Rozdział 14

— Peter. Peter. Obudź się.

Peter przetarł oczy. Widok na miasto przez odległe okna nadal w większości był pogrążony w półmroku i chciałby spać nieco dłużej, ale ręka Steve'a spoczywająca na jego ramieniu, zachęcała go do wstania.

— Co jest? — zapytał niewyraźnie.

— To Hammer — powiedział Steve i Peter szybko oprzytomniał. — Musisz założyć kostium. — Peter przełknął nerwowo, ale przytaknął i pozwolił, żeby Steve pomógł mu wstać. — Uciekł ze szpitala godzinę temu — wyjaśnił, prowadząc Petera do pralni, gdzie suszył się jego kostium. — Podczas ucieczki zranił pielęgniarkę, policjanta i dwóch mężczyzn na parkingu. Coś mu się stało, Peter. Mówią, że zadał pielęgniarce oparzenia drugiego stopnia jedynie jej dotykając, a potem wyskoczył przez okno z szóstego piętra.

Peter spojrzał na niego zmieszany.

— Co?

Steve potrząsnął głową.

— Wiem. Zakładam, że nie widziałeś u niego czegoś takiego, kiedy go schwytałeś.

Steve odwrócił się i Peterowi zajęło chwilę, aby uświadomić sobie, że powinien się przebrać.

— Nie — powiedział głupio Peter. Rzucił szlafrok na pralkę i lekko zarumienił się, gdy zdjął bokserki. — Nie. Nie był nawet żadnym przeciwnikiem dla Osborna. To co mówisz,brzmi niewiarygodnie.

— Agent Callow znajdujący się w budynku Oscorp poinformował, że udało im się dostać do zawalonej windy. Znaleźli torbę, ale nic w niej nie było.

— Torba… — Peter ścisnął kostium w kilku różnych miejscach, aby upewnić się, że wysechł, a potem założył go. — Hammer miał przy sobie torbę, kiedy opuszczał apartament — powiedział. — Nie miał jej przy sobie, gdy uciekał szybowcem. Musiał ją dostać od Osborna, ale nie chciał mi powiedzieć, co w niej było.

— Możliwe, że mimo wszystko właściwie wykorzystali moją krew — mruknął Steve.

Peter spojrzał na odwróconego do niego plecami Steve'a. Pomyślał o doktorze Connorsie i pewnym algorytmie i dokładnie wiedział, co musiał czuć Steve.

— Czy wiemy, gdzie on jest?

— FBI zgubiło go. Myślą, że ukrywa się, ponieważ na ulicach nie ma po nim śladu. Ale w tym momencie nic nie wiemy. Jest duża szansa, że…

— Przyjedzie tutaj — dokończył Peter.

Zadrżał, a potem poczuł się zniesmaczony sobą. Wciąż jest tylko człowiekiem — powiedział sobie, kończąc ubierać kostium. Nie jest gorszy od Osborna czy doktora Connorsa, ani… — Znowu zerknął na Steve'a. Razem się tym zajmiemy. Możemy go pokonać.

Wygładził spandeks na piersi. Dzięki Bogu pranie usunęło plamy, ale nadal czuł wszystkie zadrapania i szorstkie miejsca. Nacisk na jego skórze ponownie przypomniał mu o siniakach i bólu mięśni. Spojrzał na swoje dłonie, przypominając sobie krew na nich. Nie wiedział dlaczego, ale to go przerażało i to uczucie powodowało, że jeszcze bardziej wariował.

Steve znów stanął przed nim.

— Powiedziałem, że jesteś teraz częścią tego zespołu i mówiłem poważnie — zakomunikował. — To się nie zmieni, nawet jeśli zdecydujesz się nie uczestniczyć w tej akcji.

Peter przygryzł wargę, nienawidząc tego, jak było to kuszące. Ale wiedział lepiej.

— Jak mogę, skoro zmierza w tę stronę? Jestem w to uwikłany, nie mogę się teraz wycofać. — Znalazł niedaleko od siebie swoje sieciowody i wymienił w nich naboje. Po chwili wahania zapytał: — A co z Bruce'em?

— Stark jest teraz z nim na górze. Powiedział, że gdyby Hammer wstrzyknął sobie jakąś odmianę serum super żołnierza, to możemy potrzebować go albo potrzebować… — Steve wyglądał, jakby próbował się nie skrzywić. — Czy chcesz być tam, kiedy się obudzi?

Peter był zdenerwowany.

— Nie wiem — przyznał. — To znaczy, chcę tam być. Ale Bruce i ja nigdy tak naprawdę nie rozmawialiśmy o… jego drugiej połowie. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy przyniesie to więcej szkody niż pożytku, jeśli…

Urwał, niepewny i mając nadzieję, że Steve'owi mimo wszystko nie wymknie się „A nie mówiłem". Ku jego uldze, Steve po prostu wyprowadził go z pralni.

— Zostań więc ze mną — powiedział. Wręczył Peterowi nowy komunikator, który nastolatek włożył do ucha. — Stark poradzi sobie z tym i możesz porozmawiać o tym, kiedy ty i doktor Banner będziecie na to gotowi.

