Jerry nieufnie wpatrywał się w równanie matematyczne na tabliczce przed sobą. Zawsze był podejrzliwy, jeśli zbyt szybko udało mu się jakieś rozwiązać, bo martwił się, że coś przeoczył. Siedział przy biurku najbliżej okna z samego przodu klasy. Kiedy zdmuchnął biały pył z tabliczki, maleńkie białe cząsteczki wzbiły się w powietrze i zatańczyły w ciepłym świetle słońca, wpadającym przez okna. W końcu wstał i powoli odwrócił tabliczkę, krzywiąc się nerwowo, gdy nauczycielka spojrzała na niego znad biurka, przy którym sprawdzała inne prace, czekając aż on skończy swoją.

- Już skończyłeś? – zapytała Muriel, odkładając pióro. Jerry kiwnął głową, a ona zmrużyła oczy, by przejrzeć jego odpowiedzi. Nie ukrywała lekkiego uśmiechu. – To twoje ostateczne rozwiązanie?

- Proszę mówić, pani Stacy – westchnął Jerry. – Proszę powiedzieć mi co źle zrobiłem, żebym mógł to naprawić.

Tymczasem ona natychmiast wstała ze swojego krzesła i podeszła do półki z książkami, na której stały wszystkie jej ulubione pozycje: Wordworth i Keats, Szekspir i Homer, Austen i Bronte.

- Nie tylko rozwiązałeś to zadanie poprawnie, ale zrobiłeś to w rekordowym czasie! – Gdy on cieszył się swoim powodzeniem, Muriel pochyliła się do najniższej półki, gdzie trzymała wszystkie swoje powieści kryminalne i fantastyczne nowele, szukając odpowiedniej nagrody za kolejny udany test z matematyki, która pasowałaby do gustu Jerry'ego.

- Proszę poczekać – przerwał jej chłopak. – Jeśli nie ma pani nic przeciwko, to tym razem chciałbym coś innego. Może coś bardziej… rozsądnego? Chcę czytać książkę razem z Dianą. – Muriel starała się ukryć zaskoczone spojrzenie, słysząc jego wyjaśnienie. – Planujemy pisać do siebie i wyrażać swoje opinie, dlatego chciałbym, żeby tym razem była to nieco bardziej wyrafinowana historia.

Jerry wydawał się pewny decyzji o odejściu od swoich typowych wyborów, więc Muriel wstała i spojrzała na półkę, gdzie leżały tomy, o których myślała. Podała mu dość ciężką książkę.

- „Wielkie nadzieje" powinny być dokładnie tym, czego ci trzeba – wyjaśniła. – Jest tutaj sporo złoczyńców i bitew, które cię zaintrygują, ale jest także przeklęta przez los historia miłosna, która na pewno oczaruje Dianę.

- Dziękuję, pani Stacy! – Jerry przyglądał się książce w swoich ramionach, mając nadzieję, że jej grubość podkreśli jego intelekt w oczach Diany. – To na pewno zrobi na niej wrażenie… To znaczy będzie idealna. Czy na dzisiaj już skończyliśmy? Pan Cuthbert chciał, żebym pomógł mu przy krowach przed obiadem.

- Tak, możesz już iść, ale Jerry… - Muriel położyła dłoń na jego ramieniu. – Mam nadzieję, że czytasz dla własnej przyjemności i dla wzbogacenia własnego umysłu. Chęć zaimponowania dziewczynie, choć zupełnie naturalna dla młodego mężczyzny w twoim wieku, nie powinna być tym, co napędza twoją edukację.

Jerry uśmiechnął się do swojej nauczycielki, która była od niego trochę niższa, bo już dotarł do wieku, gdy przechodzi się skok wzrostu.

- Proszę się nie martwić, Diana i ja jesteśmy tylko przyjaciółmi, którzy piszą do siebie o swoich zainteresowaniach. Czytam, bo kocham ciekawe historie. To coś, co wcześniej było dla mnie dostępne tylko wieczorami, gdy moja mama szeptała nam opowieści, układając nas do snu. Teraz historie są tutaj – powiedział, unosząc książkę, którą mu właśnie dała. – Gotowe, bym mógł sięgnąć po nie w każdej chwili, każdego dnia. Poza muzyką nie ma niczego co uszczęśliwiałoby mnie bardziej niż czytanie.

