.
Rozdział 12
Sen o białych świętach
.
Irytowała go cała magiczna otoczka tegorocznych świąt, zgrzytał zębami, przechadzając obok par obściskujących się pod jemiołą, miał ochotę zerwać ze ścian cukrowe laski i splunąć w stronę ostro-czerwonych skarpet Mikołaja, które ktoś przymocował do ram hogwardzkich obrazów, dyndających radośnie na korytarzowych przeciągach, miał dość kolęd wyśpiewywanych przez szkolny chór i magicznych, kolorowych świateł migających nad wejściem do Wielkiej Sali. Irytowała go każda złocista bombka mieniąca się na choince w Pokoju Wspólnym - bo jedyne, czego sobie życzył, to znajdować się kilometry stąd, w ponurym, smętnym domu ukrytym między ścianami mugolskich kamienic, w którym mieszkał ktoś, na kim mu tak strasznie zależało.
-VVV-
Kiedyś zapytał się Syriusza, dlaczego jego rodzina nie wybudowała sobie domu - może willi gdzieś na skale, może pałacyku w środku lasu, z pewnością byłoby ich na to stać, z pewnością środków im nie brakowało - dlaczego właśnie tutaj, w starej kamienicy, w tej mugolskiej dzielnicy.
Syriusz wzruszył ramionami, przyglądając się przedpotopowym, spłowiałym meblom, przeciągając palcami po nieznaczne zmechaconych, ciężkich kotarach dyndających przy oknach i wycelował różdżką w kominek, podsycając ogień, jakby jakieś przenikliwe zimno penetrowało jego kości.
— Moja matka zawsze twierdziła, że pod latarnią najciemniej — oznajmił i brzmiał gorzko, więc Harry postawił sobie za punkt honoru, by nigdy więcej nie zadawać mu podobnych pytań.
-VVV-
Oczywiście, że Snape zapytał - Harry powinien to przewidzieć, że kiedy w tak buńczuczny sposób oznajmi, że już rozumie podstawy swoich zerowych wyników w doskonaleniu magii umysłu, ten dociekliwy, inteligentny czarodziej zapyta: „więc dlaczego?"; tyle że co miał mu odpowiedzieć, co, by nie zabrzmieć tak, jakby pokładał wiarę w słowa wypowiadane przez usta, które są zwodnicze, co, aby nie zabrzmieć jak łatwowierny idiota - kiedy jego opinia nie opierała się wcale na jego własnej analizie, na jego przemyśleniach... Przecież nie powie Snape'owi: „bo Voldemort tak twierdzi", oczywiście, że tak nie powie - Voldemort nie był nieomylny i Harry o tym wiedział, i już widział we własnej wyobraźni spojrzenie, jakie powierzyłby mu Snape, gdyby ośmielił się oznajmić mu coś tak błahego, coś tak nieudokumentowanego.
Jeżeli odpowie w ten sposób, Snape pomyśli, że zwariował albo że stał się bardziej podatny na manipulację, niż kiedykolwiek wcześniej - co nie było prawdą, oczywiście.
„Masz jakiś dowód?" — zapytałby Snape, bo taki już był: nie wierzył, póki nie wetknął palca w ranę, nie rozdłubał sedna sprawy, nie odczuł go na własnym ciele. „Niedowiarek" — mógłby ktoś powiedzieć, ale Harry pokręciłby głową i sprostował: „materialista".
— Kto ci to podsunął do łba? — chciał więc wiedzieć Snape, ale Harry tylko wzruszał ramionami i oznajmiał, że najwyraźniej nie jest aż takim imbecylem, jak jego profesor zawsze sugerował - i obaj wiedzieli, że za jego słowami stoi coś więcej, coś znacznie, znaczenie więcej, ale żaden z nich nie powiedział tego na głos.
-VVV-
Objął ją, kiedy do niego przyszła - i chociaż podczas przedświątecznego spotkania Zakonu nie zamienili z sobą ani słowa, chociaż od ostatniego wspólnie spędzonego wieczora nie wysłali do siebie ani jednego listu, teraz siedzieli w śniegu jak dzieci i lepili z niego nieforemne kulki, którymi się obrzucali z głupim, jowialnym uśmiechem. I kiedy się śmiała - tak bardzo beztrosko, zaciągając głębiej kolorową, wełnianą czapkę na swoje wściekle różowe włosy - myślał, że chyba musi być szalony, jeśli spojrzenie jej błyszczących psotą oczu rozpala ogień w głębi jego piersi.
Chciałby zamknąć ją w swoich objęciach i nigdy nie wypuszczać, oddychać powietrzem wydmuchiwanym z jej płuc, zdradzać jej sekrety, których nie zdradziłby nikomu innemu, czując ciepło jej dłoni ślizgające się po jego policzku.
I kiedy pierwszy raz spróbował ją pocałować, nie rozumiał, dlaczego uciekła ustami - ale nie myślał o tym długo - nie, kiedy jej gorący język zaatakował jego zziębniętą szyję. To nie było aż tak istotne. Nie wtedy.
-VVV-
— Potter, musisz przestać — powiedział Snape, przystawiając sobie krzesło do stolika w ciemnym kącie biblioteki, przy którym siedział Harry, błyskając na niego ponad blatem czernią swoich - niecodziennie roziskrzonych - oczu. — Ona jest jak narkotyk. Odstaw ją.
Harry odłożył czytaną książkę na bok, marszcząc mocno czoło, podczas gdy wzrok Snape'a wwiercał się w niego jak zaklęcie.
— Nie rozumiem, o czym pan...
— Nie irytuj mnie, dzieciaku, obaj doskonale wiemy, o czym, a raczej: o kim, mówię — syknął Snape, ściszając głos do szeptu i pochylił się mocniej nad blatem.
Harry pozwolił sobie na ciężkie westchnienie i postanowił wrócić do swojej książki.
— To nie pańska sprawa — oznajmił, sięgając po: „Zjawiska magiczne towarzyszące zaklęciom i jak je oszukać", ale silna dłoń złapała go za nadgarstek, unieruchamiając mu rękę, zanim zdołał je ponownie otworzyć.
— Potter, ja nie żartuję — warknął ostrzegawczo Snape, kiedy Harry zmrużył na niego oczy.
— Ja również.
Z gardła Snape'a wyrwał się pełen podminowania warkot.
— Potter, słuchaj, znam się trochę...
— ...na miłości? — zaszydził z powątpiewaniem Harry, a Snape obrzucił go pełnym krytyki, lodowatym spojrzeniem.
— Minus dziesięć punktów od Gryffindoru za bezczelność, głupi bachorze — wycedził przez zęby.
Harry prychnął pogardliwie i nie zamierzając się ze Snape'em patyczkować, wyrwał swoją rękę z uścisku jego silnych palców; chwycił swoją książkę, schował w nią twarz i ostentacyjnym gestem zaczął przewracać strony, w poszukiwaniu miejsca, w którym skończył. Chrobot zębów jego profesora brzmiał w ciszy bibliotecznych ścian jak skrobanie paznokci po chropowatym tynku; Harry się skrzywił, kiedy po jego łydkach przemknęły nieprzyjemne dreszcze - miał wrażenie, że coś bardzo szybkiego przemieszcza się tuż pod jego skórą.