— W porządku.

Peter wziął głęboki oddech i poszedł za nim z powrotem na korytarz, z maską zaciśniętą w dłoniach.

OoO

Bruce obudził się z pulsującą głową i okropnym posmakiem na języku. Kiedy otworzył oczy, pokój pojawiał się i zniknął przechodząc od ponurej plamy do oślepiających punkcików światła. Jego ręce wydawały się ogromne i ciężkie. Kaszląc i prychając, próbował usiąść.

— Spokojnie — powiedział Tony, a kiedy nacisnął na klatkę piersiową Bruce'a, ten bez narzekania ponownie opadł na plecy. — Wiem, jak teraz odczuwasz swoją głowę. Masz. — Wcisnął w ręce Bruce'a szklankę.

— Co…? — Benny podniósł szklankę do góry i napił się, rozlewając trochę wody. Była przyjemnie zimna, więc przycisnął dno szklanki do czoła w nadziei, że to złagodzi ból głowy. — Tony. Co się stało?

Tony przykucnął obok niego i dopiero wtedy Bruce zdał sobie sprawę, że znajdował się na kanapie w swoim salonie, przykryty jedynie prześcieradłem. Kiedy twarz Tony'ego wyostrzyła się w jego polu widzenia, poważny wyraz jego twarzy, który przybrał, doprowadził Bruce'a do szału.

— Ile pamiętasz?

Bruce spiął się. Wiedział, co to oznaczało. Jego myśli, które powróciły do zdarzeń poprzedzających jego przebudzenie, były plamą koloru i gorąca.

— Pamiętam… walkę ze Steve'em — przyznał, a wstyd pogorszył obrzydliwy smak w jego ustach. Kiedy odsunął od czoła w połowie opróżnioną szklankę, Tony zabrał ją od niego. — O mój Boże — powiedział, pocierając twarz. — Podano mi środek uspokajający?

— Tak. — Tony bardzo się starał, żeby brzmieć na obojętnego. — Ale nikogo nie skrzywdziłeś. Dość szybko cię znarkotyzowano.

Bruce zacisnął mocno oczy. Coś go kłuło w głębi umysłu, więc sięgnął po to, próbując sobie przypomnieć wcześniejsze zdarzenia. Wspomnienie spotkania ze Steve'em i ten okropny wyraz rozczarowania na jego twarzy, który go irytował.

— Chyba powinienem podziękować za to JARVISOWI — wymamrotał.

Tony zawahał się i to wystarczyło. W tej krótkiej chwili ciszy Bruce przypomniał sobie, jak Peter wpadł do środka przez okno. Ciepło na jego dłoniach, gdy ocierał się o kostium i ciężki oddech Petera na jego szyi. Walczył ze Steve'em i wrócił do pokoju, a Peter tam był.

Bruce poderwał się.

— Gdzie jest Peter?

— Czuje się dobrze — powiedział natychmiast Tony, jakby na to czekał. — Nic mu nie jest, Bruce.

Ale Bruce wiedział lepiej. Patrzył na swoje dłonie i czuł przebłyski emocji jakie odczuwał podczas swojego krótkiego czasu jako Hulk — nie falę gniewu i satysfakcji, do których był przyzwyczajony, ale wstyd i wstręt. Nawet jego druga połowa była przerażona tym, co się stało. Kiedy ponownie zamknął oczy, był pewien, że słyszał ból w głosie Petera.

— Gdzie on jest? — zażądał.

Tony odchylił się i niechętnie wyjawił prawdę.

— Na dole ze Steve'em. Po prostu uspokój się, Bruce. Nie jest…

Do tego czasu Bruce był już na nogach. Ignorując swoją nagość, wybiegł na korytarz do drzwi sypialni, które otworzył. Nie był przygotowany na to, co znalazł. Rama łóżka była zniekształcona, wyglądając, jakby została wrzucona do prasy na większe śmieci. Wyobraził sobie Petera na tym wraku i niemal zwymiotował.

— Bruce — powiedział Tony.

Mówił coś jeszcze, ale Bruce nie słyszał go. Wpatrywał się w łóżko, usiłując przypomnieć sobie wcześniejsze wydarzenia, ale docierało do niego tylko echo śmiechu Petera przy swoim uchu. Kiedy to się stało, leżeli razem w łóżku. Spełnił się jego najgorszy koszmar.

Panika popchnęła Bruce'a do przodu. Jego oddech był krótki i szybki, kiedy podszedł do szuflad, odnajdując w nich spodnie i świeżą koszulę. Nawet gdy był już ubrany w przypadkowe ubrania, nadal wyciągał inne, rzucając na blat biurka. Wyciągnął swoją starą torbę z szafy.

— Co robisz?

Bruce zaczął wpychać ubrania do torby.

— A jak to wygląda?

— Hej, chwileczkę. Nie wariuj…

Dotknął ramienia Bruce'a, który odsunął się gwałtownie.

