XI
Harry, Hermiona i Ron mieli spotkać się we trójkę, ale ten ostatni został zmuszony przez Molly do wzięcia udziału w rodzinnym obiedzie u ciotki Muriel. Potter i Granger długo spacerowali po Hogsmeade, starając się nie wspominać ani słowem o śmierciożercach i urządzonym przez nich polowaniu.
— Wejdziemy na chwilę do Miodowego Królestwa? — Chłopak skręcił w uliczkę, przy której znajdowała się cukiernia. — Chciałem kupić coś dla mamy.
Czarownica przytaknęła i ruszyła za nim.
— Nadal nie mogę przyzwyczaić się do tego, że ją masz.
— A ja wprost przeciwnie. Nie trudno przyzwyczaić się do tego, że ma się mamę. Zwłaszcza tak wspaniałą — w jego głosie słychać było radość i dumę.
— Kiedy pojawiła się w Muszelce, byłam przekonana, że będziesz czuł się w jej obecności nieswojo — przyznała. — Wiem, że jest twoją mamą, ale tak naprawdę nigdy nie mieliście okazji się poznać.
Chłopak przystanął, więc zrobiła to samo.
— Tak ci się wydaje, bo zawsze miałaś przy sobie kochających rodziców. A ja przez kilkanaście lat zasypiałem i budziłem się, marząc o tym, aby kogoś takiego mieć — teraz jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Mówił spoglądając gdzieś w dal. — Patrzyłem jak ciotka i wuj opiekują się Dudleyem i pragnąłem doświadczyć takiej samej troski, ale wiedziałem, że to niemożliwe.
Wspominając dzieciństwo spędzone u ciotki zawsze czuł ból, który wbrew temu co mówi popularne przysłowie, z biegiem czasu wcale nie stawał się coraz mniejszy. Być może Dumbledore miał rację i istnieją rany zbyt głębokie, by się mogły zabliźnić*?
— Hermiono, ja naprawdę doceniam to, że mam was — zwrócił się ku przyjaciółce, gdy poczuł jej dłoń na swoim ramieniu. Tak bardzo zależało mu, aby to wiedziała. — Ginny, ciebie, Rona… Ale to nie ten sam rodzaj miłości.
— Wiem, Harry. Nie musisz się przede mną tłumaczyć.
— Byłem pewien, że nigdy nie doświadczę miłości rodzicielskiej. Tak, miałem świadomość tego, że mama bardzo mnie kochała, bo oddała za mnie życie, ale nie znałem jej dotyku, czułości… Była tylko postacią z opowieści. Duchem. Aż w pewnym momencie pojawiła się jako prawdziwa, żywa osoba.
Hermiona chciała powiedzieć, że rozumie, ale nie byłoby to szczere. Jak mogła rozumieć, co znaczy wychowywać się bez prawdziwej miłości, jeżeli zawsze miała przy sobie troskliwych rodziców? Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jaki wpływ na psychikę Harry'ego miał brak mamy i taty, choć już wcześniej dostrzegła, że przyjaciel wręcz lgnie do ludzi, którzy okazali mu trochę czułości.
— Cieszę się, że ją odzyskałeś. I zazdroszczę ci, że mimo tak długiej rozłąki, jesteście ze sobą tak blisko.
Lily powiedziała mu niedawno, że jedną z najpiękniejszych rzeczy w wieloletniej przyjaźni jest umiejętność czytania z wyrazu twarzy drugiej osoby i rozumienia gestów, które dla innych pozostają niedostrzegalne. Miała rację, a on od razu zauważył smutek w oczach Hermiony.
— Coś nie tak z twoimi rodzicami?
— Wszystko u nich dobrze, ale… — umilkła na moment, szukając właściwych słów. — Moja mama nosi soczewki. Od ponad dwóch lat, a ja w ogóle tego nie zauważyłam. Z tatą potrafiliśmy kiedyś rozmawiać całymi godzinami o głupotach, a teraz spędzamy czas milcząc lub mówiąc o pogodzie. A kiedy wspominają moje dzieciństwo, mam wrażenie jakby mówili o kimś niemal obcym.
— Może powinnaś być teraz z nimi? Nadrobić jakoś ten stracony czas?
Pokręciła głową.
— Kiedy byłam w Australii ciągle myślałam o tym, co dzieje się tutaj i oni to widzieli. Może nie potrafię już żyć w mugolskim świecie?
Chciał powiedzieć coś mądrego, ale miał w głowie kompletną pustkę, dlatego tylko objął przyjaciółkę ramieniem. Chwilę później weszli do cukierni.
