Być może wojna spowodowałaby mniej cierpienia.

Umysł Huxa wydawał się jak nowy, odarty z przekonania, tak jak Kylo czuł sięe wcześniej. Senator chciał się w nim zanurzyć i doświadczyć na własnej skórze każdej zmiany, dotknąć miejsc, w których gorycz została przytępiona, a jednocześnie coś wciąż pozostawało tak ostre i wyraźne…

Hux stanowczo odepchnął Kylo od siebie.

– Czy moglibyśmy zostać sami? – zapytał.

– Oczywiście. – Kylo nakazał klucznikowi wyjść i na wszelki wypadek także zapomnieć o rudym mężczyźnie. Nie miał pojęcia, jak rozpoznawalny Hux jest poza kręgami politycznymi i zakątkami HoloNetu pełnymi zwolenników Imperium. Poza tym czy ktokolwiek by go obecnie zidentyfikował? Jego przebranie świadczyło o typowej dla niego dbałości o szczegóły; brud pokrywał jego ubrania na równi z wonią złomowiska metalu. Nie wyglądał przy tym źle, ale mundur pasował do niego najlepiej.

Musieli porozmawiać o tym, co wydarzyło się na promie. Nie dało się tego uniknąć po tym, jak minął już krótki wybuch szczęścia na powitanie. Kylo czuł, jak umysł Huxa zamyka się przed nim jak zawsze w momentach pełnych napięcia. Ale to generał zainicjował pocałunek.

– Tak łatwo przychodzi ci sprawienie, żeby ludzie zapomnieli – zauważył Hux – zupełnie jakbyś mimochodem upuszczał coś na podłogę.

Kylo wiedział teraz trochę, jakie to uczucie. Ta niemożliwość ufania własnym wspomnieniom, podejrzliwe przyglądnie się wszystkim lukom i niewyjaśnionym wydarzeniom na poziomie dzieciństwa. A mimo to nie mógł przestać używać swoich sztuczek.

– Zrobienie tego samego tobie byłoby o wiele trudniejsze.

– Ale nie niemożliwe? – Ton głosu Huxa był łagodny.

– Nie niemożliwe – powiedział Kylo. – Nie zrobiłbym tego.

– To zawsze mówi czarny bohater w opowieści. Nie ma tutaj żadnej zarazy. Twoja rodzina jest ze mną bezpieczna. Nie zjem cię. Chyba że twoja matka nigdy nie próbowała nauczyć cię strachu przed obcymi ludźmi?

– Brakowało jej na to czasu.

– Cóż, nie wszyscy mają to szczęście urodzić się jako syn pomocy kuchennej – odparł Hux z szyderczym uśmiechem. – Obiecałeś, że mnie oprowadzisz po rezydencji Palpatine'a.

– Zostawiasz przejęcie władzy nad galaktyką na później?

– Mogę sobie pozwolić na przeznaczenie na to odrobiny czasu. Wszystko znajduje się na swoim miejscu.

Kylo starał się nie zastanawiać nad tym, co to znaczy, kiedy prowadził Huxa po kolejnych pokojach. Starał się kiedyś dowiedzieć jak najwięcej o Palpatinie, próbując nauczyć się na jego błędach i jego zmyśle estetycznym. Rezydencja przypominała Kylo labirynt. Zanim przyszły Imperator zaczął zabijać nawet najsłabiej spokrewnionych ze sobą kuzynów, Palpatinowie byli licznym rodem.

– Dlaczego wymordował swoją własną rodzinę? – zapytał Hux.

– Nie chciał zostawić przy życiu kogokolwiek, kto poprzez więzy krwi mógłby rościć sobie prawo do jego dziedzictwa.

– Wolał, żeby Imperium upadło, niż przetrwało po jego śmierci.

– Tak jak Palpatine to widział, to on był Imperium.

Oczywiście, że Hux czerpał przyjemność ze słuchania o wadach Palpatine'a. Kult Imperatora podążył za pozostałościami po jego Imperium do Niezbadanych Rejonów, a generał miał w sobie duch współzawodnictwa. Jego wyraz twarzy w trakcie przyglądania się skrupulatnie zaaranżowanemu wystrojowi wnętrz rezydencji był przepełniony radosnym rozczarowaniem. Kiedy weszli do pozbawionego sensu pokoju do gry w sabaka, Hux wymówił słowa „dywan" i „naprawdę", jakby pozbawiły go wszelkiej wiary.

– Co jest takiego strasznego w dywanach? – zapytał Kylo.

– Brud na nich osiada.

– Więc czym wyłożyłbyś podłogi w swoim imperialnym pałacu?

– Mandaloriańskim drewnem tekowym – odparł Hux po chwili milczenia – ale tylko w moich prywatnych pokojach. Goście mogą zadowolić się durastalą. I zanim zaczniesz się ze mnie naśmiewać, nie, nie zastanawiałem się nad tym, póki mnie nie zapytałeś.

– Jestem o tym przekonany.

Kylo pociągnął Huxa do jednej z jadalni. Żadna z nich nie była w użytku od śmierci Palpatine'a, a większość prawdopodobnie pozostawała nietknięta również za jego życia.

