Jest już całkiem ciemno, kiedy Evanowi ostatkiem sił i woli udaje się wyciągnąć Harry'ego na błotnisty, pokryty ostrymi kamieniami brzeg. Sam fakt, że odnalazł chłopca w mrocznej, zburzonej toni graniczy z cudem. I skąd, na Salazara, wziął się ten przeklęty lód?! Przez niego prawie zszedł na zawał, kiedy próbując wydostać się na powierzchnię, uderzył prosto w twardą, grubą pokrywę. To na pewno sprawka dzieciaka.

Kaszle, parska i krztusi się wodą wciąż zalegającą w płucach. Porywisty wiatr smaga go po twarzy, przenika na wskroś i zapiera dech w obolałej piersi. Każdy spazmatyczny oddech pali żywym ogniem. Trzęsie się niekontrolowanie, a w skostniałych palcach niemalże nie ma już czucia, ale nie może się poddać.

Przysuwa się do chłopca po omacku, próbując wyczuć choćby najmniejszy ruch tego drobnego, lodowatego niczym sopel lodu, ciała. Nic. Ani drgnięcia. Równie dobrze może mieć przed sobą ciosaną z drewna kukłę.

Adrenalina uderza mu do głowy, zalewając ciało nieznośnym gorącem. Serce wali w piersi jak dzwon i niemal sam jest w stanie usłyszeć ten dźwięk w głuchej, nocnej ciszy.

- T-tylko nie to... Przestań się wygłupiać, H-Harry... - wyrzuca z siebie gorączkowo, żebrząc w duchu o łaskawość losu. Zaszli przecież już tak daleko, do cholery! To nie może się skończyć w ten sposób! - Enervate!

Nie myśli jasno. Utrzymywane z trudem resztki magii parzą go w zmrożone opuszki palców.

- No dalej! Oddychaj! Enervate! Nie rób mi tego, na Morgane! Enervate! ENERVATE!

W końcu, po chwili, która wydaje się Evanowi wiecznością, Harry szarpie się w przód, aż wymiotuje wodą, krztusi się i łapczywie chwyta oddech. A potem znów wymiotuje.

Rosier prawie mdleje z poczucia obezwładniającej ulgi. Obejmuje drżącego chłopca, pocierając jego ramiona, żeby choć minimalnie go ogrzać. Wstrząśnięty całym tym zamieszaniem, wpada w lekką histerię. Śmieje się i płacze na przemian, z bólu, zimna i zmęczenia. Stłumionym szeptem dziękuje i złorzeczy. Błogosławi i przeklina na czym świat stoi.

Tylko tego mu brakowało, żeby zabił dzieciaka tuż po tym jak obiecał go chronić. I to nawet nie specjalnie, ale przez przypadek, przez niebezpieczny, impulsywny pomysł. Ciągle zapomina, że nie jest sam. Przyzwyczaił się bowiem do działania wyłącznie na własną rękę, bez wsparcia i bez konieczności odwdzięczania się tym samym komukolwiek. Wolny strzelec, samotny wilk... a może raczej narcystyczny, przekonany o swojej wątpliwej niezniszczalności, idiota.

- Już dobrze, już w porządku - powtarza miękko, jakby sam nie potrafił w to uwierzyć. - Żyjesz... żyjemy...

Harry szczęka zębami, pociągając nosem.

- E-Evan... zi-zimno mi.

- Wiem. Zaraz coś poradzimy.

Wstaje, z trudem rozprostowując odrętwiałe z zimna kończyny. Przestępuje niepewnie z nogi na nogę, chuchając w zlodowaciałe dłonie i pocierając je energicznie, jakby to cokolwiek mogło pomóc. Rozgląda się, ale ledwie widoczny zarys niknącego księżyca nie daje wystarczająco światła, żeby cokolwiek zobaczyć. Nie dostrzega nawet własnych rąk, a trzyma je dosłownie przed twarzą.

Na pieprzone gacie pieprzonego Merlina! Gdyby tylko miał swoją różdżkę! Albo gdyby przykładał się do nauki magii bezróżdżkowej to nie mieliby teraz takich problemów. Nie otarliby się o śmierć i nie wylądowaliby przemarznięci na jakimś wygwizdowie.

Wie, że nie ma w sobie wystarczająco dużo mocy, żeby ich porządnie osuszyć. I tak już zbyt wiele jej zużył, kiedy usiłował jak najdłużej zachować przytomność. Utonęliby, gdyby z braku tlenu zemdlał przed Harrym. Nikt by im nie pomógł. Co najwyżej ktoś odnalazłby ich ciała, jeśli rzeka w którymś momencie sama wyrzuciłaby ich wreszcie na brzeg. Wzdryga się i odchrząkuje, nieustannie się poruszając, bo bezruch jest akurat najgorszym możliwym wyjściem w tej sytuacji.

- Chodź, Harry - mówi w końcu, zastanawiając się jednocześnie czy zdoła jeszcze wykrzesać z siebie iskrę czy dwie. Chłopiec spogląda na niego nieprzekonany, a jego oczy lśnią jaskrawą zielenią w panującej wokół ciemności. To nasuwa Evanowi pewien interesujący pomysł. Dzieciak jest najwyraźniej stworzony dla nocy, bo jaśnieje wśród mroku jak gwiazda na ciemnym, granatowym niebie. Już wcześniej zauważył, że apatia towarzysząca Potterowi w ciągu dnia znikała bez śladu, kiedy tylko zbliżał się wieczór. Jego moc była silniejsza, bardziej drażliwa i może nawet niespokojna w tym pełnym podekscytowania i oczekiwania sensie. - Jak wyraźnie mnie widzisz?

