I'm in the corner watching you kiss her
And I'm right over here.
Why can't you see me?
And I'm givin' it my all
But I'm not the guy you're taking home
I keep dancing on my own
(Robyn/Calum Scott: Dancing On My Own)
Severus Snape, poskromiony Nietoperz z Lochów, ubierał się w swoich prywatnych kwaterach, starannie unikając kontaktu wzrokowego z lustrzanym odbiciem. Wiedział, że gdyby przypadkiem skrzyżował spojrzenia z samym sobą, musiałby zacząć krzyczeć, co przy podobnym stopniu zaludnienia zamku, na pewno zwróciłoby czyjąś uwagę. Tak bardzo gardził balem, ze wszystkich sił starał się go uniknąć… I oczywiście przegrał z kretesem. Dumbledore wiedział, jak wziąć go pod włos i ostatecznie zmusić do posłuszeństwa. Gdy skończyły się pogadanki o obowiązkach wynikających ze stosunku zatrudnienia, po prostu wyciągnął złotą kartę: wydał mu polecenie służbowe. The end.
Trudno. Sukcesem mistrza eliksirów było przynajmniej to, że skończyły się nonsensy z tańcami. Gdy sprawy stanęły na ostrzu noża, dyrektor sam zrezygnował z dalszych nacisków. Ryzyko, że śliski Ślizgon wyślizgnie się w końcu przez położone możliwie wysoko okno, okazało się zbyt wielkie. Wbrew wystudiowanej latami lodowej prezencji był jednak facetem zdolnym do wszystkiego.
Z okazji uroczystego Balu Bożonarodzeniowego profesor Snape nie zdecydował się na wprowadzenie większych zmian w swoim wizerunku. Postawił na klasyczny look mrocznego sukinsyna, który świetnie sprawdzał się u niego od wielu lat. Zadbał jedynie o to, by czarne spodnie były świeżo odprasowane, a guzki zapięte jeszcze staranniej niż zwykle, żeby i tak rozochocone koleżanki czegoś sobie przypadkiem nie wyobraziły. Jedyny potencjalnie dramatyczny zwrot wieczoru nastąpił w momencie, gdy musiał dokonać bolesnego wyboru pomiędzy czarną szatą wierzchnią a wierzchnią szatą czarną. Ostatecznie zdecydował się na tą najczarniejszą i najbardziej obszerną. W chwili kryzysu zawsze mógł w nią zanurkować i udawać, że go nie ma.
I to w zasadzie tyle. Żadnych książąt Slytherinu, żadnych romantycznych Śmierciożerców, żadnych tancerzy folkowych – tylko profesjonalny kostium zawodowego truciciela.
Ani trochę nie miał ochoty opuszczać bezpiecznych pokoi, jednak gdy wybiła godzina zero (czyli ósma wieczorem), stracił wybór (jak Kopciuszek kryształowy pantofelek). Nie chciał, aby ktoś przypadkiem pomyślał, że celowo zaplanował eleganckie spóźnienie, ściągając na siebie uwagę. Opuścił kwaterę, a następnie zamiast skierować się ku sali wejściowej (już zapchanej rozgadanymi hordami uczniów), ruszył w przeciwnym kierunku. Pchnął od niechcenia niepozorny portret obok swojego gabinetu i skręcił w tajne przejście pnące się w górę wąskimi, kręconymi schodami. W ten sposób dostał się od razu na wysoką boczną galerię ciągnącą się wokół sali wejściowej Hogwartu i prowadzącą do szczytu głównych schodów.
Przeczucie go nie myliło. Znalazł tam Aurorę, która opierała się o barierki i z zaciekawieniem obserwowała młodzież rojącą się w dole. Nauczycielka astronomii miała na sobie jakże odpowiednią suknię z granatowego aksamitu wyhaftowanego lśniącymi gwiazdkami, które najbardziej tłoczyły się przy dekolcie i na rękawach. Tym razem zrezygnowała z tiary i wpięła we włosy kilka ozdobnych śnieżynek. Wyglądały całkiem podobnie do tych, jakie produkowała na potrzeby świątecznych dekoracji.
– Dobry wieczór – przywitał ją uprzejmie Severus.
Sinistra odwróciła się i zmierzyła go przychylnym spojrzeniem.
– No, no – oceniła. – Jakiż to chłopiec piękny i młody? I gdzież jest jego Batszeba?
– Bardzo zabawne. – Snape postanowił nie fochać się za ten komentarz i spokojnie stanął obok niej. – Co nas dzisiaj czeka?
– Jak widać. Dzieciów jak mrówków, i nie będzie lepiej.
Severus dopiero teraz zauważył, że rozłożysta suknia Aurory jest również wyposażona w strategicznie rozmieszczone kieszenie. Z jednej z nich wyjęła właśnie małpkę i podała mu litościwie.
– Malinówka? – Czujnie powąchał przed spożyciem. – Co się stało z wiśniami?
– Sybilla – wyjaśniła krótko. – Być może w całym szerokim świecie nie zostało już dość Gryzących Wiśni na jedną skromną nalewkę.
W wieczór taki jak ten Severus nie odmawiał alkoholu. Kolejka zatoczyła dwa miniaturowe kółka, po czym flaszeczka wróciła do Sinistry.
– O, jest dyrektor – zauważyła. – Czy to znak, że powinniśmy zejść?
– Ugh, Szalonooki – mruknął z pogardą Snape. – Może poczekamy, aż przejdzie elyta, co? Poza tym założyłem, że czekasz na Sybillę.
– O nie, Syb od godziny rozkłada w Wielkiej Sali budkę z wróżbami – przypomniała Aurora.
– Uznałem to za żart.
– To się zdziwisz.