Hux skrzywił się, podnosząc wzrok na sufit. Przy pomocy ruchu dłoni Kylo użył Mocy, żeby zacząć powoli obracać olbrzymi żyrandol.

– Nazywa się Gungańska Sztuka Erotyczna – oznajmił.

– Nie mogą tak wyglądać w trakcie seksu.

– Palpatine pogardzał realistycznym odwzorowaniem. Tak samo jak i seksem, stąd też gungańska kloaka wisząca nad głowami gości zaproszonych na kolację. W tym pomieszczeniu jadał tylko z ludźmi, których nienawidził. Ci, których oceniał jako użytecznych, byli prowadzeni do niebieskiej jadalni, gdzie znajduje się Personifikacja Naboo triumfującego nad samolubnymi ekonomicznymi machinacjami Rdzenia.

– A wygląda to chociaż lepiej? – zapytał Hux, wciąż marszcząc nos na widok żyrandola.

– Nie. Za to rzeczywiście przypomina wizerunek Gunganina, który się masturbuje.

– Powiedz, że żartujesz.

– Niestety – odparł Kylo. Hux wyglądał, jakby nie znajdował się na swoim miejscu w tym pomieszczeniu; łowca nagród, za którego był przebrany, nigdy nie zostałby zaproszony do środka, nawet za wszystkie sprośne żyrandole świata. – Chcesz się przebrać? Szaty Imperatora wciąż znajdują się w dobrym stanie.

To wzbudziło zainteresowanie Huxa.

– Tak po prostu je tutaj zostawił?

– Palpatine nigdy tutaj nie wrócił po tym, jak został Imperatorem. Był zbyt paranoiczny, żeby podróżować, chyba że okazywało się to absolutnie konieczne.

– Nie ufał nawet Vaderowi?

– Szczególnie nie Vaderowi. Sithowie trzymali się zasady dwóch. Może być tylko jeden mistrz i jeden uczeń. Palpatine wiedział, że Vader go kiedyś zabije. Sithowie trzymali się jeszcze bardziej niemożliwych reguł niż Jedi.

Snoke odsunął się od ideologii Sithów. Nawet teraz Kylo używał jego mądrości, ufając, że Hux utrzyma wojnę w stanie perfekcyjnych obrotów, balansując poziom nieszczęść na czubku igły. Umrze dokładnie wystarczająco dużo istnień tak długo, jak generałowi będzie zależało na nim na tyle, żeby to wokół niego kształtować swoje ambicje.

– Sithowie wymusili na sobie własne wyginięcie – zauważył Hux.

– I nikt nie opłakuje ich odejścia. – Kylo ujął Huxa pod ramię i zaprowadził go do sypialni Palpatine'a.

Wchodzenie do niej zawsze sprawiało, że senatora zalewała fala mdłości. Artefakty Sithów znajdowały się w pomieszczeniu na tyle długo, żeby wnętrze przenikło poczuciem straty i zbyt wielkiego upływu czasu. W środku znajdował się filar z korribańskiego grobowca, a zaraz obok niego spoczywał fragment szaty Ajunty Palla, jedno i drugie schowane za przesłoną z transparistali. Najgorszy z nich był zwykły kamień z Malachora V, który wręcz tętnił ciemną stroną.

Hux przyglądał się ciemnej czerwieni, która pokrywała dywan, ściany i łóżko z czterema kolumienkami, na którym Palpatine sypiał sam, za jedyne towarzystwo mając swoje artefakty. Być może pomagały mu zasnąć. Generał wziął do rąk malachoriański kamień i obrócił go w palcach, nie czując przy tym niczego.

– Dlaczego to sobie zatrzymał? – zapytał.

– Pochodzi z planety, na której umarły miliony. Kamień nasiąkł okrucieństwem, jakim się wobec nich wykazano.

Hux szybko odłożył go na miejsce, jakby kawałek skały zaczął parzyć go w palce.

– Wystarczy mi.

Garderoba skrywała w sobie małą fortunę w postaci strojów. Kylo pożyczył sobie kilka z tych najbardziej wyszukanych, czekając, aż prasa to zauważy. Nigdy to nie nastąpiło. Hux bawił się przez chwilę stojakiem poruszającym się dzięki silnikowi. Jego dłonie zatrzymywały się dłużej na każdej sztuce odzieży w kolekcji Imperatora, którą można by określić jako względnie skromną.

– Czy Palpatine był nietypowy jak na Sitha? – zapytał, przesuwając kciukiem po kołnierzu wyszytym klejnotami.

– Był typowy w każdym aspekcie. Jego mistrz – dodał Kylo, powstrzymując się przed wypowiedzeniem na głos imienia Snoke'a – okazał się bardziej wyjątkowy.

– Kosmita, którego dla ciebie zabiłem.

Dla ciebie. Kylo nie myślał tak o tym wcześniej.

– Dlaczego to zrobiłeś?

– Kiepskie panowanie nad odruchem naciskania na spust.

– Nie mogłeś wiedzieć, że śmierć Snoke'a podziała na twoją korzyść.

– I niemal nie podziałała. Snoke… – powiedział, wahając się. – …znieważył mnie, a zagrażał tobie. Nie mogłem zostawić cię w jego mocy.

– Znieważył cię?

– Myślał, że może mną manipulować.