— I tak między nami mówiąc — powiedział Snape jedwabistym, dźwięcznym głosem, świadczącym o pokaźnej dozie wzburzenia, przez którego Harry'emu ciężko się było skoncentrować na majaczącej przed szkłami jego lekko zapalcowanych okularów treści podręcznika — owszem, wiem coś, do diabła, o miłości — wypluł to słowo, jakby go podtruwało — i z góry mogę ci powiedzieć, że Nimfadora Tonks, Potter, z całą pewnością cię nie kocha.
To chyba miało go zaboleć - zapiec do żywego, pogruchotać i stłamsić jego własne uczucia, ale jedyne, co tkwiło w żyłach Harry'ego, miało się bliżej do chłodnego rozbawienia, niż trapiącej ciało i duszę rozpaczy.
Snape mający jakiekolwiek pojęcie o miłości, brzmiał dla niego tak abstrakcyjnie, jak inteligentna sklątka tylnowybuchowa; prychnął w odpowiedzi i przeniósł wzrok na kolejną stronę podręcznika.
Jego profesor zaciągnął się powietrzem w tak dziwaczny sposób, jakby to paliło go w płuca.
— A rób sobie, Potter, co uważasz za stosowne — fuknął nie bez rozdrażnienia, podnosząc się z miejsca na sztywnych jak kłody nogach; Harry uśmiechnął się krzywo do swojej książki (w zamyśle miał to być uśmiech pełen pokpiwania, a w praktyce było mu do takiego dosyć daleko i Harry nie wiedział, skąd się wzięło to tłamszące uczucie, które zaczęło przygniatać mu klatkę piersiową) — tylko nie mów mi później, że nie ostrzegałem.
Wystrzelił w stronę wyjścia z biblioteki jak gwiazda, która oderwała się od nieboskłonu, jak przeszywająca próżnię kosmosu kometa i Harry spoglądał za nim, nie mogąc odegnać drażniącego jego pierś uczucia, że Snape starał się go przed czymś uchronić, że próbował mu czegoś oszczędzić - ale czego - tego nie był w stanie zrozumieć.
-VVV-
To, że Snape zamierzał go chronić, był w stanie pojąć - choć bardziej przez akceptację, niż przez zrozumienie. Ilekroć znajdował się w poważnych tarapatach, zawsze majaczył nad nim cień, podświadomie informujący go, co powinien zrobić, aby się obronić - ponieważ jego instynktowna reakcja na zagrożenie była wymodelowana, wyszlifowana jak próbka metalu, wpojona w jego mechanizmy obronne.
I kiedy mając czternaście lat, stał naprzeciw największego czarnoksiężnika od czasów Grindelwalda, patrząc w jego czerwone jak krew oczy, zaklęcie, które zabrzęczało w jego gardle, było tym samym, które po raz pierwszy usłyszał z ust Snape'a na swoim drugim roku - kiedy przebierał z ekscytacji nogami przy prowizorycznym podwyższeniu w klubie pojedynków otwartym za intencją Gilderoya Lockharta.
Byłby skłonny stwierdzić, że to Snape przygotował go do tego pierwszego w jego życiu pojedynku, w którym ceną było przetrwanie - bo z pewnością nie było to zasługą uwypuklającego swoje znikome możliwości, przypisującego sobie osiągnięcia innych ludzi, cechującego się nieprawdopodobną wręcz próżnością Lockharta. Pokazał mu stosunkowo proste w wykonaniu zaklęcie o potężnej mocy magicznej, którym byłby w stanie się bronić niezależnie od sytuacji - a Harry je w siebie wchłonął. I reagował nim z taką łatwością, jakby oddychał. Snape wklepał w niego umiejętność wykonania niezbyt skomplikowanego czaru, który przy nienagannym ruchu różdżką, właściwej intonacji i odpowiednio silnej woli jest właściwie gwarancją skutecznej obrony, którą można zastosować nawet w samym środku ekstremalnie napiętej sytuacji.
Więc - owszem - jego standardowe przestrogi i nakazy mogły nie być bezcelowe, ale Harry nie rozumiał, jak odnieść je bezpośrednio do Nimfadory. Dlaczego Snape uważał ją za zagrożenie? Przecież jej uśmiechy, spojrzenia i dotyk nie mogły stanowić dla niego niebezpieczeństwa - jakżeby miały? To jedynie czułość: czułość i troskliwość, i być może jakieś ciepło, które miało pod sobą nieco inne fundamenty - ale nie było w tym niczego, czego Harry powinien się obawiać, przez co powinien się niepokoić, na co powinien uważać. To Snape był w błędzie - Snape i jego wieczna ostrożność, wieczna podejrzliwość w stosunku do drugiego człowieka - przerysowana, wyolbrzymiona.
Prawda?
-VVV-
Był bystry, był inteligentny i nie działał pochopnie - był właściwie przeciwieństwem tego, co Harry myślał o tym specyficznym ugrupowaniu, które Magiczna Anglia tytułowała: „Śmierciożercami". Był kimś ambitnym i wykształconym i Harry nie potrafił wyobrazić go sobie w srebrnej, rzeźbionej masce, kryjącej jego twarz, wyglądającej jak spaczona forma maski weneckiej - choć nie mniej kunsztownej.
Jednak na tej gładkiej powłoce istniały pęknięcia, które Harry - nie bez pewnego trudu - mógł zauważyć. Jego umiejętność wnikliwej, niemej obserwacji, jego sposób poruszania się - jakby wiecznie zachowywał ostrożność, jakby chodził na palcach, jakby stąpał po kruchym lodzie, który przy złym rozłożeniu środka ciężkości może pęknąć jak szkło, w które ciśnięto kamieniem; jego ciągoty do informacji, ostrożność w jego głosie, kiedy zwracał się do Severusa Snape'a. Było coś nienaturalnego w tym, jak patrzył w jego czarne oczy, w formie, w jakiej składał przyrzeczenia (nie jestem dla niego zagrożeniem; przysięgam ci, Severusie) - i Harry zastanawiał się, kto - na litość Morgany - w obecnych czasach demokracji, w których to Brytyjscy Ministrowie Magii byli wybierani na drodze powszechnych wyborów, składa jeszcze przysięgi przed drugim czarodziejem. Co więcej, sposób, w jaki to czynił - jego ton głosu, jego postawa, jego spojrzenie - sugerował, że spodziewa się jakiejś nieprzyjemności, jeśli takowej obietnicy nie dotrzyma.
Harry nie potrafił odeprzeć z głowy wspomnienia błagalnej nuty w zwykle opanowanym głosie Hughesa. Była jego kamieniem w bucie.
— Skoro wkłada panu w dłonie przysięgi — powiedział raz Harry, patrząc z zamyśleniem na regał w uczelnianym schowku na eliksiry, z którego w ramach kolejnego szlabanu niezbyt efektywnie ścierał zalegające na drewnie kurze — musi być niższy rangą.