Severus ponownie zagapił się w dół. Drzwi Wielkiej Sali stały już otworem i strumienie rozpasanej gównarzerii falami spływały do środka. Mignęła mu przelotem platynowa czupryna w towarzystwie długich loków ekscentrycznie zebranych w kitę na czubku głowy i przemalowanych na wszystkie kolory tęczy. Zatem panicz Malfoy dopiął swego i chociaż był to prawdopodobnie najbardziej obłąkany paring w historii, to przynajmniej poziom czystej krwi zgadzał się po obu stronach – jak zeznał pani Malfoy udręczony Snape. Bliżej klatki schodowej prowadzącej do piwnic Hufflepuffu dokazywała Poppy Pomfrey wraz ze Sprout i Grubbly-Plank. Starsze nauczycielki musiały mieć już nieźle w czubie, sądząc po surowych spojrzeniach, jakie posyłała im co chwilę McGonagall. Wicedyrektorka zatrzymała się przy głównych drzwiach, próbując ustawić czempionów Turnieju Trójmagicznego w estetyczny szlaczek, który nada się do zaprezentowania zgromadzonym gościom. W końcu cała parada ruszyła i najwyraźniej był to znak, że nie ma co dłużej zwlekać.
Severus westchnął ciężko nad własnym losem.
– Jakoś to zniesiesz – pocieszała go Sinistra. – Bal nie potrwa długo.
– Dla mnie na pewno. Zgłosiłem się na ochotnika do patrolowania ogrodów. Muszę tylko przetrzymać część oficjalną.
– Zaiste szczwany z ciebie wąż, Sev.
– Zawsze możesz do mnie dołączyć, starczy miejsca dla dwojga. Zapewniam, że nic tak nie poprawia chujowego wieczoru, jak wlepianie szlabanów smarkaczom obściskującym się w krzakach.
– Wierzę ci na słowo.
Niechętnie zbierali się do spaceru na dół. Gdy już niemal byli gotowi (małpka ponownie zatoczyła skromne kółko), przerwał im odgłos szybkich kroków za plecami.
– Cześć, zaczęło się już?
Charity, która zawsze starała się za bardzo, nie zawiodła i tym razem. Jak przystało na niewinną leliję, cała tonęła w śnieżnobiałych koronkach, zamiast tiary miała lodowy diadem, a na nogach pasujące pantofelki, w których ledwo mogła chodzić. Pewnie dlatego pojawiła się spóźniona i lekko zdyszana… A później całkiem straciła oddech, gdy Aurora z Severusem odwrócili się zgodnie i nauczycielka mugoloznawstwa zobaczyła, z kim ma do czynienia.
– Sprytne użycie zaklęcia zamrażającego, panno Burbage – rzucił z cieniem pochwały Snape, zatrzymując spojrzenie na szarosinych stopach wypełniających pantofelki. – Aczkolwiek, jak tuszę, niezbyt praktyczne.
– Jest mi trochę zimno – wyznała zakłopotana.
Sinistra spojrzała na profesora, tłumiąc śmiech, a on pozornie niedbale machnął różdżką i skorygował, co było do skorygowania w tym banalnym zaklęciu.
– Och! – sapnęła Charity, z wdzięcznością przyjmując gałązkę oliwną. – Dziękuję, panie… profesorze...
– Severusie – poprawił mistrz eliksirów, nadal w łaskawym nastroju. – No dobrze. Nie ma co walczyć z przeznaczeniem, w końcu musimy dołączyć do reszty. Auroro, czy mogę ci służyć eskortą? – zwrócił się z emfazą do koleżanki, oferując jej ramię.
– Ależ oczywiście, sir!
Jednak o wiele większy szok przeżyła Charity, gdy w jej stronę wyciągnął drugą rękę, a ona – zapewne w wyniku kompletnego zaskoczenia – odruchowo ją przyjęła.
– Miejmy to już za sobą – westchnął ciężko Snape.
Mistrz eliksirów nie bardzo zwracał uwagę na to, co się wokół niego działo. Zajął swoje stałe miejsce gdzieś na podorędziu Dumbledore'a i cierpliwie wysłuchał powitalnych przemówień. Klaskał, gdy wypadało, ale robił to bez przyjemności. Obejrzał taneczne popisy Pottera i nie zwymiotował. Poszedł na niewyobrażalne osobiste ustępstwa, nikt nie miał prawa wymagać od niego więcej. Dlatego gdy do męczących się na parkiecie uczniów zaczęli powoli dołączać nauczyciele, oblał go zimny pot. Na szczęście szybko się uspokoił, gdy przypomniał sobie, że błogosławiony patriarchat nadal ma się dobrze. To on miał prosić, a nie być proszony do tańca… Czyli prędzej piekło zamarznie. Nie poświęcił się nawet w celu ratowania Aurory, gdy niespodziewanie porwał ją w obroty Szalonooki Moody. Była dużą dziewczynką, mogła radzić sobie sama.
Skoro Severus uznał, że wszyscy zdążyli go dobrze obejrzeć i na pewno ma zaznaczoną obecność, czym prędzej wymknął się do zimowego ogrodu. Tam wprawdzie nie było lepiej niż w zamku, a kicz dosłownie wypalał oczy, jednak przynajmniej nie słyszał muzyki. Wędrował spokojnie alejkami wśród skrzących się krzaków róż i porozrzucanych tu i tam rzeźbionych ławek. Już wcześniej, podczas taktycznego oglądu terenu za dnia, wypatrzył sobie jedną na samym końcu ogrodu, osłoniętą od wiatru i ciekawskich oczu. Idealne miejsce na papierosa.
Dzieciarnia dokazywała jeszcze w Wielkiej Sali, więc ławka okazała się wolna. Przeszukując kieszenie w poszukiwaniu fajek, Snape przestał patrzeć pod nogi i omal się nie potknął. Wyprostował się, zaklął, a gdy ponownie spojrzał na ławkę, ona już tam była.
Szesnastoletnia Lily Evans siedziała lekko przygarbiona na romantycznej ławeczce pośród lodowego ogrodu. Ubrała na siebie prostą sukienkę, która na pewno nie miała nic wspólnego z czarodziejskim krawiectwem. Biała, na cienkich ramiączkach, z rozkloszowaną koronkową spódnicą. Wyglądała wypisz, wymaluj jak ten rodzaj kreacji, jaką mogliby przysłać nastolatce jej mugolscy rodzice. Na pewno nosiła ją już wcześniej na rodzinnych imprezach w plenerze, ale całkiem nadawała się do użytku w Hogwarcie, gdzie nikt jej jeszcze nie widział. Tak samo jak sweterek z angorki, który narzuciła na ramiona. Do całego tego sielskiego obrazka nijak nie pasował tylko jeden element – uczepiony jej dekoltu, wulgarny lodowy kwiat. Zapewne został sprezentowany Lily przez pozbawionego gustu absztyfikanta.