– Więc nie byłeś zazdrosny – stwierdził Kylo.

– Nawet przez chwilę.

– Zaborczy. – Kylo przycisnął Huxa do wełny i jedwabiu wartych tysiące kredytów i przesunął zębami po jego dolnej wardze, zanim go pocałował.

– Tak – odparł Hux, przysuwając Kylo do siebie szarpnięciem za szatę.

– Gdybym cię poślubił, generale – wymruczał Kylo – stałbyś się częścią arystokracji. Byłbyś uprawniony do posiadania rzeczy tutaj zgromadzonych i wszystkiego, co do niego podobne.

Mięśnie ramion Huxa napięły się.

– Brzmi jak niezły skok w hierarchii jak na kogoś urodzonego jako nieślubny syn – powiedział, puszczając Kylo. – Tak czy siak nie możesz zgodnie z prawem mnie poślubić.

– Bo nie jesteś obywatelem Republiki? – zapytał Kylo. To sprawiło, że Hux się uśmiechnął, ale nadal wyglądał na wytrąconego z równowagi.

– Jesteś wrogiem z drugiej strony barykady.

– Jestem podwójnym agentem – odparł Kylo.

– Nie możesz naprawdę chcieć mnie poślubić.

– Chcę.

Hux milczał przez chwilę.

– Musimy porozmawiać o planie – powiedział w końcu.

– Oczywiście. Przy kolacji?

– Niech będzie.

Hux zdecydował się na jeden z bardziej wojskowych strojów Palpatine'a, tunikę i spodnie w odcieniu granatu zazwyczaj zarezerwowanego dla marynarki wojennej, a przy tym ozdobione złotymi warkoczami. Pił nieprzerwanie w trakcie posiłku, zdając się nie czuć smaku szeregu naboońskich specjałów układanych na stole przez droidy. Było oczywiste, że zamierzał być pijany, zanim zaczną omawiać ostatnie ruchy. Nie należało to do łatwych rzeczy, biorąc pod uwagę jego tolerancję na alkohol. Niemniej udało mu się to osiągnąć, zanim odsunął od siebie talerzyk po deserze i zapalił papierosa.

– Proszę pana – zaprotestował podający do stołu droid W8-TR – palenie jest zabronione wewnątrz rezydencji. Naraża innych gości oraz tekstylia.

– Zamknij się – stwierdził Hux.

– Może robić, co tylko zapragnie, kelnerze.

– Oczywiście – odparł W8-TR. – Proszę rozkoszować się swoimi karcynogenami – rzucił nad ramieniem, odchodząc od stołu.

– Republikanie są zawsze tacy przekonani o własnej nieomylności, jeśli chodzi o czyjeś zdrowie – wycedził Hux.

– Dbamy o siebie nawzajem.

– Czy to oznacza, że do swoich postulatów zamierzasz dodać taki o imperialnym zakazie palenia?

– Czy powinniśmy zaczekać, aż wytrzeźwiejesz? – zapytał Kylo.

– Nie. Nie będziemy tak naprawdę rozmawiać o niczym nowym – stwierdził Hux, unosząc brew. – Tylko potwierdzać, co zrobimy. A to wolałbym raczej przejść nietrzeźwy.

– Jak sobie życzysz.

Plan był celowo prosty. Musiał taki być, żeby mogli go wykonać, każdy po swojej stronie, nie pozostając w ciągłej komunikacji. Zamierzali spiskować razem, żeby doprowadzić nadchodzącą wojnę do najszybszego możliwego końca. I chociaż Hux nigdy nie powiedział bezpośrednio, że nie zgadza się z sugestiami Kylo, miał pewne obawy związane z niemal każdym aspektem planu.

Kiedy skończyli go omawiać, Kylo powiedział:

– Nie ufasz mi tak do końca.

– Muszę ci ufać. Nie znaczy to, że muszę przy tym czuć się z tym dobrze. A ty też nie wierzysz we mnie bezkrytycznie.

– Moc zadecyduje, czy się nam powiedzie, czy też nie. Mam na to mały wpływ.

Hux zgasił niedopałek trzeciego papierosa.

– Musi być tak miło mieć Moc, na której można polegać, żeby pozbyć się z siebie wszelkiej odpowiedzialności – odparł kwaśno. – Nie jestem pewien, czy Moc cię pocieszy, jeśli kiedyś rzeczywiście zadusisz mnie na śmierć albo jeśli wyparuję pod ostrzałem jednego ze statków twojej matki. – A potem podniósł się z krzesła, odsuwając je tak, żeby zaszurało głośno o podłogę, i skierował się na balkon. Zaczęło padać i chłodne, wilgotne powietrze wdzierało się do jadalni przez otwarte drzwi.

Za wiele z tego zaczynało wyglądać, jakby oznaczało początek końca pomiędzy nimi, kiedy ścieżki, jakie dla siebie wybrali, odciągały ich od siebie. Noc zapadła całe godziny temu, przykrywając jezioro i wzgórza płaszczem ciemności.

– Deszcz jest bardzo wygodny dla mojego nastroju – oznajmił Hux, kiedy Kylo do niego dołączył.

– Czy boisz się mnie teraz?

– Czuję w stosunku do ciebie pewną ostrożność, co jest w moim najlepszym interesie.