Po spotkaniu z Hermioną Harry wrócił do Hogwartu. Był głodny, lecz zamiast na obiad udał się do pracowni eliksirów, gdzie według Horacego miał przebywać Snape. Byli obecnie na etapie niewchodzenia sobie w drogę. Severus odpowiadał na przywitanie Harry'ego tonem zbliżonym do czegoś, co w jego przypadku prawdopodobnie można uznać za ton neutralny, a to według chłopaka było pewnym postępem. Jednak jego niespodziewana wizyta w pracowni najwyraźniej nie spodobała się nauczycielowi.
— Czego chcesz, Potter? — warknął zamiast dzień dobry.
Niezniechęcony tym przywitaniem wyjął z kieszeni egzemplarz Eliksirów dla zaawansowanych. Dziwnym zrządzeniem losu książka przetrwała w zniszczonym Pokoju Życzeń i podczas prac remontowych ponownie trafiła w jego ręce.
— Przyszedłem, żeby to panu oddać — odparł.
Severus spojrzał na niego podejrzliwie.
— Przestały ci się podobać moje zaklęcia, Potter?
Przed oczami Harry'ego stanął obraz wykrwawiającego się Draco. Do dziś nie mógł wybaczyć sobie użycia zaklęcia, którego znaczenia nie znał i serce waliło mu na myśl, że Snape mógł nie przybyć wtedy na czas.
— Nie wiedziałem, że to pana własność.
— Ale wiedziałeś, że nie należy do ciebie — przypomniał ostrym tonem, wyszarpując książkę z jego ręki.
Przez krótki moment Harry rozważał przeprosiny, ale patrząc na nauczyciela, który wyglądał jak drapieżnik gotowy do ataku, postanowił zakończyć tę wizytę. Zdążył już nawet poinformować o tym Snape'a, który wydawał się zadowolony z takiego obrotu sprawy, kiedy jego uwagę przyciągnął unoszący się w powietrzu zapach. Zerknął na kociołek, z którego unosiła się para i chociaż nie widział jego zawartości, to był pewien, iż woń wydobywa się właśnie stamtąd.
— Nie wiedziałem, że to pana własność.
Zaraz potem usłyszał ironiczny głos Snape'a.
— Oczekujesz odprowadzenia cię do drzwi?
Pokręcił głową.
— Zamyśliłem się — odparł krótko. — Do widzenia.
Odwrócił się i pośpiesznie opuścił pomieszczenie, nie chcąc dawać mu więcej powodów do złośliwych uwag. Ta wizyta i tak przyniosła więcej efektów, niż oczekiwał.
Severus Snape o Potterze starał się w ogóle nie myśleć. Jeżeli chciał być blisko Lily, aby ją chronić, to musiał nauczyć się go tolerować, lecz wydawało mu się to równie niewykonalne jak próba uwarzenia eliksiru w Tiarze Przydziału. Fakt, że chłopak w żaden sposób nie próbował nastawić swojej matki przeciw niemu, jak również jego zachowanie po zwycięstwie nad Voldemortem, zdawały się nie mieć większego znaczenia. Severus wiedział, że James na miejscu Harry'ego szybko wykorzystałby swoją popularność i na każdym kroku podkreślał, że to on uratował czarodziejski świat. W pewnym momencie — ale tylko przez kilka sekund — przeszło mu przez myśl, że Albus Dumbledore miał rację i pod względem charakteru Harry bardziej przypomina Lily niż Jamesa. Jednak zaraz potem Snape przypomniał sobie, że Potter wciąż wygląda jak kopia swojego głupiego ojca i jest typowym przykładem irytującego Gryfona. Na dodatek smarkacz poznał jego najbardziej intymne sekrety i, jakby tego było mało, nie zachował tej wiedzy dla siebie, wystawiając go na pośmiewisko! Kiedy wczorajszego wieczoru złożył mu niespodziewaną wizytę, ledwie powstrzymał się przed natychmiastowym wyrzuceniem go za drzwi.
Niedzielne popołudnie czarodziej spędzał w swojej sypialni, czytając jedną z lektur przechowywanych na co dzień w dziale ksiąg zakazanych, dlatego gdy usłyszał pukanie do drzwi, bez wahania je zignorował. Ku własnemu zaskoczeniu, nie zdołał spławić w ten sposób nieproszonego gościa.
— Severusie, jesteś tam? — dobiegł do niego znajomy głos. — To ja, Lily.
To wystarczyło, aby dłużej nie zwlekał z otwarciem. Czarownica przywitała się z nim z uśmiechem na twarzy, lecz mimo to odniósł wrażenie, że rozpoczęcie rozmowy sprawia jej pewną trudność.
— Przyszłam, żeby ci podziękować — wyjaśniła. — Wiem, że to ty przygotowujesz eliksir, który podaje mi Poppy.
Otworzył usta, żeby spytać czy dowiedziała się tego od samej pielęgniarki, lecz właśnie w tym momencie skojarzył jej odkrycie z wizytą Pottera w pracowni eliksirów.