- T-trochę... ch-chyba zgubiłem... okulary.

Uśmiecha się podekscytowany, choć wargi mu drżą.

- W takim razie, pozwól, że pożyczę sobie trochę tych twoich niezwykłych umiejętności - oświadcza i nie czekając na odpowiedź mamrocze zaklęcie, do którego nie potrzebuje różdżki. Ach, magia umysłu to naprawdę piękna sprawa. Przez ułamek sekundy oczy pieką go jak polane kwasem, ale uczucie mija szybko i już wkrótce zaczyna widzieć. Wzdycha cicho z niekłamanym zachwytem. I gdyby nie to, że są przemoczeni oraz przemarznięci do szpiku kości to pewnie nadal by tak stał, gapiąc się w krajobraz jak sroka w gnat. Pomaga Harry'emu wstać, biorąc na siebie cały ciężar bezwładnego ciała, bo nogi chłopca ewidentnie odmawiają posłuszeństwa. Dociska do swojego boku to drobne, spazmatycznie drżące ciało i podąża w głąb lądu. - Najpierw musimy oddalić się od rzeki. Nad wodą zawsze jest chłodniej i mocniej wieje.

Samo znalezienie odpowiedniego, wystarczająco osłoniętego miejsca zajmuje im stanowczo zbyt wiele czasu, choć wcale nie oddalają się tak bardzo. Evan dobrze zna swoje granice i wie, że dalsza zwłoka może ich słono kosztować. Tak naprawdę wcale nie jest szczególnie zimno, ale zbyt długo byli uwięzieni pod skutą nienaturalnym, magicznym lodem powierzchnią wody.

Pozwala chłopcu odpocząć wśród nielicznych, karłowatych drzew, które częściowo już utraciły swoje wielobarwne listowie i wysokich, rozłożystych krzewów. Piętrzące się tuż obok oberwane na krańcach, przypominające niską skarpę, wzniesienie przynajmniej częściowo osłania ich od wiatru. Harry, oparty plecami o duży, kanciasty głaz, podciąga pod siebie nogi, obejmując je ciasno ramionami.

- Postaraj się nie zasnąć - ostrzega Evan zapobiegawczo, odsuwając zabłąkany kosmyk z jego czoła. - Trzeba rozpalić ogień, a bez twojej pomocy nic nie znajdę w tych pieprzonych ciemnościach.

Harry kiwa głową, opierając policzek na przedramieniu. Jego skóra zdaje się być nienaturalnie sina, więc Rosier szybko zabiera się do pracy, nie oddalając się jednak za bardzo. Jeśli to zrobi, utraci połączenie i znów pochłonie go noc.

Gromadzi wszystko, co może się palić, dając tym samym niezbędne do przetrwania ciepło. Obcy, niepojęty sposób postrzegania otoczenia trochę go rozprasza. Prawdą jest, że wzrok Harry'ego pozostawia wiele do życzenia, jeśli chodzi o ostrość, ale poza tym związane z nim doświadczenie jest zupełnie oderwane od rzeczywistości. Świat wokół wygląda jak skąpany w morderczym zaklęciu, a rozmyte kontury lśnią jadowitą, migoczącą poświatą i mimo to jest tak jasno, że aż trudno to opisać, jakby w okolicy zabrakło miejsca dla choćby najmniejszego cienia.

Odrobinę psioczy pod nosem, rozżalony głęboko własnym nieszczęściem i wstrząsany dreszczami, co rusz ociera katar z cieknącego nosa. W tym momencie nienawidzi całej Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza tego konkretnego miejsca... gdziekolwiek się teraz właściwie znajdują.

Nie cierpi zimna. Oraz wody. O całokształcie sytuacji nie wspominając.

I na co ci to było, głupcze? Na co ci te obietnice? Na co bezsensowna zmiana planów? Zachciało się zgrywać bohatera to teraz masz wiedźmo kociołek. A trzeba było trzymać język za zębami. Zastanowić się. Posłuchać odrobiny rozsądku. Ale nie, bo po co! Jaśnie Rosier mógłby się pochorować gdyby od czasu do czasu nie igrał z ogniem. Patrzcie państwo, życie mu niemiłe! Mamusia nie kochała czy jak? Skrzat domowy za mocno walnął cię w głowę za dzieciaka? Głupi, głupi, głupi...

Zaciska szczękę tak mocno, jakby zamierzał pokruszyć własne zęby ze złości. Wstyd zalewa jego policzki palącym rumieńcem upokorzenia. Nie rozumie jak mógł dać się tak emocjonalnie pogrążyć. I jak panikował, kiedy wyciągnął chłopca na brzeg, a ten nie oddychał. Powinien go tam zostawić. Może tak byłoby lepiej.

Lepiej? Niby dla kogo? Już szukasz bezpiecznego wyjścia z sytuacji? Ucieczki od zobowiązań? Jeszcze nic nie zrobiłeś, a już ciąży ci na wątrobie ta mała, spontaniczna obietnica? Czy słowo Evana Rosiera zatem nic nie znaczy?

