Lucjusz Malfoy ku swemu zadowoleniu wreszcie powrócił do pracy w Ministerstwie, czego nie mogli powiedzieć inni pracownicy. Była nawet petycja, by usunąć go ze swojego dawnego stanowiska, ale jak zwykle to pan Malfoy spadł na cztery łapy, choć dobrze wiedział, że sam Kingsley patrzy na każdy jego ruch. Pomocne okazało się poparcie Artura Weasleya. Jeśli dawny wróg staje za tobą to albo ma rację, albo został przekupiony... Oczywiście nikt niczego nie mógł udowodnić i po Ministerstwie przewijały się tylko plotki, a żadna z nich nie miała w sobie nic z prawdy.

- Jak tam nasz stary znajomy Rookwood? - zagadnął Lucjusz w windzie, do której akurat wsiadł Artur.

Byli sami.

- Gnije w Azkabanie. Nie myśl jednak Lucjuszu, że nie zapomnę, kim byłeś. Moja córka o mało nie zginęła przez dziennik Toma, który jej podrzuciłeś.

- To był przypadek. Nie sądziłem, że...

- Nie obchodzi mnie to. Przymykam oko na to, co kolekcjonujesz — syknął szeptem — ale na litość Merlina pilnuj swoich rzeczy, bo inaczej oboje możemy mieć kłopoty, a wtedy nie zamierzam cię kryć.

Lucjusz chciał coś powiedzieć, ale drzwi windy rozsunęły się i ich oczom ukazał się totalny chaos. Ludzie biegali, jakaś kobieta płakała, wszyscy wyglądali na przerażonych, inni stali w ciasnych grupkach i żywo o czymś dyskutowali. Panowie weszli w tłum, próbując zobaczyć albo usłyszeć, co się dzieje.

- Trzy osoby nie żyją — powiedział ktoś za nimi.

- Nie wypuszczą nas — dobiegło ich z przodu.

- O co chodzi? - zapytał pan Weasley jakąś kobietę.

- Smocza ospa.

- Co?

- Epidemia smoczej ospy.

- Proszę o spokój — rozległ się donośny głos.

Minister Kingsley przykładał sobie koniec różdżki do gardła, by wzmocnić głos, jakby mówił przez megafon. - Wszystkie wyjścia Ministerstwa zostały zablokowane. Proszę nie wpadać w panikę. Mamy doniesienia... a właściwie już pewność, że trzy osoby, które były pracownikami Ministerstwa, zmarły wczoraj i dziś rano na smoczą ospę. Kilka osób poczuło się dziś gorzej, być może mają zwykłą grypę, wciąż to ustalamy, ale nikt nie wyjdzie z Ministerstwa bez uprzedniego przejścia przez kwarantannę. Pan Hasley pokaże wam, gdzie macie się kierować. Proszę ustawiać się w kolejkę, powtarzam bez paniki, informujcie kolegów i koleżanki z innych departamentów!

Lucjusz i Artur ustawili się w kolejce.

- Jak myślicie, ile to może potrwać? Moja żona zrobiła na dziś pieczeń, nie chcę się spóźnić — powiedział jakiś mężczyzna, ustawiając się za nimi.

- Ciężko powiedzieć — odparł Artur.

- Robią z igły widły — prychnął ktoś przed nimi.

- Mój ojciec zmarł na smoczą ospę trzy lata temu — powiedział ponuro Lucjusz.

Zapadła grobowa cisza. Nikt już nie dyskutował. Każdy otrzymał zapobiegawczo lekarstwo na smoczą ospę, które miał wypić na oczach pielęgniarek ze Świętego Munga. Nie dość, że sami musieli poddać się dezynfekcji, to jeszcze po to samo musieli oddać swoje ubrania i rzeczy. W zastępstwie dostali najzwyklejsze czarne odzienie, przez co wszyscy wyglądali tak samo. Dalej mieli kierować się przez magiczną zasłonę zabezpieczającą przedostawaniu się zarazków do specjalnie wyznaczonej sali, w której czekały na nich łóżka polowe.

- Mamy tu zostać?! Na noc?!- wybuchnął ktoś.