— Pani Pomfrey powiedziała mi, jak trudno zdobyć składniki potrzebne do jego przyrządzenia. To w tym celu wyjechałeś, prawda?
— Nie musisz dziękować. — Pozostawił jej pytanie bez odpowiedzi. — To przeze mnie jesteś w tym stanie.
Z wyrazu jej twarzy wyczytał, że nie spodziewała się usłyszeć takich słów.
— Mieliśmy do tego nie wracać, Sev.
Po raz pierwszy od swojego powrotu nazwała go w ten sposób i przez moment był przekonany, że się przesłyszał.
— Pomyślałam, że moglibyśmy pójść na spacer, jeżeli nie jesteś zajęty.
Jestem — chciał odpowiedzieć zgodnie z prawdą oraz tym, co podpowiadał mu instynkt samozachowawczy, ale jakaś inna siła sprawiła, że dyskretnie schował książkę i odparł:
— Nie jestem.
— W takim razie chodźmy.
Wyszedł z pokoju i zamknął drzwi zaklęciem, ciągle zastanawiając się nad słusznością swojej decyzji.
Szli blisko siebie, początkowo nic nie mówiąc. Dopiero po dotarciu do sali wejściowej czarownica zdecydowała się rozpocząć rozmowę.
— Cicho tu dziś. Chyba wszyscy zdecydowali się na weekend poza Hogwartem.
— A ty nie myślałaś o tym, żeby gdzieś pojechać z… Harrym? — Nazwanie chłopaka po imieniu sprawiło mu pewną trudność.
Opuścili zamek i wyszli na błonia. Choć była druga połowa czerwca, dzień nie był szczególnie upalny, głównie za sprawą wiejącego od północnego zachodu rześkiego wiatru
— Może wybierzmy się na jakieś krótkie wakacje, kiedy w pełni odzyskam moc. Gdzieś niedaleko. Amazonię zostawię sobie na inną okazję.
— Chyba żartujesz? — Przystanął i spojrzał w zielone oczy z nadzieją, że znajdzie tam potwierdzenie swoich słów. — Jeszcze ci nie przeszło?
— Pomyśl tylko. Dzika przyroda, rdzenni Indianie, rejs łódką po Amazonce…
Chciał wspomnieć coś o jadowitych pająkach, wygłodniałych aligatorach i dwunożnych miłośnikach ludzkiego mięsa, a tym bardziej o praktykowanej przez tamtejsze ludy formie magii, ale z rozmarzonym uśmiechem i błyskiem w oku wyglądała tak magnetycznie, że nie był w stanie jej przerwać. W tej chwili znów była radosną nastolatką, z którą wspinał się po drzewach i wymykał na spacery po Zakazanym Lesie. Nie mógł oprzeć się pragnieniu dotknięcia jej twarzy. Wprawdzie otrzeźwienie przyszło sekundę po tym, jak zaczął unosić ku niej dłoń, ale i tak zdążyła dostrzec i zrozumieć ten ruch.
— W porządku. Dotknij mnie. — Chwyciła jego drżącą rękę i położyła na swoim policzku.
Skóra była miękka i ciepła, zupełnie inna niż u tej martwej kobiety, której dotykał w swych sennych koszmarach. Jak mógł przeżyć tyle lat, nie widząc jej uśmiechniętej twarzy?
— Zdecydowałeś już czy zostaniesz w Hogwarcie po wakacjach? — spytała swoim łagodnym głosem.
— Zależy, jak potoczy się sytuacja. — Zabrał rękę z jej twarzy, jakby mimo otrzymanego przyzwolenia uważał, że robi coś złego. — A ty planujesz zostać tu na dłużej?
Ruszyli dalej. W odpowiedzi na jego pytanie wzruszyła ramionami.
— Nie wiem czy zdołam znaleźć inne zajęcie. Kiedy kończyliśmy szkołę, marzyłam o… — urwała w pół zdania.
— O otwarciu apteki — dokończył. — Myślałaś o tym już wcześniej, jeszcze kiedy…
Teraz to on nie dokończył wypowiedzi. Udała, że tego nie zauważyła.
— Chyba nie mam już na to szans. — Ciągle się uśmiechała, ale w jej oczach dostrzegł smutek. — Nie jestem na bieżąco z materiałem. Wielu rzeczy zapomniałam, a ponadto w ciągu ostatnich dwóch dekad w dziedzinie eliksirów leczniczych nastąpił intensywny rozwój.
— Nie aż tak wielki, żebyś nie zdołała nadrobić zaległości. Horacy na pewno chętnie udzieli ci lekcji i… — jakiś wewnętrzny głos rozkazywał mu nie mówić nic więcej, ale kolejny raz go zignorował — ja też.
