wszystkie instynkty. Minerwa miała ogromną ochotę sięgnąć ku kobiecie umysłem, ale było prawdopodobne, że Assuarin nauczył Allegrę Maurę oklumencji, zresztą to mogłoby być uznane za niegrzeczne i tylko jeszcze bardziej wystraszyłoby czarownicę. Zamiast tego Minerwa skupiła się na bezinwazyjnym wyczuwaniu aury. Assuarin był potężny, chociaż starał się to ukryć – oprócz Albusa to on jaśniał mocą najbardziej w tym pomieszczeniu.

Zaś Allegra Maura… Minerwa nie wyczuwała w niej prawie żadnej magii. I to jednocześnie ją intrygowało i martwiło – bo na chwilę obecną umysł podsuwał jej dwa możliwe wyjaśnienia tej sytuacji. Albo Allegra Maura ukrywała swoją magię … albo jej rozmiary… co było możliwe, zważywszy na fakt, że Minerwa funkcjonowała tak całe lata. Assuarin jednak tego nie robił… a może robił to w jakimś stopniu? Nie potrafiła stwierdzić. Alternatywnym wytłumaczeniem było to, że Allegra rzeczywiście nie miała magii. Lecz wydawało się zupełnie nieprawdopodobne, by mag taki jak Assuarin wiązał się z charłaczką.

- Hagrid nie wygląda najlepiej. – zaniepokojony głos Albusa wyrwał ją z rozmyślań.

- Dziwi cię to? Dopiero z gazet dowiedział się, że Harry i Ron nie wracają do Hogwartu. Byłam pewna, że wysłali mu chociaż listy… - mruknęła Minerwa z dezaprobatą.

- Mają wiele na głowie. Pójdę z nim porozmawiać. – Albus odszedł do półolbrzyma z szelestem szat. Minerwa nalała sobie kolejny kieliszek wina.

- Polej mi też. – obok zmaterializowała się Rolanda.

- Widzę, że humor cię opuścił. – rzuciła Minerwa z przekąsem, podając Rolandzie pełny kieliszek.

- On nie odstępuje jej na krok! Doprawdy, Min, nawet ty musiałaś to zauważyć – co taki przystojniak jak on widzi w tak zwykłej czarownicy!? – Rolanda opróżniła kieliszek kilkoma prędkimi łykami.

- Ostrzegałam cię, Ro. – Minerwa poklepała przyjaciółkę po plecach.

- Nie mówiłaś, jak bardzo jest zniewalający. – mruknęła instruktorka latania.

Minerwa potrząsnęła głową z dezaprobatą –Rolanda powinna raczej zapomnieć o uwiedzeniu Assuarina – takie działanie jedynie wciągnęłoby ich wszystkich w kłopoty. Skandal tego rodzaju był ostatnią rzeczą, której Hogwart teraz potrzebował.

Myśląc o tym, odruchowo zerknęła na Albusa, gestykulującego z ożywieniem. Zabawnie wyglądał, gdy zapominał się i zachowywał mimikę ponad stuletniego starca, mimo zupełnie młodzieńczej twarzy. Poczuła ukłucie w sercu, na myśl o tym, że nie dane będzie jej oglądać jak ta młodziutka twarz zamienia się w przystojną, zniewalającą twarz czarodzieja, który witał ją podczas jej pierwszej nocy w Hogwarcie.

Wypiła jeszcze dwa kieliszki wina. Gdy uznała, że nikt nie odbierze jej odejścia za afront, cicho wycofała się z pokoju nauczycielskiego, rozbrzmiewającego ożywioną dyskusją Albusa z Assuarinem.

Nie zauważyła pary czujnie śledzących jej szarych oczu.

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Albus bardzo ostrożnie odpowiedział na powitanie Assuarina. Doskonale zdawał sobie sprawę, że choć wszyscy udają zainteresowanie czymś innym, uwaga zgromadzonych w Wielkiej Sali osób jest podzielona równo na niego i nowego nauczyciela obrony przed czarną magią. Większość uczniów nie brała udziału w bitwie, rodzice nie posyłali ich też na przesłuchania – Albus był dla nich zagadką, magiem, który jakimś cudem pokonał starość i śmierć.