- Pewnie nie dalej jak do jutra. Musimy być trochę pod obserwacją, jeśli ktoś by się poczuł źle... - mówił spokojnie Artur.

- To lepiej żeby trzymał gębę na kłódkę, bo inaczej nigdy nas nie wypuszczą — warknął facet od pieczeni.


Snape pojawił się w Hogwarcie dwa dni przed rozpoczęciem roku szkolnego i ku swojemu nieukrywanemu rozczarowaniu miał okazję już poznać dwóch nowych nauczycieli. Ludzie po wojnie chorowali albo po prostu odchodzili na zasłużoną emeryturę. Oczywiste było, że stara kadra zacznie się wykruszać. Snape przed pojawieniem się Anastazji był najmłodszym nauczycielem, nie licząc nieudaczników, którzy próbowali w poprzednich latach uczyć Obrony przed Czarną Magią.

Nowy nauczyciel historii magii był młodym i przystojnym mężczyzną o złotych lokach i śnieżnobiałym uśmiechu. Na początku Snape skojarzył go z nową wersją Lockharta, ale Marcus Pickingill okazał się całkiem rozgarniętym i inteligentnym człowiekiem. Co nie zmieniało faktu, że nie wzbudził zaufania u Snape'a.

Drugim nauczycielem był... Neville Longbottom. Niezdarny chłopiec z Gryffindoru, którego kiedyś Snape doprowadził do płaczu. I to chyba nie raz. Nigdy się nie lubili, a teraz mieli być na równi i widywać się w pokoju nauczycielskim oraz przy wspólnym stole w Wielkiej Sali. Neville wyrósł, nieco schudł, a po swoim bohaterskim dokonaniu, jakim było zabicie Nagini, zdawał się mieć więcej wiary w siebie.

Przez pierwszy tydzień Snape miał zastępować nieobecną Anastazję. Czuł niepokój, którego nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić. Obserwował małą Irinę idącą do stołka, Tiara Przydziału opadła jej na oczy i krzyknęła bez dłuższego zastanowienia "Slytherin!". Snape zaklaskał.

Pierwszą lekcję z pierwszorocznymi zaczął swoją ulubioną formułką:

- Jesteście tutaj, żeby się nauczyć subtelnej, a jednocześnie ścisłej sztuki przyrządzania eliksirów. Nie ma tutaj głupiego wymachiwania różdżkami, więc być może wielu z was uważa, że to w ogóle nie jest magia. Nie oczekuję od was, że naprawdę docenicie piękno kipiącego kotła i unoszącej się z niego roziskrzonej pary, delikatną moc płynów, które pełzną poprzez żyły człowieka, aby oczarować umysł i usidlić zmysły... Mogę was nauczyć, jak uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę, a nawet powstrzymać śmierć, jeśli tylko nie jesteście bandą bałwanów, jakich zwykle muszę nauczać.

To w połączeniu z jego postawą i spokojnym, ale przerażającym głosem sprawiało, że na wstępie miał zapewnioną dyscyplinę i spokój w klasie.

- Porozmawiamy posle zajęciach? - zapytała Anastazja, łapiąc Snape'a na korytarzu, pierwszego dnia, kiedy wróciła.

- Tak. Jak się czujesz? - zapytał, bo dostrzegł, że nawet makijaż nie zakrył podkrążonych oczu.

- Kak-to. Jakoś — wzdrygnęła ramionami.

Spotkali się w pokoju nauczycielskim po południu. Odczekali, aż pozostali nauczyciele opuszczą pokój i udadzą się do swoich gabinetów, komnat czy dokąd zmierzali. Kiedy zostali sami, usiedli przy małym okrągłym stoliku przy oknie. Na zewnątrz lał deszcz, uderzając o szyby.

- Tatiana zawsze byla razumnoy, zawsze miala plan a, plan b i c... Ona znala, chto prowadzi niebezpieczne życie i poetemu mimo mlody wiek ona napisala testament. Muszę s toboy o etom porozmawiać, bo jesteś v nem.

- J-ja?

- Da.

