Niebetowany.

Dziękuję ogromnie za wszystkie komentarze! Nakurishi, och, tak, zgadzam się! Wiem, o czym mówisz - ten fic waha się w tej chwili tak między tomarry a harrymortem i właściwie trudno tak naprawdę powiedzieć, czym jest bardziej i jak lepiej go tu nazywać - jeszcze Voldemortem, czy już Tomem. W każdym razie tak, to też jeden z powodów, dla których właśnie ten fic postanowiłam przetłumaczyć - cieszę się, że też to zauważyłaś i się z tym zgadzasz! Miło mi też słyszeć, że nadal podoba Ci się prezentowana tu fabuła. A Omar się jeszcze w przyszłości pojawi :) AnnaLotta, naprawdę bardzo miło mi to słyszeć, dziękuję za wszystkie miłe słowa dotyczące mojego tłumaczenia :) Cieszę się też, że wyróżniłaś ten fragment o tragedii, bo też go osobiście uwielbiam. Z wielką ciekawością czytało mi się Twoje przemyślenia na jego temat! Jak najbardziej to, co piszesz, ma sens - że go trochę bardziej dzięki temu rozumiesz i że staje się przez to taką, hmm, głębszą, bardziej skomplikowaną postacią. I bardzo się cieszę, że sądzisz, że tutejszy Voldemort wpisuje się w kanon. I, ha, najnowsze rozdziały rzeczywiście wskazują na to, że ta wiedza o dzieciństwie Harry'ego na coś się przydaje ;)

Dziś krótszy rozdział, ale na to niestety nic nie poradzę. Mam nadzieję, że mimo to wam się spodoba :) Miłego czytania!


pociągnij mnie za sobą (pobiegnijmy)

Rozdział dwunasty

Katastrofalna rzecz: strach.

Topi statki, spala miasta, łamie nawet najpotężniejszego człowieka. Strach wrze i pali, jątrzy i trwa, pochłaniając wszystko na swojej drodze.

Lord Voldemort nie może powiedzieć, by się czegoś bał – nie licząc tego, co śmiertelnicy nazywają nieuniknionym.

Mimo to, kiedy strach pochwyca Harry'ego w swoje szpony, Voldemort go smakuje. Ma wrażenie, jakby należał do niego; znajome ostrza wbijające się mu między żebra.

Czuje strach Harry'ego Pottera i okazuje się, że jest on mu całkowicie, niezaprzeczalnie znajomy.


— Puszczaj – mówi Harry głosem, którego sam nie rozpoznaje.

Voldemort jednak tylko się uśmiecha i ściska go mocniej.

— Powinieneś już wiedzieć, Harry… że gdziekolwiek pójdziesz, ja za tobą podążę.

I Harry… Harry nie wie, co mu odpowiedzieć.

Magia przemawia za niego. Napina się ostro pod jego skórą, a następnie trzaska – pociągając go za sobą z zajmowanego przy stoliku miejsca, a wraz z nim Voldemorta.

Ogarnia go małe deja vu, gdy aportuje się na ślepo i bez pomocy różdżki byle najdalej, w towarzystwie ściskającego go mocno Voldemorta. Gdy czuje nagłe zawirowanie głowy i pociągnięcie, a także płonące palce Voldemorta na swojej skórze.

Opadają z jazgotem w sam środek pustego mieszkania Billa i Fleur.

Harry wyrywa się z uścisku Voldemorta. Łapie powolny oddech i wstrzymuje go, by nie wziąć zbyt szybko kolejnego. Obrzuca morderczym spojrzeniem spokojnie podnoszącego się na nogi Czarnego Pana, który zachowuje się, jakby spodziewał się takiej reakcji, otrzepującego szatę i stającego dumnie, jakby to do niego należał ten salon w mieszkaniu, w którym był wcześniej tylko raz.

Ani na chwilę nie znika też z jego twarzy chłodny, ostry uśmieszek.

Naprawdę nie chcesz o tym rozmawiać, co? – pyta Voldemort.

Harry ma go ochotę w tę przemądrzałą twarz czymś – czymkolwiek – rzucić. Jego magia śmiga więc przez powietrze poduszką, rozrywając ją na strzępy, aż wszędzie wokół wzbijają się pióra.

— Mój boże, cóż takiego sprawiło, że odnosisz takie wrażenie?