— Nie dotykaj mnie — powiedział, naprawdę tak uważając. Jego umysł wciąż był zamglony. Bolała go głowa, powodując okropny szum pod skórą, a nawet przy narkotykach utrzymujących się w jego organizmie wiedział, że nie zajmie mu wiele czasu, aby ponownie stracić kontrolę. — Nie, Tony.

Tony cofnął się z szacunkiem, ale nie przestał mówić.

— Bruce, uspokój się na chwilę, dobrze? Wiem, jak to wygląda, ale cokolwiek się tutaj stało, z dzieciakiem wszystko jest w porządku.

— Nie… — Kolana Bruce'a ugięły się i chwycił jedną ręką biurko, żeby utrzymać równowagę. — Nie rozumiesz — powiedział, przecierając knykciami zamknięte oczy. — Mogłem go zabić.

— Ale tego nie zrobiłeś. Nawet nie… Czy tylko ja mam tutaj poczucie déjà vu? — Kiedy Bruce wznowił swoje pospieszne pakowanie, Tony przeszedł do innej części pokoju, gdzie mógł nadal widzieć twarz Bruce'a. — Przestań wkładać rzeczy do torby. Obaj wiemy, że nigdzie się nie wybierasz.

— Nie powinno mnie tu być — powiedział pod nosem Bruce, zakładając buty. Wepchnął porozrzucany sprzęt medyczny do skórzanej torby, a następnie włożył ją do plecaka. — Wiedziałem, że to się w końcu wydarzy… nie mogę tego zrobić. Nie mogę…

Trząsł się. Spojrzał z powrotem na łóżko, pozwalając, by ogarnął go strach i gorycz. Zastanawiał się, czy mógłby stać się pająkiem. Próbował wyobrazić sobie Hulka zrodzonego ze strachu zamiast wściekłości i poczuł, jak takie stworzenie pulsuje wzdłuż jego ciała. Zawładnął nim strach i to on wypędził go z sypialni i skierował korytarzem w stronę windy.

— Musisz to przemyśleć — zawołał ścigający go Tony. — Co zamierzasz zrobić, Bruce? Gdzie się wybierzesz? Ucieczka niczego nie zmieni.

— Brak ucieczki również niczego nie zmieni — odparł Bruce. Dotarł do windy, a potem zrezygnował. JARVIS nie zamierzał go zabrać tam dokąd Tony nie chciałby jechać. Zamiast tego wybrał schody.

— Jesteśmy na dziewięćdziesiątym piętrze — przypomniał mu Tony.

— Zostaw mnie w spokoju, Tony.

— Jezu, musisz być taki… — Tony szedł za nim, a kiedy Bruce dotarł na niższe piętro, zeskoczył z ostatnich dwóch stopni i złapał Bruce'a za ramię, zatrzymując go. — Posłuchaj, właśnie przeszedł przez te drzwi — powiedział, wskazując na nie. — Daj sobie pięć minut i porozmawiaj z nim.

Bruce potrząsnął głową. Mógł powiedzieć tylko „żegnam" i wiedział, że nie będzie w stanie tego zrobić. Tony skrzywił się z frustracji, mówiąc:

— Więc zamierzasz wyjść i koniec? Nie sądzisz, że jesteś mu winien coś więcej?

— Wiem, co mu zawdzięczam! — Bruce warknął i uwolnił się z jego uścisku. — Nie mogę… — Kontynuował schodzenie po schodach, chociaż jego nogi były jak z waty. — Nie mogę mu spłacić tego, co jestem mu winien.

Tony kontynuował podążanie za nim, a kiedy minęli kolejne piętro, spróbował ponownie.

— Okej, dobrze. Ale jeśli będę musiał cię ścigać po sześciu tuzinach pięter, to sam zmienię się w Hulka. — Zeskoczył z kilku stopni, by wyprzedzić Bruce'a i stanął przed nim. — Proszę, czy możemy skorzystać z windy?

Bruce wiedział, że była to pułapka, ale był jeszcze bardziej pewny, że nie zdoła przedostać się do holu w żaden inny sposób. Pozwolił Tony'emu poprowadzić się przez puste mieszkanie znajdujące się pod piętrem Steve'a, do windy. Jakaś jego część chciała otworzyć konsolę windy i zaprogramować ją, żeby Tony nie mógł go uwięzić w środku. Myśl o zamknięciu w metalowej puszcze i oddychaniu własnym zatrutym powietrzem przyprawiała go o zawroty głowy. Na szczęście, kiedy znaleźli się w środku, Tony powiedział JARVISOWI, żeby zabrał ich do holu.

— Bruce — powiedział Tony, gdy zaczęli zjeżdżać w dół. — Mów do mnie.

Bruce osunął się na ścianę. Czuł, że jego skóra wibrowało, jakby wieża zamykała się wokół niego, ciężka, drwiąca i błagająca, żeby ją zburzył. Zwykle po zamianie w Hulka czuł się przynajmniej nasycony, złość ustępowała miejsca wstydowi, a czasem uldze, ale tym razem tak nie było. Gniew wciąż mu towarzyszył, wgryzając się w płuca. Cały ten gniew był skierowany na niego samego i mógł eksplodować.

— Kiedy pierwszy raz się przemieniłem, Betty tam była — powiedział.