– Nie przyszedłeś – powiedziała. – Schowałeś się tak dobrze, że nawet Dumbledore cię nie znalazł.
– Tęskniłaś? – Skrzywił się Severus.
– Nie.
Prosta odpowiedź na głupie pytanie. Lily miała ogniste włosy splecione w koronę, wyślizgujące się z niej pojedyncze pasma ujmowały jej twarz w ładną ramkę. Pewnie dużo tańczyła. I wiadomo z kim.
– Jak mogłaś?! – wypalił dorosły Snape do widmowej dziewczyny na ławeczce. – Po tym wszystkim, co nam zrobił.
– Nie nam. Tobie.
– Potter…
– James.
– Nienawidził nas!
– Ciebie nienawidził, mnie chciał poderwać – zauważyła rezolutnie.
– Nawet go nie lubiłaś. Śmialiśmy się z takich, jak on. Wielki Potter, resortowe dziecko, zakochany w swojej miotle. Nie pamiętasz? Nawet cię nie zauważał, dopóki nie urosły ci cycki!
– Jak miło, że ty również zwróciłeś na to uwagę – odwzajemniła się złośliwością. – Ale później wiele się zmieniło.
– Nic się nie zmieniło.
Magiczny śnieg wirował w chłodnym wieczornym powietrzu. Opadał na rude włosy i czarną szatę. Osiadał na oszronionych różach rosnących za ławeczką. Lily wyciągnęła dłoń i łapała pojedyncze płatki. Palce, zupełnie jak Aurora, miała pobrudzone atramentem. Pewnie do ostatniej chwili przed balem odrabiała zadania domowe na święta. Uczniowie biedni, pochodzący z niewłaściwych rodzin, noszący w żyłach krew dyskusyjnej czystości nie mogli sobie odpuścić nawet na moment. Każdego dnia wciąż od nowa musieli udowadniać, że należy im się miejsce w Hogwarcie.
– On nie był taki, jak my – powiedział Snape.
– Nie.
– Czy dlatego to zrobiłaś? Pozycja, prestiż, dobre nazwisko… Taka szansa dla skromnego mugolaka. Dla małej szlamy.
– Severusie…
– Chyba mogę cię już obrażać? Co to za różnica, skoro i tak nie żyjesz.
Lily owinęła się szczelniej sweterkiem i tylko na niego patrzyła. Zielone oczy nie pasowały do zimowego krajobrazu. Kojarzyły mu się z latem, pachnącą trawą i liśćmi szeleszczącymi tuż nad głową.
Był pierwszy. To on ją znalazł. Miał do niej wszelkie prawa. Ale życie to nie wyścig, nie liczy się kolejność. To nieuczciwa gra, którą niektórzy przechodzą w trybie god mode.
– Nigdy mi nie wybaczyłaś – skarżył się Severus. – Jeden głupi błąd… A on mógł robić z tobą, co chciał.
Miał dosyć, odwrócił się na pięcie i odszedł. Szkoda było jego czasu, powinien przecież patrolować ogród i pilnować tej przeklętej imprezy.
– Widziałam książki, które czytałeś – odezwała się Lily za jego plecami. – Widziałam zaklęcia, które notowałeś na marginesach. Widziałam towarzystwo, w jakim tak chętnie się obracałeś. Piotruś Pan i Zgubieni Chłopcy… Naprawdę, Severusie? Straciłam ciebie na długo przed tym, nim ty straciłeś mnie.
– Kłamstwo! – zarzucił jej wściekły Snape.
Nieporuszona Lily wzruszyła ramionami.
– Nie mogę kłamać. Przecież nawet mnie tu nie ma. To ty wkładasz w moje usta słowa, jakich nigdy bym nie powiedziała. Obrażasz moją pamięć, Sev, tylko po to, żeby przez chwilę poczuć się lepiej w swojej skórze. Nie wstyd ci?
Trzęsącymi się rękami zdołał w końcu odpalić papierosa i dmuchnął prosto w jej twarz. Dym wymieszał się z widziadłem, zafalował przez moment, po czym uniósł się w zimowe niebo. Ławeczka znów była pusta, a Severus… Też. Padł na wolne miejsce, żałując, że nie wziął ze sobą whisky.
– Tu się ukrywasz, przyjacielu. Trudniej cię znaleźć niż kwiat paproci.
No tak, ani chwili spokoju. Gdy zniknęła ruda halucynacja, pojawił się całkiem realny Igor Karkarow. Blady, drżący i wyraźnie odchodzący od zmysłów. Snape zastrzygł uszami na słowo „przyjaciel".
– Co znowu? – warknął.
– Dobrze wiesz, po co przychodzę – rzucił nerwowo dyrektor Durmstrangu. – Obiecałeś mi rozmowę, a unikasz mnie jak zarazy. Jak długo zamierzasz to ignorować? WIEM, że zauważyłeś. Kto jak to, ale ty, Severusie…
Mistrz eliksirów z satysfakcją dostrzegł zmianę tonu. Wcześniej Karkarow traktował go jak psa, teraz sam skomlał u jego stóp. Bał się. Zawsze był tchórzem, a obecnie ryzyko stawało się coraz bardziej realne.
Mimo to wzruszył ramionami.
– Nie rozumiem, o co tyle zamieszania.
– Severusie…
– Nie! – uciszył go prychnięciem. – Jestem w pracy, nie mam czasu na sentymentalne pogawędki o przeszłości albo gdybanie, co ewentualnie-jeśli-akurat-być-może. Jestem szalenie zajętym człowiekiem.
Karkarow patrzył na niego złym wzrokiem, bezlitośnie szarpiąc kozią bródkę. Nie zostało w niej już wiele zarostu, widać ten nerwowy odruch powoli przekształcał się w natręctwo. Choć potraktowany z gry przez dawnego towarzysza, nie zniechęcał się ani nie odchodził. Szukał lepszych słów, aby na niego wpłynąć.