- A co z muzyką, która opowiada historie? – zapytała Muriel z uśmiechem.

Jerry zastanowił się przez chwilę, nim odpowiedział.

- Przypuszczam, że każda melodia opowiada jakąś historię.

Muriel uśmiechnęła się promiennie.

- Myślę, że tak. – Zaczęła wracać do swojego biurka, by usiąść. – Ty też masz historię do opowiedzenia Jerry, nie zapominaj o tym. Jest wielu ludzi, którzy chcą usłyszeć twoją historię, czy to w postaci muzyki, czy zwykłej rozmowy.

Jerry uważnie rozważał jej słowa, gdy Bash wszedł do przedsionka szkoły i bezszelestnie strzepał z siebie śnieg, którym pokrył się podczas jazdy. Słyszał ich rozmowę, kiedy wieszał swój płaszcz i kapelusz.

- Pani Stacy, czy mogę zadać pani pytanie? – W odpowiedzi podniosła głowę znad swoich papierów i zachęcająco kiwnęła głową. – Gdyby Diana była kimś… Kimś do kogo żywiłbym jakieś uczucia to… To czy tak bardzo złe byłoby to, że chciałbym jej zaimponować? Czy poszukiwanie miłości, to nie jest fabuła przynajmniej połowy napisanych książek?

Bash bezgłośnie zaśmiał się pod nosem, ciągle pozostając w przedsionku, poza zasięgiem ich wzroku. Nie chciał przerywać czegoś, co brzmiało jak poważna rozmowa.

- Nie ma nic złego w tym, że próbujesz zaimponować osobie, do której coś czujesz – odpowiedziała Muriel. – Moje ostrzeżenie mało na celu jedynie przypomnienie ci, byś pozostał wierny sobie. Czasem miłość przychodzi łatwo i nieoczekiwanie, a czasem jest tak, że to wszystko nieco bardziej się komplikuje… - Oboje i Bash i Muriel byli szczególnie świadomi komplikacji, jakie niosła ze sobą miłość i oboje jednocześnie nieco skurczyli się na jej słowa, każdy w innym zakątku szkoły. Od jakiegoś czasu oboje kontemplowali przeszkody, które przed nimi postawiła miłość, choć żadne z nich nie było jeszcze na tyle odważne, by podjąć temat na głos wobec siebie nawzajem.

- Czekaj, powiedziałeś, że potrafisz na czymś grać? – zapytała nagle kobieta.

- Tylko na skrzypcach. Moja rodzina gra razem każdego wieczoru, od kiedy tylko pamiętam. Muzyka zawsze stanowiła część mojego życia.

- Powinieneś uczyć dzieci! Na naszych zajęciach muzycznych bardzo brakuje jakiegoś instrumentu, a mój śpiew pozostawia wiele do życzenia – zażartowała.

- Ale ja nie wiem, jak to robić. – Jerry wzruszył ramionami. – Nie potrafię nawet czytać muzyki. Gram ze słuchu, jak cała reszta mojej rodziny.

- W takim razie powinieneś nauczyć się języka muzyki! Skoro potrafisz już czytać w dwóch językach, to równie dobrze możemy do tego dodać kolejny! – Muriel zamyśliła się na chwilę, próbując odnaleźć najlepszy możliwy sposób, by osiągnąć to co zaplanowała. – A jeśli znajdę dla ciebie odpowiednią książkę? Mam znajomego w Halifaxie, który jest nauczycielem muzyki i myślę, że byłby w stanie polecić mi coś dobrego dla ciebie na początek.

- To brzmi cudownie. Dziękuję, pani Stacy! – Jerry zaczął zbierać swoje rzeczy, a Bash w końcu wszedł do klasy, decydując, że już nie grozi to przerwaniem ważnej rozmowy. Jerry powitał Basha, gdy wychodził. Rzucił mu dziwne spojrzenie, bo mężczyzna trzymał w rękach piłę. Bash podszedł do biurka Muriel, przy którym nadal pracowała.