Zza nieskazitelnej twarzy spoglądają na niego czerwone, bezlitosne i niezachwiane oczy. Sprawia to, że Harry aż kipi ze złości, że przechodzą go dreszcze, że ma ochotę siłą zedrzeć mu te zaklęcie glamour.

— Wiedziałeś, Harry, że kiedy stworzenie czuje prawdziwy strach, często poddaje się swoim najbardziej podstawowym instynktom? – pyta Voldemort, robiąc w jego stronę jeden powolny krok i otaczające ich meble grzechoczą. – Walki albo ucieczki. To interesujące, że chociaż decydujesz się na ucieczkę, twoja magia praktycznie błaga o walkę.

— Jestem absolutnie pewien, że żadna z naszych umów o tym nie wspomina – spluwa Harry, rzucając wokoło szybkie spojrzenie i dłoń aż świerzbi go do wyciągnięcia różdżki, choć nawet nie wie, czego tak naprawdę poszukuje i nie wie dlaczego. – A nawet gdybym chciał cię przekląć w diabli, przysięga pozwala mi jedynie na wzniesienie różdżki w obronie.

— No tak, masz rację – mruczy Voldemort, przechylając głowę, przyglądając się Harry'emu, jakby był jakimś dziwnym stworzeniem, jakiego jeszcze nigdy wcześniej nie widział… a następnie wyciąga różdżkę. – Może coś na to zaradzimy?

Zaklęcie mknie w jego stronę szybko – zbyt szybko, by Harry zdołał je skontrować, ale nie na tyle szybko, by nie był w stanie się przed nim uchylić. Uderza w stoliczek do kawy i przez powietrze przelatują odłamki drewna. Nim zdoła o tym pomyśleć, do ręki wskakuje mu z kabury różdżka.

Pokój rozświetlają błyski zaklęć.

Nie ma miejsca i czasu na dyskusje. Wszędzie wokoło lecą klątwy, jedna przelatuje mu tuż obok lewego ucha, a druga zostaje odbita i o włos mija swój cel. Lord Voldemort jest wyraźnie zdeterminowany pojedynkować się z nim w tym małym mieszkaniu, bez żadnego ostrzeżenia czy uprzedzenia.

Jest akcja i reakcja. Magia Harry'ego zaciska się mu w piersi, kotłuje pod skórą, odpowiadając na wołanie magii Voldemorta. Tarcza przeciwko klątwie, urok przeciwko czarowi, oślepiająca kaskada sykanych zaklęć, które, z czego Harry zda sobie sprawę znacznie później, nigdy nie wywołałyby żadnej trwałej szkody.

Kończy się to niemal tak nagle, jak się zaczęło.

Harry uderza Voldemorta w dokładnie tej samej chwili, w której Voldemort uderza jego, zaklęciem z pierwszego roku. Mimo to siła, z jaką je rzuca, wystarcza, by roztrzaskać i usunąć z jego twarzy galmour tak gwałtownie, że Voldemort zatacza się do tyłu, jakby Harry fizycznie go uderzył. Rzucone natomiast przez Voldemorta zaklęcie galaretowatych nóg posyła Harry'ego na podłogę.

W katastrofalnym pokoju zapada cisza, przerywana tylko ich ciężkimi oddechami.

I, oczywiście, chwilę później też śmiechem Harry'ego.

Harry Voldemorta nie widzi, upadłszy za kanapę, ale słyszy, że ten prycha cicho z irytacją. Zaczyna boleć go brzuch, gdy próbuje zdusić niedorzeczny, absurdalny śmiech, który wstrząsa jego piersią.

— Taki jesteś rozbawiony? – pyta Voldemort.

— To niedorzeczne – odpowiada z trudem Harry, gdy niemal histeryczny chichot ucieka mu przez usta. – To absurdalne.

Nogi ma jak galarety, mimo że Voldemort z westchnięciem wypowiada przeciwzaklęcie. Nie wstaje jednak z podłogi za kanapą, w mieszkaniu, które wygląda, jakby wydarzyła się w nim apokalipsa, nawet gdy przelatuje nad nim jeden z foteli. Harry przesuwa głowę i patrzy, jak opada naprzeciwko. Mruga, uśmiechając się, tym razem ze zmęczeniem i żałością, gdy siada przed nim Lord Voldemort.

