Przykazania Związku (Część 3) - Pokusa

Skywalker nawet nie wiedział, od czego zacząć… Na Moc, miał tyle pytań!

Ona żyje? Ale jakim cudem przeżyła?! Na Naboo odbył się pogrzeb. Widziałem ciało! Specjalnie zleciłem dodatkowe badania, by się upewnić, że mnie nie oszukano, tak jak z Obi-Wanem! Więc jakim cudem…?

Zaczął się zastanawiać, jak, u licha, powinien zareagować, ale zanim doszedł do ładu ze swoimi uczuciami, uświadomił sobie prostą prawdę:

Stojąca w drzwiach kobieta do złudzenia przypominała Padme, miała niemal identyczne rysy twarzy, marszczyła czoło dokładnie tak samo, wyglądała jak lustrzane odbicie Senator Amidali…

Ale to nie była ona.

Anakin skoncentrował się na Sygnaturze w Mocy nowoprzybyłej i po chwili przypomniał sobie imię:

- Sabe – mruknął z żalem.

Niemal natychmiast uświadomił sobie, jak niegrzecznie to zabrzmiało, więc potrząsnął głową i z policzkami zaczerwienionymi ze wstydu dodał:

- Przepraszam, ledwo cię poznałem i… Znaczy, miło cię widzieć, ale… Wybacz, chciałem zapytać…

Szlag, ale z niego idiota! Zaczął mieć nieprzyjemne uczucie deja vu. Kiedy zobaczył Padme po dziesięciu latach rozłąki – wtedy, w jej apartamencie, tuż przed Wojnami Klonów -też plótł straszne głupoty, jak kretyn. Cóż, tym razem przynajmniej nie walnął żadnego lamerskiego tekstu o urodzie, albo o wzroście.

Choć musiał przyznać, że asystentka, a wcześniej dwórka jego nieżyjącej żony była równie piękna jak Padme. Nieprawdopodobne, że Matka Natura mogła stworzyć tak łudząco podobne, lecz zupełnie niespokrewnione ze sobą kobiety. Ciekawe, jak często Sabe była mylona ze swoją panią? Ciągłe porównywanie do kogoś takiego jak Senator Amidala z pewnością nie było przyjemne.

- Jeszcze raz przepraszam za moją pomyłkę – masując miejsce tuż nad łokciem, bąknął Anakin. – To przez tę… no… suknię. Należała do Padme, prawda?

- Zapisała mi ją w testamencie – odparła Sabe. – Tę i kilka innych. Z początku nie chciałam ich przyjąć, jednak państwo Naberrie nalegali. Uznali, że to mogła być jakaś sugestia ze strony Padme. W końcu nie zostało po niej wiele pamiątek. Jak zapewne słyszałeś, większość spadku trafiło na aukcję, a zarobione w ten sposób kredyty wpłynęły na konta różnych organizacji charytatywnych. W tym Międzygalaktycznej Organizacji Zwalczania Niewolnictwa. Takie było życzenie Padme.

- To bardzo w jej stylu.

Przez chwilę po prostu stali i patrzyli na siebie w milczeniu. Skywalker czuł się w diabły niezręcznie. I nie chodziło tylko o uderzające podobieństwo tej kobiety do jego żony. Była jeszcze kwestia tego, że Sabe, jako jedna z niewielu, wiedziała o ich potajemnym związku. Mimo głośnych protestów Anakina, Padme zdecydowała się wtajemniczyć w sekret kilka najbliższych współpracownic.

Sabe, Motee, Rabe i Dorme pomogą nam – tłumaczyła rozgoryczonemu małżonkowi. – Potwierdzą moją wersję, gdybym musiała udowodnić, że nie byłam z tobą. A poza tym, potrzebuję kilku przyjaciółek, z którymi mogę być absolutnie szczera. To dla mnie ważne, Ani. Nawet rodzicom i siostrze nie mogę o nas powiedzieć! Przynajmniej przed najbliższymi współpracownikami nie chcę mieć tajemnic…

Tak gorliwie zapewniała o dyskrecji i lojalności służek, że Skywalker wreszcie się ugiął. I zawsze cholernie tego żałował. Nawet za życia Amidali, nie potrafił patrzeć jej powiernicom w oczy bez nieprzyjemnego ścisku w żołądku. Wiedział, że te kobiety znają jego największy sekret i oceniają go jako człowieka. Od czasu pogrzebu Padme, unikał ich jak ognia i miał cichą nadzieję, że nie będzie musiał więcej z nimi rozmawiać.

Jak widać, los spłatał mu figla.

- Jak się miewasz, moja droga? – Kanclerz podszedł do Sabe i ucałował ją w oba policzki. – Mam nadzieję, że nowe obowiązki zbytnio cię nie przytłaczają?

- Powoli się przyzwyczajam, Eskcelencjo.

- Przepraszam… obowiązki? – Lekko zdezorientowany, Anakin zmarszczył brwi.

- Nasza droga Sabe jest teraz posłanką – wyjaśnił Palpatine z wyważonym uśmiechem. – I, jeśli wszystko pójdzie dobrze, zostanie wkrótce awansowana na Senatora.

- Po śmierci Padme nie umiałam poukładać sobie życia – spuszczając wzrok, wyznała Sabe. – Z początku pomagałam nowej Królowej Naboo, jednak moje myśli wciąż wędrowały na Coruscant. Po namowach Kanclerza zgodziłam się przejąć projekty Padme. Od tamtej pory czuję, że jestem na właściwej drodze. Wiem, że nigdy nie będę w stanie zastąpić mojej Pani… Nie mam jej umiejętności dyplomatycznych, ani uroku… Jednak w głębi siebie czuję, że poparłaby moją decyzję.