Spojrzał na swoje gładkie dłonie o długich palcach. Minęło trochę czasu, ale nadal nie był do końca oswojony ze swoją nową formą. Miał więcej sił, jaśniejszy umysł, potężniejszą moc. A jednak miał też okropne wrażenie, że to jest rodzaj żartu, zemsty, kary za jego knowania i manipulacje. To nie on powinien się cieszyć młodością.

Odruchowo zerknął w lewą stronę. Assuarin siedział prosto na krześle Severusa, bez cienia nonszalancji, jakby wiedział, jak wysoko ma zawieszoną poprzeczkę. Albus zauważył, że większość dziewcząt przygląda się nowemu pedagogowi z uwagą – nawet w prostych, czarnych szatach robił zniewalające wrażenie.

Wśród bacznie lustrujących Assuarina dziewcząt była również Hermiona Granger. Albusa ciekawiło, jaką opinię ta dziewczyna będzie miała o nowym nauczycielu - mało kto był tak bystry jak ona. Dyrektor cieszył się, że przynajmniej jedna część Złotego Tria została w Hogwarcie. Mógł mieć nadzieję na częstsze odwiedziny Harry'ego, na to, że chłopak zdoła w końcu wybaczyć mu, że…

Przeniósł spojrzenie na zaczarowane sklepienie. Najgorsze było poczucie winy. Wciąż powracało do niego widmo twarzy Severusa… Zacisnął palce. Severus kochał go jak ojca… wykonywał każde jego polecenie bez cienia wątpliwości… wierzył… nawet gdy dowiedział się…

- Dyrektorze, wszystko w porządku? – ciche pytanie Assuarina nosiło w sobie zaledwie cień niepokoju.

Albus wziął głęboki oddech i podjął niezdarną próbę uśmiechu:

- Tak, jestem po prostu wzruszony, nie sądziłem, że będzie dane mi zasiadać w tym miejscu. – powiedział szczerze, w myślach dodając gorzko, że przecież wcale na to nie zasługiwał.

Powinien być martwy.

Minęło kilka miesięcy, a on nadal nie wiedział dlaczego wrócił do żywych.

Kątem oka widział puste krzesło po swojej prawej stronie. Czuł, że dopóki nie pozna odpowiedzi na to pytanie, sprawy pomiędzy nim a Minerwą się nie unormują. Lecz z drugiej strony miał niejasne przeczucie, że ona jest pytaniem oraz odpowiedzią, zagadką i kluczem.

Wrota Wielkiej Sali otworzyły się z cichym skrzypieniem, a ostatnie rozmowy ucichły. Albus podjął heroiczną walkę o utrzymanie uśmiechu na twarzy. Wiedział, że ona będzie oczekiwać jego radości.

Trudno jednak było odczuwać radość, widząc ją w tak opłakanym stanie. Nawet nie próbowała się wyprostować, a co gorsza trzymanie wysoko głowy zdawało się przychodzić jej z trudem. Czarne szaty wisiały na niej smutno, tylko częściowo ukrywając chudość. Oczywiście słabe, przerzedzone, srebrne włosy były upięte w nieśmiertelny kok. Na nosie miała okulary, co jak zawsze dodawało surowości, a w połączeniu z zapadniętymi i wychudłymi policzkami nadawało groteskowy efekt. Usta zaciskała w wąską kreskę, co było jedynym wyznacznikiem tego, jak wiele kosztuje ją każdy powolny krok.

Oczy, szmaragdowe. Teraz przygaszone, jakby zasnute mgłą bólu. Wciąż jednak wpatrujące się prosto w niego, szukające na jego twarzy jakiejś otuchy.

Przez całą Wielką Salę przebiegł szmer – ci, którzy nie widzieli jej od czasu przesłuchań nie mogli uwierzyć, że nie zaszła żadna poprawa. Co bardziej podejrzliwi rzucali niechętne spojrzenia na Albusa, jakby podejrzewali, że on odżył kosztem jej mocy. Lecz gdyby tak było, on wiedziałby o tym, prawda?