Kylo poczuł ulgę wymieszaną z zawodem.

– W takim razie czego się boisz? – zapytał.

Przez chwilę Kylo widział wyraźnie starszego chudego mężczyznę o niebieskich oczach i czuł przy tym przerażenie powstrzymywane od tak dawna, że narosło i odbijało się kwasem. Nieznajomego szybko zastąpił potwór z promu.

– Ta rzecz, którą zobaczyłem za tobą – odparł Hux. – Czym była, poza tym, że Mocą?

Czymś starym, przepełnionym złem i głodnym. Nieświadomość Kylo prawdopodobnie zapewniała mu spokój w tym aspekcie.

– Widziałeś ją lepiej niż ja.

– Dlaczego nie odpowiesz na moje pytanie? To coś chce mnie zabić, Kylo.

– Wrzucę jej opis do HoloNetu i wrócę do ciebie z odpowiedzią.

– Naprawdę nie wiesz? – zapytał Hux, pełen nieskrywanej pogardy.

– Nie wiem – odparł Kylo, nie potrafiąc przy tym powstrzymać narastającej w nim złości. – Tysiące lat tradycji Jedi oraz Sithów zostały zaprzepaszczone, kiedy Imperium wysłało oddziały, żeby splądrować świątynie Jedi. A to, czego nie znaleźli, zostało później splądrowane przez Republikę. Całym dziedzictwem, jakie Yoda przekazał Luke'owi, była chata wypełniona zapachem przeterminowanych racji żywnościowych i otaczające ją bagna. – Słowa zaczęły wypadać z niego coraz szybciej i czuł, jak w powietrzu między nimi coś się buduje, coś podobnego do ładunku elektrycznego, ale nie mógł tego zatrzymać. – Luke upierał się, że Yoda i Obi-Wan rozmawiali z nim poprzez Moc jeszcze przez jakiś czas po tym, jak umarli, w co nigdy nie wierzyłem, póki nie poczułem na karku dyszenia potwora, kiedy próbowałem wydusić z ciebie ostatni oddech. Nie wiem. Nie wiem – warknął Kylo – bo jestem spadkobiercą kłamstw, ignorancji pełnej dobrej wiary i całej reszty tego, co tylko Moc zapragnie rzucić w moim kierunku, żeby spieprzyć mi życie.

Pośród deszczu błysnęło. Błyskawica rozbłysła nad nimi, nie stanowiąc żadnego niebezpieczeństwa, zdając się wysysać cały tlen z powietrza i pachnąc mocno ozonem. Kylo nigdy wcześniej nie próbował stworzyć błyskawicy z Mocy, ale natychmiast ją rozpoznał i bał się, co oznaczała. Nie powinien znajdować się na tyle blisko ciemnej strony, żeby błyskawica odpowiedziała na jego wezwanie, szczególnie nieświadome. Huxa zaskoczył wyłącznie późniejszy odgłos; nie zdawał sobie sprawy, że to dzieło Kylo.

– Pomogę ci – powiedział generał. Po raz pierwszy Kylo poczuł od niego współczucie i odkrył, że pragnie go więcej. Żałosne. Chciał schronić się w ramionach Huxa, bo wiedział, że ten by mu na to pozwolił, ale zamiast tego uparcie trzymał się barierki balkonu. – Wysłałem już zwiadowców na poszukiwania Skywalkera – dodał Hux po chwili.

– Dlaczego?

– Jedi mógłby ponownie zacząć ingerować.

Czasami Kylo naprawdę chciał, żeby tak było.

– Luke jest złamanym człowiekiem,

– Uważam to za mało prawdopodobne. Jeśli go znajdę, powinienem go wysłać do ciebie?

– W jednym kawałku – odparł Kylo, kiwając głową.

– Oczywiście. – Hux wyjrzał na zewnątrz, spoglądając na jezioro, na którym światełka rybaków kołysały się spokojnie na wodzie. – Co byś zrobił, Kylo, gdybym zdecydował się złamać nasz pakt? Gdybym zniszczył jeszcze jedną planetę, spowodował kilka dodatkowych milionów śmierci cywilów tu czy tam? Spróbowałbyś mnie powstrzymać?

– Oczekujesz, że powiem „tak" lub „nie"?

– Chcę, żebyś przyznał prawdę.

– Tak – odparł Kylo.

– A wciąż byś mnie kochał?

Kylo nie potrafił nawet przestać kochać Snoke'a. W przypadku Huxa byłoby to niemożliwe.

– Tak.

– Małżeństwo to gwarancja wierności, prawda? Taki rodzaj listu żelaznego.

– To najbardziej wojskowa definicja małżeństwa, jaką kiedykolwiek usłyszałem, ale tak – odparł Kylo.

– Wobec tego zgadzamy się w tej kwestii. Przywołaj swojego stewarda, żeby poprowadził nasz ślub.

Kylo poczuł się oszołomiony. Zerknął na chrono.

– Jest niemal północ.

– Dlaczego ma to znaczenie? Potrzebujesz zamówić kwiaty? – Umysł Huxa pędził z wielką prędkością, ale mówił poważnie. A nawet naprawdę pragnął tego, o co prosił.

– Jesteś pijany.

Hux machnął ręką.