I wtedy wszechświat w swej łaskawości postanowił go wyręczyć.
Nagle coś zmieniło się w spokojnej atmosferze leniwego wieczoru pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia. To było jak impuls, drobna zmiana w równowadze mocy. Na pewno nie wyczuliby jej zwyczajni czarodzieje, ale dwóch byłych czarnoksiężników – owszem.
Severus i Igor spojrzeli sobie w oczy i jednocześnie złapali się za przedramiona.
– Pokażę ci mój, jeśli ty pokażesz swój – wypalił Karkarow, zagryzając z bólu zęby.
Severus pospiesznie rozpiął guziki przy mankiecie i podwinął rękaw. Dawny tatuaż nie był już tylko rozmazanym cieniem. Linie nabrały ostrości, wydobywając na powierzchnię skóry wizerunek czaszki i węża.
– Kurwa – zaklął.
– Czarny Pan powraca – ciągnął roztrzęsiony dyrektor Durmstrangu. – Powstanie ponownie. I nie będzie zadowolony. Co zrobisz?
Klasycznie nieporuszony Snape kolistymi ruchami masował rękę.
– To nie ja ochoczo sprzedawałem ministerstwu dawnych towarzyszy, nie mam się czego bać.
– Też uciekłeś! – zarzucił mu Karkarow. – Uciekłeś jak szczur i nawet się nie obejrzałeś! Nie szukałeś go, nawet nie kiwnąłeś palcem. Od czternastu lat ukrywasz się w nocniku Dumbledore'a! Myślisz, że to mu się spodoba?
– Robię to na jego wyraźne polecenie, zapomniałeś? Jako jedyny tkwię na swojej pozycji, w miejscu, które sam mi wyznaczył.
Zapanowała ciężka cisza, którą zakłócał jedynie ciężki oddech Igora.
– Czyli ty… zamierzasz wrócić?
– Nigdy nie odszedłem – powiedział twardo Snape. – A ty rób, co chcesz. Czyż jestem stróżem brata mego?
Karkarow wciąż przyglądał mu się uważnie, ale mistrz eliksirów nic sobie z tego nie robił. Zapalił papierosa i obserwował wirujący dym. Czekał, aż jego towarzysz się znudzi i sam odejdzie. Miał kilka ważnych rzeczy do zaraportowania, musiał jak najszybciej znaleźć Dumbledore'a.
– Dyrektorze.
Pojawił się u jego boku jak cień. Miał w tym długoletnią praktykę. Z przyzwyczajenia nie chciał za bardzo rzucać się w oczy, choć wszelkie te podchody były zbędne. Impreza rozhulała się na dobre, tłumy uczniów i innych gości przetaczały się między Wielką Salą, salą wejściową i ogrodem. Dumbledore zakończył akurat konwencjonalną pogawędkę z jakimś zarozumiałym dupkiem od międzynarodowej współpracy czarodziejów i stał sam przy okrągłym stoliku, w zamyśleniu patrząc na pusty talerz, który natychmiast się przed nim zmaterializował. Naczelny szpieg słusznie wydedukował, że dyrektor rozważa kolejny deser, po czym skorzystał z nadarzającej się okazji.
– Musimy porozmawiać – szepnął.
– Czy to nie może poczekać do jutra, mój chłopcze?
– Absolutnie nie – naciskał Snape. – Żarty się skończyły.
– Jak sobie życzysz. Siadaj, proszę.
– Nie tutaj.
Fatalne Jędze zagrały jakiś szczególnie popularny kawałek, więc w sali zakotłowało się ponad wszelkie pojęcie. Muzyka, piski i wrzaski raz za razem wstrząsały ścianami starego zamczyska. Wykorzystali zamieszanie na swoją korzyść i niepostrzeżenie przenieśli się do bocznej komnaty.
– Silencio – rzucił zapobiegawczo Dumbledore, zanim zwrócił się do podwładnego. – Co to za pilna sprawa?
Severus podwinął rękaw i jemu również zaprezentował dorodny Mroczny Znak. O dziwo, dyrektor nie był pod wrażeniem.
– Tak, drogi chłopcze – powiedział zmęczonym tonem. – Od dłuższego czasu podejrzewaliśmy taki rozwój wypadków.
– A teraz stał się faktem – zauważył przytomnie Severus. – Musimy działać. Powiadomić służby.
Nie przyznałby się do tego nawet na najcięższych torturach, ale właśnie na to czekał przez czternaście długich lat. Nudząc się w szkole, w nieskończoność zamiatając korytarze przydługą peleryną i od czasu do czasu z przyzwyczajenia drapiąc ramię. Czekał, żeby zakończyć ten etap. Bo nie da się wiecznie żyć w zawieszeniu, w końcu musi nastąpić jakiś finał. Jakikolwiek. Wóz albo przewóz… Albo grób.
Dumbledore pozostawał wobec niego dziwnie chłodny, wręcz niezainteresowany. Mogłoby się wydawać, że prowadzi nużącą rozmowę z marudnym dzieckiem.
– Kogo chcesz powiadomić?
– Ministerstwo – odpowiedział z przekonaniem.
– A dowody?
– Tu są dowody! – Mistrz eliksirów po raz pierwszy poczuł irytację. Uniósł rękę wyżej, jakby sądził, że dyrektor nie przyjrzał się jej dostatecznie uważnie. – Wbrew optymistycznym założeniom, Czarny Pan żyje i rośnie w siłę. Teraz mamy już pewność. Mroczny Znak jest jak barometr, nie istnieją bardziej przekonujące dowody. Gdy aurorzy ministerstwa to zobaczą…
– To co? – przerwał mu ostro Dumbledore. – Nie pamiętasz, jak było ostatnim razem?