Snape przełknął głośno ślinę. Nie spodziewał się tego i ta informacja wcale go nie ucieszyła.

- Tat'yanka zapisała vam eto — powiedziała, kładąc na stoliku urządzenie, które Snape już znał. Udoskonalona kryształowa kula namierzająca konkretną osobę.

- Napisała dlaczego?

- Nu... da. T-tak - Anastazja zmieszała się i spuściła wzrok. Położyła przed nim kartkę napisaną pismem Tatiany.

Ustawiona na moją siostrę. Jeśli ja nie będę mogła, Ty się nią zaopiekuj Severusie. Miej na nią oko.

Snape poczuł ucisk w żołądku. Znowu? Znowu ma brać opiekę nad kimś? Jak nie Potter i Draco, to Irina, jak nie Irina to Anastazja. Kiedy to się skończy?

- Miala takie dva... Jedna ustawiona na menya, drugoy na tebe. Tę drugoy zapisala menya...

- Nie rozumiem. Dlaczego ja? Dlaczego na przykład nie... twój narzeczony?

- Moy narzeczony? Tatiana ne lyubila yego za bardzo... My krótko się znayem, ja jeszcze nie zdążyla powiedzieć yemu... no wiesz... że ya czytam mysli.

- Chyba powinien wiedzieć.

- Ya boję się yego reakcji. Nu i ya nie powiem, ale czasem sprawdzam, czy on jest szczery so mnoy.

- Ale ty nie jesteś.

- Och przestań, ya znayu, wiem! - złapała się za głowę. - Ya miala yemu powiedzieć, ale teraz ya ne mogu. Yesli on zostawi menya... ya straciła sestru, ya ne mogu teraz zostać sama.

- Jeśli cię kocha, to nie zostawi.

Anastazja prychnęła tylko.

- I nie jesteś sama - dodał Snape.

- Eto mile - chwyciła go za dłoń.

- Miałem na myśli Irinę.

- Nu, da. Ya muszę się trzymać dlya niej — powiedziała smutno.

Snape wziął do ręki magiczne urządzenie. Nie chciał wiedzieć, co Anastazja zrobi ze swoim. Siedzieli w milczeniu, wsłuchując się we własne myśli i deszcz dudniący o szybę.


Bał się, jego głos drżał i nie potrafił nad tym zapanować, trzęsły mu się dłonie, dlatego kurczowo zaciskał je na lasce, by nie dać niczego po sobie poznać. Jego źrenice rozszerzyły się do bólu.

Nagle Lucjusz ocknął się i w półmroku próbował pojąć, gdzie jest i dlaczego nie jest w swoim wygodnym łóżku. Serce mu waliło, a dłonie wciąż miał zaciśnięte w pięści. Po chwili pojął, że leży w Ministerstwie Magii i gapi się na niego Artur Weasley.

- Często ci się śni? - zapytał Artur.

- Co? - zaspany Lucjusz próbował zebrać myśli.

- Vo-Voldemort - powiedział z przejęciem.

- Nie — skłamał, śnił mu się za każdym razem, kiedy nie zażył eliksiru Słodkiego Snu. - Skąd wiesz, że...

- Mówiłeś o nim przez sen. Właściwie mówiłeś do niego. Do swojego pana.

- Byłego pana.

- Martwego — dodał Artur, chyba chcąc podnieść ich obu na duchu. - To nawet zabawne.

- Co jest niby takie zabawne?

- Tyle lat ze sobą walczyliśmy, a teraz... nie widać między nami różnicy. Popatrz tylko. Mamy na sobie te same tanie szaty. Rozmawiamy jak człowiek z człowiekiem. To niezwykłe jak życie potrafi zaskakiwać. Myślę, że przez tę wojnę trochę oboje się zmieniliśmy.

- Może trochę — przytaknął Lucjusz — ale gdybyś nie był czystej krwi, nawet bym ci nie pozwolił leżeć koło mnie — uśmiechnął się pokrętnie.

Artur Weasley uśmiechnął się i mrugnął porozumiewawczo okiem, biorąc słowa Malfoya za żart. Nigdy nie dowiemy się, czy nim był.