Tony oparł się o przeciwległą ścianę.

— Wiem.

— Skrzywdziłem ją. — To wspomnienie sprawiało mu ból. — Złamałem jej ramię. Złamałem gniazdo oczodołowe. Byłem bliski zabicia jej.

— To był wypadek – powiedział Tony, ale Bruce już kręcił głową.

— Generał Ross pokazał mi kiedyś materiał filmowy — powiedział Bruce. — Myślał, że zobaczenie tego, do czego jestem zdolny, przekona mnie do poddania się. To nie zadziałało. — Przełknął. — Jedynie, o czym mogłem pomyśleć, to noc przed wypadkiem. Pokłóciliśmy się w sprawie programu i o jej ojca…. — Nie mógł po raz drugi przeżywać takich emocji. Przetarł twarzy, starając się nie dać im przytłoczyć.

Tony podszedł bliżej.

— Wiem, że sądzisz, iż nie rozumiem — powiedział. — I może tak jest. Ale wiem, jak to jest, kiedy ludzi, na których ci zależy, są w niebezpieczeństwie z twojego powodu. Rozmawialiśmy o tym z Pepper kilkakrotnie. I za każdym razem twierdzi to samo. — Czekał, aż Bruce podniesie głowę, żeby dokończyć. — „Zaufaj mi na tyle, by wiedzieć, że mogę sama o sobie decydować".

— Pepper nie jest nastolatkiem — powiedział Bruce.

— Czasami… okej, nie, rzecz jasna nie jest. Ale mimo wszystko, daj spokój. Nie musisz teraz z nim rozmawiać, ale przynajmniej wróć na górę i daj sobie chwilę na ochłonięcie.

Bruce odwrócił wzrok.

— Czy w ogóle chcę sobie wyobrazić, co mówi mu teraz Steve?

— Zapomnij o Steve'ie… pieprzyć Steve'a.

— Nie. Miał rację. — Bruce obserwował licznik, który pokazywał mijane piętra. — Byłem samolubny. Peter przeszedł przez piekło, a ja tylko wszystko pogarszam. — Jego kostki pobielały, gdy zacisnął dłoń na paskach swojej torby. — Nie rozumiesz. Nawet gdyby Pepper była w niebezpieczeństwa, to nie ty, nie twoje ciało, raniłoby ją.

Tony zmarszczył brwi. Odwrócił wzrok i Bruce zastanawiał się, czy istniała jakaś historia, o której nie wiedział.

— Ludzie ranią się nawzajem — powiedział Tony. — Z zaangażowanym Hulkiem, lub bez. To się nazywa bycie w związku.

— Nie próbuj tego tak upraszczać… wiesz, że jest inaczej.

Dotarli do holu i Tony zatrzymał ich przy zamkniętych drzwiach, tak jak Bruce wiedział, że to zrobi.

— Jeśli naprawdę martwisz się, że jesteś samolubny, to spójrz na siebie – powiedział, a jego frustracja w końcu ukazała się w pełni. — Wszyscy przeszliśmy dziś przez piekło, a to jeszcze nie koniec. Nie możesz nas zostawić.

Bruce mógł wiele powiedzieć na ten temat, ale widok dłoni Tony'ego na panelu, świadomość, że był uwieziony, sprawiła, że potwór w nim był jeszcze bardziej niespokojny.

— Tony, wypuść mnie.

— Hammer uciekł — powiedział Tony, a włosy na ramionach Bruce'a stanęły. — Wstrzyknął sobie coś i będziemy potrzebować twojej pomocy.

— Co? — Bruce potrząsnął głową. — Nie… przecież uwięzili Hammera.

— Ta, cóż najwyraźniej nie zgadzał się na zaistniałą sytuację. — Pochylił się bliżej i Bruce, czując się głupio, spiął się automatycznie. — Nie mogę opuścić wieży. Fury trzyma mnie w jakimś bzdurnym areszcie domowym. Dopóki nie wyjaśnimy całej tej sytuacji, ja i moja zbroja jesteśmy bezużyteczni. Będę potrzebował teraz twojej pomocy. Peter również będzie cię potrzebował.

Bruce ponownie potrząsnął głową. Nie był w żaden sposób przygotowany na to, by na nim polegać.

— Wypuść mnie — powiedział ponownie. Szumiało mu w uszach i nie chciał już więcej słyszeć. — Tony, otwórz drzwi.

— Nie, dopóki…

— Nie… wystarczy! — Bruce zarzucił torbę na ramię i zepchnął dłoń Tony'ego z panelu i sam wcisnął guzik. — Mam dość tego, że wszyscy mówicie mi, co powinienem zrobić – powiedział, gdy drzwi w końcu się otworzyły.— Po prostu nie… po prostu trzymaj się z daleka!

Wpadł do holu i zszokowany zdał sobie sprawę, że był w nim po raz pierwszy — używał prywatnego parkingu Tony'ego, gdy te kilka razy opuścił wieżę lub wszedł do niej. Miejsce było niesamowicie puste z wyjątkiem dodatkowej ochrony. Ich schludne mundury wprawiły Bruce'a w konsternację bardziej niż kiedykolwiek. Nie miał pojęcia, co zrobi ani dokąd pójdzie, ale musiał się stąd wydostać. Próbując zignorował gapiących się na niego ochroniarzy, ruszył zdecydowanym krokiem w stronę frontowych drzwi.