Z uporem ignoruje własną podświadomość, która kpi z niego w najlepsze.

Nie. Nie ma co płakać nad rozlanym eliksirem. Musi wziąć się w garść. Opanować. Przecież normalnie się tak nie zachowuje. Nie działa na własną szkodę, nawet jeśli momentami za nic ma życie. Wolałby umrzeć niż utknąć, niż się zatrzymać, niż utracić wolność. To wszystko wina nerwów. Za dużo się ostatnio działo, za wiele miał na głowie i teraz utrzymywane tygodniami napięcie odbija się na jego psychice. To normalne. Przejdzie. Odzyska równowagę. Musi tylko zwiększyć dystans. Odsunie się nieco, oszacuje sytuację obiektywnie i zabawi się tak jak planował od początku.

Coś w jego wnętrzu wciąż jest nieprzyjemnie rozedrgane, kiedy z trzaskiem zrzuca znalezione drwa, trochę odłupanej kory z brzozowego pnia i kilka grubych badyli na rosnący stosik, formując go w półkolistej formie. Przyklęka na chłodnej, twardej ziemi i mocno się skupia, sięgając do ukrytych pokładów swojej magii. Zbiera tyle ile jest w stanie i wznieca niewielki płomień, który szybko rozprzestrzenia się na resztę uzbieranego drewna. Podrażniona, zaczerwieniona skóra piecze w zetknięciu z nagłym ciepłem.

- Zbliż się do ognia - zachęca chłopca, po czym pomaga mu zdjąć przez głowę przemoczony sweter i po chwili zastanowienia równie nieprzyjemnie lepki podkoszulek. Po krótkiej chwili rozważania wszystkich za i przeciw, spodnie postanawia zostawić w spokoju.

Ściąga swój własny, sfatygowany płaszcz. Wyżyma wodę z materiału na tyle ile jest w stanie i rozwiesza ich ubrania na krzewach wokół ogniska.

Najchętniej zdrzemnąłby się nieco, żeby zregenerować siły, bo jest już tak zmęczony, że z trudem zbiera myśli, ale zdaje sobie sprawę, że potrzebują więcej drewna, jeśli mają utrzymać ogień chociaż do poranka. Ostatecznie znajduje w sobie wystarczająco determinacji by rzeczywiście wziąć się do pracy. Traci na to kolejną godzinę, ale przynajmniej nie zamarzną tej nocy.

Harry odpływa w nieświadomość, kiedy Evan jeszcze krząta się wokół tego prowizorycznego obozowiska. Nie ma tego chłopcu za złe, bo i tak wytrzymał dłużej niż się spodziewał.

Kładzie się tuż za nim, by osłonić od zimna jego plecy i obejmuje ramieniem w niemal zaborczym geście.

To nic nie znaczy, zapewnia sam siebie, po czym zapada w płytki niespokojny sen.


Harry budzi się akurat wtedy, gdy Evan suszy coś niewielkiego nad dogasającym ogniem.

Słabo widzi, bo nie ma swoich okularów i zastanawia się czy w ogóle je kiedykolwiek odnajdą. Może porwał je prąd rzeki i są już gdzieś daleko, poza zasięgiem. Nie sądzi, żeby wujostwo kupiło mu nowe, bo już te poprzednie uznali za kosztowny, niepotrzebny wydatek. Tylko czy on wróci do Dursleyów? Teraz, kiedy uciekł z notabene obcym mężczyzną? Czy to znaczy, że od tej chwili będą sami? Czy Evan zostanie jego jedynym opiekunem?

Siada powoli, z trudem. Nadal jest zmęczony i czuje ból, głównie gdzieś w okolicach klatki piersiowej, jakby ktoś wbił mu coś ostrego w tym miejscu. Jak przez mgłę pamięta, że kiedy wczoraj się ocknął, coś trzymało jego serce w lodowatym uścisku i nie chciało puścić. To niewidzialne, wciąż powracające coś, które zdawało się rościć do niego prawo. Wciąż jednak nie czuje strachu, a jedynie dezorientację.

Gardło ma opuchnięte, co sprawia, że nawet przełykanie śliny jest dla niego bolesne. Pokasłuje cicho, zwracając na siebie uwagę mężczyzny.

- O, dobrze, że już wstałeś – mówi Evan, ledwie na niego zerkając. Chowa do kieszeni to, co suszył nad ogniem, po czym wstaje sprężyście z energią, której Harry nie pojmuje, bo sam ledwie jest w stanie poruszać ramionami. Na jego kolanach ląduje zdjęte wczoraj ubranie, już całkiem suche i pachnące dymem z ogniska.

Chłopiec jest zdezorientowany. Nie rozumie dlaczego opiekun zawzięcie unika jego wzroku. – Ubierz się. Nie powinniśmy tu zostawać dłużej niż to konieczne. Aurorzy wciąż mogą nas szukać.

Po chwili wyraźnego wahania pomaga Harry'emu wstać, przeciągnąć przez głowę zarówno koszulkę jak i bluzę, po czym wciska mu w dłoń batonik w pomiętej folii.

- Póki co, musi ci to wystarczyć. Nie mamy nic innego.

Głos Evana jest nieco chłodny, obojętny. Starannie omija chłopca wzrokiem i wyraźnie próbuje nie dotknąć go w żaden sposób, jakby Harry był czymś obrzydliwym, odrażającym. Jakby mógł go czymś zarazić.