– Wtedy było inaczej, nikt z nich nie wiedział, z czym tak naprawdę mają do czynienia – nie poddawał się Severus. Zaliczył dość intymnych zbliżeń ze służbami porządkowymi, żeby wyrobić sobie jakieś pojęcie. Jakkolwiek nie byłoby to absurdalne, widział dość, żeby wierzyć w skuteczność. – Nowi rekruci uczyli się na naszych błędach. Wiedzą, co mają robić. Mieli dość czasu na analizę Pierwszej Wojny. Trenowali na NAS, żeby opracować strategię działania w wypadku kolejnego zagrożenia. To o wiele większy potencjał od tego, jaki kiedykolwiek miał Zakon Feniksa!
– Jesteś naiwny, mój drogi – westchnął Dumbledore.
Odsunął się od swojego człowieka, ruszając powoli w stronę okna wychodzącego na skąpane w świetle kolorowych światełek błonia. Gdy zabrakło patrolującego teren opiekuna Slytherinu, młodzież całkiem się rozpasała. Wyraźnie było słychać dzikie wrzaski i chichoty. Dumbledore skrzyżował ramiona na piersi, opierając się o parapet i patrząc na Severusa poważnym wzrokiem, który dał mi pewne wyobrażenie słów, jakie miały paść już za moment.
– Nie spodziewałem się tego po tobie, drogi chłopcze, doprawdy. Kto by pomyślał, że nie jesteś aż tak do cna przeżarty goryczą, jak nam to na co dzień pokazujesz?
Snape prychnął. Co to wszystko miało do rzeczy? Sposób, w jaki zachowywał się w pracy, której sobie nie wybrał i której nawet nie lubił, był jego prywatną sprawą. Nie powinien chyba rzutować na resztę jego ponadprogramowych aktywności.
– Wszystko odbędzie się dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem – odezwał się ponownie dyrektor, pozbawiając go złudzeń. – Ludzie… Czarodzieje… Świat nie zmienia się tak szybko. Nie będą chcieli uwierzyć, nawet jeśli przedstawimy im najbardziej przekonujące dowody. Postanowią ignorować problem, dopóki będzie to możliwe, albo zwyczajnie wyśmieją całą sprawę. Zrobią to dla własnej wygody. Wiesz, że tak będzie.
– Zatem… Co pan planuje, dyrektorze?
Dumbledore podjął marsz po niewielkiej komnacie, w zamyśleniu gładząc brodę. Gdy odpowiedź ociągała się z nadejściem, Severus w strasznym momencie olśnienia uświadomił sobie, jak będzie brzmieć.
Nic.
Nie zrobimy nic.
Kurwa, rzeczywiście był naiwny jak dziecko! Taki niby sprytny wąż, a na ślepo wlazł w potrzask.
– Przede wszystkim musimy mieć pewność, że coś rzeczywiście jest na rzeczy – mówił w zamyśleniu Dumbledore. – Nie wolno działać pochopnie. Harry Potter wciąż jest taki młody… Jeśli to on okaże się naszym kluczem… Nie, on wciąż nie jest gotowy, musimy grać na zwłokę.
Mistrz eliksirów zbladł jak ściana. Śledził wzrokiem swojego przełożonego i czuł, jak ziemia osuwa mu się spod nóg.
– A jeśli Czarny Pan zdąży zmartwychwstać, zanim wielki Potter osiągnie dojrzałość bojową? – rzucił kpiąco. – Co wtedy? Jeśli ponownie zacznie gromadzić wokół siebie zwolenników? Jeśli pewnego pięknego dnia postanowi wezwać… mnie?
Dyrektor posłał mu lekko zdziwione spojrzenie. Nie widział w tym absolutnie żadnego problemu.
– Naturalnie odpowiesz, Severusie. Co innego mógłbyś zrobić?
– Nie wrócę tam – wysyczał na granicy obłędu. – Nie mogę. Wolę umrzeć.
– Śmierć jest łatwa. Nie ma w niej nic zaszczytnego.
– Nie może mi pan kazać tam wrócić!
– Kazać? Sądziłem, że robisz to z własnej woli, Severusie.
Tak, robił. Tak, kiedy musiał. Tak, kiedy była to jedyna dostępna opcja… Ale teraz? Pół ministerstwa znajdowało się w tej chwili w zamku, najlepszy auror prawdopodobnie nadal obmacywał w tańcu losowe nauczycielki. Ci wszyscy ludzie już to raz przeżyli, wiedzieli albo przynajmniej powinni wiedzieć, kiedy i jak należy zacząć działać. Czy naprawdę nie mogli chociaż raz z tego skorzystać?
Dumbledore nie zdejmował z niego uważnego spojrzenia.
– Dlaczego do mnie przyszedłeś, Severusie? – zapytał. – W tę ciemną, burzliwą noc wiele lat temu?
– Chciałem, żeby to się skończyło – wyznał szczerze.
– A zatem twoje życzenie się nie spełniło. Musisz próbować dalej. Mamy umowę, drogi chłopcze, zapomniałeś?
– Nigdy. Od lat dotrzymuję swojej części.
– A teraz po prostu musisz to robić dalej. To chyba nie problem?
Podobno nadzieja umiera ostatnia, ale skoro ta żywiona przez Snape'a zdechła z głodu już dawno, dawno temu, to jak miał określić swój obecny stan? Stał naprzeciwko Dumbledore'a i tylko na niego patrzył. Słuchał przemowy o długofalowych planach, którą sam wymusił. O konieczności powołania na nowo Zakonu Feniksa, o przymusie zachowania dla siebie wszystkich sekretów i upartego grania na dwa fronty – co było akurat zadaniem wyznaczonym wyłącznie jednej osobie. Cała zabawa miała lada moment rozpocząć się na nowo, według tego samego scenariusza i z wykorzystaniem tych samych aktorów. Severus sam już nie wiedział, czego się wcześniej spodziewał, ale na pewno nie tego. Nie, że znów będą całkiem sami. Dumbledore, człowiek o tylu znajomościach w magicznym świecie oraz niezliczonych możliwościach, dryfował uparcie po tej samej orbicie.
– A zatem… nie ma wybaczenia?
Błękitne oczy Dumbledore pozostały chłodne jak lód za oknem.