Tony wciąż podążał za nim.

— Proszę, powiedz mi, że nie wychodzisz tędy.

— Skończyłem z tym — powiedział Bruce, nie oglądając się za siebie. Patrzył na dwóch mężczyzn stojących po obu stronach obrotowych drzwi. Zauważając, jaką uwagę mu poświęcali. — Jeśli muszę pojechać nowojorską taksówką na stację, to właśnie to zrobię.

— Jeśli jesteś tak zdeterminowany by uciec, to przynajmniej bądź przy tym mądry — powiedział Tony, który zdążył już się z nim zrównać . — Pozwól, że wyprowadzę cię tyłem, że tak powiem.

Bruce zatrząsł się.

— Abyś spróbował uwięzić mnie w innej windzie?

Tony przewrócił oczami.

— Jezu, Bruce, tylko dlatego, że śpisz z nastolatkiem, nie oznacza to, że możesz się tak zachowywać.

Bruce odwrócił się do niego, ale wtedy ochroniarz znalazł się przy nim, dotykając jego ramienia. Poczuł wściekłość. Jego desperacja była wszechogarniająca i chciał poczuć kości między palcami. Zanim zdążył zaczerpnąć tchu, Tony był przy nim, zachęcając mężczyznę do wycofania się.

— W porządku — powiedział Tony i Bruce mógł odgadnąć, jak musiała wyglądać jego własna twarz, sądząc po ostrożnym spojrzeniu Tony'ego. — Wszystko jest w porządku … Puść go.

Bruce przepchnął się obok nich, minął obrotowe drzwi, przeszedł przez normalne drzwi znajdujące się obok nich i opuścił budynek. Miał ochotę biec, wręcz nastawił się na to, ale zamiast szerokiej, otwartej drogi, natrafił na ścianę ludzi. Światła zabłysły przed jego zmęczonymi oczami, a obcy przepychali się, by zbliżyć się do niego ze wszystkich stron. Prasa — zupełnie zapomniał o prasie. Tłum stał się jeszcze bardziej nachalny, gdy za nim pojawił się Tony. Noc spędzona na długim oczekiwaniu spowodowała, że reporterzy byli niespokojni. Wszyscy natychmiast zaczęli wykrzykiwać pytania, a ich głosy mieszały się i stawały się niezrozumiałe.

— Zejdźcie mi z drogi! — warknął Bruce, ale nikt go nie słyszał, a co dopiero posłuchał. Przecisnął się obok mikrofonów i kamer, a nacisk ich ciał przyprawiał go o mdłości. Czuł się jak tchórz i nie dbał o to. Pomyślał, że tak łatwo byłoby ich odrzucić, ich skóra rozrywałaby się pod paznokciami, ich czaszki pękałyby pod stopami. Zastanawiał się, ile śmierci zadowoli potwora w nim. Kiedy pięć palców zacisnęło się z tyłu jego koszuli, w pierwszej chwili pomyślał , że to Peter a panika zajęła miejsce gniewu. Odwrócił się, oszalały i przestraszony. — Trzymaj się ode mnie z daleka!

Metalowy przedmiot znalazł się blisko jego ucha. Bruce rozpoznałby ten dźwięk wszędzie i zamarł, zdrętwiały od zamieszania wokół niego. Do skroni została przyciśnięta chłodna lufa.

— Los — powiedział Justin Hammer — mi sprzyja. Zgadzasz się z tym, doktorze Bancroft? — Bruce wstrzymał oddech i spojrzał. Hammer zakradł się między dziennikarzy, ubrany w kurtkę prasową, z bejsbolówką naciągniętą na twarz. — A może mogę nazywać cię Bruce? — powiedział, poprawiając chwyt na sześciostrzałowym rewolwerze, który trzymał przy głowie Bruce'a.

Otaczający mężczyźni i kobiety powoli ich zauważali. Dopiero gdy Tony zamilkł, zobaczyli broń. Potem Tony odepchnął ich, wzywając wszystkich, by nie zgrywali bohaterów.

— Nie masz pojęcia, co robisz — powiedział Bruce zupełnie bez ruchu, gdy ochrona Wieży w końcu zwróciła uwagę na zaistniałą sytuację i zaczęła przepychać się przez tłum.

Zanim którykolwiek z nich zdążył okrążyć Hammera, jedna z ekip filmowych porzuciła swój sprzęt na rzecz pistoletów i zajęła pozycje obronne, tworząc krąg wokół Hammera.

— Nie. Mam to — powiedział Hammer. Jego pożółkła twarz lśniła od potu, a oczy były szkliste. Miał niespokojne spojrzenie. Oblizał usta i skrzywił się. — Myślałem, że będę musiał przeprowadzić szturm na Wieżę, ale oto jesteś, a Anthony z tobą. W końcu to mój szczęśliwy dzień.