– Moja nietrzeźwość nie unieważni tego całkowicie sekretnego, nielegalnego małżeństwa.

– Gdyby było legalne, to by je unieważniła. – Kylo ujął rękę Huxa w swoje dłonie. – Powiedz, że mnie kochasz.

Hux zaczął się cofać, ale zauważył to i przestał.

– Nie muszę; potrafisz czytać w myślach.

– Powiedz to, proszę. Nie poślubię cię, jeśli nie potrafisz tego powiedzieć na głos, bo małżeństwo dla mnie coś znaczy. – Małżeństwo Padme i Anakina też nie zostało nigdzie odnotowane, ale miało znaczenie.

– Kocham cię – stwierdził Hux i zwrócił spojrzenie z powrotem na jezioro. Podjęcie się tego zobowiązania było dla niego łatwiejsze niż przyznanie, dlaczego to robi. – Proszę. Mam nadzieję, że to doceniasz.

– Doceniam.

Steward przybył kilka minut później, wyraźnie wyrwany ze snu i nadal w piżamie.

– Czy coś jest nie w porządku, proszę pana?

– Potrzebuję, żebyś przeprowadził dla mnie ceremonię ślubu.

– Ale nie mam uprawnień – odparł steward, spoglądając nerwowo najpierw na Kylo, a potem na Huxa.

– To nieistotne – zapewnił go Kylo. – Powiem ci, jakich sformułowań użyć.

I w taki sposób wzięli ślub, wymieniając między sobą kilka słów i pocałunek. Kylo usunął później to wspomnienie z pamięci stewarda. Powinien czuć się zawiedziony pośpiechem, ale czuł głównie dziwną ulgę, zupełnie jakby zrobili pierwszy krok z dala od zmroku, który zaczął nad nimi zapadać.

Sen zabrał Kylo na sam środek uwiędłej planety. Niebo nad nią miało przejrzystość charakterystyczną dla opuszczonych światów, na których nie pozostało nic żywego, żeby zaburzać warstwę ozonu niepewnością oddychania.

Pośród pokrytej czerwienią planety wzrastały wzgórza. Kylo nie mógł ich zliczyć, nie czując przy tym tych samych mdłości, jakie wywoływały w nim artefakty Sithów. Kiedy się skoncentrował i wsłuchał w Moc, zrozumiał, że to nie wzgórza, a grobowce. Mimo tego, jak na niego wpływały, Kylo wiedział, że musi odwiedzić zmarłych. Pył syczał pod jego stopami, gdy stawiał kroki w ciężkich butach, a wiatr szarpał za jego szaty. Spojrzał w dół i zobaczył strój zabójcy Jedi; w zdrętwiałych we śnie rękach trzymał maskę. Pozwolił jej upaść na ziemię.

W zasięgu jego wzroku pojawiły się ślady. Jeden z nich miał trzy palce, drugi pięć. Sześć. Cztery. Znowu trzy. Stworzenie poruszało się na czterech nogach i było na tyle wielkie, że z łatwością mogło go pożreć. Kylo pomyślał nagle o Darth Trayi, która odrzuciła w labiryncie ścieżkę wyznaczoną przez jedwab, a zamiast tego podążała za ciemnością, żeby wytropić bestię. Na jakiej drodze tak naprawdę znajdował się Kylo? Podążał nią dalej.

Wiatr się wzmógł, kiedy Kylo zbliżył się do grobowców, tnąc i lamentując pomiędzy kolumnami, smagając rzeźby zmarłych. Senator był teraz w stanie dostrzec niektóre z wyrzeźbionych twarzy, marszcząc brwi, gdy przypatrywał się ich pustym oczom obserwującym pustą planetę. Dwóch z nich rozpoznał: Naga Sadowa i Freddona Nadda, ponownie złączonych ze sobą mistrza i ucznia. Czyli Kylo znajdował się na Korriban, chociaż obraz z jego snu różnił się od wszystkich holo planety, jakie widział. Ślady prowadziły naprzód, obok pomników ku czci dawno zapomnianych.

Wszystkie grobowce były zamknięte poza jednym. Wejście do niego ziało ciemnością, otwarte na oścież, pochłaniając tropy potwora. Groza osiadła Kylo na ramionach. Nie mógł uciec z tego miejsca, a bestia nie pragnęła go skrzywdzić. Na promie nazwała go „ukochanym". Kylo rozumiał aż za dobrze, jak ciemna strona może żerować na miłości.

Wnętrze grobowca skrywało niemal nieprzeniknione ciemności. Wyciągnął do przodu rękę, żeby zobaczyć ścieżkę przed sobą przy pomocy Mocy, wyczuwając przemieszczającą się gdzieś obecność potwora. Ten przysiadł na szczycie odległej niszy, poruszając miarowo długim ogonem; w jego piersiach wzrastał głęboki warkot. Ale nie powiedział nic do niego, a Kylo nie był w stanie zobaczyć więcej niż zarysów jego postaci. Kilka latarni w grobowcu rzucało słabe światło, zbyt słabe, aby oświetlić stworzenie.