– Tylko Bóg może cię wybaczyć, Severusie, więc jeżeli tego właśnie szukasz, powinieneś się udać do kościoła. A tymczasem wybrałeś mnie i poprosiłeś o pokutę. Oto twoja pokuta.
Po takiej konkluzji nie mieli sobie już nic więcej do powiedzenia
Severus czuł się niemal śmiertelnie chory, gdy na miękkich nogach wychodził z bocznej komnaty z powrotem do Wielkiej Sali. Ostre światło i hucząca muzyka tylko pogorszyły jego i tak kiepski stan. Dla niego ten idiotyczny bal już dawno dobiegł końca, jeszcze zanim na dobre się zaczął. Uznał, że w tych okolicznościach ma już ostatecznie dość. Planował przemknąć się przez tłok w korytarzach i z powrotem schronić w bezpiecznych lochach. Miał wiele spraw do przemyślenia i jeszcze więcej do zapicia. Jeśli niebiosa będą dla niego wyjątkowo łaskawe, może wreszcie zapije się na śmierć. Nic innego mu nie pozostało, skoro już zrozumiał, że nigdy nie będzie wolny.
Niestety, nawet to nie było mu dane. Ledwo przeszedł przez drzwi, a typowy szkolny obłęd opętał go na nowo. Najpierw usłyszał krzyk, a w nim najprawdopodobniej swoje imię, jednak muzyka grała zbyt głośno, żeby mógł cokolwiek zrozumieć. Zaraz potem coś się z nim zderzyło. Odruchowo złapał i przytrzymał wielkookie monstrum, które z impetem na nim zawisło. Kobieta-ważka spróbowała zajrzeć chyba na samo dno jego duszy przy pomocy absurdalnie wielkich okularów, które nagle przysłoniły mu całe pole widzenia. Na milę śmierdziała wódką.
– Syb? – zdziwił się.
– Wiedziałam! On nadchodzi! – ryknęła mu prosto w twarz.
Tuż za nauczycielką wróżbiarstwa pojawiła się Aurora z rozłożonymi bezradnie rękami i głupią miną.
– Domyślam się, że sklepik z wróżbami zbankrutował? – zauważył kpiąco Snape i, o dziwo, dzięki temu poczuł się lepiej.
Przecież Poppy Pomfrey powiedziała mu kiedyś, że tylko przewrotne poczucie humoru uratuje jego duszę.
– Nie wiem, co się stało – tłumaczyła wstrząśnięta Sinistra. – W jednej chwili wszystko było w porządku i nawet ślubów wróżyła więcej niż zgonów, a w następnej…
– Śmierć! – wrzasnęła Trelawney upiornym głosem.
Całe szczęście muzyka w Wielkiej Sali nadal zagłuszała wszelkie inne dźwięki, bo znaleźliby się w niezłym kłopocie. A najgorsza wróżka w dziejach bynajmniej nie zamierzała przestać.
– Dobry człowiek idzie na wojnę – mówiła jak w transie, przewiercając Severusa na wylot szalonym wzrokiem. Uwiesiła się na nim z taką siłą, jakby ważyła ze trzy razy więcej niż zwykle. Dosłownie przygięła go aż do ziemi. Aurora musiała pomóc ją przytrzymać. – Ale wojna nie daje godności, nie ma w niej bohaterstwa. Diabeł tańczy ze Śmiercią, a ty wiesz najlepiej, kim jest Diabeł. Stałeś w jego obecności, a potem złożyłeś mu pokłon. Jesteś stracony, Sev. Wszyscy jesteśmy straceni.
Snape miał dosyć. Cały ten dzień – ba, cały ten bal! – to była jedna, wielka klęska od początku do końca. Nic się nie zmieniało, nic się nie polepszało, światełko na końcu tunelu nadal było Avadą. To nie ze śmiercią tańczył, jej rękę akurat przyjąłby z ochotą. Nie, zamiast tego wirował w balecie z całym zespołem stagnacji, nudy i bezradności.
– Dajcie mi wszyscy święty spokój!
Odepchnął od siebie wstawioną Sybillę, której trans wreszcie minął. Nie utrzymała się na nogach i padła na ziemię, pociągając za sobą Aurorę. Szybka piosenka dobiegła końca i Fatalne Jędze rozpoczęły teraz wyjątkowo wolny, sentymentalny kawałek. Było już późno, wszyscy goście ponownie schodzili się do Wielkiej Sali, żeby jeszcze coś przekąsić albo potańczyć przed oficjalnym pożegnaniem. Dumbledore dołączył do grupki nauczycieli i żartował – znowu pogodny i wesoły, jakby nic się nie wydarzyło.
Severus jak zwykle przedzierał się w przeciwnym kierunku niż wszyscy inni. Uparcie dryfował do wyjścia wściekły jak demony. Wojna i koniec świata. Świetnie, znakomicie! Niech to wszystko wreszcie jasny szlag trafi!
Zanim jednak wyszedł, po raz ostatni obejrzał się za siebie, na końcówkę imprezy, której tak bardzo pragnął uniknąć, bo wiedział, że tak to wszystko się skończy.
I właśnie wtedy Severus Snape doznał życiowej iluminacji.
Nie trzeba mieć wielkiego daru, żeby przewidywać przyszłość. Czasami jest tak wyraźna, że niemal można jej dotknąć. Pojawiają się znaki, których nie sposób zignorować. Pęknięcie na ścianie, cień nad promieniem świecy, czarny ptak na parapecie. Drobiazgi, a jednak od razu wiadomo. Przyszłość staje się tak jasna, jakby już się wydarzyła. Bo oto nadszedł ten moment, w którym można zrobić tylko i wyłącznie jedno. Tylko jeden wybór jest słuszny. Każdy inny szybko okaże się tragiczny w skutkach.
Severus nagle odniósł wrażenie, że odlatuje gdzieś daleko, daleko… Cała sala balowa cofnęła się przed nim niby wciągnięta przez gigantyczny odkurzacz. Muzyka ucichła, świat wyhamował, a on sam unosił się nad tym wszystkim przyjemnie odcięty emocjonalnie. Z tej odległości widział wyraźniej, tło jakby samo przed nim ustąpiło i widział wszystkie najważniejsze osoby dramatu niby oświetlone wielkim reflektorem.