— Słucham? — podniósł na niego głowę Snape, który przestawiał coś z miejsca w miejsce po drugiej stronie składzika na jednej z dolnych półek.
— Hughes — sprostował Harry i na moment oderwał się od nieco chybotliwego regału na rzecz odwrócenia się do Mistrza Eliksirów. — Skoro powiedział panu, że...
— Idioto — przerwał mu Snape, kręcąc z niedowierzaniem głową — myślisz, że tak beztrosko przyszpiliłbym go do stołu, gdybym nie wiedział, że jeśli faktycznie paraduje z Mrocznym Znakiem na przedramieniu, to jest ode mnie niższy rangą?
Harry wzruszył ramionami i nie zważając na to, że majtająca się w jego dłoni wilgotna szmatka brudzi pyłem i kilkoma włosami jego czarną szatę, skrzyżował ramiona na piersi.
— Skąd mam wiedzieć, jak właściwie działa ten pieprzony biznes? — prychnął, potrząsając głową jak koń odganiający się od kłębowiska much.
— Język, Potter — wysyczał Snape, podnosząc się z kolan i rzucając mu spojrzenie kogoś, kogo autorytet, na który definitywnie zasługuje, jest bezdusznie pomniejszany. — A ten: „pieprzony biznes" działa na zasadzie hierarchiczności. I jako przedstawiciel Wewnętrznego Kręgu mówię ci, Potter, że ktoś taki jak Joseph Hughes ze stuprocentową pewnością nie jest na szczycie tej drabiny.
— A kto jest? — skrzywił się Harry, na co Snape prychnął i odwrócił się w stronę jednego z regałów.
— To ty, gówniarzu, po... ostatnim zadaniu Turnieju Trójmagicznego wróciłeś z kompletną listą nazwisk — zaszydził, sięgając po jedną z fiolek, przyglądając się jej zawartości zmrużnonymi oczami, potrząsając nią, jakby sprawdzał, czy aby jej konsystencja się nie zestaliła i odkładając na swoje miejsce, gdy eliksir zachlubotał między szklanymi ściankami jak woda — więc wykaż się teraz odrobiną spostrzegawczości i racz je sobie sam przypomnieć.
Jako tako miał pojęcie o tym, jak powinna działać struktura opierająca się na uporządkowaniu ogniw od tych najistotniejszych, najsilniejszych, do tych niemalże pomijalnych. Wiedział również, jak funkcjonowała machina strachu, którą rozsiewał wokół siebie Lord Voldemort - czerpał niezliczone korzyści z tego, że ludzie przed nim drżą, wiedział, jak umiejętnie pokierować czyimś lękiem, aby użyć go do własnych celów - i to on sam układał szczeble „rang" własnych sprzymierzeńców.
Hughesowi najwyraźniej nie przeszkadzało to, że inny czarodziej mu wygrażał; choć nie, to może złe sformułowanie. Lepszym byłoby: za naturalne obrał to, że Severus Snape ma nad nim przewagę - jakby nie było to nic, czego już nie wiedział. I nie zareagował na ten niewątpliwy atak zanadto paranoicznie. Zanadto — myślał Harry — bo, owszem sprawiał wrażenie lekko wytrąconego z równowagi, nieco spłoszonego, jednakże po fakcie w jego tak zwanym „sposobie bycia" nie nastąpiła absolutnie żadna zmiana, jakby konfrontacja ze Snape'em, której dzikość i upór tak mocno uderzyły Harry'ego, nie odcisnęła na nim żadnych śladów. Zmiany nie było. W każdym razie nie takiej — myślał — która rzucałaby się w oczy. Nie takiej, która odcisnęłaby się na jego codzienności.
Zmienił się jedynie sposób, w jaki podchodził do Harry'ego - jego słowa były jeszcze bardziej wyważone, niż zazwyczaj - ostatnio niemal za każdym razem, gdy zostawał z nim sam na sam, mówił za pomocą przenośni i frazeologii, co w żaden sposób nie ułatwiało Harry'emu ani komunikacji, ani czatowania na informacje i zaczęło doprowadzać go, szczerze powiedziawszy, do psychicznego wymęczenia.
Istniała jednak jeszcze jedna kwestia, o stokroć istotniejsza, niż ranga Josepha Hughesa wśród kręgu zwolenników Voldemorta. Kwestia, która nie dawała mu spokoju, która zdawała się wiercić w nim jak w ścianie i kiedy wszystkie te skumulowane w nim wątpliwości doprowadziły do tego, że omal nie wysadził swojego kociołka na środowych ćwiczeniach z Eliksirów, uznał, że musi wreszcie to z siebie wyrzucić, w przeciwnym razie to dręczące przypuszczenie go w końcu udławi.
— Jestem przekonany, że mu o mnie donosi — oznajmił Snape'owi, kiedy zostając z nim w klasie po zajęciach, nasłuchał się już tysiąca inwektyw, setki przytyków do swojego ojca, po którym - jakżeby inaczej - musiał odziedziczyć: „złe geny" oraz nieumiejętność radzenia sobie w dziedzinie warzycielstwa i jednej, żarliwej obietnicy uciążliwego, niebanalnego szlabanu. — Od kogo innego Voldemort wiedziałby o Dursleyach?
Snape odetchnął głęboko, przecierając palcami skronie, spoglądając na niego, jakby urosła mu druga głowa.
— Wszyscy w tym „biznesie" na siebie donoszą, Potter — wycedził, a jego zęby zazgrzytały o siebie z taką intensywnością, że Harry musiał się nieźle wysilić, żeby odeprzeć chęć zasłonięcia uszu. — Na tym polega cała zabawa. Każdy ma w zanadrzu jakiegoś haka. Przysłowiowego asa w rękawie.
Harry zmarszczył czoło i wiedział, że w jego oczach coś przygasło, wiedział to, kiedy spoglądał w czarne jak toń oceaniczna oczy Snape'a i dostrzegał w nich odbicie własnej twarzy.
— Pan również? — Jego głos zabrzmiał jak szmer, jak dźwięk rąbka peleryny sunącego po posadce.
Wąskie brwi Snape'a uniosły się wysoko.
— Pytasz, Potter, czy też posiadam solidnie argumentowane informacje, które pozwoliłyby mi szantażować ludzi wokół mnie? — Snape przekrzywił głowę, przypatrując mu się z lekkim cynizmem. — A może o to, czy na ciebie donoszę?
Harry westchnął ciężko i odwrócił się ku wyjściu, doskonale wiedząc, że jeżeli sam nie poradzi sobie z własnymi trudami, nikt nie udźwignie ich za niego.
— Doskonale wiem — powiedział na odchodnym, uparcie wpijając wzrok w drzwi — że jest pan ostatnią osobą na tym dennym świecie, która mogłaby na mnie komukolwiek donosić.
Wyszedł, zanim Snape - kierowany maniakalną dumą - zdołał zaprzeczyć.