- Ja również tak uważam, Pani Poseł. – Kanclerz pokrzepiająco poklepał grzbiet dłoni kobiety. – Senator Amidala z pewnością chciałaby, żeby jej projekty były kontynuowane. A gdyby zobaczyła, co udało ci się osiągnąć, zaczęłaby się zastanawiać, dlaczego wcześniej nie powierzyła ci bardziej odpowiedzialnego stanowiska.

- Jesteś zbyt miły, Ekscelencjo…

- Och, ale do rzeczy! – Przywódca Republiki spojrzał na Anakina. - Poprosiłem Posłankę Sabe, by udała się do kilku zaprzyjaźnionych układów, specjalizujących się w wydobyciu Przyprawy. Gdyby misja Mistrza Kenobiego nie powiodła się, powinniśmy mieć jakieś zabezpieczenie. Pani Poseł ustali, ile leków możemy otrzymać od każdej z planet i które z nich oferują najkorzystniejszą cenę.

- Słyszałam, że będziesz moim ochroniarzem. – Sabe posłała młodemu Jedi łagodny uśmiech. – Ucieszyło mnie to. O wiele przyjemniej podróżować po Galaktyce z kimś, kogo choć trochę się zna.

- Przykro mi to mówić, moja droga, jednak uczestnictwo Mistrza Skywalkera w twojej misji jeszcze nie zostało zatwierdzone. – Kładąc kobiecie dłoń na ramieniu, Palpatine westchnął z żalem. – Jak przystało na dzielnego wojownika, Anakin woli być bliżej linii frontu. Dyplomacja niezbyt go pociąga, co zresztą doskonale rozumiem. Może rzeczywiście powinienem ulec jego naleganiom i pozwolić mu być ochroniarzem Mistrza Kenobiego zamiast twoim?

Sposób, w jaki Sabe uniosła brew, natychmiast skojarzył się Anakinowi z Padme. Amidala zawsze raczyła męża TYM spojrzeniem, gdy dawał jej do zrozumienia, że umniejsza wagę misji dyplomatycznych.

Pokojowe negocjacje są równie ważne… a nawet WAŻNIEJSZE niż machanie mieczem świetlnym i niszczenie droidów, Ani! – mówiła tak dobitnym tonem, że Skywalker niemal za każdym razem podkulał ogon i przepraszał.

Tym razem również zamierzał to zrobić – nie chciał, by Sabe uznała, że podchodził do jej zadania z lekceważeniem. Jednak nie zdążył się odezwać, bo ktoś go ubiegł.

- Myślę, że Generał Skywalker nie będzie miał pretensji, jeśli zostaniemy przy oryginalnym podziale zadań, Kanclerzu – Obi-Wan przemówił bezbarwnym tonem.. – Towarzystwo Posłanki Sabe w pełni zrekompensuje mu fakt, że zostanie wysłany na „nudną i mało ekscytującą" misję dyplomatyczną. Nieprawdaż, Anakinie?

Skywalker wytrzeszczył oczy. Zaraz, zaraz… co?!

- Pierwszy raz odegram rolę ambasadora – niepewnie wtrąciła Posłanka. – Obecność Rycerza Jedi z pewnością dodałaby mi otuchy.

- Nawet jeśli zadanie nie napawa go entuzjazmem, Mistrz Skywalker z pewnością będzie chciał cię wesprzeć – zapewnił Palpatine. – Choćby ze względu na Padme.

- Byłoby wspaniale.

Anakin czuł się kompletnie zdezorientowany. Jeszcze chwilę temu w tym gabinecie trwała tak zażarta dyskusja, że rozmowy pokojowe pomiędzy Republiką i Separatystami wydawały się przy niej przyjacielską pogawędką! Czemu Palpatine i Obi-Wan nagle założyli, że Skywalker przestanie protestować i potulnie zgodzi się towarzyszyć Sabe? Że niby co? Oni myślą, że jego wcześniejsze argumenty i oburzone stwierdzenia, to były na niby, czy jak?

- A zatem, - wyraźnie zadowolony z wyniku, Kanclerz splótł palce dłoni – skoro wszystko już zostało ustalone…

- Nie! – głośno zaprotestował Anakin. A gdy zobaczył zdumioną minę Przywódcy Republiki, potrząsnął głową i błyskawicznie się poprawił. – Znaczy… Chwileczkę! Chciałem powiedzieć… Przyznałeś mi rację, Ekscelencjo. Zgodziłeś się, że powinienem pojechać na misję z Mistrzem Kenobim.

- Rzeczywiście – niepewnie przyznał Palpatine. – Byłem skłonny przychylić się do twojej prośby. Jednak wtedy nie znałeś jeszcze szczegółów zadania, które oryginalnie chciałem ci powierzyć. Wciąż masz jakieś wątpliwości co do misji z Panią Poseł?

W pierwszym odruchu Skywalker chciał odpowiedzieć „owszem, mam!", jednak uchwycił wzrok Sabe i ugryzł się w język.

Cholera! Ta kobieta była zdecydowanie ZBYT podobna do Padme, przez co wszystkie instynkty w jego ciele krzyczały, że nie powinien sprawiać jej przykrości. A poza tym, w pewien sposób był jej dłużnikiem – w końcu przez tyle czasu pomagała mu utrzymać związek z Amidalą w tajemnicy. Nie mógł jej tak po prostu spławić! A co, jeśli wkurzy się na niego, i opowie komuś o sekretnym związku? Nie sądził, by była do tego zdolna, ale na wszelki wypadek wolał jej prowokować.

Musiał powiedzieć „nie" w dostatecznie miły sposób, by nie urazić Posłanki. Tylko jak to, u licha, zrobić?

- Wiesz, co, Anakinie? – Z przyklejonym do sędziwej twarzy uśmiechem, Palpatine położył dłoń na plecach Sabe i delikatnie popchnął kobietę w stronę wyjścia. – Myślę, że najlepiej będzie, jeśli ty i Mistrz Kenobi rozwiążecie tę kwestię między sobą. Damy wam chwilę, byście mogli na spokojnie wszystko przedyskutować.