— Wszyscy zamknijcie się, do diabła — warknął Tony do reporterów.

Hammer zaśmiał się. Jego głos był ochrypły i lepki.

— Tak, cofnijcie się i zamknijcie — triumfował Hammer. — Ale nie przestawajcie robić zdjęć. To będzie niezłe przedstawienie.

— Hammer. — Tony podkradł się bliżej. — Odłóż tą pieprzoną broń. Nie wiesz, co się stanie?

— Och, wiem. — Napotkał spojrzenie Bruce'a, który zadrżał. — Też jesteś tego świadomy, Bruce? Co się stanie, jeśli pociągnę za spust? — Zgiął palec. — Czy oni wiedzą? Wątpię, by widzieli materiał filmowy. Powiedz im. — Jego uśmiech był uśmiechem szaleńca. — Czy wielki zielony facet zmiażdży ich jak galaretkę? Albo zdmuchnie głowy niczym dmuchawce?

Bruce wbił paznokcie w dłonie i musiał mocno walczyć, żeby nie wyobrażać sobie tego.

— Czy naprawdę tego chcesz? — zapytał. — Po wszystkich twoich małych sztuczkach, chcesz jednej cholernej rozróby?

Hammer ponownie oblizał wargi.

— Może. — Jego spojrzenie przesunęło się na bok. — Jak to działa? Czy całkowicie straciłbyś kontrolę? Czy on — przechylił głowę — przeżyłby to?

Bruce przełknął ślinę i był na tyle mądry, by nie spojrzeć w danym kierunku.

— Nie — powiedział cicho i chociaż dzieliło ich jeszcze kilka kroków, poczuł, jak Tony przesuwał się dalej.

Otaczały ich kamery. Bruce'owi wydawało się, że słyszał, jak jeden z reporterów zapowiadał relację z wydarzenia. Ochroniarze wymienili spojrzenia i jeden z nich zaczął mówić do krótkofalówki. Nikt nie wiedział, co robić, a potem Hammer znowu przemówił:

— W takim razie tak — powiedział, pocierając kciukiem rączkę pistoletu. — Tego naprawdę chcę.

— Nie dożyjesz, żeby to zobaczyć — ostrzegł go Bruce. Upuścił torbę i odwrócił się, lufa pistoletu przesunęła się po jego skórze i wylądowała na czole. — Zrób to, a umrzesz pierwszy. Złamię każdą kość w twoim ciele.

Uśmiech Hammera stał się szerszy, ukazując zęby. Jego oczy zwęziły się.

— Zapytaj mnie, czy mnie to obchodzi — odpowiedział.

Bruce poczuł chłód i patrząc na uśmiechniętą twarz Hammera ponad pistoletem, odniósł przelotne wrażenie, że patrzy na siebie. Znał desperację. Przypomniał sobie, jak to było, gdy ręce trzęsły się wokół uścisku ze śmiercią. Widział w Hammerze prowadzącą do szaleństwa rezygnację, która kiedyś go ogarnęła. Nie chodziło o to, że chciał umrzeć, po prostu nie wiedział, jakie może być inne zakończenie.

— Zrób to — powiedział Bruce, zanim zorientował się, co chce powiedzieć. Jakaś jego szalona część chciała, aby Hammer podjął właśnie taką decyzję, kiedy trząsł się trzymając broń. — Jeśli masz zamiar to zrobić, to miejmy to już za sobą.

— Justin, poczekaj — wtrącił się Tony, manewrując obok Bruce'a. — Jeśli chodzi tutaj o mnie, to już kurwa mnie zastrzel, w porządku? Dość tej głupoty. Skieruj broń tutaj.

Hammer drgnął i wyglądało na to, że ten pomysł go kusi. Bruce zesztywniał. Był już tak mocno napięty, że nie miało znaczenia, kogo postrzeli Hammer. Był pewien, że w momencie wystrzału, on również by wybuchł. Chciał żeby zabrzmiał strzał. Ale wtedy wzrok Hammera został przyciągnięty przez coś za nim i jego uśmiech zniknął. Odsunął się.

— Stark — powiedział. — Wejdź do vana.

Tony zamrugał.

— Jakiego vana?

Jeden z ludzi Hammera wysunął się naprzód i złapał Tony'ego za koszulkę, ciągnąc go chodnikiem. Ochrona Wieży natychmiast ruszyła za nim, ale Hammer nakazał im zatrzymać się, a Tony poparł jego słowa. Coś stwardniało w spojrzeniu Hammera, ale Bruce nie rozumiał dlaczego, dopóki reporterzy nie zaczęli szeptać i patrzeć na Wieżę. Coś wylądowało między nimi i usłyszał, jak ktoś zawołał:

— Bruce!

Zbladł. Dopiero wtedy poczuł jakikolwiek strach przed wycelowaną w niego bronią i spojrzał na Hammera; wszystkie jego wcześniejsze prośby kompletnie się zmieniły. Bruce nie mógł stwierdzić, czy Hammer zrozumiał jak zmieniła się sytuacja, ale złapał Bruce'a za kołnierz i pociągnął go w stronę krawężnika.