Mimo że blady i potworny, wciąż ma w sobie coś wyjątkowego. To, jak siedzi, jak chowa spokojnie różdżkę, jak zakłada nogę na nogę i opiera dłonie na kolanie. Ze spokojem i opanowaniem. Jest potężny – kimś, kogo należy się bać. Harry to wie. A jednak nie potrafi znaleźć w sobie tego strachu.

Voldemort czeka, aż Harry w końcu się ogarnie i usiądzie, oparty o tylną część kanapy, aż rozłoży przed siebie nogi i schowa ostrożnie różdżkę z powrotem do kabury. Czeka, aż Harry napotka jego spojrzenie.

— Co w tym takiego niedorzecznego, Harry? – pyta w końcu.

Harry unosi brew.

— Ty tak pytasz na serio?

Gapi się na zabójcę swoich rodziców. Siedzi z nim w jednym pomieszczeniu – i właściwie siedział już wielokrotnie, prowadząc niemalże normalną rozmowę. Z tym potencjalnym dyktatorem, posiadającym większą wiedzę i magię niż Harry mógłby sobie nawet wymarzyć. Ze swoim własnym zabójcą – przynajmniej przyszłym – po odbyciu z nim swobodnego pojedynku, którego żaden z nich nie skończył wijąc się krwawo po podłodze.

I ten jego zabójca, mężczyzna, który werbalnie rości sobie prawo do jego śmierci, chce podyskutować z nim o czymś, co w ogóle nie powinno go nawet obchodzić.

— Poza oczywistym – mówi Voldemort, wykrzywiając się w sposób, który sprawia, że Harry podejrzewa, iż gdyby nadal miał na twarzy zaklęcie glamour, marszczyłby nos, jak to ma w zwyczaju, gdy jest zirytowany. – Obaj wiemy, że nasza sytuacja jest… unikatowa.

— Szalona – dodaje Harry. – Kuriozalna. Wybierz sobie synonim.

Voldemort prycha, a następnie wierci lekko, jakby niezadowolony, że mu się to wymsknęło.

— Skąd ten pojedynek? — pyta Harry, rozglądając się po szczątkach mieszkania. – Wziął się znikąd. Już wiele razy wyobrażałem sobie, że w końcu wybuchniesz i podniesiesz na mnie różdżkę… ale w tym przypadku było to dla mnie absolutnym zaskoczeniem.

Wzrok Voldemorta śmiga nad skulonym przy kanapie Harrym, a następnie ląduje z powrotem na jego oczach; mija długa chwila, nim w końcu się odzywa:

— Wręcz ociekałeś magią.

— Serio?

— Tak. – Voldemort pochyla głowę. – Widziałem to u ciebie tak wyraźnie wcześniej tylko raz: w dolinie Godryka. Na cmentarzu.

Harry czuje, że jego ramiona mają ochotę się podkurczyć, ale wzrusza nimi i wzdycha.

— No dobra. I co z tego?

— To niebezpieczne. Tak tłumić w sobie magię. Kiedy ostatnio porządnie się z kimś pojedynkowałeś? – Voldemort wskazuje na posługującą się różdżką dłoń Harry'ego, która wciąż tętni od niedawno przepływającej przez jej palce magii. – Raczej dawno. Biorąc pod uwagę, jak… aktywna pod wpływem stresu staje się twoja magia.

— Jakoś w lipcu. – Harry wzrusza ramionami. – Nie miałem ku temu okazji od czasu naszej ostatniej gonitwy. Dlaczego jest to niebezpieczne? Codziennie używam magii.

Uśmiech Voldemorta jest słaby, ale widać w nim również pewną satysfakcję. Harry ją wyczuwa.

— Ty, Harry Potterze, posiadasz niespotykaną ilość mocy, która mogłaby rywalizować z moją – oświadcza Voldemort i Harry mruga kilkakrotnie, zdziwiony tym wyznaniem. – Zwykłe zaklęcie lewitacyjne czy czyszczące nie wystarczy, by wyczerpać twoje rezerwy. Ledwie je muskają. Kiedy więc dajesz się opanować swoim… emocjom, twoja magia ma nieprzyjemny zwyczaj atakowania w twoim imieniu.

Harry nie do końca to rozumie. Nie rozumie nawet dlaczego w ogóle prowadzą tę rozmowę.