Naprzeciwko niego znajdował się Albus Dumbledore. Jaśniał niezwykłą poświatą, jednak już nie taką, jak dawniej. Czasami przygasał na moment, migotał jak konający świetlik. Owszem, nadal był najpotężniejszym czarodziejem na świecie, ale… No właśnie. Coś go blokowało, ćmiło jego wzrok. Czy to była słabość? Czy to była starość? Severus nie wiedział, ale nie czuł również, że może mu ufać. To było straszne. Bo jeśli się nad tym zastanowić… Dumbledore nie dotrzymał słowa. Nie uratował Lily. Potraktował Potterów jak pionki w grze, zagrał nimi w rosyjską ruletkę, pozwolił zaufać niewłaściwemu człowiekowi, a gdy wszystko wybuchło… On nie był winien, prawda? Nikt nie mógłby mu nic zarzucić. Za to chętnie skorzystał z okazji, wbił swój hak w plecy złowionego na przynętę Severusa, przeczołgał go przez piekło i nigdy nie pozwolił mu odejść. A teraz… Teraz po prostu zamierzał zrobić to samo. Nieważne, że nie wypaliło za pierwszym razem.
Tuż obok dyrektora, z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę, stała Minerwa i patrzyła prosto na niego, mistrz eliksirów. Drżała, choć starała się to ukryć. Czy ona też to zauważyła? A może to nie przełożony ją martwił, tylko Severus? Czy wiedziała, o czym właśnie myślał? Czy mogła być pewna, jak postąpi, gdy przyjdzie co do czego? Przecież nawet sam Snape tego jeszcze nie wiedział.
Nieco dalej nietypowo rozczochrana Aurora pochylała się nad roztrzęsioną Sybillą. Wspierała ją ramieniem i mówiła coś uspokajająco. Długa sukienka haftowana w gwiazdy rozkładała się przed nią na ziemi niczym niebo pod jej stopami. Niebo, które właśnie runęło im wszystkim na głowy. Zielona na twarzy Sybilla również patrzyła na niego szeroko otwartymi, martwymi oczami. Wszystko w tej kobiecie było fałszem: jej dar, jej wizerunek, jej ślepe trzecie oko – ale nie w tej chwili. Teraz, po raz trzeci w życiu, rzeczywiście widziała wszystko.
Charity tańczyła na środku sali balowej w objęciach Igora Karkarowa. Kiepski wybór, wręcz fatalny. Ponury Rosjanin czasami wydawał się Severusowi całkiem zwyczajny, a czasami przemieniał się w jego oczach w wielkiego, oślizłego węża, który pochłania drobną nauczycielkę kawałek po kawałku. Sama Charity raz twardo stąpała po ziemi, a raz zdawała się unosić nad nią głową w dół niby w jakiejś fantastycznej wizji, której mistrz eliksirów nie potrafił zinterpretować.
Wtem poczuł drobne, lodowate palce zaciskające się na dłoni. Septima stanęła tuż obok i wpatrywała się w niego z absolutnym przerażeniem. Za uchem nadal miała zaostrzony ołówek. Pewnie tuż przed wyjściem na bal rozwiązywała łamigłówki i zatknęła go tam odruchowo, po czym zupełnie o tym zapomniała.
Danse.
Tańczcie, marionetki, tańczcie!
Danse macabre.
Wszyscy wiedzieli. Jakimś cudem wszyscy zgromadzeni na tej sali czuli, że po tej nocy wszystko się zmieni. Że wraz z nimi, jak powiedziała Sybilla, tańczyła Śmierć.
Jedno słowo rzucone w takim momencie może zmienić wszystko.
– Idź. – Poppy Pomfrey stanęła z drugiej strony i położyła Severusowi dłoń na ramieniu. Gdy nie zareagował, popchnęła go lekko. – No dalej!
– Uciekaj – szepnął delikatny jak tchnienie głos Lily. – Nie jesteś mu nic winien.
– No już, Snape. Spierdalaj – zachęciła go po swojemu Rolanda Hooch. – Nie daj się złapać w pułapkę.
Przecież miał wolną wolę, do kurwy nędzy! To nie był jeszcze koniec.
Severus chwycił mocniej rękę Septimy i pociągnął ją za sobą. Razem obeszli salę balową, na której wciąż wirowało wiele par. Zatrzymali się przy Aurorze i Sybilli, gdzie Severus dołożył Vector do kompletu.
– Co się dzieje? – zapytała czujnie Aurora.
– Pakujcie się – rzucił Snape.
– Co? – powtórzyła jak swoje własne echo. – O czym ty mówisz?
Wtedy wtrąciła się Trelawney, powstrzymując przyjaciółkę przed dalszym potokiem zbędnych słów.
– On ma rację. Nic tu po nas.
Mistrz eliksirów skinął głową.
– Zabierzcie, co się da. Najpotrzebniejsze rzeczy, ubrania na zmianę. Dobre książki, zaklęcia, artefakty. Wszystko, co się może przydać.
– Gdzie jedziemy? – zapytała praktyczna Septima.
– Tak daleko jeszcze nie dotarłem – wyznał profesor Snape, powszechnie znany jako król spontanu. – Muszę pomyśleć.
– Mam zachomikowany świstoklik na czarną godzinę – oświadczyła Sybilla ku zdumieniu wszystkich. – W ciągu pięciu sekund możemy się znaleźć na Ali Dewin.
– Gdzie? – nie zrozumiała Septima.
– Walijski odpowiednik Pokątnej – odpowiedział szybko Severus. – Skąd to wytrzasnęłaś?
– Wiem, że nie macie o mnie najlepszego zdania. Trudno, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Jednak uprzejmie donoszę, że znajdujecie się w mniejszości – poinformowała ich zarozumiale Trelawney. – Mam fanów. Wiernych fanów wdzięcznych za dobre rady.
– Dobra, szkoda czasu – oświadczył Snape, bez ceregieli podnosząc nadal cokolwiek oszołomioną Trelawney za fraki do pionu. – Bierzcie swoje rzeczy, i jazda. Zanim ktokolwiek się zorientuje. Bal to idealna dystrakcja, ale nie będzie trwać wiecznie. Musimy zdążyć przed ciszą nocną.