Dziwoląg. Demon.

Z trudem wstrzymuje łzy napływające do oczu, spuszczając głowę na swoje drżące dłonie, w których ściska ulubionego batonika. Nagle wcale nie jest głodny.

Może Evan uważa, że Harry jest winny całej tej sytuacji, temu co się wydarzyło. Może żałuje, że go uratował i zabrał ze sobą. Może już planuje, żeby go zwrócić. Jak rzecz, nikomu niepotrzebny śmieć.

Chłopiec wie, że jest problemem, więc nie wspomina nic o tym, co go gnębi. Nie ma prawa głosu. Poza tym, gardło i tak ma zbyt zaciśnięte by mógł wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo.

Właściwie, nie wie nawet co mógłby powiedzieć. Przypomnieć o obietnicach? Ponownie oskarżyć o kłamstwo? Zarzucić, że mężczyzna jest dokładnie taki sam jak jego wujostwo? Że nie powinien był mu zaufać? A może błagać, żeby się zastanowił? Żeby może przemyślał jeszcze raz odesłanie go? Że Harry zrobi wszystko, co zechce, że postara się bardziej?

Nie wie, więc milczy, a kiedy ruszają w drogę nie protestuje chociaż wszystko tak strasznie go boli.


Evan wzdycha cierpiętniczo, kiedy dzieciak potyka się o własne nogi po raz kolejny w ciągu ostatniego kwadransa. Zerka na niego przez ramię, po czym zatrzymuje się i odwraca na pięcie. Chłopiec trzyma się nieco za nim, jakby nie mógł nadążyć, utrzymać tego wcale nieśpiesznego tempa. Wydaje się nieco… rozchwiany. Policzki pokrywają niezdrowe rumieńce, oczy ma mętne, spojrzenie nie całkiem przytomne, a mokre od potu kosmyki lepią się do czoła, przysłaniając sławną bliznę. Mozolnie stawia kolejne kroki, powłócząc nogami jak jakieś zombie.

Harry wzdryga się, kiedy Evan go dotyka. Jest rozpalony jak gardziel smoka.

- Świetnie – podsumowuje zirytowany Rosier, pocierając własne czoło z niegasnącą frustracją. – Po prostu fenomenalnie.

Ten dzieciak wpędzi go do grobu, a potem pewnie ożywi i będzie dręczył nadal aż po kres wieczności. Czyż to nie wspaniała perspektywa?

Wzdycha raz jeszcze, tym razem z rezygnacją, po czym bierze chłopca na ręce tak jak zeszłego dnia.

To tyle, jeśli chodzi o trzymanie się na dystans, myśli ponuro.

Harry wierci się w jego ramionach, próbując się uwolnić.

- Buść bnie, Evad, ja bogę sam – protestuje przez zatkany nos niewyraźnie, głosem tak słabym i odległym, jakby balansował na granicy snu bądź omdlenia.

- Taa – kpi. – Jaaasne.

Ignoruje dzieciaka, wiedząc, że ten szybko się zmęczy tą nierówną, bezcelową walką. I jak zwykle ma rację. Krótką chwilę później Harry przysypia, jego głowa staje się cięższa i bezwładnie spoczywa na ramieniu Rosiera.

Jakieś dwie, może trzy godziny zajmuje mu dotarcie do najbliższej miejscowości. Nie sądzi, żeby był tu kiedykolwiek wcześniej, ale wszystkie mugolskie miasteczka zdają się wyglądać tak samo, więc może się mylić. A jeśli nawet to raczej nikt go nie rozpozna. Chyba, że jakimś pechowym zrządzeniem losu spotka jakiegoś magicznego pobratymca, w co szczerze wątpi, bo wyczerpał już limit swoich nieszczęść na, co najmniej, następne dwa lata. Spotykani na ulicy ludzie patrzą na nich nieprzychylnie, z jakąś taką podejrzliwością. Jeden z mężczyzn nawet przystaje, przyglądając mu się z dziwną uwagą, zmarszczeniem brwi i takim wyrazem twarzy, jakby usilnie próbował coś sobie przypomnieć. Po chwili jednak rusza dalej w sobie tylko znanym kierunku, choć obraca się jeszcze ze dwa czy trzy razy. To mała mieścina, taka, w której zapewne wszyscy doskonale się znają, a oni są przecież obcy, więc może dlatego przyciągają wzrok przechodniów. Nie zamierza się tym przejmować, bo ma na głowie większe zmartwienia niż garstka nieufnych mugoli.

Gospoda, przy której się zatrzymuje, zdecydowanie pamięta lepsze czasy, ale Evan nie może się już doczekać aż zrzuci z ramion bezwładny balast. Chłopiec może wygląda na chucherko, ale swoje waży, więc nic dziwnego, że musieli zrobić po drodze kilka przymusowych postojów na odpoczynek. Przynajmniej dzieciak spał i nie marudził.

Nad wejściem wisi przekrzywiony szyld, tak stary, że odczytanie widniejącego na nim napisu graniczy z niemożliwością. Drewniane drzwi na przyrdzewiałych zawiasach skrzypią irytująco, kiedy je otwiera, a zawieszony nad nimi dzwoneczek informuje właściciela o przybyszach.