Jednak Voldemort wdycha powoli powietrze, zamyka oczy i mruczy.

— Zniszczenie, jakiego byłbyś w stanie dokonać, gdybyś naprawdę tego zechciał, Harry. Całkowite spustoszenie. Byłoby cudowne.

— No jasne – mówi wolno Harry, zmrużając oczy na bladą twarz Voldemorta. – Zniszczenie, destrukcja i spustoszenie. To dokładnie to, co powiązałbym ze słowem „cudowne".

Voldemort otwiera nagle oczy i napotyka jego wzrok, rozkrzyżowuje nogi, pochyla się i kładzie łokcie na udach.

— Naprawdę nie masz pojęcia, jak niesamowity masz potencjał, co?

— Potencjał?

— Jesteś sprytny. Szybki. Kreatywny, przynajmniej z tego, co widziałem – wyjaśnia Voldemort, jakby to porządnie przemyślał; te wszystkie rzeczy, których Harry wcale nie uważa w sobie za wyjątkowe. – Jesteś też, jak dobrze wiesz, jednym z niewielu żyjących czarodziei, którzy zdołali się na ślepo aportować, i to wielokrotnie, bez przerwy. A także jednym z niewielu, którzy mi się sprzeciwili i to przeżyli.

— Dumbledore wciąż się jeszcze dobrze trzyma, nie? – odpiera Harry, ale brak temu energii, a do tego w głowie niemal kręci mu się od tych wszystkich prawionych mu przez Voldemorta komplementów.

— Nie rozumiesz – prycha Voldemort, pełen niedowierzania i zachwytu, i Harry wzdryga się, gdy czuje w łączącej ich więzi echo tych emocji. – Gdybyś naprawdę chciał, mógłbyś zmieść z powierzchni ziemi całe miasto, Harry. Twoja magia jest tak potężna, a ty dusisz ją w sobie tak często, że mogłaby rozerwać kogoś na kawałki. Mogłaby rozerwać ciebie na kawałki.

— I… byłoby to coś złego?

Voldemort przechyla głowę i mruży oczy.

— Słyszałeś kiedykolwiek o obskurusach, Harry?

Harry mruga.

— Coś mi ta nazwa mówi.

— Tworzą się zwykle z małych dzieci, które tak bardzo tłumią w sobie magię, że ta pożera je od środka – oznajmia cicho Voldemort i Harry ma niemal ochotę się pochylić, aby go lepiej słyszeć. To, jak Voldemort dzieli się z nim swoją wiedzą, jest ewokacyjne i wywołuje wrażenie, jakoby Harry powinien być mu za to wdzięczny, jakoby tylko i wyłącznie Voldemort posiadał wszelkie informacje, jakich kiedykolwiek mógłby poszukiwać. – Były bardzo powszechne w czasach procesów czarownic, gdy na nas polowano. Zanim wszedł w życie Kodeks Tajności. Dzieci, które tak bardzo bały się swoich własnych umiejętności, że rozrywała je ich własna magia i pozostawiała po sobie tylko czystą, nieokiełznaną siłę.

Harry wzdryga się.

— Nie jestem dzieckiem.

— To prawda – zgadza się Voldemort, uśmiechając zarazem złowroga, jak i z zadowoleniem. – Nie jesteś. A jednak, gdy spotkaliśmy się na cmentarzu i mi zagroziłeś, byłem pewien, że o ile ten twój bezużyteczny ojciec chrzestny nie znajdzie jakieś sposobu na praktyczne zastosowanie twojej magii, taki właśnie czeka ciebie los.

Harry czuje, jak wszelka krew odpływa mu z twarzy. Zaciska palce w pięści.

Voldemort opiera się o swoje krzesło. Znów złowrogo. Znów z zadowoleniem.

Po raz pierwszy od długiego czasu Harry czuje się przed nim bardzo mały. Jakby nigdy nie miał mu dorównać.

— Wyobrażam sobie, że miałeś takie wybuchy od dzieciństwa – mówi tym razem bardziej miękko Voldemort, może z lekkim zamyśleniem, gdy uważnie się mu przygląda. – Że nawet po rozpoczęciu nauki w Hogwarcie okazjonalnie wściekłość brała górę nad twoją magią. Choć żaden z twoich rówieśników nie miał podobnych problemów. Nigdy cię to nie zastanawiało, Harry?