- Widzę, że postanowiłeś rażąco sprzeciwić się moim życzeniom, Sebastianie Lacroix. – Muriel odchyliła się na krześle i skrzyżowała ramiona na piersi, starając się powstrzymać uśmiech.

- A ja widzę, że zdecydowałaś się mnie ukarać poprzez używanie mojego pełnego imienia i nazwiska? Auć… - Bash złapał się za serce, jakby jej reprymenda sprawiła mu prawdziwy ból. Nie mógł jednak powstrzymać uśmiechu. – Przede wszystkim jestem tu dlatego, że mam już dość słuchania, że twoje biurko buja się i przechyla gorzej niż statek podczas sztormu. – Podniósł piłę, którą przyniósł. – Przyszedłem więc, żeby je dla ciebie naprawić.

- Tak, no cóż. Mogłeś po prostu pożyczyć mi piłę i sama bym to zrobiła. To jedyne narzędzie, którego nie mam, bo nie zajmuję się stolarką zbyt często…

- Mógłbym tak zrobić, to prawda. Ale wtedy nie miałbym okazji na własne oczy zobaczyć o co tyle zamieszania z tą nową szkołą. – Bash rozejrzał się po pomieszczeniu, zauważając idealne pismo Muriel na tablicy, starannie ustawione ławki, nowe artykuły naukowe, z których dzieci mogły korzystać, rozwijając swoje młode umysły pod jej czujnym okiem. – Nie byłem tutaj od czasu, gdy pomagałem przy konstrukcji. Muszę przyznać, że wygląda o wiele lepiej i jest cieplejsza ze ścianami i dachem.

Muriel zaśmiała się z jego żartu, wstając i zaczynając sprzątać biurko, by Bash mógł odciąć maleńki kawałek nogi, która była powodem wszystkich tych chwiejnych problemów. Pomógł jej przenieść ciężki stos książek, leżący w rogu, a następnie przechylił mebel na bok by zmierzyć nogi. Pracowali razem w ciszy, zadowoleni. Bash piłował, a Muriel zamiatała trociny. Byli na takim etapie przyjaźni, że przywykli do swojej obecności podczas pracy. Dobrze znali tok myślenia drugiej osoby i wiedzieli jak najlepiej, szybko wykonać wspólnie dane zadanie. Zbudowali już razem wędzarnię ryb i wspólnie pracowali nad wymianą brakujących desek w stodole. Bash pomógł Muriel przerobić część jej kominka i usunąć bluszcz, który rujnował elewację jej domu. Za każdym razem płynnie wpadali w rytm, w którym teraz się znaleźli. Rytm dwojga ludzi, którzy cieszą się swoim towarzystwem i są kompatybilni na wielu płaszczyznach. Muriel zerknęła na Basha, który precyzyjnie posługiwał się piłą. On czuł zapach bergamotki, unoszący się znad herbaty, którą ona zawsze piła. Ich ramiona otarły się o siebie, co zdarzało się niemal przy każdym projekcie, przy którym razem pracowali, na skutek pośpiechu i nadmiernym skupianiu się na swoim zadaniu.

Kiedy biurko kobiety zostało idealnie wypoziomowane, a rzeczy Muriel wróciły na swoje poprzednie miejsce, kobieta w końcu zdecydowała się przerwać ich komfortowe milczenie i podziękowała Bashowi za jego pomoc.

- Naprawdę nie ma problemu – Bash zerknął w dół i dostrzegł, że dłoń Muriel spoczywa na biurku tuż obok jego własnej. Nie był pewien, dlaczego, ale pokusa by poczuć jej dłoń w swojej przytłoczyła go. Zdawał sobie sprawę z tego, że kocha Muriel, bo stała się jego rodziną tak samo jak Gilbert. Wszechświat doprowadził ich do siebie, wiążąc więzami, które zazwyczaj gwarantowała tylko krew. Jakby połączył ich celowo. Bash był jednak zdezorientowany, nie rozumiejąc, dlaczego ta więź zmieniała się w coś innego, coś czego się nie spodziewał. Niepewny własnych zamiarów ani jej reakcji, położył dłoń na jej ręce. Muriel spojrzała w dół zaskoczona tym nagłym gestem. Powoli obróciła dłoń, by móc chwycić jego i spleść ich palce, mając tą czelność by zachęcić go do tak drobnej chwili intymności.