Sybilla i Septima poderwały się, żeby wykonać polecenie. Jedna dlatego, że od dawna miała na to ochotę dręczona upiornymi wizjami, a druga… Była po prostu przyzwyczajona do szkolnego rygoru. Tylko Aurora dreptała w miejscu niezdecydowana.
– A ona? – Wskazała głową Charity.
Severus, jak przystało na urodzonego perfekcjonistę, zorganizował się tak szybko, że wolna piosenka nie zdążyła się jeszcze skończyć. Panna Burbage nadal płynęła po parkiecie w ramionach Karkarowa.
– Ja się nią zajmę. Spotkamy się w zimowym ogrodzie za maksymalnie piętnaście minut. I Aur – zatrzymał ją jeszcze – dopilnuj, żeby każda z was dotarła tam inną drogą.
– Jasne!
Nie marnując czasu, Snape ruszył w stronę upatrzonej pary.
– Odbijany – oświadczył wprost, bezceremonialne odpychając Karkarowa ramieniem.
Drugi czarnoksiężnik wydawał się zdumiony i chyba nawet zamierzał zgłosić pretensje, ale wystarczyło, że popatrzył w oczy mistrza eliksirów i natychmiast zrezygnował.
– Do zobaczenia po drugiej stronie, Snape – rzucił na pożegnanie.
Wbrew obawom Dumbledore'a, McGonagall i wszystkich świętych okazało się, że Severus dobrze wie, gdzie znajduje się damska talia i potrafi zrobić z niej użytek. Znał też sposób, w jaki należy ująć dłoń partnerki, by nie budzić zbyt wielu plotek. Ba, potrafił nawet w miarę poprowadzić w tańcu w orientacyjnie poprawnym kierunku.
– Charity – powiedział jedwabiście.
– S-severusie.
– Ślicznie dziś wyglądasz.
– Ja… T-ty… Tak, ty też, Severusie.
– Mam nadzieję, że ta sukienka jest odpowiednia do podróży.
– S-słucham?
– Opuszczamy tę uroczą miejscówkę, panno Burbage.
– My?!
– Zaiste, albowiem nic tu po nas. Co ty na to?
Charity tym razem nie dostała histerii ani nie próbowała zemdleć. Zamiast tego uśmiechnęła się do niego promiennie.
– Mam w torebce trampki na zmianę.
– Dobry początek, ale sugeruję zabrać coś więcej.
– To znaczy?
– Nigdy tu nie wrócimy, Charity.
– O… Och. Okej. Nie ma sprawy.
Piosenka skończyła się w idealnym momencie, a także – dzięki Severusowi – w idealnym miejscu. Wystarczyło, że lekko pociągnął nauczycielkę mugoloznawstwa w bok i oboje wypadli przez drzwi do sali wejściowej. Nie zatrzymując się, popędzili korytarzem, rozdzielając się dopiero przy schodach.
– Dziesięć minut, Charity – pouczył ją surowo. – Karoca z dyni na nikogo nie poczeka.
O wyznaczonej godzinie wszyscy znaleźli się na błoniach. Severus wyszedł z zamku jako ostatni i nie spieszył się, schodząc po raz ostatni z prowadzących do zamku schodów. Gdy ruszył przed siebie miarowym, absolutnie nie wzbudzającym podejrzeń krokiem, z alejek zimowego ogrodu wynurzały się kolejne kobiety i dołączały do pochodu. Aurora mu zaimponowała, jako jedyna (poza nim) pomyślała, żeby zmienić czarodziejskie szaty na mugolskie dżinsy. Jak większość rzeczy, które posiadała, miały naszyte gwiazdki. Przez ramię przewiesiła malutką torebkę, która jednak potwornie grzechotała. Severus podejrzewał, że Dumbledore bardzo się zdziwi, gdy następnego dnia odkryje znaczne braki w zakresie przyrządów astronomicznych. Sybilla narzuciła na siebie tyle rozmaitych szali, że chyba gdzieś wśród nich zdołała ukryć cały dobytek. Pod pachą trzymała wielką szklaną kulę (wspomniany wcześniej świstoklik), a w dłoni ulubioną talię Tarota. Septima Vector zabrała chyba tylko szachy, ale ona była nieuleczalnie dziwna. Paradę dziwadeł zamykała Charity, nadal w swojej balowej bezie, jednak z trampkami na nogach i paskiem od sportowej torby zawieszonym w poprzek klatki piersiowej.
– Mam nadzieję, że ktoś zabrał ze sobą fajki – rzuciła marudnie Sybilla – bo mnie właśnie wyszły.
– Proszę bardzo – zaoferowała uczynnie Septima. Grzeczna dziewczynka szybko się uczyła. – Mam jeszcze opium… Słyszałam, że to też można palić, to prawda?
– O Roweno! – westchnęła Aurora. – Coś ty jej zrobił, Sev? To wszystko pójdzie na twoje sumienie.
Severus tylko uniósł brew.
– Przykro mi, już za późno. Schowek się przepełnił.
– Szybko, szybko! – poganiała ich Charity. – Zaraz wybije północ!
Mistrz eliksirów zatrzymał się na granicy Zakazanego Lasu, gdy był już pewien, że nie widać ich z zamku, a działania nie pierwszej świeżości świstoklika nie zakłócą żadne zaawansowane zaklęcia ochronne.
– Moje drogie panie – zaczął ceremonialnie, przejmując od Sybilli świstoklik i stając pośrodku babskiego okręgu, żeby każda z koleżanek mogła go bez problemu dosięgnąć. – Wesołych, kurwa, świąt!
Pięć sekund później trzasnęło, błysnęło i niewielka grupka czarownic pod wodzą jednego mrocznego czarodzieja znalazła się bardzo daleko od tonącego w malowniczych zwałach bieluśkiego śniegu Hogwartu. Żadne z nich nie żałowało podjętej pod wpływem chwili decyzji.
No, może tylko Dumbledore.