Dopiero gdy odwróciła się do niego i zwróciła do pierwszorocznych, Albus mógł się im przyjrzeć. Było ich bardzo dużo – gdyż spora część starszych dzieci z zeszłego rocznika nie otrzymała w minionym roku swojego listu – ze względu na mugolskie pochodzenie. Teraz te dzieci rozglądały się ciekawie - łatwo można było je rozpoznać, ponieważ dzieci z mugolskich rodzin były ciekawe Hogwartu jako zamku, pełnego magii o której nigdy nie słyszały, zaś dzieci czarodziejów były ciekawe magów, o których czytały na okładkach gazet w ciągu ostatnich miesięcy. Wciąż pełne dziecięcej szczerości, bez ogródek gapiły się na Albusa, a gdy Minerwa ustawiła je twarzą do starszych uczniów, na Hermionę i Neville'a.

Albus tylko częściowo słuchał słów Tiary Przydziału. Rozpamiętywał podobną ceremonię, wiele lat temu, gdy nakładał starożytny kapelusz na czarne loki dziewczynki o szmaragdowych oczach.

Tiara w tym roku obdzieliła domy prawie po równo. Albus zaklaskał na sam koniec, a potem powstał i zaprosił uczniów do jedzenia. Kiedy na szkolnej zastawie pojawiły się wyśmienite potrawy, usiadł z powrotem, odprowadzając wzrokiem oddalającą się z Tiarą Minerwę.

Prowadził uprzejmą rozmowę z Filiusem, gdy jego uszy wyłapały osobliwy dźwięk. Uniósł głowę. Pod sklepieniem pojawiła się spora, szara sowa. Zmarszczył brwi, widząc jak ptak kieruje się w stronę stołu prezydialnego. O tej porze sowy dostarczały pocztę do komnat adresatów, a nie do Wielkiej Sali. No chyba, że było to coś poważnego.

Drzwi bocznej sali zaskrzypiały cicho. Minerwa pojawiła się z nich akurat w porę, by zauważyć sowę opadającą na stół przed talerzem Albusa. Dyrektor kątem oka widział, jak jego zastępczyni przyśpiesza, a na jej czole pogłębiają się zmarszczki wysiłku. On sam tymczasem szybko otworzył kopertę zaadresowaną do niego, nadaną przez ministra.

List Kingsley'a był krótki:

,,Profesorze Dumbledore, w Dover znaleziono ciało członka Zakonu Feniksa. Przybądźcie z McGonagall jak tylko skończy się uczta. Minister Shacklebolt."

Zimny dreszcz przebiegł przez plecy Albusa. Zadawał sobie pytanie, o kogo mogło chodzić? Z tego co wiedział, w Dover nie mieszkał żaden członek Zakonu. Albus bez słowa podał list Minerwie, która opierała się na oparciu swojego krzesła, z trudem łapiąc oddech. Zbladła, gdy przebiegła wzrokiem krótki tekst.

- Usiądź, moja droga. Powinnaś coś zjeść, bo w zaistniałych okolicznościach trzeba będzie skrócić ucztę. Moje wyjście przed deserem zaniepokoiłoby uczniów, a Kingsley'owi raczej nie zależy na rozgłosie. – Albus delikatnie odebrał list z jej rąk.

- Twoje wyjście? Mamy się tam zjawić razem. – zaprotestowała słabo, opadając na swoje krzesło i krzywiąc się na widok porcji, jaką Albus już jej nałożył.

- Ceremonia przydziału cię zmęczyła, może lepiej jak zostaniesz w zamku, a ja zabiorę profesora Zenaidov.

- Nie ma mowy! – warknęła, na tyle głośno, by zwrócić uwagę innych nauczycieli. Sam Assuarin spojrzał na nich z uniesionymi brwiami.

Wiedząc, że walka z uporem Minerwy i drażnienie jej szkockiego temperamentu nie mogą skończyć się dobrze, Albus postanowił zabrać do Dover i ją, i Assuarina. Nowy nauczyciel mógł zauważyć coś, co im umknie, a skoro Kingsley chciał, by Minerwa też się zjawiła, to Albus nie powinien jej tego zabraniać.