Ramiona Skywalkera momentalnie się rozluźniły. To była najbardziej sensowna propozycja, jaką dzisiaj usłyszał! Obi-Wan na pewno wiedział, jak odmówić Sabe i nie wyjść przy tym na nietaktownego gbura! Gdy zostaną sami, Anakin będzie mógł na spokojnie spytać Mistrza o radę.

Wspaniały plan. Szkoda tylko, że nie uwzględniał faktu, jak bardzo Kenobi był wkurwiony. Ledwie za Kanclerzem zamknęły się drzwi, a rozjuszony Mistrz Jedi zerwał się na nogi.

- Co ty sobie wyobrażasz?! – wyrzucił z siebie, zaciskając dłonie w pięści. – Jak mogłeś?!

Błękitne oczy wpatrywały się w Anakina z takim wyrazem, jakby chciały przepalić mu wnętrzności. Skywalker zrobił krok do tyłu.

- Ale co ja…

- „Mistrz Kenobi nie myśli teraz racjonalnie"? – Obi-Wan wycedził, naśladując wcześniejszy ton protegowanego. - „Nie chcemy powtórki z jego wypadu na Mandalore"? Jak mogłeś powiedzieć o mnie COŚ TAKIEGO?!

- A-a co miałem powiedzieć? – Skywalker starał się brzmieć pewnie, jednak był tak onieśmielony gniewem Mistrza, że niezbyt mu to wyszło. – Po prostu chciałem, by pozwolono nam polecieć razem na misję! N-nie musisz robić z tego aż takiej afery! Przecież wiesz, że to nie pierwszy raz, gdy sprzeciwiam się przełożonym i…

- Tym razem nie chodzi o zwykłą odmowę wykonania polecenia! – zagrzmiał Kenobi. Stał tak blisko dawnego ucznia, że prawie stykali się nosami. – Masz pojęcie, w jakim świetle mnie przedstawiłeś?! Zrobiłeś ze mnie jakiegoś zniedołężniałego inwalidę, który jest zbyt słaby i lekkomyślny, by powierzyć mu samodzielną misję!

- Niczego takiego nie powiedziałem! – Anakin wreszcie uspokoił się na tyle, by odpowiadać rozmówcy swoim zwykłym wyzywającym tonem. – Ani razu nie użyłem słowa „słaby". Ja tylko zasugerowałem, że nie jesteś w tak dobre formie, jak zazwyczaj. To, że dałeś mi się cztery razy wyruchać, jeszcze nie znaczy, że twoje zdrowie…

- A niby na JAKIEJ PODSTAWIE wysnułeś wniosek, że nie jestem zdrowy?! – Nawiązanie do „ruchania" tak rozwścieczyło Mistrza Jedi, że zrobił się purpurowy na twarzy. – Myślisz, że przez ostatni miesiąc tkwiłem w miejscu i medytowałem?! Chociaż nie opuszczałem Coruscant, wykonywałem dla Zakonu wiele ważnych misji. W przeciwieństwie do ciebie, członkowie Rady nie robili mi problemów z powrotem do moich obowiązków.

- No jasne, że nie robili ci problemów! – prychnął Skywalker. – W końcu ONI, w przeciwieństwie DO MNIE się o ciebie nie troszczą!

- Zważaj na słowa, Anakin. – Oczy Kenobiego zwęziły się. – Dobrze wiesz, że to nieprawda!

- Nie zdążyłeś nawet dobrze odreagować pobytu u Getto, gdy zaczęli cię eksploatować! Dobre chociaż to, że Kanclerz potrafi im się postawić.

- Postawić się? – wykrztusił Obi-Wan. – W jakim świecie ty żyjesz, Anakin? Stawiać można się komuś, kto ma nad tobą władzę. A tak się składa, że Rada Jedi nie ma nad Kanclerzem żadnej władzy! To on od początku Wojny robi wszystko, by zrobić z nas swoją prywatną armię. I naprawdę byłoby nam wszystkim łatwiej, gdybyś go do tego nie zachęcał! – Mistrz Jedi dokończył lodowatym tonem.

- Przecież do niczego go nie zachęcam! Ja tylko…

- Ty jedynie namawiałeś go, by olał decyzję Rady i zrobił po swojemu. Czy raczej: po twojemu! Możesz być z siebie dumny, bo przekroczyłeś dzisiaj wszystkie możliwe granice, Anakin. Okazałeś brak lojalności wobec własnego Zakonu i upokorzyłeś mnie przed swoim przyjacielem, Palpatinem! Jeżeli to wszystko jest częścią jakiejś dziwnej strategii, by zniechęcić mnie do wejścia z tobą w związek, to zapewniam, że idzie ci doskonale!

Ostatnie zdanie podziałało na Skywalkera jak kopnięcie prądem. Z ust młodego mężczyzny wyszedł zduszony jęk.

Nie, nie, NIE! Jak, do piekieł Sithów, doszło do tej sytuacji? Przecież miał robić wszystko, by przekonać do siebie Obi-Wana, a nie utwierdzać go w przekonaniu, że powinien odmówić.

- W-wcale cię nie upokorzyłem! – usiłował tłumaczyć.

- Owszem, zrobiłeś to! Jeszcze nigdy nie czułem się tak znieważony! Powiedz… ty nadal pamiętasz, że jestem Mistrzem Jedi? Czy może nasza wspólna noc sprawiła, że ten „nieistotny szczegół" wyparował z twojej głowy? Zapomniałeś, że trenowałem cię przez dziesięć lat, że mam za sobą wiele niebezpiecznych misji i że narażałem życie w równym stopniu, co ty? Wiesz, jak się czułem, gdy zasugerowano, że potrzebuję ochroniarza?! Jestem Mistrzem Jedi, a ty przez ostatnie kilka minut robiłeś wszystko, by przekonać Kanclerza, że nie potrafię o siebie zadbać! Postaw się na moim miejscu i powiedz, że TY nie poczułbyś się upokorzony!