W środku budynku jest jednak zaskakująco czysto. Rosier wielokrotnie bywał w znacznie mniej przyjaznych miejscach, więc nie zamierza narzekać.

Kieruje się do lady, co rusz poprawiając chwyt, bo śpiący dzieciak wciąż wyślizguje mu się z rąk.

Stary karczmarz spogląda na niego podejrzliwie spod krzaczastych brwi, siwe włosy wiją się w nieładzie wzdłuż poczciwej, choć pomarszczonej twarzy.

- Potrzebuję pokoju na noc, może dwie – zaczyna Evan, zastanawiając się ile może kosztować ta wątpliwa przyjemność. Nie do końca orientuje się w mugolskiej walucie, choć zdążył nakraść trochę pieniędzy jeszcze przed całą tą niepotrzebną aferą na cmentarzu. – I ciepłego posiłku dla dwóch osób.

- To twój dzieciak? – W głosie mężczyzny pobrzmiewa wyraźne powątpiewanie i Evan chyba nawet rozumie dlaczego. Obaj sfatygowani i brudni, zapewne nie prezentują się najlepiej. Rosier dopiero zaczyna być w pełni świadomy swojego zwisającego smętnie rękawa i braku kilku guzików przy krzywo zapiętym płaszczu. Nie wspominając już o nieprzytomnym chłopcu, którego z trudem utrzymuje, nawet opierając się o ladę. Może wygląda na porywacza albo mordercę, ciężko stwierdzić co staruszkowi przyszło do głowy, kiedy ich zobaczył. Evan wykrzywia wargi w poirytowanym uśmiechu.

- A nie widać? – prycha, układając już w głowie odpowiednią historię. – Wszyscy wokół powtarzają, że to kropka w kropkę cały tatuś, chociaż suka puszczała się na prawo i lewo, więc kto ją tam wie. Jak się dowiedziałem, że mi od lat doprawiała rogi za plecami to się wyniosłem. Szkoda mi było dzieciaka, bo czy mój czy nie to traktuję jak swojego, więc wziąłem go ze sobą. - Twarz gospodarza szybko zmienia wyraz z podejrzliwości na współczucie, którego Evan szczerze nienawidzi i odwinąłby mu za to z dziką ochotą, ale na szczęście ma zajęte ręce, więc stara się po prostu wyglądać na pokrzywdzonego. - Do rodziców go chciałem zabrać, ale ukradli nam bagaż, wpadliśmy do rzeki i ot, cała historia. A teraz mały mi się pochorował, no spójrz, jaki rozpalony. To co z tym pokojem, bo nie ukrywam, że niby chucherko, a ciężki jak cholera.

- Tak, tak, oczywiście – mityguje się mężczyzna od razu tonem o wiele cieplejszym niż jeszcze kilka minut wcześniej. Zabiera jeden z nielicznych kluczy wiszących na ścianie, po czym wychodzi zza kontuaru. Evan próbuje zaprotestować, bo przecież sam świetnie da sobie radę z trafieniem do odpowiedniego pomieszczenia, ale zostaje zbyty krótkim machnięciem ręki. – Spokojnie, wszystko pokażę. I tak nie mamy zbyt wielu gości o tej porze. Chodź, musicie być zmęczeni. Co za przykra historia, no naprawdę – paple, prowadząc ich w górę po wąskich, słabo oświetlonych, drewnianych schodkach. – Biedne dziecko, ale dobrze zrobiłeś. Chłopcu przyda się męski autorytet, zwłaszcza przy takiej matce. Dobrze, że to nie dziewczynka, bo dopiero by było. Wie pan, jak to jest, niedaleko pada jabłko od jabłoni…

Evan przeklina w duchu gadatliwość staruszka i swój własny długi jęzor. Lepiej było się w ogóle nie odzywać. Mógł przecież zamącić dziadkowi w myślach, ale jakoś w pierwszej chwili nawet nie przyszło mu to do głowy.

- To już tutaj. – Mężczyzna krótką chwilę grzebie na oślep w zamku, po czym wreszcie otwiera drzwi, przepuszczając Rosiera przodem. Pokój jest niewielki, zupełnie zwyczajny, ale przyzwoity i całkowicie wystarczający. Oprócz dwóch łóżek, z których jedno mieści się tuż pod skosem, małej komody, kwadratowego stolika i jednego krzesła, nie ma w nim nic więcej, ale przynajmniej okno dachowe, choć małe, wpuszcza do środka całkiem sporo dziennego światła, przyjemnie oświetlając poddasze. – Rozgośćcie się. Może to nie jakieś luksusy, ale jest czysto i ciepło, a tam znajdziecie łazienkę. Myślę, że dzieciakowi dobrze zrobi ciepła kąpiel. – Staruszek wskazuje drzwi po drugiej stronie pomieszczenia, po czym odkłada na stolik klucz od pokoju. - Moja żona jest wspaniałą kucharką. Zaraz powiem dziewczynom, żeby przygotowały wam coś pożywnego to sam pan oceni. Gdybyście czegoś potrzebowali to proszę się nie krępować.