-VVV-
Minęły grubo ponad dwa lata od czasu, gdy Syriusz wyszedł z Azkabanu, ale koszmary wciąż go nie opuszczały. Harry o tym wiedział - choć pewnie nie powinien. Jednak niepokój po ataku dementorów, lęk przed nadchodzącą rozprawą i próba zaaklimatyzowania się w nowym domu, którego ponury nastrój osiadał na nim jak kurz walający się po zacienionych kątach wszystkich pomieszczeń, sprawił, że bezsenność kleiła się do jego powiek jak sole trzeźwiące.
Pamiętał te ostatnie upalne dni tegorocznego lata spędzone pod dachem kamienicy starszej od pokolenia jego dziadków - pamiętał: wyszedł pewnej nocy po wodę, dręczony absurdalną myślą, że te ciężkie cztery ściany, które go otaczają, lada moment się na niego zwalą, że go przygniotą, choćby i nie ze starości, ale z samej zawiści, która zdawała się tkwić w otaczających go murach jak ponura aura. Korytarz był ciemny i napęczniały pyłem, którego pani Weasley nie udało się wydmuchać na zewnątrz, mimo że na większość popołudnia zostawiła szeroko otwarte okna, przez które co rusz do środka wpadały pierwsze tego roku liście opadłe z drzew - czerwone, żółte, brązowe - ściełały podłogę jak dywan, póki któryś z obecnych lokatorów nie uprzątnął ich zaklęciem.
Wtedy usłyszał to po raz pierwszy.
Nie pamiętał, co właściwie sobie pomyślał - może: „ghul", może: „Stworek", może: „bogin" - po tym domu spodziewał się absolutnie wszystkiego; jedyne, co nie przyszło mu na myśl, jedyne, na co się nie przygotował, kiedy pokonywał strome schody i zacieniony korytarz, kiedy ostrożnie stawiał swoje kroki w ciemnościach rezydencji, kiedy mijał kilka śpiących portretów dawno wymarłych czarodziejów, których imion nie znał lub nie pamiętał, niemal bezwiednie podążając za źródłem dźwięku, to Syriusz; Syriusz zlany potem, rzucający się na materacu łóżka z kołdrą zaplątaną wokół długich, wciąż nieco zbyt chudych nóg i zwijającym się, spadającym z łóżka prześcieradłem.
Na szafce nocnej stała do połowy opróżniona butelka po Ognistej Whiskey, a na podłodze walały się szczątki szklanki, lśniące w bladym świetle księżyca prześlizgującym się przez grube, bordowe kotary, tworząc na parkiecie mapę szkła i alkoholu.
Chyba coś powiedział - nie pamiętał dokładnie co - coś jak: „matko, Syriuszu" albo: „Morgano, Syriuszu", a może wcale nie, może przez jego gardło uciekło coś zupełnie innego, a może jedynie wydawało mu się, że coś mówi, może poruszał ustami, ale nie uciekały z nich żadne słowa - nie wiedział; pamiętał za to jęk wydobywający się z gardła swojego chrzestnego ojca, jęk, który przeszył go do żywego i z początku zaczął rozglądać się po zabałaganionej sypialni, spodziewając się dostrzec jego źródło za którymś z ciężkich, antycznych mebli, bo nawet nie przeszło mu przez myśl, że taki dźwięk może uciec z ust żywego, silnego człowieka, za którego uważał swego chrzestnego ojca.
Pamiętał, jak łajał się za to, że o tym nie pomyślał: że człowiek po spędzeniu dwunastu lat swojego życia za murami Azkabanu, może być dręczony paletą przerażających wspomnień, prześladowany biegiem wydarzeń, o których wolałby raczej zapomnieć, połykany przez sny, które wcale nimi nie są.
Podszedł do swojego ojca chrzestnego z ostrożnością, z jaką po raz pierwszy zbliżał się do hipogryfa, wyciągając ręce i nie do końca wiedząc, co z nimi zrobić - nigdy nie pocieszał ludzi po koszmarach, przez znaczną większość swojego życia on sam nie był głaskany po głowie po zrywających go w środku nocy scenach, które kleiły się do niego jak jego własny cień, a których znaczenia nie był w stanie zrozumieć (łomot wyważanych drzwi, niezrozumiałe krzyki, plama zieleni rozlewająca się na źrenicy). Chyba coś mówił, coś jak: „spokojnie" i „tu jest bezpiecznie", coś jak: „obudź się, Syriuszu", kiedy niepewnie dotykał jego ramienia, kiedy odsuwał zlepione potem włosy z jego twarzy i karku, kiedy nim lekko potrząsał, zanurzając palce w jego czarnej koszuli nocnej.
I wtedy Syriusz zerwał się do siadu, wciągając głęboko i chrapliwie powietrze, wytrzeszczając oczy tak mocno, jakby te miały lada moment wylecieć z orbit - i Harry się przestraszył, przeraził się nie na żarty, bo to, co wykwitło na twarzy Syriusza, było czystą trwogą, a rozbiegane spojrzenie skakało po jego własnej sypialni, jakby jej nie poznawał, jakby nie wiedział, gdzie się znajduje.
— Już dobrze — wyszeptał Harry, ale Syriusz zdawał się go nie słyszeć. — Już dobrze — powtórzył nieco głośniej, dotykając jego zlanego potem ramienia, jednak Syriusz był zamknięty gdzieś we własnej wyobraźni, gdzieś głęboko we własnych przeżyciach - i kiedy Harry, patrząc na jego mokrą od potu i od łez, wykrzywioną tak nieludzkim grymasem, jakiego jeszcze nigdy nie widział na jego przystojnych kościach policzkowych, twarz, zrozumiał, że Syriusz go nie słyszy, że wcale go nie widzi, że znajduje się myślami mile od tego miejsca, w zupełnie innej scenerii, w zupełnie innych warunkach, ale nie przestał powtarzać: „wszystko w porządku" i: „jesteś bezpieczny", kiedy ostrożnie chwytał drżące pod jego dłońmi barki, kiedy delikatnie popychał swojego ojca chrzestnego na materac, kiedy układał mu poduszkę pod głową jak dziecku, a strach, ból i troska mieszały się w dziwnych proporcjach w jego zmęczonym umyśle, kiedy Syriusz - jak lunatyk - zamknął ponownie oczy, jakby nie był nawet świadom ich otwarcia.
Harry, przysiadając na krawędzi jego łóżka, trzymał w swoich dłoniach tą nieco żylastą - wciąż nazbyt wychudzoną - rękę, póki jego ojciec chrzestny ponownie nie usnął, myśląc o przeszłości, przed którą nie sposób uciec.