„Postaw się na moim miejscu." Niby wyświechtany tekst, a jednak skutecznie podział na wyobraźnię Skywalkera.

Anakin nie musiał długo się zastanawiać, by zrozumieć uczucia Obi-Wana. Wystarczyło, że przypomniał sobie swoje padawańskie lata. Pamiętał, jak wielkie pretensje miał do Kenobiego, gdy ten nie chciał mu powierzyć jakiegoś zadania, bo było zbyt ryzykowne i niebezpieczne. Jak ogromną frustrację czuł, mając świadomość, że w oczach nauczyciela nie jest dość kompetentny, by poradzić sobie z wyzwaniem. A teraz…

Potraktował własnego Mistrza jak własnego Padawana. Jak Ahsokę!

A nawet gorzej - jak Padme. Jak zwykłego, bezbronnego cywila, niebędącego Jedi.

Widząc, że do protegowanego zaczyna coś docierać, Obi-Wan nieznacznie się uspokoił, jednak z jego głosu wciąż emanował chłód.

- Odkąd ścięto twój warkoczyk, traktowałem cię jak równego sobie. Staliśmy się partnerami, ufaliśmy sobie, narażaliśmy za siebie nawzajem życie! Naprawdę sądzisz, że zastąpiłbym to jakimś chorym układem, w którym druga osoba jest gotowa poświęcić absolutnie wszystko, by zapewnić mi bezpieczeństwo? Łącznie z tym, co jest dla mnie ważne? Z moją tożsamością? Właśnie DLATEGOKodeks zabrania związków! Tylko spójrz, jak nasza wspólna noc wpłynęła na twoje zachowanie!

Wziął głęboki oddech i cicho dokończył:

- Zgadzam się, że misja jest niebezpieczna i chciałem, byś mi towarzyszył. Byś poleciał ze mną jako mądry i odważny Jedi, który potrafi znaleźć wyjście nawet z najtrudniejszej sytuacji. Nie jako egoistyczny dureń, którego jedynym priorytetem jest ochranianie obiektu westchnień.

Miał rację. Cóż, a przynajmniej częściowo.

Nie chodziło tylko o to, że chciałem cię chronić – rozpaczliwie pomyślał Anakin. – Tak naprawdę…

To wszystko było częścią Wielkiego Planu, by jak najlepiej spożytkować najbliższy miesiąc. By Skywalker spędził ze swoim mentorem możliwie jak najwięcej czasu i miał szansę go przekonać.

Może, gdyby podał swoje prawdziwe powody, choć trochę zrehabilitowałby się w oczach Obi-Wana? Aaaaalbo pogorszyłby sprawę i jeszcze bardziej rozsierdził Mistrza…

Mimo wszystko, chyba lepiej trzymać gębę na kłódkę.

- Nawet nie jestem twoim facetem – dobitnie podsumował Kenobi. - Nie traktuj mnie, jakbym był twoją kobietą!

- Nie miałem zamiaru traktować cię jak…

- Jeśli już uparłeś się, by kimś się opiekować, to chętnych nie brakuje. Sabe na pewno doceni twoje starania.

Anakin, który był już praktycznie skłonny przyznać się do błędu i miał na końcu języka długie i wylewne przeprosiny, poczuł się kompletnie zbity z tropu.

Sabe? Skąd ona w ogóle wzięła się w tej rozmowie? I jeszcze to stwierdzenie, że „chętnie znalazłaby się pod opieką Skywalkera i na pewno doceniłaby jego starania"… To nie był jeden z rozsądnych argumentów, którymi Kenobi dotychczas zasypywał protegowanego. Zabrzmiało to bardziej jak złośliwa uwaga, a wręcz prowokacja. Jak jakiś tekst, żywcem wyjęty z romantycznego holofilmu, w którym jeden z kochanków podejrzewał drugiego o…

O cholera.

Nagle do Anakina dotarło. Wrócił pamięcią do sceny sprzed kilkunastu minut, gdy Sabe stanęła w drzwiach, piękna i olśniewająca. W pierwszym odruchu pomylił ją z Padme. Przez jakiś czas nie dostrzegał niczego poza nią. Na moment kompletnie zapomniał, o czym toczyła się dyskusja w gabinecie Palpatine'a, zapomniał, o co kłócił się z Kanclerzem i dawnym Mistrzem, praktycznie zapomniał o obecności Obi-Wana!

I właśnie uświadomił sobie, jak to musiało wyglądać z perspektywy Obi-Wana.

Myślę, że Generał Skywalker nie będzie miał pretensji, jeśli zostaniemy przy oryginalnym podziale zadań, Kanclerzu. Towarzystwo Posłanki Sabe w pełni zrekompensuje mu fakt, że zostanie wysłany na „nudną i mało ekscytującą" misję dyplomatyczną. Nieprawdaż, Anakinie?"

To były pierwsze słowa, które wypowiedział Kenobi, odkąd następczyni Padme weszła go gabinetu. Teraz miały tak cholernie dużo sensu!

Anakin wytrzeszczył na Mistrza oczy.

- Niemożliwe, ty…

Urwał na chwilę, by upewnić się, że na pewno widzi to, co widzi, a nie to, co chciał widzieć. Że twarz Obi-Wana rzeczywiście była nienaturalnie ponura. Że niebieskie oczy Mistrza Jedi rzeczywiście wpatrywały się w podłogę z mieszaniną zmęczenia, goryczy i rezygnacji.

Kiedy upewnił się, że reakcja drugiego mężczyzny wcale mu się nie przyśniła, Skywalker uśmiechnął się.

- Jesteś o nią zazdrosny – wyszeptał z niedowierzaniem.

- Że co?! Do piekieł Sithów, Anakin, nie jestem o nikogo zazdrosny!

