Syriusz obudził się bladym świtem z ciałem zlepionym potem i oddechem rwącym od wstrzymywanego szlochu. Jak prawie co noc koszmary dręczyły go okrutnie, nie pozwalając na chwilę spokoju nawet podczas snu. W panice przylgnął mocniej do śpiącego tuż obok Remusa. Ciepło żywego ciała i uczucie serca bijącego w powoli unoszącej się klatce piersiowej pozwolił mu na odepniecie nadciągającego ataku.
Ciepła, poznaczona bliznami i plamami dłoń owinęła się wokół jego palców.
– Dzień dobry. – Remus nigdy nie pytał, nigdy nie drążył. Wiedział jak bardzo koszmary i wspomnienia prześladują Syriusza, ale nigdy nie żąda od niego, by mu się zwierzył. Zawsze był, gotów wysłuchać i zaoferować pocieszenie, bliskość drugiego człowieka, a Syriusz nie prosił o nic więcej. Wiedział, że nie ma do tego prawa.
Chcąc odwrócić uwagę Lunatyka zacieśnił uścisk wokół piersi mężczyzny i przyciągnął go bliżej siebie. Mysie kosmyki otarły się o jego nos przynosząc falę przyjemnego, czekoladowego zapachu. Zmrużył oczy i zaciągnął się mocniej. Pod przykryciem szamponu ukrywał się sam Remus. Pergamin, farby i atrament. To był jego Lunatyk. Ten sam płochliwy dzieciach, który przesiadywał w oknach Hogwartu ze szkicownikiem rysując panoramę szkolnych ogrodów. Ten sam, który bez słowa opatrywał Syriusza w Hogwart Ekspresie, kiedy tylko byli z dala od świdrującego spojrzenia Waburgi Black. Ten sam, który odnalazł go w szpitalu, trzymał za rękę, gdy spadł lekarski wyrok. Ten sam, który oddał dla niego tyle ze swojego życia.
Remus poruszył się w jego objęciach, próbując, na próżno, poluzować uścisk. Wreszcie po chwili zmagań udało mu się odwrócić twarzą do Blacka.
– Jeszcze chwila i pomyślałbym, że chcesz mnie zgnieść. – Zielone oczy błyszczały ciepłem i niewypowiedzianą czułością. W półmroku sypialni jego uśmiech był ledwo widoczny. To była ta krótka chwila, ich mała bańka w której mogli zamknąć się z daleka od okrutnego, przerażającego świata. Kilka minut, w których Syriusz mógł udawać, że wszystko jest w porządku i całego jego życie nie stało się prywatnym piekłem. Piekłem do którego wciągnął niewinnych ludzi.
I jak każda bańka, ta również musiała pęknąć, rozpryskując się dookoła i zalewając Blacka zimną rzeczywistością.
– Powinniśmy wstać. – Remus po raz kolejny starał się wyplątać z duszącego uścisku. – Mam rano spotkanie z panem Lovegood, po wyjeździe Luny średnio radzi sobie ze sklepem i zaoferował mi dorywczą pracę.
Syriusz wiedział. Pamiętał jak Remus cieszył się z tej propozycji. Lunatyk nie lubił być zamknięty w mrocznym, depresyjnym domu na Grimmauld Place. Nie dziwił mu się, Syriusz również tego nienawidził, okazywał to każdą cząstką swojej istoty. Chciałby się stąd wynieść, przenieść do małego, drewnianego domku z dala od miasta, z dala od ludzi, gdzie nie musiałby panikować na samą myśl przekroczenia progu. Gdzie mogliby kupić psa, którego wymarzyli sobie jeszcze w szkole… Kiedy byli z nimi James i Lily.
A jednak na samą myśl, że miałby sprzedać rodzinny dom i nigdy więcej go nie oglądać, coś przewracało mu się w żołądku. Nienawidził tego miejsca całym sercem, tak jak nienawidził swoich rodziców i całej reszty swojej popieprzonej rodziny. Ale to był również dom Regulusa. Dom, w którym dorastali, dom w którym przeżyli najgorsze chwile swojego życia, dom który ich do siebie zbliżył i dom, który ostatecznie ich rozdzielił. Dom, który odebrał u jedynego członka rodziny, którego potrafił naprawdę kochać.
Pamiętał jak siedzieli na schodach kamienicy, kiedy otrzymał list z Hogwartu. Pamiętał jak obiecał mu, że zawsze zostanie jego bratem, zawsze będzie mógł na niego liczyć i zawsze pomorze mu, kiedy będzie tego potrzebował.
A później, zgodnie ze swoim życzeniem, trafił do Gryffindoru i wszystko trafił szlag.
Rodzice wzięli sobie za punkt honoru wyplenienie z niego tej dziwaczności – dzikiej, gryfońskiej zarazy, która nie pasowała do idealnego obrazu szlachetnej rodziny Blacków. Odsunął się od Regulusa, nie chcąc, by jego mały braciszek niechcący oberwał rykoszetem złości, którą sprowadził na siebie Syriusz. Pamiętał godziny spędzone nad klawiaturą fortepianu, kiedy w swojej upartej głupocie odmawiał dotknięcia choćby jednego klawisza.
Kochał muzykę, ale całym sobą odmawiał zrobienia czegokolwiek, czego wymagałaby jego matka. Zamiast fortepianu, czy jakiegokolwiek instrumentu smyczkowego, ukochał sobie gitarę. Plebejską, głośną i niegodną gitarę. Gitarę, którą Remus starannie przyozdobił rysunkami psa, wilka, szczura i jelenia. Tę samą gitarę, na której grywał Regulusowi, kiedy rodzice opuszczali dom i zostawiali ich pod opieką starego, naburmuszonego i oschłego lokaja. Tę samą gitarę, którą jego matka roztrzaskała w drzazgi, kiedy uciekał z domu.