Tym razem to ona przystanęła i przez kilka sekund przyglądała mu się uważnie. Był tak ciekaw o czym myśli, że ledwie powstrzymał się przed zajrzeniem w głąb jej umysłu.
— Myślisz, że moglibyśmy… tak jak kiedyś? — zapytała.
— A ty tego chcesz?
— Tak Sev.
Choć marzył o takiej chwili od dnia, w którym pod portretem Grubej Damy zakończyła ich przyjaźń, to teraz nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Lily jednak na to nie czekała, tylko uśmiechnęła się do niego w sposób, w jaki robiła to, kiedy przyszedł jej do głowy kolejny szalony pomysł.
— Zacznijmy od razu. Tak jak kiedyś, kto pierwszy do tamtej sosny.
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, ruszyła biegiem w kierunku oddalonego o sto metrów drzewa, zostawiając go w tyle.
Woń przypalonego ciasta wypełniała już całą chatkę Hagrida, ale sam gajowy zdawał się w ogóle jej nie czuć. O tym, że warto zajrzeć do piekarnika, przekonała go dopiero Lily, która właśnie zjawiła się w domu olbrzyma z wieczorną wizytą.
— To słodkie bułeczki. Upiekłem specjalnie dla ciebie — powiedział z dumą, wcale nie śpiesząc się z otwarciem piecyka. — Rozgość się.
Czarownica odczuła pewną ulgę na myśl, że są jeszcze na tym świecie osoby, które radzą sobie z wypiekami gorzej niż ona. Gdyby tylko ta świadomość mogła sprawić, że deser, który za chwilę zaserwuje Hagrid, będzie łatwiejszy do skonsumowania…
Zajęła miejsce przy stole i od razu rzuciła jej się w oczy leżąca na nim gruba książka.
— Wielka Księga Absolwentów Hogwartu. Lata 1901-2000 — przeczytała na głos wypisany złotymi literami tytuł. — Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje.
— McGonagall pozwoliła mi ją pożyczyć na parę dni. — Hagrid przekładał bułeczki na tacę, wyraźnie zadowolony z ich wyglądu. — Łezka się w oku kręci, jak przypominam sobie twarze tych wszystkich dzieciaków. Chyba robię się sentymentalny na starość.
— Nie jesteś jeszcze taki, stary Hagridzie.
— Jestem, Lily. Jestem…
Parujące wypieki trafiły na stół i tak jak sądziła Lily, wcale nie prezentowały się zbyt apetycznie. Mimo to od razu przełożyła jedną sztukę na swój talerzyk, parząc się w przy tym delikatnie w palce. Hagrid poszedł wstawić wodę na herbatę, a czarownica zaczęła przeglądać szkolną kronikę, która w momencie jej przyjścia była otwarta na roku 1949. Gdyby obok fotografii nie zamieszczono imion i nazwisk absolwentów, nigdy nie rozpoznałaby wśród nich paru osób, które poznała w późniejszym okresie ich życia. Kiedy Rubeus postawił przed nią kubek z parującym napojem, była już przy roczniku 1951. Szybko zatrzymała wzrok na fotografii jednego z Krukonów, którego drobna twarz wydawała jej się znajoma.
— Znalazłaś coś ciekawego, Lily? — zainteresował się Hagrid.
Tak dobrze pamiętała te duże, okrągłe oczy i ciemne, kręcone włosy.
— Decimus Humphries.
Nagle wszystko zaczęło składać się w logiczną całość. Dwa światy, o których mówiła Eve, to dziwne uczucie, że między nią a sąsiadką jest jakaś więź, a nawet specjalny rodzaj whisky, o którym wspomniała kobieta, teraz stały się dla Lily w pełni zrozumiałe. Decimus był czarodziejem, dlatego Eve wie o istnieniu magii.
— Decimus, zdolny chłopak. Szkoda, że nie zdążyłaś go poznać.
— Poznałam za to kogoś, kto był z nim blisko związany. Nie miałam wtedy pojęcia o tym, że ten chłopak był czarodziejem.
— Biedactwo. — Wyraz twarzy Hagrida zmienił się. — Zmarł na smoczą ospę tak jak rodzice Jamesa. Ale był od nich młodszy, dużo młodszy.
— Opowiesz mi o nim? — spytała, sięgając po kubek.
— Jasne, Lily! — Olbrzym od razu się ożywił. — Decimus był tylko kilka lat młodszy ode mnie i też interesowały go wszystkie stworzenia, jakie istnieją na tym świecie. Poznaliśmy się podczas…
Hagrid kontynuował swą opowieść, a Lily z uwagą słuchała każdego słowa, powoli popijając herbatę.
*Harry Potter i Zakon Feniksa