Fakt, że wykrzyczał to z nutą strachu w głosie i z twarzą o najintensywniejszym odcieniu czerwieni, jaki mogła przybrać ludzka skóra, świadczył sam za siebie. Anakin nie potrzebował lepszego potwierdzenia.

- Ale przejmujesz się tym, jak na nią zareagowałem, prawda?

- To, jakich ludzi uważasz za atrakcyjnych, to wyłącznie twoja sprawa, Anakinie.

Na Moc…

Obi-Wan Kenobi nie jest perfekcyjnym Jedi. Obi-Wan Kenobi jest ZAZDROSNY!

Ta myśl była tak bardzo urocza, niewiarygodna i abstrakcyjna, że w pierwszym odruchu Skywalker chciał po prostu się nią napawać. Pozwolić sobie czerpać przyjemność ze świadomości, że wreszcie doczekał momentu, gdy Obi-Wan nie był w stanie kompletnie zapanować nad swoimi uczuciami. Że przez szczelinę w zbroi opanowanego Mistrza Jedi wypływała na powierzchnię zwykła ludzka obawa, że ukochany może być zainteresowany kimś innym.

Anakin mógłby się tym napawać, jednak im dłużej wpatrywał się w markotną twarz ukochanego, tym bardziej uświadamiał sobie, że wcale tego nie chce. Miał przed sobą mężczyznę o dość niskim poczuciu własnej wartości. To nie był moment, by triumfalnie wycelować w Obi-Wana palec i mówić mu o miłości zwyciężającej Kodeks Jedi.

Skywalker położył partnerowi dłoń na ramieniu.

- Myślałem, że wyraziłem się jasno, gdy mówiłem, kogo uważam za najbardziej atrakcyjnego – wyszeptał. - Słuchaj, ja po prostu przeżyłem szok, okej? Gdyby w drzwiach stanęła kobieta do złudzenia podobna do Satine, ty też nie zachowałbyś kamiennej twarzy. Sabe nic dla mnie nie znaczy. Ledwo ją znam!

- No cóż, dzięki wspólnemu zadaniu będziesz miał okazję, by poznać ją lepiej – Kenobi wydał z siebie głośne westchnienie. - Już na starcie wiele was łączy. Oboje byliście blisko z Padme. Jestem pewien, że przyjemnie spędzicie ze sobą czas.

- Naprawdę myślisz, że wolę spędzać czas z sobowtórem zmarłej żony, zamiast wspierać cię, gdy polecisz do gniazda szerszeni? – Anakin z wyrzutem spojrzał na Mistrza. - Serio tak uważasz? Masz mnie za niestałego w uczuciach durnia, który zapomni o tobie, gdy tylko pomacha mu się przed nosem kobietą do złudzenia podobną do Padme?

- Chętna młoda kobieta wydaje się lepszym wyborem niż niechętny mężczyzna w średnim wieku. Sabe na pewno nie robiłaby ci takich problemów, jak ja. Jeśli jej się podobasz, powie ci „tak" w trybie błyskawicznym. W końcu Padme potrzebowała zaledwie kilku dni, by zdecydować, że chce za ciebie wyjść.

Auć! Przeszłość Skywalkera jak zwykle działała przeciwko niemu.

- Kiedy byłem młodszy… - zaczął z pewnym oporem młody mężczyzna. - Gdybym wiedział wtedy to, co teraz, wybrałbym ciebie, nie Padme.

- Nie wiesz tego – Obi-Wan odparł bezbarwnym tonem. – A poza tym, nie możesz wybrać czegoś, co nie jest dostępne Wtedy nie byłem dla ciebie kandydatem na ukochanego. Teraz TEŻ nie jestem.

- Aha, czyli zamierzasz po prostu spasować i patrzeć, jak Rada kolejny raz wysyła mnie na misję z ponętną ślicznotką? – W głosie Anakina zaczęła pobrzmiewać irytacja. - Mógłbyś sam mnie mieć, ale wolisz obgryzać paznokcie ze strachu, że poczuję coś do Sabe? A co z Kodeksem? Nie zamierzasz nawet przypomnieć mi, że powinienem go przestrzegać?

- Bądźmy szczerzy, Anakinie… - Obi-Wan pokręcił głową. - Ilekroć chciałeś się do kogoś przywiązać, moje napomnienia i tak nic nie dały. Nie jestem już na tyle naiwny, by wierzyć, że zdołam powstrzymać cię przed zakochaniem się w pięknej kobiecie.

- Skoro twoim zdaniem jestem „skazany na to, by się w kimś zakochać", to nie prościej po prostu pozwolić, bym kochał ciebie?

- A więc tak chcesz to rozegrać? – Oczy Kenobiego na powrót stały się chłodne. - Zamierzasz postawić mi ultimatum? Jeśli nie zgodzę się z tobą być, to wejdziesz w związek z kimś innym?

Anakin nie dał się sprowokować.

- To ohydna i szczeniacka zagrywka, do której nigdy bym się nie posunął – oznajmił, nie tracąc z Mistrzem kontaktu wzrokowego. - Choć tobie by to pewnie ułatwiło życie, bo miałbyś świetną wymówkę, by mnie spławić. Mógłbyś sobie powiedzieć, że wciąż jestem impulsywnym gówniarzem, który wcale nie kocha cię tak mocno, jak zadeklarował. Byłby to świetny pretekst, by kazać mi spadać na drzewo.

Z ust Obi-Wana wyszło kpiące prychnięcie.

- Jakby twoje wcześniejsze zachowanie już samo w sobie nie było świetnym pretekstem…

- Podejmiesz decyzję dopiero za miesiąc – przypomniał Skywalker, mocniej zaciskając palce na ramieniu partnera - Obiecałeś!

- Pamiętam, co obiecałem! – Kenobi posłał protegowanemu urażone spojrzenie.

I w tym momencie pojedyncza myśl przebiła się przez Tarczę wokół jego umysłu i wydostała się na zewnątrz.