Nie. A przynajmniej – nie do tej chwili.

Naprawdę nie zdawał sobie sprawy, przynajmniej nie do końca, że normalni ludzie raczej nie zwykli nadmuchiwać swoich ciotek, bo te powiedziały im kilka ostrych słów. Że inni czarodzieje w jego wieku raczej mają już za sobą rozsadzanie filiżanek, gdy nie chcą o czymś rozmawiać. Że raczej nie sieją spustoszenia w pokoju hotelowym, szczególnie gdy niemal do granic możliwości wykończyli swoje magiczne rdzenie. Ani nie rzucają bez mrugnięcia okiem poduszkami, gdy mają naprawdę wielką ochotę walnąć kogoś w twarz.

Nie jest normalny. Nigdy nie był normalny. Nie w mugolskim świecie i nie w czarodziejskim.

Przez krótką chwilę łamie mu się serce.

Krzywi się, uświadamiając to sobie, i przyciąga kolana do klatki piersiowej. Voldemort wciąż jednak obok niego jest i cmoka z niezadowoleniem, pochylając się i kręcąc głową.

— Nie, przestań – wzdycha, podnosząc się z fotela, by przed nim klęknąć i wyciąga dłoń, by chwycić nią żuchwę Harry'ego, unosząc do góry jego twarz. – Nie bój się tego, Harry. Masz moc. Wiedziałem o tym, odkąd usłyszałem tę niedokończoną przepowiednię, nim się jeszcze urodziłeś. Musisz ją tylko zaakceptować.


Zaakceptuj ją, Harry – myśli Voldemort, płonąc trywialnym, nikczemnym pragnieniem ujrzenia, kim by się stał i jak by to wyglądało. – Po prostu to zaakceptuj.

Widział już przebłyski – przebłyski tego, jak Harry wyglądałby w pełni swoich sił. Promieniującego czystym potencjałem. Tej nocy w holu Ministerstwa, na cmentarzu, pod domem jego przodków.

Choć największe wrażenie Harry wywarł na nim w noc balu u Malfoyów, ubrany w dopasowane ubrania, ostrożny, choć zarazem całkowicie buńczy, zachowujący zimną krew, mimo że Voldemort miał go dość dosłownie w garści.

Błędem było zaatakowanie wiele lat temu tego przepowiedzianego chłopca, kierując się wyłącznie strachem przed prostymi słowami. Błędem było wątpienie, że ten chłopak, ten młodzieniec, to ktoś wyjątkowy; błędem było wierzenie, że jest niczym... niczym w porównaniu do Lorda Voldemorta.

Teraz już to widzi. Dostrzega więcej niż sam potencjał. Dostrzega siedzącą przed nim rzeczywistość, przestraszoną własną mocą.

Zastanawia się przez chwilę, kto za to odpowiada. Czy to z powodu tych wszystkich lat porównywania do Voldemorta. Czy to przez te wszystkie momenty przypadkowego użycia czystej magii. Czy też może przez coś zupełnie innego. Zastanawia się przez chwilę, kto sprawił, że Harry obawia się być potężny – i postanawia rozerwać tę osobę na kawałki.

Bo to prawdziwa szkoda, że taka moc się marnuje. To szkoda i nie ma zamiaru na to pozwolić. Nie chłopakowi, którego sam naznaczył. Nie chłopakowi, którego los naznaczył na kogoś mu równego.

Harry drży pod jego dotykiem, rozszerza ukryte za okularami oczy i Voldemort decyduje, że pragnie, by Harry zawsze na niego patrzył.

— Wybuchniesz, jeśli tego nie zrobisz, Harry. Złamiesz się – informuje go, ostrzega go, nucąc gorzkie przestrogi. – Musisz zaakceptować, do czego jesteś zdolny. Okiełznać to. Jeśli tego nie zrobisz, obawiam się, że źle skończy się to dla ciebie i każdego, kto w złym czasie znajdzie się w twoim towarzystwie.

Harry mruga. Nie ma w nim jednak strachu – już nie.

Tylko płonce pragnienie. Pragnienie, które odzwierciedla jego.

Harry jest piękny, myśli Voldemort, kiedy zwilża wargi i przyciska twarz do jego dłoni. Piękny, z oczami zielonymi jak zaklęcie uśmiercające.

Jak? – pyta.

I Voldemort uśmiecha się szeroko.