- Będę miał to na uwadze, dziękuję – mówi Evan, siląc się na spokój. Kładzie chłopca na jednym z dwóch pojedynczych łóżek, po czym wzdycha z ulgi. Kiedy się prostuje, jego kręgosłup trzeszczy w proteście. Zerka przez ramię, ale na szczęście gospodarza już nie ma, więc zdejmuje Harry'emu buty, rzucając je na podłogę, po czym skopuje też swoje własne. Ściąga płaszcz, wieszając go na oparciu krzesła, przesuwa dzieciaka bliżej ściany, a sam pada tuż obok na miękki materac, przykrywając ich obu. Nie zna tych ludzi i nie ufa im, więc woli mieć chłopca w zasięgu ręki. Zasypia natychmiast, jak na zawołanie, lecz sen ma płytki i czujny.


Budzi się po niecałej godzinie, ale dokładnie wie gdzie się znajduje. Drzemka była na tyle krótka i niespokojna, że nie zdążył odpłynąć w krainę sennych marzeń. Jest nienaturalnie przytomny, a jego ciało napina się w oczekiwaniu na zagrożenie. Evan nazywa to pajęczym zmysłem. Odbiera różnorakie bodźce we wzmocniony sposób. Czuje, nawet jeśli nie widzi ani nie słyszy. Ktoś się zbliża. Włoski na jego przedramionach stają dęba. Rosier siada powoli, miękko, by prężący się materac nie zaskrzypiał. Skrada się do drzwi, gdy na korytarzu słychać już kroki. Gromadzi w sobie magię, gotowy by zaatakować. Chwyta za klamkę dopiero wtedy, gdy czuje w palcach delikatne mrowienie i...

Ten zapach…

Wspaniała woń gorącego posiłku.

A, rzeczywiście, ten stary coś wspominał, przypomina sobie mgliście. Ramiona opadają, jakby ktoś zdjął z jego ramion niewidzialny ciężar. Przywołuje na twarz najmilszy uśmiech na jaki go stać, po czym otwiera na oścież. Młoda dziewczyna, która akurat przymierzała się do pukania, cofa się gwałtownie ze zduszonym piskiem, a taca, którą trzyma, chwieje się niebezpiecznie, dopóki Evan nie podtrzymuje jej zręcznie z drugiej strony.

- Wybacz – mówi łagodnie, uśmiechając się przepraszająco, kiedy dziewczyna spogląda na niego wyraźnie spłoszona. – Tak mi się wydawało, że słyszałem kroki na schodach, ale nie chciałem cię przestraszyć. Daj, proszę, pomogę ci.

Zabiera tacę z jej roztrzęsionych dłoni, bo potrafi być dżentelmenem, jeśli chce.

- To j-ja, przepraszam – dziewczyna potrząsa głową, a kosmyki ciemnych, kręconych włosów opadają na jej zarumienioną twarz. Ma nie więcej jak szesnaście lat. Szybko bierze się jednak w garść, unosząc głowę wysoko, z godnością. – Po prostu mnie pan zaskoczył. Mam nadzieję, że nic się nie rozlało.

Nie odrywa wzroku od brązowych oczu, żeby spojrzeć na tacę, ale i tak odpowiada.

- Nie martw się, wszystko w jak najlepszym porządku. Jak ci na imię?

Podoba mu się. Lubi ten typ urody, blada cera, w dzikiej, ciemnej, nieokiełznanej oprawie. Kogoś mu ona przypomina.

- Emily, p-proszę pana. Dziadek prosił, żeby zjeść zanim wystygnie.

Mógłby ją uwieść, tak, z pewnością. Niewinne dziewczęta, którym zbyt dobrze patrzy z oczu, lubią takich jak on. Myślą, że mogą ich zmienić, usidlić, a tak naprawdę igrają z ogniem, więc owszem, mógłby. W jakiejś innej rzeczywistości, bo teraz... cóż, bądźmy szczerzy, ma pod opieką dziecko.

Może przygląda jej się trochę zbyt długo, bo dziewczyna porusza się niespokojnie, speszona.

- Mogę jeszcze jakoś pomóc?

A mimo to gdzieś w odległej pamięci majaczy mu jakiś obraz, niewyraźna twarz, z którą wiążą się… uczucia?

Zaraz… co?

Evan mruga zaskoczony, jakby nieoczekiwanie wyrwany z nostalgicznego transu.

- Nie… Dziękuję… Myślę, że mamy już wszystko czego nam trzeba – odpowiada szybko, po czym zatrzaskuje jej drzwi przed nosem.

Co się właśnie stało?

Marszczy nos, czując się nagle nieswojo, wytrącony z równowagi. Wzdryga się lekko, a potem nawet zerka przez ramię, bo przez ułamek sekundy wydaje mu się, że to mrowienie przebiegające po karku to czyjś ciepły oddech. Ma wrażenie, że coś umyka mu po raz kolejny. Wspomnienie zatarte, wyblakłe, a jednak depczące mu po piętach. Przyszłość? Czy raczej jego przeszłość? Sam już nie wie.

Odkłada tacę na stolik, który zaraz potem przesuwa pod samo łóżko. Jest piekielnie głodny, więc wpycha w siebie trochę tłuczonych ziemniaków i kilka tłuściutkich kawałków mięsa nim w ogóle przysiada na skraju materaca.

- Harry, obudź się. – Potrząsa ramieniem chłopca, dopóki nie otrzymuje jakiejkolwiek reakcji. Dzieciak otwiera oczy, spoglądając na niego nieprzytomnie. Pomaga mu usiąść i oprzeć się o wezgłowie łóżka.

- So się sdało? – pyta głosem zniekształconym przez katar.