-VVV-
Kiedy rozglądał się po zaciętych twarzach członków Zakonu Feniksa, Harry rozumiał, że każdy z nich ma swoje własne rany, których nie widać na pierwszy rzut oka, które nie są zapisane w ciele grubymi bliznami i odciskami od różdżki na dłoniach, których nie widzać w szramach na skórze ramion i szyji, które są niewykrywalne, jeśli patrzeć powierzchownie. Nie można zrozumieć przesłania obrazu, spoglądając na jego ramę. Tak samo było z ludźmi - i choć był w stanie zauważyć przeorane bliznami ciało Moody'ego, jego wstawioną, sztuczną nogę i zaczarowane oko, choć widział na niezdrowo chudym nadgarstku Syriusza wszczepiony w jego skórę tatuaż ze znienawidzonym przez niego numerem, choć wiedział, że pod obszernymi, zwiewnymi szatami Snape'a, na jego lewym przedramieniu widnieje znak nie do usunięcia i mimo że podejrzewał, jak paskudne blizny mogą skrywać się za jego zaciągniętymi, szczelnie zapiętymi mankietami i wysoko postawionym kołnierzem, najgłębsze zranienia czaiły się pod skórą, zapisane głęboko w umyśle, wyryte w nim jak hieroglify na kamiennej ścianie.
I kiedy Dumbledore - w obecności wszystkich tych ludzi - spytał się go na kolejnym, szumnym zebraniu, na które został łaskawie zaproszony, jak przedstawia się sytuacja z Josephem Hughesem, Harry nie był pewien, co powinien mu odpowiedzieć.
— Jeszcze nigdy nie widziałem tak asertywnego, zdolnego człowieka — powiedział więc Harry, wlepiając oczy w blat stołu, mając wrażenie, że jego usta poruszają się w dziwnym odrętwieniu — którego wiara w wolną wolę została tak doszczętnie złamana.
-VVV-
— Co robisz, kiedy znikasz z Hogwartu? — zapytał go Hughes pewnego wieczora, kiedy owinięty w gruby szal z wełnianą czapką zaciągniętą na głowę, siedział na pustych trybunach i wpatrywał się w boisko do quidditcha, marząc o dotyku suchego drewna rączki swojej miotły pod palcami i poczuciu wiatru we włosach; o szamoczącej się pomiędzy jego palcami złotej, chłodnej, metalowej piłce i oddychaniu pod wiatr pełnymi płucami.
Harry podniósł na niego wzrok, ale nie wstał z - wbijającej mu się w kość ogonową - wąskiej ławki; szczelniej opatulił się peleryną.
— Nie rozumiem, o co panu chodzi — odrzekł Harry, ale w jego głosie nie było przekonania - był zbyt zmęczony; nieprzyjemne uczucie ociężałości w całym jego ciele sprawowało nad nim niezbitą kontrolę i wcale nie miał ochoty na wdrażanie słownych gierek ze swoim wiecznie szperającym w detalach jego życia profesorem Transmutacji.
Palce mu zamarzały - skubiąc wełniany materiał swoich rękawiczek, zaczął niezdarnie zwijać je w pięść, mając nadzieję je nieco ogrzać - musiał się prezentować jak dzieciak, który za długo taplał się w śniegu, ale nie dbał o to.
Hughes przyglądał mu się przez chwilę, jakby poddawał go niemej ocenie i wyglądał, jakby nie do końca rozumiał istoty jego zachowań.
— Mogę usiąść? — zapytał, wskazując podbródkiem miejsce obok Harry'ego, a ten w odpowiedzi wzruszył ramionami, dochodząc do wniosku, że jest mu wszystko jedno i mruknął pod nosem:
— Tak, proszę.
Hughes zagarnął bliżej siebie ciepłą, zimową pelerynę, usiadł na smętnych, pustych trybunach i podążając za wzrokiem Harry'ego, skierował twarz ku ogromnemu boisku. Dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu (w sercu Harry'ego zrodziła się nikła nadzieja, że Hughes porzucił temat, z którym do niego przyszedł; oczywiście - próżna - jakżeby inaczej).
— Czy istnieje ktoś... przed kim nie masz żadnych tajemnic? — zwrócił ku niemu swoje błękitne jak bezchmurne niebo oczy jego profesor i brzmiał na zaniepokojonego - Harry nie potrafił pojąć tego solidnego napięcia czającego się za jego słowami; pozwolił sobie unieść na niego wzrok.
— Nie wydaje mi się — odpowiedział, nie rozumiejąc przebłysku ulgi, jaki pojawił się na sekundę w tych niebieskich oczach — choć Severus Snape jest stosunkowo bliski rozkopania całej mojej przeszłości. I nie jestem w stanie zaradzić na to więcej, ponad nie pozostawaniem mu dłużnym.
Hughes pokiwał głową, jakby nie był tym faktem zanadto zaskoczony.
— Snape zawsze węszył i wszystko rozgrzebywał — westchnął i wzruszył ramionami — maczał palce w cudzej przeszłości, jakby się nią karmił. Zawsze lubił wiedzieć więcej, niż pozostali, być najlepiej poinformowany, znać sekrety, które nie są znane innym — urwał i przygryzając dolną wargę, zapatrzył się w horyzont, zupełnie, jakby wymsknęło mu się o wiele więcej, niżby sobie życzył.
Harry nie wiedział, czy to wiatr przemknął po jego karku, czy zimno, które ogarnęło z nagłością jego ciało, miało swoje podstawy w czymś zgoła odmiennym.
— Pozostali? — powiedział, doszukując się prawdy w gładkiej, pogodnej twarzy Hughesa, przeskakując wzrokiem między jego niebieskimi, zapatrzonymi w dal oczami jak sroka po kamieniach i dziękował wszelkim bóstwom, których nie podejrzewał o istnienie, za to, że jego głos nie zabrzmiał paranoicznie.
Tym razem to Hughes wzruszył obojętnie ramionami; nie odpowiedział.
— Przeczytałeś fiszki, które ci dałem? — zapytał zamiast tego; i Harry nie rozumiał, dlaczego właśnie ta kwestia miałaby być dla niego istotna.
-VVV-
— Wciąż wielu rzeczy nie jestem w stanie zrozumieć.
Hughes roześmiał się - i brzmiał na szczerze rozbawionego (Harry nie mógł nie przygryźć wargi).
— Ja również — odrzekł, spoglądając na niego kątem oka — a żyję na tym świecie dwa razy dłużej.
-VVV-
— Nie masz bladego pojęcia, jak silny tak naprawdę jesteś, prawda? — westchnął Voldemort, zakradając się niezliczony już raz od początku tego roku do jego zagmatwanego, nieuporządkowanego umysłu i Harry - słysząc to - nie był pewien, o co tak naprawdę mu chodzi. — Myślisz, że każdy czternastolatek byłby zdolny postawić mnie przed wspomnieniami własnych zbrodni? Myślisz, że każdy czternastolatek mógłby sprawić, że będą one tak namacalne?
— O czym ty, do diabła, tym razem pleciesz? — zapytał Harry, nie wiedząc, jak zatrzymać napięcie, które zakradło się do jego głosu.
— O Priori Incantatem — pokręcił głową Czarny Pan ostatniej dekady — skoro i tak już o nim wspominałeś poprzednim razem.
— Przestań — powiedział Harry niespodziewanie mocno i stanowczo. — Nie chcę o tym myśleć. Może się zdziwisz, ale tamtego dnia, gdy nasze różdżki zareagowały tak, jak zareagowały, byłem tak samo zszokowany i przerażony jak ty.