Żadne z nich nie spojrzało na drugie, wciąż nie mając wystarczająco śmiałości by zmierzyć się z tym, co kiełkowało pomiędzy nimi. Kiedy siedzieli w ciszy, trzymając się za ręce, coś się zmieniło. To nie był wpełzający pod drzwiami lodowaty przeciąg ani słońce, które zaszło za oknem i pozostawiło ich w ciemności. Zmiana dotyczyła ich relacji, która powoli przechodziła od przyjaźni do czegoś głębszego. Czegoś ciepłego i jasnego… Czegoś na tyle skomplikowanego, że powinno zostać utrzymane w tajemnicy.


- Jerry! Viens ici! – Wrzeszczała Ella, stojąc we frontowych drzwiach domu Baynardów. Wydzierała się na otwartą przestrzeń, nie wiedząc, gdzie jest jej starszy brat, a była zbyt niecierpliwa, by iść go szukać. Wolała więc krzyczeć. – Viens ici, maintenant!

Jerry wychylił głowę zza rogu domu.

- Po angielsku? – poinstruował.

Ella przewróciła oczami.

- Chodź tutaj! – powiedziała.

- Po angielsku i uprzejmie…

- Chodź tu… - Ella niecierpliwie tupała nogą, powtarzając swoje słowa. – Proszę – dodała niechętnie po chwili.

Śmiejąc się z kompromisu swojej siostry, Jerry obszedł dom i wszedł na ganek, by zapytać czego od niego chce.

- Tata powiedział, że potrzebuje więcej drewna na opał, żeby mama mogła zacząć robić… Hmm, le potage?

- Zupę – podpowiedział Jerry.

- Tak, zupę. Umieram z głodu! Jerry, proszę, musisz się pospieszyć. Umrę, jeśli zaraz czegoś nie zjem! – powiedziała rzeczowo dziewczynka, jakby to miało przyspieszyć jego ruchy.

- Tylko ktoś tak melodramatyczny jak ty, poznał słowo „umrzeć" zanim nauczył się mówić „zupa"… Powiedz mu, że szybko przyniosę drewno, bo nie chcę być odpowiedzialny za twoją przedwczesną śmierć.

Zaśmiał się, wracając do miejsca, w którym był nim zawołała go siostra. Siedział przy stosie drewna i pisał do Diany. Ukończył już dwa pierwsze rozdziały „Wielkich nadziei" podczas wolnego dnia na Zielonym Wzgórzu i teraz pisał odpowiedź na list Diany, który otrzymał kilka dni wcześniej. Nim zaczął zbierać drewno do zaniesienia do domu, jeszcze raz przeczytał swój list, by upewnić się, że nie zawiera żadnych błędów i podpisać się na końcu.

14 stycznia 1900

Chere Diana,

Dziękuję za list, nie spodziewałem się, że odezwiesz się tak szybko.

Też cieszę się z nowych początków, szczególnie tych związanych z Tobą, Diano. Wiem, że zeszły rok nie był dla Ciebie łatwy, tak jak i dla mnie, ale cieszę się, że mamy szansę by zacząć od nowa. Pan Cuthbert zawsze mawia „Gdy coś się kończy, to w naturalny sposób zaczyna się coś nowego". Oczywiście on mówi tak o rzepie, ale lubię myśleć, że nawet jeśli coś się skończyło, to zawsze można zacząć coś nowego. Być może coś lepszego. Przyznam, że często o Tobie myślałem przez ostatnie kilka miesięcy. Sposób w jaki się uśmiechałaś, gdy wychodziłem zza drzewa, albo dźwięk Twojego śmiechu, gdy próbowałem być zabawny… Cieszę się, że mogę Cię poznać bliżej. Ten mały przedsmak, którego doświadczyliśmy, nie był wystarczający. Także pragnę życia, w którym jesteś obecna, cokolwiek może mi to przynieść.