- Musisz coś zjeść, ale najpierw wysiąkaj nos. – Podaje mu chusteczkę i przygląda się mu uważnie.

Harry wciąż ma niezdrowo zarumienione policzki, rozpalone czoło, a włosy mokre od potu. Niedobrze. A wręcz katastrofalnie, ponieważ kwalifikacje Rosiera na uzdrowiciela są w najlepszym razie mierne. Poza tym sam nawet nie pamięta kiedy ostatni raz chorował i jedyne co w związku z leczeniem przychodzi mu na myśl to eliksir pieprzowy, którego nie posiada.

Chłopiec jest zbyt osłabiony by protestować, więc pozwala Evanowi się nakarmić. Zupa jest gorąca, tłusta i pełna miękkich kawałków jarzyn.

- Gbdzie jezdeśmy? – dopytuje, po przełknięciu kilku pierwszych kęsów.

- To teraz nieistotne. Jedz, nie gadaj. Musisz odzyskać siły. Poza tym masz zatkany nos, więc i tak praktycznie cię nie rozumiem.

Harry wmusza w siebie połowę zupy, odrobinę ziemniaków oraz dwa kawałki mięsa zanim Evan wreszcie uznaje, że to wystarczająco i daje mu spokój, samemu dokańczając posiłek. Pełen nowej energii, wyciera usta chusteczką, zastanawiając się nad tym, co zrobić dalej.

- Dobra – mówi w końcu, poprawiając chłopcu poduszki, żeby mógł się wygodnie położyć. Harry ziewa przeciągle. – Ty się jeszcze prześpij, a ja sprawdzę okolicę i może kupię nam jakieś ubrania, bo zaschnięte błoto na plecach jakoś do mnie nie przemawia. Poproszę właściciela, żeby miał cię na oku. Postaraj się tylko nie wysadzić niczego w powietrze pod moją nieobecność.

W końcu staruszek nie dał mu żadnych powodów do obaw. Dotrzymał danego słowa i póki co się nie wtrącał. A dziewczynie, którą przysłał z jedzeniem, bądź co bądź, dobrze patrzyło z oczu. To po prostu zwyczajni, nieszkodliwi mugole. Dzieciak chwyta go za rękę z zaniepokojeniem wymalowanym na twarzy, jakby rzeczywiście wierzył, że w ten sposób zdoła go zatrzymać. Uścisk jest bardzo słaby, więc Evan bez problemu mógłby się wyrwać. Nie robi tego.

Przysiada natomiast ponownie na materacu, podciągając Harry'emu kołdrę wyżej pod szyję. Odgarnia mu z twarzy zabłąkane kosmyki i pieszczotliwie gładzi policzki chłodnymi palcami. Niepokoi go bijące od niego upiorne gorąco, ale nie daje po sobie poznać, że tak naprawdę nie ma pojęcia co robić.

- Masz moje słowo, że nie odejdę daleko i wrócę zanim się obudzisz.

Chłopiec bije się z myślami, nieprzekonany, ale ostatecznie kiwa głową na zgodę.

- A…

- Tak, poczekam aż zaśniesz – odpowiada na nie zadane jeszcze pytanie, przewracając oczami. To dziecko bywa do bólu przewidywalne. – I zaśpiewam ci naszą piosenkę – dodaje niechętnie, a zmęczony, lecz szczery uśmiech, który otrzymuje w zamian jest wart więcej niż wszelkie kosztowności czarodziejskiego świata.

Pewnego dnia pajączek…


Kiedy wreszcie wychodzi, na zewnątrz jest już dość ciemno i ponuro, choć daleko jeszcze do wieczora. Niebo zasnuwają gęste, ciemne, burzowe chmury i zdaje się, że lada chwila zacznie padać. Nieustannie wzmagający się wiatr hula między domami, zrywając z przerzedzonych koron drzew jesienne liście, rozrzucając po uliczkach co lżejsze przedmioty i zaganiając ludzi do ciepłych, osłoniętych domów. Pogoda w żaden sposób nie nastraja pozytywnie, a wręcz przeciwnie.

Evan owija się ciaśniej swoim sfatygowanym płaszczem, chowając głowę w ramionach. Coś nienaturalnego wisi w powietrzu, ale teraz ma zadanie do wykonania. Idzie naprzód, zdeterminowany, kierując się wskazówkami zaczerpniętymi od karczmarza.

Tym razem nie mija za wielu przechodniów, a ci napotkani zupełnie nie zwracają na niego uwagi. Opatuleni po szyję i z kapturami nasuniętymi na twarz pędzą przed siebie, zapewne marząc by znaleźć się już u swojego celu. Sam Rosier ma ochotę odwrócić się na pięcie i wrócić do ciepłej gospody, ale najpierw musi załatwić to, co trzeba.

Ekspedientka w sklepie odzieżowym ma skwaszoną minę i sprawia wrażenie, jakby jego obecność jedynie ją irytowała. Nie jest też zbyt pomocna, bo siedzi za ladą z głową podpartą na dłoni, patrząc mu uważnie na ręce, jakby co najmniej zamierzał coś ukraść.

Suka.

Evan wie tylko, że chłopiec ma jakieś… sześć lat? A przynajmniej tak mu się wydaje. W każdym razie sięga mu mniej więcej…

- …dotąd? – pyta sam siebie, próbując dłonią wyznaczyć odpowiednią wysokość, gdzieś w okolicach bioder.