Voldemort milczał dłuższą chwilę; Harry mógł wyczuć połacie czarnej magii przesuwające się z dziwną ospałością po jego umyśle.
— Nie jestem pewien — powiedział w końcu i brzmiał na niepospolicie opanowanego — czy fakt, że czternastoletni chłopak był w stanie wyczuć mój strach, bardziej mnie frustruje czy niepokoi.
— Jedno jest zadziwiająco bliskie drugiemu — pozwolił sobie zauważyć zielonooki.
— Harry — wyszeptał człowiek w jego snach, a czerwone oczy zabłysły gdzieś na skrajach jego postrzegania — dlaczego ty nie dostrzegasz potęgi, jaka w tobie tkwi? Dlaczego jesteś taki ślepy?
Harry - słysząc to - miał impulsywną ochotę, aby się roześmiać. Zachował jednak resztki zdrowego rozsądku, które szemrały do niego, że wyszłoby mu na korzyść, gdyby jednak postarał się opanować.
— Potęgi — prychnął, kręcąc głową, zastanawiając się, czego Voldemort może od niego chcieć, że wygłasza przed nim aż takie niedorzeczności.
Czarny Pan nie wydawał się wściekły jego powątpiewaniem w jego słowa - uczucie, które mu towarzyszyło, przypominało trochę rezygnację.
— Myślisz, że jestem kimś — zapytał; jego intonacja sugerowała całkowitą obojętność, ale przez połączenie ich umysłów przemknęła jakaś blada iskra, sugerująca coś zgoła odmiennego — kto rzucałby słowa na wiatr?
— Nie wiem — odrzekł zgodnie z prawdą zielonooki — przecież nie znam cię na tyle, aby móc to stwierdzić.
— I nie chcesz mnie poznać, Harry?
Nie był pewien, czy to była zachęta, czy pokusa.
-VVV-
Kiedy Snape zabrał go przed jego oblicze po raz kolejny, Harry'ego naprawdę mocno korciło, aby zapytać, dlaczego pozwolił mu ze sobą walczyć - wtedy, na cmentarzu, po swoim powrocie z krainy umarłych. I postanowił nie przygryzać języka.
Voldemort przyglądał mu się dłuższą chwilę, podczas gdy klęczący u jego stóp Snape poderwał na Harry'ego głowę z miną świadczącą o niezgłębionym popłochu bądź gorącej chęci mordu - bądź jednym i drugim, zmieszanym w jakiejś dziwnej konfiguracji; Harry nie był pewien.
— Nie spodziewałem się — przyznał powoli Voldemort, patrząc w zielone, przepełnione pytaniem oczy Harry'ego — że zostanę zmuszony do wyrównanej walki przez nastolatka — pokręcił głową, a Harry nie był pewien, czy bardziej zdumiała go odpowiedź, jaką otrzymał, czy to, że Voldemort w ogóle mu jej udzielił.
— Och — bąknął, czując się przy tym, jak skończony idiota, ale Voldemort go nie wyśmiał ani nie wycofał własnych słów.
Kiedy ziemista twarz Snape'a skierowała się w stronę Czarnego Pana, Harry kątem oka - przez ułamek sekundy - był w stanie dostrzec na niej falę zdumienia.
— Nie jesteś wcale taki słaby, za jakiego się uważasz. — Głos Voldemorta był łagodny i Harry, czując głuche tętnienie gdzieś za uszami, nie mógł odegnać wrażenia, że właśnie został określony mianem: „kogoś silnego" przez jednego z najpotężniejszych czarodziejów w Magicznej Anglii, nawet jeśli nie do końca tymi słowami. Coś ciężkiego osiadło na tyłach jego gardła; nie był silny - nie uważał się za takiego. — Jesteś trochę dziwny — dodał po chwili Czarny Pan - i to było dla Harry'ego o wiele łatwiejsze do przyswojenia; o wiele łatwiejsze, ponieważ z większą dokładnością odpowiadało wyobrażeniu, jakie miał o samym sobie. — Jesteś dziwny — kontynuował Voldemort — bo większość magów z twoimi zdolnościami albo by się nimi afiszowało, albo by je tłumiło, aby ich własna magia nie wzbudzała u nikogo większych obaw. — Przechylił głowę, przyglądając mu się wnikliwie. — Ty natomiast, Harry, w ogóle tej swojej siły nie zauważasz. Co więcej, zdajesz się pomniejszać swoją wartość, chociaż dokonujesz wielkich rzeczy, niesamowitych rzeczy — powiedział dziwnie miękkim tonem - i Harry nie do końca był w stanie pojąć, dlaczego w ogóle przyszło mu to usłyszeć z ust właśnie tego człowieka. — To jest niemalże niespotykane, wiesz? Żeby czarodziej korzystał z magicznej potęgi i nie był świadom tego, że jego umiejętności wykraczają ponad standardy.
— Moje umiejętności nie wykraczają ponad standardy — speszył się Harry.
— Naprawdę? — zapytał miękkim tonem Czarny Pan, podchwytując jego spojrzenie. — Znasz jeszcze jakiegoś dwunastolatka, który pokonał liczącego sobie stulecia bazyliszka, Harry? — mówił, zbliżając się do niego; i brzmiał kwitnąco, intrygująco - Harry napiął się jak struna i zaczął się przed nim wycofywać. — Może powinieneś dać mi namiary na takowego, co? Znasz jeszcze jakiegoś czternastolatka, który umiałby się oprzeć Imperiusowi? A może znasz kogoś, kto tak jak ty, przeżył zaklęcie zabijające? Znasz, Harry?
Harry przygryzł wnętrze dolnej wargi. Lekkie szczypanie przy paznokciu lewej ręki uświadomiło mu, że zrywa sobie skórki z palców; starł kciukiem drobinę krwi wzbierającą na zaróżowionej skórze.
— Ja... ty sam mówiłeś, że to kłamstwa tworzą moją historię, zapomniałeś? — przypomniał, starając się brzmieć na pewnego siebie, ale jego głos - ku jego własnej irytacji - był wątły jak oddech. — I nie mów mi, nigdy mi nie mów — słowa obiły się o jego język i zęby, wypadając drżąco spomiędzy jego ust — że jestem silny przez fakt, że ktoś poświęcił swoje życie dla mnie. — Oczy go piekły; spoglądał prosto w twarz mordercy swoich rodziców, który nie był głupi, który nie był maniakalny, który nie był nawet połowicznie tak obłąkany, jak pierwotnie mu się zdawało i czuł wilgoć kotłującą się pod jego powiekami, bo nawet teraz prześladowała go przeszłość, o której nie chciał pamiętać - nie przy nim. — Nie przekuwaj mojej tragedii w siłę — przełknął ciężko ślinę.
Voldemort przyglądał mu się milcząco; Harry miał wrażenie, że widzi cienie zalegające pod jego oczami.