Słuchanie tak wielu instrumentów jednocześnie musiało być niesamowite! Jestem pewny, że grali znacznie lepiej niż ja, ale i tak dziękuję za komplement. Słyszałem o gramofonie, ale nigdy go nie słyszałem. Jestem pewien, że Ania była zachwycona! Pani Stacy zorganizuje dla mnie kilka książek o muzyce od swojego przyjaciela, żebym mógł nauczyć się czytać nuty, tak jak ty. Może kiedyś będziemy mogli razem zagrać?

Zacząłem czytać „Wielkie nadzieje" Charlesa Dickensa. Gdybyś była zainteresowana, to możesz sprawdzić, czy macie to w swojej szkolnej biblioteczce. Pani Stacy mi to poleciła i chociaż przeczytałem tylko dwa rozdziały, to już mogę powiedzieć, że to będzie chyba jedna z najciekawszych książek, jakie przeczytałem. Sposób w jaki pisze Dickens sprawia, że postacie wydają się jak żywe! Pip zawsze mówi o sobie tak skromnie i zachowywał się tak uprzejmie wobec nieznajomego. Myślę, że to właśnie czyjeś działania pokazują kim ktoś jest naprawdę, bez względu na to co on lub ktokolwiek inny o nim mówi. Jak uważasz?

Mam nadzieję, że dobrze się bawisz w szkole i nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę list od Ciebie w rękach listonosza.

Bien a toi,

Jerry

Wcześniej zanim zawołała go Ella, dla zabawy naszkicował małą scenkę w rogu listu. Była to miniaturowa wersja jego samego ze zmieszanym wyrazem twarzy, trzymająca w jednej ręce książkę z napisem „Język muzyki", a w drugiej skrzypce. Wyobrażał sobie, że jego zapowiedź czytania tej książki będzie tak właśnie wyglądać – zabawnie. To wydawało się śmieszne, gdy zatracił się w rysowaniu, ale teraz zastanawiał się nad tym, czy Dianę rozśmieszy jego karykatura.

- To nie ma znaczenia* – wymamrotał sam do siebie po francusku, składając kartkę i chowając ją do kieszeni, by móc ją wysłać następnego ranka. – Wystarczy, że ja uważam to za zabawne – Wciąż uczył się, by nie dopuszczać do tego, by niepewność przenikała każdą jego myśl dotyczącą Diany.

Ojciec podbiegł do niego, by my pomóc, gdy wszedł do domu z ramionami pełnymi drewna na opał.

- Czemu to ci tyle zajęło? Już miałem iść sprawdzić, czy nie odciąłeś sobie palca! – żartował z niego pan Baynard.

- Kończyłem pisać list, przepraszam tato.

Twarz pana Baynarda spoważniała, kiedy odkładał na stos ostatnią kłodę drewna. Odwrócił się, by przyjrzeć się twarzy syna. W kącikach ust Jerry'ego pojawił się mały uśmiech, którego czujne oczy ojca nie przeoczyły.

- Czy to był list do Mademoislle Barry?

Jerry nie spojrzał w górę, nie ruszając się z miejsca i skupiając się na rozpalaniu ognia, by matka mogła zacząć gotować.

- Tak – odpowiedział. – Czy jest w tym coś złego?

Pan Baynard uniósł obie ręce do góry, chcąc pokazać, że nie miał na myśli nic złego.

- Oczywiście, że nie. Możesz pisać do kogo chcesz. Jestem dumny z tego, że w ogóle potrafisz do kogoś pisać, już nie mówiąc o pisaniu do pięknej dziewczyny.

Położył dłoń na policzku syna, tak jak zawsze robił wobec swoich dzieci, od kiedy tylko się urodziły. Fizyczny dotyk był czymś znajomym i pożądanym przez wszystkich Baynardów. Wykonując ten gest pan Baynard chciał załagodzić słowa, które miał zamiar wypowiedzieć.

- Pięknej i bardzo zamożnej dziewczyny z szacownej rodziny. Chcę się tylko upewnić, że nie sięgasz po coś, czego nie możesz dostać, chłopcze.

Jerry spojrzał bezpośrednio na swojego ojca.