Zamierzam dotrzymać słowa i poważnie pomyśleć nad naszymi relacjami. Nawet jeśli przestaniesz być mną zainteresowany, zanim zdążę udzielić odpowiedzi…

To przelało czarę goryczy. Z sercem łomoczącym tak mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi, Anakin spojrzał drugiemu mężczyźnie w oczy i niezachwianym głosem oznajmił:

- Niezależnie od tego, co zdecydujesz, musisz wiedzieć jedno: nawet jeśli mi odmówisz, nie zamierzam sypiać z innymi ludźmi. Już nigdy nie pójdę do łóżka z kimś, kto nie jest tobą!

Zupełnie szczerze, zupełnie nie potrafił wskazać powodu, dla którego postanowił złożyć tę obietnicę. Nie zaplanował jej. Pojawiła się w jego głowie pod wpływem chwili, zupełnie jakby została mu podsunięta przez Moc.

A jednocześnie wiedział, że nie wypowiedział tych słów tylko na pokaz. Uwierzył w nie tak samo mocno, jak w deklarację, którą rzucił jako pięciolatek prosto w twarz swojego Toydariańskiego pana.

„Pewnego dnia zostanę Jedi!"

Nie umiał racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego to powiedział – po prostu tak czuł. Podobnie jak teraz czuł, głęboko w sercu, że jeśli nie będzie miał Obi-Wana, to nie będzie miał nikogo.

A chwilę później zdumiał się, widząc, że jego ukochany zareagował w niemal identyczny sposób, co niegdyś Watto. Miał na twarzy to samo kpiące niedowierzanie, ten sam lekceważący grymas. W taki sposób dorośli patrzyli na głupiutkie dzieci, rzucające bzdurami na prawo i lewo.

- Nie wierzysz mi – wyszeptał Anakin.

Dłonie, które trzymał na ramionach Kenobiego nieznacznie zwiotczały.

- Anakin, bądźmy poważni… - Wzdychając, Obi-Wan skierował wzrok na bliżej nieokreślony punkt na ścianie. – Nie musisz dochowywać wierności komuś, z kim nawet nie jesteś w związku.

- Nie wierzysz mi – nieco chłodniejszym tonem powtórzył Skywalker. – Nie wierzysz, że wytrwam w moim postanowieniu!

Partner spojrzał mu w oczy.

- To, że TYw to wierzysz, świadczy o tym, że w ogóle nie znasz samego siebie – oświadczył bezlitośnie. – Daruj sobie te głupie deklaracje na pokaz. Jak sam wczoraj zauważyłeś, Kodeks Jedi nie zabrania seksu. Jesteś młodym i zdrowym mężczyzną, który nie ma żadnego powodu, by odmawiać sobie…

- Ty czekałeś na mnie kilkanaście lat! – Anakin wszedł Mistrzowi w słowo. – Więc teraz ja poczekam na ciebie. Tyle, ile będzie trzeba.

- Możesz się nigdy nie doczekać.

- Nie obchodzi mnie to.

- Istnieje duża szansa, że nigdy się nie zgodzę. Albo zginę, zanim zdążę się zgodzić.

- Nie obchodzi mnie to!

Pewność w oczach Obi-Wana stopniowo słabła. Anakin nie zrywał kontaktu wzrokowego nawet na moment. Pod wpływem jego intensywnego spojrzenia, Kenobi przełknął ślinę.

- N-nie… nie będziesz w stanie obejść się bez seksu. – Bezskutecznie starał się zapanować nad drżeniem własnego głosu. – Nie jesteś taki jak ja. Nie wytrzymałbyś bez fizycznej bliskości nawet kilku miesięcy, a co dopiero lat.

Brzmiało to tak, jakby próbował przekonać nie tylko dawnego Padawana, ale również siebie. Anakin zmniejszył dystans pomiędzy ich twarzami, tak że prawie zetknęli się nosami.

- Możesz wierzyć w to, co chcesz – powiedział łagodnie. – Możesz sobie wmawiać, że wciąż jestem twoim niedojrzałym uczniem, który nie potrafi zapanować nad swędzeniem w gaciach i ciągle biega po burdelach. Jeśli chcesz, możesz sobie to powtarzać, ale obaj wiemy, że to tylko wymówki. O wiele łatwiej jest dać kosza napalonemu gówniarzowi niż komuś, kto jest ci bezgranicznie oddany. Skoro wolisz widzieć we mnie napalonego gówniarza, to proszę bardzo, ale wiedz, że nie będziesz mógł okłamywać się przez wieczność. Ilekroć zdobędziesz się na odwagę, by zajrzeć do mojej głowy, przekonasz się, jak jest naprawdę. Jeśli muszą minąć długie lata, byś mi uwierzył, to w porządku, poczekam. Choć wciąż mam cichą nadzieję, że uwolnisz mnie od tortur po upływie trzydziestu dni.

- Tortury – zrezygnowanym głosem powtórzył Kenobi. – Więc twoja nowa strategia polega na zrobieniu ze mnie potwora, który zmusza cię do celibatu? Chcesz, żebym czuł się okropnie, bo przeze mnie nie możesz spełniać swoich podstawowych potrzeb?

- To co mam, w takim razie, zrobić? Wolisz, bym sypiał z innymi ludźmi, tak? Wtedy poczujesz się fantastycznie?

Obi-Wan robił wszystko, by wyglądać na opanowanego, jednak Anakin znał go zbyt dobrze, by dać się oszukać. Bez trudu wyłapał trwający ułamek sekundy grymas, który odmalował się na twarzy Mistrza. Przywodził na myśl przełknięcie gorzkiego lekarstwa.

Skywalker nie zdołał powstrzymać lekkiego uśmiechu. Nieudolne próby ukrycia zaborczości przez ukochanego wydawały się mu urocze.

- Chcesz mnie – wyszeptał, kładąc dłoń na zaczerwienionym policzku Obi-Wana. – Chcesz, żebym był twój. Czemu tak ciężko ci to przyznać?