Oczy Kylo przystosowały się do ciemności i dostrzegł to, czego nie mógł wyczuć Mocą: bladą i siwą kobietę siedzącą na jednym z sarkofagów, spowitą w ciemną, opatrzoną kapturem szatę Sitha. Ręce miała złożone na kolanach, skryte całkowicie w rękawach.

– Holokrony to niebezpieczne narzędzia – powiedziała, wpatrując się w Kylo niewidzącymi czarnymi oczami. – Czy zdawało ci się, że uczymy tylko wtedy, kiedy się o to poprosi?

– Czym jesteś?

Nie wyczuwał od niej niczego, żadnego szeptu umysłu ani nawet śladu jasności czy ciemności. A mimo tego wyglądała na lordkę Sithów i to potężną.

– Nawet nie duchem. Podążałam ścieżką jasnej strony i ciemnej strony i umarłam, nienawidząc ich obu.

– Jesteś Darth Trayą.

– Tak – odparła. – Albo Kreią, albo zaledwie staruszką, uprzywilejowaną przez to, jak wszyscy zakładają, że w tym wieku jest się niegroźnym. Snoke przekazał ci sporo lekcji na temat historii, a jednak nie powiedział ci tego, co najbardziej pragniesz wiedzieć.

Kylo zmusił się, żeby spojrzeć w kierunku potwora.

– Czym jest to coś?

– To ciemna strona, którą przyciąga krew, jaka w tobie płynie. Posiądzie cię w tej samej chwili, w której całkowicie obrócisz się plecami do jasnej strony.

W ten sposób musiało dojść do tego, że znalazła się tak blisko niego na promie, popychając go w stronę zabójstwa, w stronę zrobienia tego samego co Vader.

– Jak mam ją powstrzymać?

– Nie możesz – powiedziała, uśmiechając się cierpko. – Jeśli ktoś powie ci, że są dwie ścieżki, ta z jedwabiem i ta z ciemnością, którą z nich wybierzesz?

– Skierowano mnie na drogę ciemności.

– Tylko dlatego, że to ścieżka, na której widzisz samego siebie. Świat może opowiadać ci kłamstwa równie łatwo, co ludzie.

– Ale jeśli podążę za jedwabiem, poniosę porażkę – warknął Kylo. – Sama też wybrałaś ciemność.

Traya roześmiała się.

– Czy to właśnie o mnie mówią? Sithowie byli takimi głupcami. – Obok niej pojawiły się trzy miecze świetlne, unoszące się w powietrzu. Kylo cofnął się o krok, kiedy włączyły się wszystkie na raz, rzucając fioletowe światło dookoła grobu. – Zniszcz mój holokron – poleciła Traya – albo znowu cię odwiedzę. Nie jesteś równy Meetrze Surik, ale niezależnie od tego losy galaktyki mogą zależeć tylko od ciebie.

Miecze świetlne ruszyły do przodu, wprost w jego stronę.

Kylo obudził się w łóżku sam. Znalazł po omacku datapad, żeby sprawdzić godzinę: 8:30. Sen trzymał go w objęciach długo po porze, o której Hux musiał wstać. Kylo czuł lekkie mdłości; artefakty Sithów wibrowały w jego głowie, chociaż znajdowały się na drugim końcu rezydencji. Teraz w promieniach dnia zdał sobie sprawę, że to, co zobaczył, było bardziej wizją niż snem. Darth Traya naprawdę mu się ukazała, potwór także. Nie wiedział, że powinien gdzieś zapieczętować holokrony, które zabrał ze statku, bo – jak w przypadku wielu rzeczy – nikt mu o tym nie powiedział.

W czasach Starej Republiki Traya była mistrzynią wielkiej Jedi, Revan, a później stała się również założycielką akademii Sithów. Jak każdy Sith, który dożył sędziwego wieku, została zdradzona przez swoich uczniów. Co się stało z nią później, tego nikt nie wiedział. Kylo nigdy wcześniej nie słyszał o Meetrze Surik, ale mógł zdobyć wiedzę na jej temat. Chociaż jeśli Surik była Jedi, to informacje o niej zostały z całą pewnością utracone.

Później zastanowi się nad Trayą. Zbyt wiele się działo, aby mógł przejmować się czymkolwiek innym. W dodatku wciąż odczuwał utratę Snoke'a i jego niezawodnego kierowania w odpowiednim kierunku. Traya powiedziała mu kilka rzeczy, mimo że była tylko wzorcem zachowania z holokronu. Wiedziała dobrze, jak w środku walczy sam ze sobą i o tym wszystkim, czego mu brakowało.

Według informacji z systemu bezpieczeństwa Hux znajdował się w atrium. Kylo ubrał się i poświęcił kilka chwil na to, żeby jego włosy wyglądały mniej jak coś, na czym spał całą noc. Będzie to ostatni raz w ciągu przynajmniej kilku miesięcy, kiedy zobaczy Huxa. Ostatni raz, kiedy zobaczy swojego męża, pomyślał Kylo z zadumą. Po tym, jak Hux zasnął – lub, co równie prawdopodobne, stracił przytomność – senator złożył zamówienie, które przybyło do rezydencji zaledwie godzinę temu. Złapał je po drodze.