— Dlaczego w ogóle do mnie przyszedłeś? — zapytał wreszcie; jego głos był martwy. Wycelował w Harry'ego palec, jakby go o coś oskarżał. — Dlaczego — powtórzył; plecy Harry'ego uderzyły o ścianę, a Voldemort nie przestawał się do niego zbliżać; serce w jego piersi szalało — przybyłeś do mordercy swoich rodziców, Harry, i dlaczego wciąż wracałeś? Raz za razem? — Harry pokręcił bezwiednie głową, chcąc powiedzieć: „przestań", chcąc powiedzieć: „zostaw to", chcąc powiedzieć: „nie drąż w tym", ale słowa nie kleiły się do jego języka.
— Panie mój... — wtrącił się cicho Snape, ale Voldemort nawet się nie obejrzał - jego oczy konsekwentnie wpatrywały się w te zielone, błyszczące jak od świateł reflektorów.
Miał łzy w oczach - był tego boleśnie świadom; w jego czaszce tlił się głuchy łomot, którego nie potrafił zatrzymać. Blizna go piekła.
— Czy to nie ty powiedziałeś, że nie cofnę kijem rzeki? — Głos mu się złamał; Voldemort zatrzymał się, jakby coś zburzyło jego koncentrację. — Czy to nie ty mi to mówiłeś, Tom?
Czarny Pan w jednej chwili napiął się jak kobra rozkładająca swój kołnierz, a jego oczy zapłonęły żywą czerwienią.
— Jak mnie nazwałeś? — wysyczał, niemalże przechodząc przy tym w wężomowę.
Harry odniósł wrażenie, że lada moment coś w nim pęknie - wiedział, że jego twarz wykrzywił grymas piekącego, przypalającego do żywego bólu, ale nie dbał o to, nie w tej chwili, nie teraz, kiedy ten inteligentny, niebywały człowiek, w którego umyśle tyle razy zdarzało mu się zatonąć, stał tutaj i patrzył na niego tymi - tak mało przypominającymi ludzkie - czerwonymi oczami.
— Na miłość boską, to, że nosisz imię po mugolskim ojcu, nie czyni cię z automatu gorszym, rozumiesz? — wyrzucił z siebie; prawie krzyczał. — Gdziekolwiek pójdziesz, ono zostanie przy tobie jak cień. Zbudowałeś na jego bazie swój przeklęty przydomek, okaż odrobinę konsekwentności, na litość Morgany!
— Jak śmiesz? — wysyczał Voldemort, napinając palce, układając je tak, jakby były pazurami jakiegoś agresywnego zwierzęcia. — Pojawiasz się tu znikąd i mówisz mi...
— Znikąd? — wrzasnął Harry, czując się tak, jakby tracił grunt pod nogami. — To ty załatwiłeś mi tę przeklętą bliznę — wskazał drżącym z gniewu palcem na swoje czoło — i twierdzisz, że pojawiłem się znikąd?
— Myślisz, że to planowałem? — Głos Voldemorta przywodził Harry'emu na myśl igłę hirurgiczną wbijaną prosto w bębenki uszne, ale nawet się nie skrzywił - i z pewnością nie cofnął. — Myślisz, że zamierzałem zniknąć ze świata na czternaście długich lat? Czy ty uważasz, że uśmiechało mi się żyć jako bezcielesne widmo? Jako cień samego siebie?
— Sam fakt, że poszedłeś do Doliny Godryka bez najmniejszego zastanowienia, opierając się na słowach kobiety powszechnie uznawanej za fałszywą wyrocznię, których nawet nie usłyszałeś osobiście, powinien ci uzmysłowić, że miałeś więcej szczęścia, niż rozumu — wypluł z siebie, nie potrafiąc dłużej tłumić tego, co leżało mu na sercu.
Czarny Pan pokręcił z pogardą głową i - ku zaskoczeniu Harry'ego - odwrócił się od niego, spoglądając w łagodne pagórki składające się na krajobraz za oknem.
— To nie był łut szczęścia — powiedział przyciszonym głosem, zaplatając ramiona na piersi; promienie pomarańczu bijące od zachodzącego słońca uwydatniały każde wgłębienie na jego twarzy o barwie kości słoniowej, dwie pionowe bruzdy zmarszczek wychodzące od nasady jego spłaszczonego nosa, siateczki fioletowo-czerwonych naczynek rozpościerających się na jego nagiej czaszce i skroniach jak rozłożyste korzenie wiekowego drzewa. — To był plan awaryjny. — Obrócił głowę, nie odwracając się od okna, zerkając przez ramię na lekko zdezorientowanego Harry'ego swoimi zapadniętymi, płonącymi czerwienią oczami. — Nie spodziewałbyś się tego po mnie, prawda Harry? Nie spodziewałbyś się, że zostawiam sobie wiele furtek otwartych - furtek, przez które mógłbym przejść, jeśli odcięto by mi inną drogę, czyż nie?
Z ust Harry'ego wyrwało się przytłumione prychnięcie - zastanawiał się, czy niedowierzanie, które kotłowało się w jego ciele, było w nim słyszalne.
— Pytasz, czy wierzę w twoją inteligencję, Tom? — zapytał, skacząc spojrzeniem po czerwonych jak krew oczach wpatrujących się w jego własne; podbródek Voldemorta uniósł się nieznacznie, a on sam odwrócił się ku Harry'emu - Harry'emu, który nie zważając na ostrzegawczy pomruk, który wyrwał się z gardła Snape'a, nie zważając na płonący błysk w czerwonych oczach lustrujących jego własne, nie zważając na to, że w razie konieczności nie ma w dłoni różdżki, aby się obronić, podszedł sprężystym krokiem do najpotężniejszego czarnoksiężnika obecnej epoki, przysunął twarz do jego zniekształconej nienaturalnie twarzy i nie zrywając kontaktu wzrokowego, powiedział powoli i wyraźnie: — Tak, wierzę.
-VVV-
Po części spodziewał się ataku. Może rozpalającego kości Cruciatusa, a może ostrego, siarczystego policzka wymierzonego z otwartej dłoni. Dlatego, gdy Voldemort ponowienie się od niego odwrócił i przyłożywszy knykcie do ledwo odcinających się od skóry ust, podszedł do szerokich okien, spoglądając na długą, niewyrazistą linię horyzontu, nie do końca wiedział, jak powinien zareagować i czy - mimo tej przedziwnej reakcji - nie spodziewać się lada moment klątwy tnącej rozdzierającej szatę na piersi, dotykającej nagiej skóry.
— Nie powinienem ci o tym mówić — odezwał się cicho Voldemort, nie odrywając wzroku od rozpościerających się za oknem widoków. — O moim ojcu — sprecyzował, odrywając dłoń od twarzy i zaplatając ręce za plecami, wystawiając twarz ku słońcu jak wąż wygrzewający się w jego promieniach; Harry mógł zobaczyć drżący cień padający na jego twarz z wystającej pod ostrym kątem kości policzkowej.
— Więc czemu to zrobiłeś? — zapytał; chciał to powiedzieć silnym, głośnym tonem, jednak jego gardło miało stosunkowo inne zamiary; prawie szeptał.
Voldemort odwrócił się ku niemu i wygiął usta w imitacji uśmiechu - na jego twarzy nie było śladów wesołości.