- Posiadanie jest zabronione – ze wzrokiem wbitym w podłogę wymamrotał Kenobi. – Zwłaszcza, jeśli dotyczy osoby, nie rzeczy. Jesteśmy Jedi. Nie możemy żądać od innych, by byli wobec nas lojalni.

- A jeśli ktoś sam ci się oddaje? – nie ustępował Anakin. - Czy to nadal posiadanie?

Oczy Mistrza Jedi uparcie spoglądały w dół, jednak w Tarczy pojawiła się niewielka wyrwa. Młody mężczyzna wyczuwał wypływającą ze szczeliny potrzebę bliskości. Jego kciuk delikatnie pogładził zarost pod uchem Obi-Wan.

- Czy fakt, że po prostu akceptuję twoją miłość i daję własną… Czy to posiadanie?

Kenobi wreszcie na niego spojrzał. Patrzył z desperacją wędrującego przez pustynię człowieka, który po wielu dniach znalazł oazę i rozpaczliwie chciał ugasić pragnienie, ale bał się, że woda okaże się trucizną.

Nie jest – wpatrując się w błękitne tęczówki, Anakin usiłował przekazać Mistrzowi. – Miłość to nie trucizna, lecz lekarstwo. Daj nam szansę, a zobaczysz, że mam rację!

Wydawało mu się, że gdyby stali tak jeszcze przez jakiś czas, zdołałby przekonać Obi-Wana. Jednak ostatecznie nie dowiedział się, czy jego przeczucia by się sprawdziły.

Obaj mężczyźni wyczuli poprzez Moc powrót Kanclerza i gwałtownie się od siebie odsunęli. Drzwi do gabinetu otworzyły się i Palpatine wszedł do środka.

- Więc? – zagaił, zatrzymując wzrok na młodszym z Jedi. – Chyba po takim czasie doszliście do zrozumienia, mili panowie. Cokolwiek zdecydowaliście, jestem skłonny pójść wam na rękę. W pełni ufam twojemu osądowi, Anakinie.

Kątem oka Skywalker dostrzegł, że jego Mistrz ukrył dłonie w połach płaszcza i wydał z siebie ciche westchnienie. Nie ulegało wątpliwości, że wciąż czuł się urażony komentarzami odnośnie swojego stanu zdrowia. A słowa, które Kanclerz powiedział do jego dawnego Padawana – nie do niego, doświadczonego Mistrza Jedi! – dolały dodatkowo oliwy do ognia.

Anakin spuścił wzrok. Podobało mu się, że Przywódca Senatu tak bardzo liczy się z jego zdaniem - jeszcze kilka miesięcy temu czułby się w związku z tym wyróżniony, doceniony i szczęśliwy. Jednak teraz, gdy przestał myśleć wyłącznie o sobie, dostrzegł coś, co przez lata mu umykało.

Mówiąc o swoim zaufaniu do Anakina, i tylko do Anakina, Palpatine otwarcie lekceważył Obi-Wana. Zapewne nie robił tego celowo, ale w subtelny sposób kwestionował autorytet Kenobiego jako „tego mądrzejszego i zasiadającego w Radzie". I to – z czego młody Jedi ze smutkiem zdał sobie sprawę - nie po raz pierwszy.

Skywalker uniósł podbródek.

- Dziękuję za pokładane we mnie zaufanie, Kanclerzu.

Skłonił się prawie po sam pas, czym wywołał ogólną konsternację. Podobny gest był zupełnie nie w jego stylu. To Obi-Wan miał reputację idealnie ułożonego Jedi, który nie zapominał o formalnościach, nawet gdy wśród przełożonych znajdowali się jego przyjaciele.

Zgięty w pół Anakin dostrzegł zdumienie w oczach Kenobiego i pozwolił sobie na dyskretny uśmiech. Miał powód, by w tej konkretnej sytuacji imitować zachowanie partnera. Wyprostował się i pewnym głosem oznajmił:

- W tej kwestii postanowiłem zdać się na osąd mojego Mistrza. Jest najmądrzejszym Jedi, jakiego znam. A poza tym, jako jedyny z nas był na Fenis i miał okazję przyjrzeć się sytuacji z bliska. Mówiłem o jego złym stanie zdrowia, bo moja własna troska i…

Miłość.

- … s-stres, który czułem po ostatnich zdarzeniach, zaburzały mój osąd. Bezgranicznie wierzę w Mistrza Kenobiego. Do wykonania tak niebezpiecznej misji potrzeba siły, sprytu i ogromnego doświadczenia. Jeśli jest ktoś, kto spełnia wszystkie te kryteria, to właśnie Obi-Wan. Wiem, że poradzi sobie, nawet jeśli…

Na ułamek sekundy Anakin zawahał się, jednak nie pozwolił, by uczucia przejęły nad nim kontrolę i dokończył:

- Nawet jeśli poleci na Fenis zupełnie sam.

Twarz Kanclerza wyrażała najwyższe zdumienie. Jakby to były ostatnie słowa, które Palpatine spodziewał się usłyszeć.

A tak zupełnie szczerze – czy miał jakikolwiek powód, by się ich spodziewać?

To, że za mało szanuje Obi-Wana, to nie jego wina – z goryczą uświadomił sobie Anakin. – Tylko moja.

Nie reagował, gdy Kanclerz wielokrotnie umniejszał przy nim autorytet Kenobiego. Wyrażał ciche przyzwolenie na to, by Przywódca Republiki traktował jego Mistrza jako przeciętnego i niezbyt utalentowanego Jedi, którego rady i opinie nie były warte brania pod uwagę.

Słowa, które Anakin przed chwilą powiedział, powinny paść z jego ust już wiele, wiele lat temu. Niezależnie od tego, co działo się między nimi na osobności – jak ostro by się nie kłócili – przy politykach pokroju Palpatine'a on i Obi-Wan powinni okazywać sobie wsparcie i lojalność. Kenobi rozumiał to od samego początku.