Atrium składało się z małego ogródka w zachodnim skrzydle, dość zaniedbanego od śmierci Palpatine'a. Kylo utrzymywał go w takim stanie, czerpiąc radość z zieleni dziko rosnących roślin. Hux stał przy fontannie porośniętej mchem, z namysłem przyglądając się błyszczmuszce, która fruwała od jednego kwiatu do kolejnego. Na stole stała wysoka, pusta szklanka oraz resztki śniadania.

– Ciekawy ten miesiąc miodowy, na jaki mnie zabrałeś – stwierdził Hux. – Zaspałeś.

Kylo uśmiechnął się.

– Zatrzymałeś się w Pałacu Imperialnym i korzystasz z darmowego barku.

– Dziękuję. Twój droid tylko trochę sarkał na serwowanie krwawych Mandalorianów przed dziesiątą.

Ojciec Kylo utrzymywał, że jednym lekiem na kaca było picie dalej. Najwyraźniej musiał się tego nauczyć, jeszcze zanim opuścił Akademię Imperialną.

– Chciałbym, żebyś pił mniej – powiedział Kylo.

– Nikt nigdy wcześniej mi tego nie powiedział – odparł Hux, a w jego głosie brzmiała raczej ciekawość niż uraza. – Alkohol jest w równym stopniu częścią wojska jak strzelanie do ludzi. To pierwsze z pewnością sprawia, że to drugie jest łatwiejsze. Przestanę tyle pić, kiedy wszystko to się skończy.

Zobaczenie Huxa takim rozdartym miało uspokajający efekt; generał nie był tak silny, jak mu się wydawało, dzięki czemu Kylo czuł się mniej osamotniony.

– Kupiłem coś dla nas – powiedział, wyjmując pudełko na biżuterię i otwierając je.

Hux spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.

– Nie znasz mojego rozmiaru.

– Dopasowują się. Nie musisz go przyjąć.

Hux zmarszczył brwi i wziął do ręki jeden z pierścionków, po czym obrócił go w palcach. Obrączka była całkowicie pozbawiona klejnotów i inskrypcji.

– Nie mogę go nosić.

– Wiem. Ale pomyśl o nim jak o swoim liście żelaznym. Jeśli nie zmusisz mnie do zrobienia czegoś, czego nie chcę – powiedział Kylo, pozwalając drżeniu wkraść się do swojego głosu – będziesz go miał. Przez resztę mojego życia.

Było to o wiele więcej niż wyznanie miłości. Urodzili się po przeciwnych stronach konfliktu i być może umrą w ten sam sposób. Hux wsunął rękę do kieszeni tuniki i wyciągnął nieśmiertelniki, żeby wsunąć obrączkę na łańcuszek. Kylo założył drugi z pierścionków na palec; ukryją go rękawiczki, które zazwyczaj nosił.

– Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby zostać dłużej – powiedział Hux. W jego spojrzeniu kryło się przygnębienie; delikatnie ujął twarz Kylo w dłonie i pocałował go zdecydowanie za krótko. – Aż do końca.

Kylo wrócił na Hosnian Prime z pragnieniem wydrążenia się od środka, a potem spania przez długie tygodnie. Ale miał dwie powinności do spełnienia na planecie i dopiero wtedy ostateczna faza planu mogła się zacząć.

W jego apartamencie nie było niczego, na czym zależałoby mu na tyle, żeby to ocalić, więc skierował się od razu do Garroty. Jego asystentka szybko otworzyła drzwi, wycierając dłonie o spódnicę, podczas gdy to, co obecnie gotowała na kolację, bulgotało w tle.

– Kylo? – zapytała Garrota. – Tyle osób o ciebie pytało; musiałam odwołać wszystkie twoje spotkania i wystosować przeprosiny do większej ilości gatunków, niż mogę zliczyć na obu rękach. Nie odbierałeś nawet połączeń ode mnie.

– Musisz opuścić Hosnian Prime – powiedział Kylo pospiesznie, zamykając za sobą drzwi. – Nie jest tu bezpiecznie i nie możesz już dla mnie pracować. Dam ci tyle pieniędzy, ile będziesz potrzebować.

Garrota pokręciła głową.

– Co?

– Opuszczasz planetę.

– Co takiego jest tutaj niby niebezpieczne? Nie zamierzam uciec tylko dlatego, że rzucisz we mnie pieniędzmi.

Wyglądała na przestraszoną, ale nie miał dla niej słów otuchy. Nie istniał sposób, w jaki można było uczynić to łatwiejszym. Albo właściwym, jeśli spojrzeć na to z innej strony.

– Nie mogę ci tego powiedzieć. Musisz się stąd zabierać – powiedział nalegająco. – Nie mogę ochronić cię przed tym, co nadchodzi.

– Nie ruszam się stąd, póki mi nie powiesz, co się dzieje – odparła Garrota, dyskretnie sięgając za siebie, gdzie, jak Kylo wiedział, trzymała blaster. Była odważna, bo nigdy nie widziała, jak kogoś zabijał. – A kiedy już się dowiem – dodała – dopiero wtedy zdecyduję, co z tym zrobię.

– To nie zależy od ciebie.

Za późno zorientowała się, co Kylo zamierza zrobić.