- Wiem co robię, tato – powiedział z całym przekonaniem, na jakie był się w stanie zdobyć. – Dziękuję za troskę, ale to Diana jest tą, która szukała mojej przyjaźni. Nie udaję kogoś kim nie jestem, a ona wie, że teraz… Nie jestem na tyle naiwny, by wierzyć w to, że kiedykolwiek będę miał tyle pieniędzy, by przekonać do siebie jej rodziców, ale nauczyłeś mnie, że jeśli czujesz gdzieś głęboko w sobie melodię to musisz ją zagrać. To jest właśnie piosenka, którą pisze. Nie wiem, dokąd mnie doprowadzi, ale muszę zobaczyć, jak zabrzmi.

Pan Baynard objął syna ramieniem i skinął głową ze smutnym uśmiechem, którym zatroskany rodzic obdarza swoje dziecko.

- Dobrze, ufam, że będziesz uważał na swoje serce… I serce Diany. Chodź, pomożemy twojej matce w obieraniu ziemniaków, bo Ella powiedziała, że nie przeżyje kolejnej godziny z pustym brzuchem. Nie chciałbym mieć jej na sumieniu!


Lekkie dźwięki unosiły się w salonie Internatu dla dziewcząt Pani Blackmore, znacznie różniły się od tego, co zwykle rozbrzmiewało, gdy grała Diana. Przekraczała własne granice grając Debussy'ego – muzykę, której jej matka nigdy by nie zaakceptowała. Jednakże jej nauczyciel w Queens był nieugięty w przekonywaniu, że to największy kompozytor swoich czasów. Postanowiła, że wypróbuje nuty, które pożyczył jej nauczyciel, bo nie zaszkodzi poszerzyć swojego repertuaru, a matka i tak się o niczym nie dowie. Niespodziewanie Diana poczuła jak ukryte marzenie zaczyna wydobywać się na powierzchnię, w momencie, kiedy jej palce przesuwały się po klawiszach pianina. Piosenka wywołała w niej emocjonalną reakcję, na którą nie była przygotowana. Spowodowała, że po jej chłodnym policzku spłynęła ciepła łza. Nuty przepływały w taki sposób, że wyciągały marzenie o byciu muzykiem z najgłębszych zakamarków jej duszy.

Przez całą piosenkę była zagubiona w świecie marzeń. Gdy w końcu wróciła do rzeczywistości i podniosła wzrok znad klawiszy, dostrzegła Anię opuszczającą pokój z uśmiechem na twarzy. Na klapie pianina dostrzegła list, którego wcześniej tam nie było. Serce Diany zabiło mocniej, gdy go podniosła i odwróciła, by odczytać wypisane na nim imię Jerry'ego. Zazwyczaj, gdy grała Ania siedziała na sofie i czytała, ale teraz jej ukochana najlepsza przyjaciółka przyniosła jej list i odeszła, by mogła przeczytać go w spokoju. Nie czekała z tym, by udać się do swojego pokoju. List został natychmiast otwarty i przeczytany. Przygryzała wargę, by zachować przyzwoity wyraz twarzy, na wypadek, gdyby ktoś ją obserwował. Jego pismo było proste i męskie. Diana przesuwała palcami po każdej literze, próbując wyobrazić sobie, jak jego szorstkie dłonie wypisują te słowa specjalnie dla niej.

Ten mały przedsmak, którego doświadczyliśmy, nie był wystarczający"

Jej usta rozchyliły się w bardzo nieelegancki sposób, gdy pozwoliła, by to stwierdzenie dotarło do jej serca. Też chciał czegoś więcej. Chciał, by była częścią jego życia. Po raz pierwszy Diana pozwoliła, by niektóre z jej win zniknęły. Postąpiła słusznie i spróbowała naprawić ich relację, a teraz została nagrodzona najlepszym prezentem, jaki tylko można sobie wyobrazić – nadzieją.


To chyba najszybciej przetłumaczony przeze mnie rozdział w historii, bo został opublikowany w oryginale kilka godzin temu, ale już tak dawno nie było nic nowego, że MUSIAŁAM.

Mam nadzieję, że się Wam spodobał, pomimo braku Ani i Gilberta. Ja osobiście jestem wielką fanką Jerry'ego więc mnie zachwycił 😊