Reszta uczty ciągnęła się niemiłosiernie, jednak Albus nie był w stanie odmówić uczniom posiłku, szczególnie pierwszorocznym. Nie chciał, by śmierć zakłóciła tym dzieciom pierwszą ucztę powitalną. Niemniej jednak jego serce biło szybko, bo w myślach recytował imiona wszystkich członków Zakonu… każda z tych osób była mu droga. Śmierć każdej byłaby ciosem. Przeklinał Kingsley'a za mętne informacje.

Gdy wreszcie uczniowie zaczęli wylewać się z Wielkiej Sali, a nauczyciele wstali od prezydialnego stołu, Assuarin podszedł do Albusa i Minerwy.

- Dyrektorze? – spytał cicho mężczyzna, niepewnie splatając palce.

- Otrzymałem wiadomość o śmierci członka Zakonu Feniksa, tajnej organizacji, która wcześniej przeciwstawiała się Voldemortowi. Chciałbym, żebyś udał się na miejsce ze mną i Minerwą. – Albus kątem oka widział, że panna Granger ogląda się w drzwiach Wielkiej Sali, ale potem wychodzi, popędzając młodszych uczniów.

- Oczywiście. Dokąd będziemy się teleportować? – Assuarin już odwracał się do drzwi, lecz Albus zatrzymał go:

- Do Dover, ja mogę teleportować naszą trójkę stąd, jeśli tylko podacie mi dłonie. – zaoferował Albus. Stracili już wystarczająco dużo czasu.

Minerwa uścisnęła jego palce w miły, kojący sposób. Dłoń Assuarina była chłodna, a uścisk pewny. Albus skupił się na nagięciu barier narzuconych na Hogwart i teleportował ich.

W centrum Dover czekał już na nich Ronald Weasley, ubrany w mugolskie ubrania i wtapiający się w tłum. Podszedł do nich, potrząsając głową.

- Trojga nie teleportuję ze sobą. A ciało znaleziono na pastwiskach za miastem. – Weasley nie bawił się w uprzejmości. Albus już zdążył pomyśleć, że skoro ciało znaleziono na pastwiskach, to musiało zostać tam podrzucone – bo co jakikolwiek członek Zakonu Feniksa robiłby na pastwiskach w okolicach Dover? Tymczasem obok Albusa Minerwa zmieniła się w swoją animagiczną postać.

- Tak, w ten sposób może damy radę. – Ron rozejrzał się – jeszcze żaden z mugoli ich nie zauważył, ale w szatach, to była kwestia czasu. Albus szybko schylił się i delikatnie podniósł Minerwę. Kotka wtuliła głowę w jego szaty, mrucząc cicho. Ronald chwycił za łokcie Albusa i Assuarina, a chwilę później zniknęli z zatłoczonej ulicy.

Pojawili się na pastwisku porośniętym zieloną trawą, smaganym wiatrem. Samo pastwisko znajdowało się kilkaset metrów od białych klifów – w oddali można było dostrzec morze i usłyszeć jego szum. Oprócz grupki kilkunastu osób zgromadzonych kilkanaście metrów od Albusa w polu widzenia nie było nikogo… tylko pasące się kawałek dalej kozy.

Albus, wciąż z Minerwą w kociej formie w ramionach, podszedł do czarodziejów. Stali przy ciele okrytym czarnym materiałem. Był tam Harry i Kingsley. Minister zatrzymał Albusa i rzekł:

- Myślałem, że przybędziesz z Minerwą. – ciemnoskóry mężczyzna nieufnie spoglądał na Assuarina. Albus pozwolił Minerwie zeskoczyć na ziemię.

- To jest Assuarin Zenaidov, nowy nauczyciel obrony przed czarną magią. – oświadczyła wiedźma już w ludzkiej postaci. Jej przemiana wywołała kilka westchnień. Assuarin wymamrotał jakieś powitanie. Albus pochylił się, gotów odkryć ciało, ale Harry złapał go za rękę. Troska w zielonych oczach młodego czarodzieja podpowiedziała Albusowi, że pod materiałem kryje się ciało kogoś ze starego składu Zakonu.

- Profesorze, to może być szok… pani profesor… - Harry przeniósł błagalne spojrzenie na Minerwę.

Coraz bardziej zaniepokojony, Albus pociągnął materiał w dół.

Krzyknął, gdy zobaczył nieruchome oblicze swojego brata, Aberfortha.