Zerka na metki, ale to też niewiele mu mówi. Rozmiarówka dziecięca jest naprawdę dziwna, bo skąd on ma wiedzieć ile ten dzieciak ma wzrostu? Nie chodzi przecież za nim z centymetrem.

W końcu znajduje jakieś bluzki z oznaczeniem „6-7 lat", więc kieruje się tym tropem, znajdując też nieprzewiewną kurtkę i jakieś spodnie, a później również bieliznę. Waha się trochę czy na wszelki wypadek nie wziąć czegoś większego, ale z drugiej strony Harry jest bardzo drobny, a nie chce, żeby ubranie wisiało na nim jak na haku. Wystarczy, że to co do tej pory miał na sobie wyglądało jak mały namiot.

Bierze z półek i wieszaków również kilka rzeczy dla siebie, po czym kieruje się do kasy. Kobieta nieśpiesznie kasuje ubrania, jakby chciała po prostu zrobić mu na złość.

- Zapakować?

- Tak, proszę. – Matka byłaby dumna, że nie wydrapał tej żmii oczu. Zawsze przecież nalegała, żeby zachowywał się uprzejmie.

Ekspedientce wreszcie udaje uporać się z tym jakże trudnym zadaniem, więc podaje mu kwotę do zapłaty i Evan nawet sięga już do kieszeni, kiedy nagle zmienia zdanie. Prostuje się, spoglądając jej prosto w oczy i uśmiecha się złośliwie. Kobieta patrzy na niego z wyczekiwaniem.

- Już zapłaciłem – oznajmia spokojnie, przemykając jednocześnie po wnętrzu jej umysłu. Szybko, zwinnie, umiejętnie. Mugole są tacy nieskomplikowani. Nie potrafią stawiać osłon, a brak jakiejkolwiek magii, która instynktownie mogłaby wspomagać właściciela, tylko wszystko ułatwia. – Jest mi pani jeszcze winna resztę.

Kobieta wydaje się nieco zmieszana, marszczy czoło, jakby z trudem coś sobie przypominała, po czym potrząsa głową.

- A tak, oczywiście, pańska reszta. – Podaje mu odliczoną kwotę. – Musiałam się zamyślić. Bardzo przepraszam.

- Nie ma sprawy – odpowiada Evan, śmiejąc się w duchu do rozpuku. Uwielbia mugoli za tą ich naiwność. Gdyby jeszcze w czarodziejskim świecie wszystko przychodziło tak łatwo to świat byłby piękny. Przynajmniej dla tych, którzy znają się na magii umysłu.

Wychodzi na zewnątrz w znacznie lepszym humorze. Zastanawia się jeszcze czy by nie zajrzeć do mugolskiej apteki, ale, tak szczerze mówiąc, nie sądzi, żeby to cokolwiek pomogło. Harry jest czarodziejem i potrzebuje magomedyka. Nie wiadomo jak jego magia zareagowałaby na jakieś niemagiczne środki, a Evan chyba nie jest w nastroju na dalsze niespodzianki. Do rana chłopcu z pewnością znacznie się poprawi, bo z mocą jaką posiada powinien poczuć się lepiej już lada moment. Wiadomo, że czym silniejszy czarodziej tym szybciej się leczy, w takich sprawach magia pomaga, zwłaszcza u tych najmłodszych, których organizmy wciąż kierują się jeszcze instynktem przetrwania. A jeśli nie…

Cóż, poczeka i zobaczy jak się sytuacja w rozwinie, a w międzyczasie z pewnością wymyśli jakieś awaryjne opcje.

Zadowolony z siebie wraca do gospody z nadzieją na coś ciepłego do picia, najlepiej herbatę doprawioną czymś wysokoprocentowym. Na samą myśl aż mu się zatęskniło za szklaneczką starej, dobrej Ognistej Whisky.

Jak już wszystko wróci do normalności to sprezentuje sobie całą butelkę, stwierdza w duchu.

Wchodzi do środka bez dalszej zwłoki, a irytujący dzwoneczek rozbrzmiewa dopóki drzwi nie zatrzaskują się za nim z hukiem. Jednak to nie wina przeciągu ani wiatru hulającego na zewnątrz. To magia. Czuje ją w powietrzu, więc upuszcza torby na ziemię, uskakując w bok na sekundę przed tym jak zaklęcie rozbija się o framugę gdzieś na wysokości jego głowy. Z boku kontuaru wystają nogi skąpane w kałuży krwi. Evan widział już dzisiaj te buty.

Niech to szlag.

W ostatniej chwili kryje się za ladą tuż obok nieboszczyka, a kolejny czar trafia w ustawione w równym rządku szklanki, rozpryskując szkło w drobny mak. Dwa kolejne odrywają spory kawałek blatu.

- Wybacz staruszku, takie życie. Nie znasz dnia ani godziny – dyszy, pochylając się nad ciałem by zabrać zawieszone u jego pasa ostre, kuchenne noże. Biedaczek, pewnie nawet nie wiedział co się dzieje.

- Wyłaź, tchórzliwy psie! – woła donośnie obcy, raczej mu nieznany głos. – Pokaż się, no dalej, Rosier! Wiem, że to ty. Wyjdź i niech spotka cię sprawiedliwość.