– Nie odważysz się użyć na mnie tych swoich sztuczek…

Kylo jej przerwał. Krzyknęła, kiedy jedno z jej lekku znalazło się pomiędzy nią i ścianą, gdy popchnął ją w tamtą stronę i przytrzymał w miejscu, chwytając za przedramiona. Musiał powstrzymać ją przed użyciem blastera czy ucieczką.

– Garrota Terza. Zdecydowałaś, że chcesz zacząć wszystko od nowa. Boisz się mnie i… masz już dość tego życia.

– Przestań!

– Garrota Terza. Zdecydowałaś, że chcesz zacząć wszystko od nowa. Boisz się mnie.

– Przestańprzestańprzestań…

Kylo powtórzył swoje słowa jeszcze raz i Garrota zaczęła szlochać.

– Proszę. Proszę, nie rób mi tego.

– To jedyny sposób, w jaki mogę cię uratować. – Używanie Mocy w ten sposób, co przekazał mu Snoke, korzystało z jasnej strony. Sithowie zabierali, co chcieli; Jedi przekonywali. Nawet wbrew czyjejś woli. – Garrota Terza. Zdecydowałaś, że chcesz zacząć wszystko od nowa. Boisz się mnie.

Wszelki opór w spojrzeniu Garroty umarł szybką śmiercią.

– Chcę zacząć wszystko od nowa – powiedziała z odrętwieniem. – Jestem tak zmęczona baniem się ciebie.

– Przekupiłem cię kredytami, żebyś dotrzymała moich tajemnic. Po prostu chcesz się wydostać z tej sytuacji. Nie powiesz nigdy nikomu o mnie ani o tym, co zrobiłem. Nie będziesz nigdy się zastanawiać nad tym, co się ze mną stało. Opuścisz Hosnian Prime na zawsze i osiądziesz gdzie indziej.

– Kuat – mruknęła Garrota. – Mogłabym polecieć na Kuat. Z dala od ciebie i twoich sekretów.

– Tak. Leć na Kuat. – Zatrzymanie się na planecie stoczniowej zachowałoby ją w bezpieczeństwie. Żadna ze stron nie mogła sobie pozwolić na zbombardowanie kogoś, kto zaopatrywał ich w statki. – I bądź szczęśliwa.

– Tak. Jestem szczęśliwa. – Garrota uśmiechnęła się do niego, zupełnie jakby właśnie podarował jej coś wspaniałego.

Czuł miękkość w kolanach, kiedy wychodził z jej mieszkania, i wyciągnął rękę, żeby wesprzeć się o coś na korytarzu. Ale zamiast tego odkrył, że zacisnął dłoń w pięść i przywalił nią w grubą stalową ścianę, po czym wyrzucił z siebie wrzask. Kosmita po drugiej stronie korytarza otworzył drzwi mieszkania i spojrzał na niego z zaciekawieniem, bez wątpienia zastanawiając się, czy powinien nasłać ochronę budynku na człowieka, który najwyraźniej stracił którąś z klepek. Kylo mógł sprawić, że tamten by o tym zapomniał, ale to już nic nie znaczyło. Skończył z byciem senatorem Renem, a HoloNet będzie miał wkrótce coś o wiele ważniejszego do przekazania niż jeden krzyk.

Została mu tylko jedna rzecz do zrobienia. Kylo potrzebował prezentu dla swojej matki. Dotarł do mieszkania, które zaaranżował dla Fairhanda, upchnięte pomiędzy niektórymi z jego najbardziej zaufanych i jednocześnie paranoicznych agentów. Kylo zadzwonił do drzwi, po czym otworzył je siłą. Fairhand błyskawicznie podniósł się na nogi, aż w rezultacie upuścił datapad, który upadł na podłogę z łoskotem.

– Pakuj się – stwierdził Kylo. – Lecimy dołączyć do Ruchu Oporu.

– Musisz się chyba ze mnie, kurwa, nabijać – prychnął Fairhand, maskując strach oburzeniem.

– Mówię absolutnie serio. Jesteś gałązką oliwną mojej nowo odkrytej szczerości. – Kylo zrobił krok w stronę Fairhanda, sprawdzając, czy tamten się wzdrygnie. Nie zrobił tego; zadarł podbródek, żeby móc spojrzeć senatorowi prosto w oczy. – Nawet nie rozważaj opcji zdradzenia mnie – dodał Kylo, dotykając szyi Fairhand tuż poniżej tchawicy. – Zorientuję się i nic cię wtedy nie uratuje.

Fairhand wytrzymał spojrzenie Kylo. Podobnie jak Hux był niesamowicie dobry w ukrywaniu emocji pod maską, nieważne, jak bardzo by się nie bał.

– Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to powiedziała – odparł Fairhand.

– Będę ostatnią.

Kylo odepchnął go od siebie, po czym szybko usiadł, żeby ukryć opadającą na niego słabość. Fairhand rzucił się pakować rzeczy, starając się przy tym trzasnąć wszystkim, czym się dało. Kylo przycisnął palce do czoła, zupełnie jakby był w stanie w ten sposób utrzymać swój umysł w jednym kawałku.

Musiał teraz przybrać nową skórę. Czy pozwoli rodzicom na nazywanie go Benem? Czy uda mu się zdobyć ich zaufanie? Czy w ogóle będzie potrafił żyć z tym, co miało nadejść, szczególnie musząc przy tym być zupełnie samotnym?