— Nie myśl, że nie zrobię tego teraz — ostrzegł go Hammer, gdy jedna z furgonetek telewizyjnych otworzyła za nim drzwi, a inny mężczyzna z pistoletem wciągnął Tony'ego do środka.

— Bruce!

Peter przedzierał się przez tłum. Dopiero, gdy został wepchnięty do furgonetki, Bruce obejrzał się, a jego nerwy były w strzępach na widok Petera w kostiumie, próbującego się do nich przedostać. Ze wszystkich rzeczy, które mógłby teraz powiedzieć, najbardziej chciał przeprosić. Nie miał nawet szansy złapać oddechu, bo wtedy Hammer odsunął od niego broń i wycelował w Petera.

— Nie każ mi tego robić, dzieciaku — powiedział.

Peter nie zatrzymał się. Uniósł nadgarstki, mając zamiar wystrzelić pajęczynę, ale palec Hammera był już na spuście. To było zbyt wiele. Myśl o Peterze zmierzającym prosto w sytuację, gdzie zostanie zastrzelony sprawiła, że zmysły Bruce'a przestały funkcjonować i rzucił się do przodu. Nie udało mu się nic zrobić, zanim najemnicy go złapali. Dwóch z nich wciągnęło go do środka przez boczne drzwi furgonetki. Szarpał się w ich uścisku, czując jak mięśnie napinały się pod skórą, ale Hammer był poza jego zasięgiem, a Peter wciąż zmierzał w jego stronę.

Coś płaskiego i okrągłego zawirowało nad głowami tłumu, odsuwając Hammera z drogi. Metal uderzył w ramę furgonetki i wbił się w nią niemal do połowy. Hammer z przekleństwem wskoczył do pojazdu i złapał klamkę. Kiedy mężczyźni weszli do środka, a silnik został uruchomiony, Hammer na oślep strzelił w tłum.

Huk wystrzału rozbrzmiewał w uszach Bruce'a. Zobaczył, jak Peter odskoczył, ciało odziane w czerwono-niebieski kostium znalazło się bezpiecznie z dala od linii ognia, po tym jak Hammer zatrzasnął drzwi furgonetki, ale to nie pomogło. Jego ciało zwinęło się i podskoczył, odrzucając mężczyzn od siebie. Zacisnął dłonie na gardle Hammera, przewracając go na podłogę. Kiedy furgonetka ruszyła z piskiem opon, Bruce całą swoją siłę i ciężar skupił na palcach wokół szyi Hammera.

Powinien był poczuć pęknięcie kręgosłupa Hammera. Czekał na skurcz mięśni, zapadającą się tchawicę. Hammer szarpał się pod nim, gdy mężczyźni poruszali się i krzyczeli. Twarz Hammera była poplamiona i zarumieniona, oczy wytrzeszczone, ale nie umierał.

— Puść go albo strzelam! — powiedział jeden z mężczyzn.

Bruce warknął, nie myśląc logicznie. Chciał żeby strzelił, ale potem usłyszał jak Tony mówi do najemnika:

— Zastrzel go tutaj, a wszyscy umrzemy — powiedział. — Musisz się wycofać.

Bruce obnażył zęby, kiedy Hammer zakrztusił się i zaczął łapać go za nadgarstki. Próbował powiedzieć Tony'emu, żeby się odsunął, ponieważ było już za późno, ale wtedy Tony przysunął się do niego.

— Bruce – powiedział Tony owijając ramiona wokół szyi Bruce'a. — Bruce, musisz przestać. Nadal tam jest… jeśli chcesz, żeby był bezpieczny, nie możesz tego teraz zrobić.

Bruce zadrżał i próbował się odsunąć, ale Tony trzymał go tylko mocniej, aż nie widział i nie słyszał nic oprócz Tony'ego, który mówił blisko jego ucha. – Bruce, proszę, musisz przestać. Wiem, że możesz.

Bruce wziął głęboki oddech i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak wielkie są jego płuca, jak szeroka klatka piersiowa wokół nich. Tony był mały i chudy, a szyja Hammera była za krótka na wszystkie jego palce. Zobaczył siebie jakby z oddali i wyobraził sobie ręce Steve'a poruszające się na jego dłoniach, chwytające go za nadgarstki. Zamknął oczy i zanim puścił, wyobraził sobie, jak Steve usuwał nienaturalny kolor z jego skóry.

Najemnik ponownie pojawił się przed nim, odciągając Hammera. Bruce rozluźnił się i dopiero wtedy, gdy jego ciało skurczyło się, zdał sobie sprawę, jak daleko zaszła jego transformacja. Tony pchnął go na plecy, zakrył uszy i pochylił się nad nim, odcinając go od najemników i Hammera, który krztusił się przy ścianie. Furgonetka podskoczyła i przyspieszyła.

— Bruce. — Tony nachylił się nad nim bardziej. — Powiedz mi, że wszystko będzie dobrze.

Bruce zacisnął ręce na koszuli Tony'ego i był wdzięczny za stabilność. Z każdym oddechem wracał do siebie.

— Tony — westchnął. — Dlaczego w ogóle mnie uspokajasz?