Dla Anakina lekcja trwała całe wieki, ale wreszcie się nauczył. I natychmiast pojął, że było warto, bo ujrzał na twarzy Mistrza najpiękniejszy wyraz z możliwych. Obi-Wan miał lekko zaróżowione policzki. Wpatrywał się w dawnego Padawana w sposób właściwy komuś, komu nieoczekiwanie wręczono długo wyczekiwany prezent.

- No cóż, skoro tak postanowiliście… - westchnął Kanclerz. – Przychylę się do twojej decyzji, Mistrzu Kenobi. Jak ona brzmi?

Głos Palpatine'a wydawał się dochodzić z innego wymiaru. Anakin w ogóle nie zwracał uwagi na Przywódcę Republiki, nawet nie patrzył w jego stronę. Przez moment wydawało mu się, że w gabinecie nie było nikogo poza nim i Obi-Wanem. Patrzyli sobie w oczy, jakby nie istniało nic poza nimi.

Kenobi spuścił wzrok.

- Sądzę, że… - zaczął ostrożnie. – Uważam, że najlepiej będzie…

Anakin wstrzymał oddech. Gdy Obi-Wan ponownie spojrzał mu w oczy, stało się jasne, że nie zamierzał jedynie oznajmić swojej decyzji. Wpatrywał się w protegowanego z takim wyrazem, jakby poddawał go próbie. Jakby go sprawdzał.

- Najrozsądniej będzie, jeśli dostaniemy osobne zadania. Dostawa leków to dla Republiki sprawa najwyższej wagi. Nie możemy sobie pozwolić na brak planu awaryjnego.

Choć żal ściskał mu serce, młody mężczyzna zmusił się do opanowania. Jego dłonie odruchowo zacisnęły się w pięści, jednak nie okazał rozczarowania w jakikolwiek inny sposób.

To był test.

Obi-Wan rzucał mu wyzwanie. Anakin musiał udowodnić, że nie był nadopiekuńczym furiatem, pragnącym zamknąć kochanka w klatce i trzymać go z dala od wszelkiego zagrożenia. I… prawdopodobnie miał jednocześnie pokazać, że jest w stanie spędzić trochę czasu z Sabe, nie wskakując z nią do łóżka.

Trochę czasu.

Czyli właściwie ile?

Parę dni? Parę tygodni?! Na Moc!

Anakin poprzysiągł sobie, że zachowa pokerową twarz i spektakularnie zawiódł. Postanowił, że nie pozwoli, by jego smutek i rozczarowanie odbiły się na Sygnaturze w Mocy, ale w tym przypadku również kompletnie dał dupy. Nie widział samego siebie w lustrze, ale przypuszczał, że ma minę jak uczestnik pogrzebu.

- Tak jak mówiłem, w pełni ufam twojemu osądowi, Mistrzu – oznajmił bezbarwnym tonem. – Skoro uważasz, że tak będzie najlepiej, to ja się z tobą zgadzam.

Obi-Wan zmarszczył brwi. W oczach miał troskę. Otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak nie dano mu dojść do słowa.

Klaśnięcie Palpatine'a wyrwało ukochanych ze światka, w którym istnieli tylko we dwóch. Lekko zdezorientowani, potrząsnęli głowami i zamrugali.

- Doskonale! – radośnie podsumował Kanclerz. – Skoro oficjalnie rozstrzygnęliśmy sporną kwestię, nie pozostaje nam nic innego, niż przystąpić do realizacji zadań. – Skinął głową na jednego ze strażników przy drzwiach. – Zaprośmy panią poseł z powrotem do gabinetu! Anakinie, chciałbym, żebyś pomógł nam wybrać miejsca, w których odbędą się negocjacje. Twoje zdanie jest dla nas bardzo ważne.

Znowu dobrał słowa w taki sposób, by kompletnie wykluczyć Obi-Wana z dyskusji. Wzdychając, Kenobi pokręcił głową.

- Jeżeli nie jestem już potrzebny, to chciałbym spotkać się z moim oddziałem i wybrać ludzi, których zabiorę na misję – zwrócił się do Palpatine'a zmęczonym tonem. – Chyba że chcesz jeszcze coś ze mną omówić, Ekscelencjo?

- Myślę, że ktoś tak doświadczony jak ty nie potrzebuje dodatkowych instrukcji, Mistrzu Kenobi. – Kanclerz krótko skinął głową. – Niezwłocznie rozpocznij przygotowania! Wybrany przez mnie medyk zostanie ci przedstawiony na lądowisku. Och, i bądź tak miły i skontaktuj się z Radą Jedi. Zdaje mi się, że przed wylotem chcieli omówić z tobą kilka spraw.

- Tak czy siak zamierzałem to zrobić. – Obi-Wan nisko się skłonił. – Będę składał regularne raporty. Do zobaczenia, Ekscelencjo!

Ignorując niemy protest w oczach Anakina, skierował się w stronę wyjścia. Dokładnie w tej samej chwili wróciła Sabe. Ona i Kenobi wyminęli się na środku gabinetu.

- A zatem… – Racząc Skywalkera ojcowskim uśmiechem, Palpatine zagarnął młodego mężczyznę ramieniem i lekko popchnął go w stronę kanapy. – Porozmawiajmy o negocjacjach! Moja droga, czy mogłabyś…

Anakin był tak zafiksowany na Obi-Wanie, że zupełnie nie zwracał uwagi na to, co mówił Kanclerz.

Wychodząc przez rozsuwane drzwi, Mistrz Jedi przystanął i zerknął przez ramię na dawnego Padawana, stojącego nieruchomo pomiędzy dyskutującymi z ożywieniem politykami.

Nie myśl sobie, że się poddałem! – z determinacją pomyślał Skywalker. - Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo!

Obi-Wan zakrył sobie twarz dłonią i błyskawicznie czmychnął z gabinetu.