— Bo nie sądziłem, że przeżyjesz — wyszeptał, przechylając głowę, przyglądając się jego twarzy, jakby widział w niej coś niezwykłego; Harry poczuł ucisk niepokoju - już wolał, kiedy Czarny Pan prychał na niego niczym wąż wystawiający jadowe kły; nie miał pojęcia, jak zachować się przy Voldemorcie, który patrzył na niego w ten sposób - jakby wcale nie kłamał, mówiąc mu, że dostrzega w nim potęgę, której Harry - bez względu na to, jak długo szukał - nie był w stanie się u siebie dopatrzyć. — Znowu — dodał i brzmiał na rozbawionego; mało brakowało, by Harry zachłysnął się powietrzem. — Jesteś naprawdę dziwnym czarodziejem, Harry Potterze.
Harry wierzył, że się przesłyszał, że nutę, która stała za tymi słowami podsunęła mu jego napęczniała, wybujała wyobraźnia. Był pewien, że nikt nie brzmiałby na tak niezmiernie zafascynowanego, mówiąc o nim i o jego życiu. A już na pewno nie Lord Voldemort we własnej osobie.
Odrzucił od siebie myśl, że może nie jest tak beznadziejny, jak mu się zawsze zdawało. Przecież doskonale słyszał, kiedy Voldemort oznajmił mu, że jest: „dziwny".
Dziwoląg — szeptała gdzieś we wnętrzu jego ucha ciotka Petunia.
Wygląda na to, że miała rację.
-VVV-
— Myślisz, że zasługujesz na świąteczne prezenty? — zapytała go z odrazą tlącą się za słowami ciotka Petunia; Harry miał dziewięć lat i marzył o otrzymaniu choćby i małego upominku na Gwiazdkę, marzył o tym gorąco i zachłannie, obserwując liczne prezenty czekające pod choinką. — Do takich niegrzecznych dzieci jak ty Mikołaj nie przychodzi — splunęła ciotka, kręcąc z politowaniem głową i pochyliła się nad piekarnikiem, aby wyjąć z niej lukrowane pierniki, których Harry'emu nie wolno było tknąć; pamiętał ich zapach - pachniały przyprawą korzenną i słodkością i kilkuletni Harry zastanawiał się, jak smakowałyby z mlekiem, kiedy nerwowo przełykał ślinę, starając się nie patrzeć w ich kierunku zbyt długo i zbyt łakomie - nie chciał, aby wuj po raz kolejny zatrzasnął go na cztery spusty w komórce pod schodami.
Kiedy miał osiem lat, przyuważył wuja Vernona, kiedy nieporadnie dopinał na opasłym brzuchu strój Świętego Mikołaja i zrozumiał, dlaczego przez te wszystkie lata ten wymarzony przez niego, starszy, dobroduszny człowiek z długą, białą brodą, wielkim worem prezentów i czerwonym strojem, który to rzekomo doceniał dobro i nie zapominał o żadnym dziecku, przez te wszystkie lata u Dursleyów nie słuchał jego listów, które Harry kaligrafował zgrabnie, aby ułatwić mu ich odczytanie i zostawiał na parapecie, treścią w stronę wąskiego, trójkątnego okienka, żeby Mikołaj mógł przez nie zajrzeć. I nie potrafił zrozumieć, dlaczego wszystkie prezenty, które znajdował pod drzewkiem choinkowym, kiedy z samego rana na palcach przemykał do salonu, były zaadresowane do jego kuzyna. Przecież tak bardzo się starał. Przecież nie był aż tak niegrzeczny, jak sugerowała to ciotka Petunia - dlaczego Mikołaj tego nie zauważał?
I kiedy w wieku jedenastu lat zastał Rona pod ozdobioną najrozmaitszymi różnościami choinką w Pokoju Wspólnym, wpatrywał się przez chwilę w lśniącą żółtym, ciepłym blaskiem na jej czubku gwiazdę, życząc sobie, by jakaś - nieznana mu do końca - magia wzięła sprawę w swoje ręce i sprawiła, że obok kolorowych, przepasanych wstążką prezentów dla innych dzieci, znajdzie się też jeden dla niego. A mimo to nie spodziewał się, że jego prośba zostanie wysłuchana - nie tak naprawdę.
Dlatego, kiedy Ron powiedział mu o swetrze, który jego matka miałaby wydziergać dla niego na drutach, Harry z początku nie zrozumiał, o co jego przyjacielowi może chodzić.
— Prezenty? — powtórzył, marszcząc czoło, poprawiając nerwowym gestem okulary, kiedy jego serce podskoczyło pod mostkiem, gdy zerkał na stertę pakunków spoczywających jak twardy dowód na podłodze wokół skaczącego między nimi Rona. — Dla mnie?
Przecież Mikołaj nie odwiedza takich niegrzecznych dzieci, jak on. Nie było jeszcze roku, w którym ta prawda nie została mu przypomniana.
-VVV-
Irytowały go dzwonki uwiązane do każdych drzwi w tym zamku, majtające się beztrosko na czerwonych wstążkach. Dzbanki pełne gorącej czekolady, w której pływały napęczniałe, słodkie, różowe pianki, chochliki skaczące po gałęziach choinki, która przyciągała spojrzenia wszystkich wchodzących do Wielkiej Sali, anielskie włosy sypiące się z zaczarowanego, lśniącego tysiącami gwiazd sklepienia, które znikały w złotych, drobnych jak ziarna piasku rozbłyskach, zanim zdążyły upaść na posadzkę. Czerwona czapka z dzwonkami, z którą latał po zamku Irytek, kradnąc największe, najbardziej błyszczące bombki z choinki i ku rozdrażnieniu wymachującej na niego różdżką Charity Burbage, podrzucając nimi nad głową, jakby były tenisowymi piłkami. Irytowały go śpiewne zawodzenia chóru i rechoczące im do wtóru ropuchy. Skaczące po długich stołach czekoladowe żaby, czym prędzej czmychające z talerzy i półmisków i serwetki w choinki i gwiazdy przyozdabiające talerze. Zapach grzanego wina roznoszący się nad stołami i rozsypujące się na srebrnych półmiskach kutie. Drżące płomienie wysokich świec tlące się pośrodku każdego z czterech stołów.
Rozglądał się po przystrojonej ozdobnymi wieńcami, rozłożystymi jemiołami i kwitnącymi na czerwono Gwiazdami Betlejemskimi Wielkiej Sali i czuł, że nie udziela mu się cała ta: „magia świąt", ani trochę, wcale.
Po co cały ten splendor — myślał Harry, obserwując przystającą pod jemiołą, ubraną w czerwone szaliki z białym, miękkim obiciem na krawędziach, parę, uśmiechającą się do siebie z czułością i skradającą szybkiego, mokrego całusa — jeśli brakuje pośród niego tego jedynego trzydziestosiedmioletniego mężczyzny o srebrnych jak gwiazdy oczach i skręconych jak łagodne fale włosach, którego tak bardzo pragnąłbym teraz zobaczyć.