Gitarę, której odłamek znalazł kilka lat później w sypialni swojego nieżyjącego brata trzymany w pudełku z przyborami do rysunku, jak najcenniejszy skarb.
Pogrzeb pamiętał jak przez mgłę. James pojechał razem z nim. Obejmował otępiałego, drżącego Syriusza, który potrafił myśleć jedynie o tym, że jego mały braciszek jest chowany do ziemi i zakopywany. Zimny, martwy. Nigdy więcej nie zobaczy małego, smutnego uśmiechu. Nigdy więcej nie poczuje tych patykowatych ramion owijających się wokół jego talii.
Regulus miał zaledwie osiemnaście, kiedy odebrał sobie życie. Osiemnaście lat, podczas których ich rodzina nie pozwoliła mu na zaznanie choćby odrobiny szczęścia. Ciągłe oczekiwania, ciągła presja, krytyka i ani grama pochwały. Cały czas było zbyt mało, cały czas, coś było nie tak.
Syriusz rozumiał, dlaczego Regulus popadł w szaleństwo.
– Syriusz? – Tym razem wiedział, że naprawdę zmartwił Remusa. Ciepła ręka spoczęła na jego policzku. Zamknął oczy ufnie wtulając w nią policzek. Chciał odpocząć jeszcze chwilę, zapomnień na jeszcze moment, godzinę, dzień, wieczność.
– Jeszcze pięć minut Luni… – jęknął, naciągając kołdrę na głowę. Miał nadzieję, że Lunatyk odpuści, nie będzie pytał, zostawi go samego, by mógł w spokoju zebrać siły i przynajmniej udawać, że robić coś więcej niż egzystuje przez cały dzień.
– Zrobię nam śniadanie, a później przyjdę ci pomóc, dobrze? – Delikatny dotyk zniknął i już po chwili Syriusz został sam w sypialni. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak zimne wydawało się pomieszczenie bez kojącej obecności Remusa. Pokój przeszedł gruntowane zmiany od kiedy musiał zamienić się w sypialnię. Stara tapeta jako pierwsza została zdarta i spalona. Jako następne spłonęły zasłony, które tylko cudem nie stały się wylęgarnią moli. Ale nawet zmiana kolorystyki na beżową, cieplejszą i bardziej przytulną, obwieszenie ścian szkicami i obrazami Remusa i kupienie łóżka, które mniej przypominałoby łoże w zamku Draculi, na niewiele się zdały. Syriusz wciąż pamiętał, wciąż miał w głowie obrazy pomieszczenia, gdzie kiedyś z dumą wisiał rodzinny gobelin z którego jego matka wypaliła go ze chwili zawahania.
Drżał pod ciepłą kołdrą nie potrafiąc utrzymać ciepła wewnątrz ciała. Dom był jak trucizna, od lat wsączająca się w jego umysł i rozrywająca na strzępy. Był więzieniem i karą, którą sam na siebie nałożył. Karą za zamordowanie tylu ważnych dla siebie osób.
Regulus.
James.
Lily.
Nawet Harry był teraz w niebezpieczeństwie, a wszystko dla tego, że Syriusz sprowadzał pecha. Był jak Barghest, Ponurak z legend. Omen Śmierci. Kroczyła tuż za jego plecami odbierając każdego na kim mu zależało. Powinien się odsunąć, odejść i nie narażać tej małej namiastki rodziny, która mu została. Ale nie potrafił, za bardzo przerażała go samotność, zimno i ból, który czuł za każdym razem, gdy zostawał sam.
Nigdy nikomu tego nie powiedział, ani lekarzom, ani Remusowi. To uczucie było przerażające. Niemal mógł sobie wyobrazić postacie o bladych, skostniałych dłoniach, czarnych szatach, podobnych do śmierci, krążących wokół niego. Zimno było wszędzie, otaczało go z każdej strony. Strach, ból samotność, wszystko to przychodziło w jednej chwili, a on mógł jedynie zwinąć się na łóżku i mocniej owinąć kołdrą jęcząc i rzężąc cicho. Czuł jakby ktoś wyciągał z niego każdą skrzętnie zbieraną uncję szczęścia, jakby powoli wydzierano mu duszę z ciała, pozostawiając jedynie pustą, złamaną skorupę.
– Syriusz! – Ciepło wróciło. Drżące ramiona owinęły się wokół niego, zapach czekolady pochłonął umysł. Remus tu był. Nie był już sam. Zimno odeszło, postacie zniknęły z pola widzenia. Znowu był bezpieczny. Znowu miał przy sobie ciepłe, bijące serce.
Zacisnął dłonie na puchatej, grubej piżamie Lunatyka.
– Jesteś tutaj – wyszeptał.
– Jestem. – Odpowiedź była niewiele głośniejsza od westchnienia. – Jestem i nigdy cię nie zostawię, pamiętaj o tym. Pamiętaj, nie ważne co się stanie.
– Przepraszam.
– Nie masz za co.
– Przepraszam…
Ten rozdział nie jest ładny... Przepraszam was za to bardzo gorąco, ale mimo wszystko musiał się ukazać. Przepraszam też, że jest tak "ubogi" w opisy. Syriusz jest tutaj dość specyficzną postacią i jak mogliście zauważyć ma lepsze i gorsze dni. Pamiętajcie, że tak jak w kanonie przeżył 12 lat w Azkabanie, tak tutaj również ma nie mały problem. Tragiczne dzieciństwo, wypadek, kalectwo, poczucie winy... To nigdy nie powinno być ładne i niestety działa nie tylko na samego Syriusza, ale też na Remusa, który nim się opiekuje.
Napiszcie mi co o tym myślicie. I wszystkiego dobrego z okazji Dziadów!