— Ponieważ nie chcę, żeby moja głowa została zdmuchnięta niczym dmuchawiec. — Tony poklepał go z czułością po policzku i ramieniu. — Nie ruszaj się. Poradzimy sobie.

Bruce otworzył oczy. W tym momencie Hammer siedział już samodzielnie i dotykał swojej szyi. Nie był nawet posiniaczony. Bruce poczuł, jak bestia w nim drży ze złości.

— Nie będę w stanie długo tego wytrzymać — szepnął. — To skończy się… źle.

— Wiem. — Tony pomógł mu usiąść i razem stanęli naprzeciw Hammera. — Po prostu trzymaj się w kupie, tak długo jak możesz.

OoO

Kiedy furgonetka odjechała, ciało Petera przeszło na autopilota. Wskoczył na najbliższą furgonetkę telewizyjną i wystrzelił pajęczynę w odległy budynek, wykorzystując ten niewielki rozpęd, który musiał wykonać, by udać się w pościg. Ponieważ słońce dopiero wstało, ruch uliczny był niewielki, ale na drodze było już wystarczająco dużo samochodów, żeby uciekająca furgonetka nie mogła odjechać daleko. Bez problemów ją dogonił.

Tarcza Steve'a wciąż była wbita w bok samochodu. Peter zeskoczył w dół, używając więcej niż jednego pasma pajęczyny, aby kontrolować kąt i prędkość na tyle dobrze, że wylądował bezdźwięcznie na wypalonej tarczy. Gdy upewnił się, że dobrze się trzyma, wziął głęboki oddech. Nie możesz tak po prostu wtargnąć do furgonetki — powiedział sobie. Jeśli cię zobaczą i zaczną strzelać, to Bruce… Stłumił wspomnienie dzikiego spojrzenia Bruce'a, gdy został odciągnięty przez najemników. Nie ryzykuj. Nie wiesz, co tam się dzieje.

Jego komunikator brzęczał przez chwilę, gdy połączenie zostało nawiązane.

— Spider-Man — powiedział Steve. — Ścigasz ich? Jestem tuż za tobą.

Peter odwrócił się, ale nie widział niczego poza porannymi kierowcami skręcającymi w ślad za uciekającą furgonetką.

— Nie widzę cię.

— Trzymam się poza widokiem. Nie chcemy dawać Hammerowi pretekstu, by grozić Banner'owi bardziej niż to robił. Rozumiesz? Nie angażuj się.

— Wiem. — Peter przylgnął do tylnego rogu furgonetki, upewniając się, że był poza zasięgiem lusterek. Nie jechali wystarczająco chaotycznie jak na przestępców z bohaterem na dachu, a przynajmniej tak mu się wydawało. — Tylko ich śledzę. Chciałbym tylko wiedzieć, co się dzieje…

Nie słyszał żadnego ze słów zamienionych na zewnątrz Wieży, ale widział ich twarze. Chłodną determinację Hammera i zimną panikę Bruce'a. Obaj weszli do furgonetki, a Tony bezradnie wlókł się za nimi. Wiedział, że Bruce był bezpieczny — Hulk był niezniszczalny — ale wiedział jeszcze lepiej, co przede wszystkim wypędziło Bruce'a z Wieży i jakie brzemię by niósł, gdyby został zmuszony do ponownej przemiany.

Furgonetka skręciła ostro i Peter musiał położyć ręce na dachu, aby nie zostać zrzuconym. Para policyjnych radiowozów jechała w ich stronę, a kiedy dogoniły vana, ten ponownie skręcił, a jego tył uderzył w zaparkowaną ciężarówkę.

— Kapitanie — powiedział Peter, rozpłaszczając się na pojeździe. — Są tutaj policjanci. Nie możesz im powiedzieć, żeby się wycofali? Nie możemy walczyć na ulicy.

— Zajmuję się tym — powiedział dyrektor Fury, dołączając nagle do rozmowy. — Nasz ptaszek jest w powietrzu z agentką Romanoff i leci w twoją stronę. Obaj musicie być sprytni. Nie możemy wypuścić Hulka na Manhattanie.

Peter skrzywił się, słysząc, jak mówił w ten sposób o Bruce'ie, ale nie było czasu na dyskusję.

— Tak, proszę pana — powiedział.

— Pamiętaj, Stark jest bezbronny. Najpierw go stamtąd wyciągnij. Jeśli wszystko pójdzie w diabły i skończymy z Hulkiem, spróbuj dostać się do rzeki. Przynajmniej tam będzie nam łatwiej cię wspierać.

— Postaramy się do tego nie dopuścić, proszę pana — powiedział Steve.

Samochody policyjne wyłączyły syreny. Peter patrzył, jak zwalniają i nie był pewien, czy poczuł ulgę czy wręcz odwrotnie. Brak wiedzy o tym, gdzie za nim był Steve, sprawiał że czuł się samotny. Po prostu trzymaj się, Bruce — pomyślał, skupiając się na głębokim oddychaniu, gdy furgonetka skręciła na zachód. Znajdę sposób, żeby cię z tego wydostać.