- Kiedy ja się przestanę o ciebie martwić? - westchnęła Narcyza Malfoy do swojego męża, kiedy siedzieli wieczorem w łóżku w swojej sypialni.

- A znowu się martwisz? - zapytał Lucjusz, przeglądając jakieś dokumenty.

- Przynosisz pracę do domu. Najpierw napady śmierciożerców, potem sprawa z Rookwoodem, potem smocza ospa a teraz to.

- Wiesz, kto to jest? - Lucjusz pokazał jej zdjęcie. - Jeden z najniebezpieczniejszych morderców. Wszyscy aurorzy zostali zaangażowani, by go znaleźć.

- Nie jesteś aurorem. Pracujesz w Radzie Nadzorczej szkoły. Co ci do tego?

- Skopiowałem to sobie, kiedy nikt nie widział — powiedział, wskazując stos kartek. - Jeśli jakoś pomogę w złapaniu go... albo lepiej, jeśli sam go złapię, to może Ministerstwo przestanie na mnie krzywo patrzeć. I może znów to ja będę przewodniczącym rady. Chcę naprawić naszą pozycję. Zauważyłaś, że nie dostajemy zaproszeń od ministra ani żadnych innych osobistości? Kiedyś mieliśmy najlepsze miejsca podczas mistrzostw świata w Quidditchu, teraz nikt nas nawet nie zaprosi na głupi bankiet.

- Jesteś zbyt ambitny.

- Chcę, żeby było jak dawniej.

- A ja chcę, żebyś żył.

Dopiero na te słowa Lucjusz oderwał wzrok od akt i notatek i spojrzał na żonę. Miała zaszklone oczy i była wyraźnie zmartwiona.

- Dobrze — powiedział cicho. - Nie będę się na nic porywał. Ale chcę być zaznajomiony. Ten człowiek wciąż jest na wolności. Pamiętasz, co się działo, kiedy uciekł Black? Teraz jest podobnie.

- Dobrze, że jesteś na bieżąco, ale kochanie nie bierz na siebie ryzyka, którego brać nie musisz.

Lucjusz pocałował ją w czubek nosa.

- Nie zrobię niczego głupiego — powiedział.

Narcyza przylgnęła do jego ramienia, odgarnęła długie blond włosy męża i pocałowała go w szyję, dokładnie w miejsce, gdzie wytatuowano mu runy i cyfry — znak więźnia Azkabanu. Pamiątka ta już zawsze miała przypominać mu największą porażkę. Lucjusz mruknął i odsłonił szyję, prosząc o więcej. Zamknął teczkę i zrzucił ją na podłogę koło łóżka. Narcyza wplotła palce w jego włosy, usiadła okrakiem na mężu i pocałowała go w usta. Ten oddając pocałunki, wsunął jedną rękę pod jej koszulkę nocną, błądząc po jej ciele, drugą ręką machnął, na co wszystkie światła w sypialni pogasły. Został tylko blask księżyca, przedzierający się przez firankę, przypominającą delikatną pajęczynę.


Halloween zawsze wzbudzało mieszane uczucia. Dla większości była to noc, kiedy Voldemort utracił swoją moc, ale dla niektórych była to rocznica śmierci kogoś, kogo się kochało.

Snape kroczył Doliną Godryka, kierując się na cmentarz. Skierował się na grób Potterów, kiedy ku swojemu zaskoczeniu kogoś przy nim dostrzegł. Z początku nie rozpoznał tej osoby, była chuda jak tyczka i kładła na grobie kwiaty. Podszedł niepewnie i stanął kawałek dalej, ale wciąż nie wiedział, kto mógł odwiedzać Potterów i dlaczego akurat wtedy, kiedy on chciał? Tak rzadko tu przychodził, a jak już przyszedł, nie ma spokoju. Kobieta musiała wyczuć na sobie jego wzrok, a może usłyszała skrzypiący pod butami śnieg, bo nagle odwróciła się gwałtownie. Nie poznał jej od razu, nie widzieli się latami.

- Evans? - powiedział cicho, pierwsze, z czym mu się skojarzyła.

- Od lat pani Dursley - powiedziała chłodno. - Ty jesteś ten dziw... Se...

- Severus — podpowiedział.

- No tak. Nic się nie zmieniłeś, może tylko urosłeś.

Petunia jak zawsze miała dziwnie wykrzywioną twarz z obrzydzenia, był przecież tym dziwolągiem z dzieciństwa, odmieńcem, ale jej głos był dosyć łagodny. W końcu byli w miejscu, gdzie nie wypadało się kłócić. Przyszli tam po to samo. Znów odwróciła się do niego plecami i wzięła do ręki znicz, próbowała go odpalić, ale zapałki gasły jedna po drugiej, a jej ręce trzęsły się coraz bardziej. Snape podszedł do niej.

- Mogę...?

Niechętnie zrezygnowana podała mu znicz. Ten dotknął knota palcami i od razu zapłonął. Oddał jej znicz, by sama mogła go ustawić na grobie siostry. Oboje przyszli tu głównie dla Lily. Żadne z nich nigdy nie lubiło Jamesa. Było to jedyne, co ich łączyło. Snape wyjął swoją różdżkę i wyczarował piękny bukiet. Petunia odsunęła się od mężczyzny.

- Wiedziałam, że ktoś tu przychodzi poza mną, ale nie wiedziałam kto.

- Kochałaś ją prawda? Mimo tego, co o nas mówiłaś. To wciąż była twoja siostra.

- Kochałam — odparła krótko.

- Ja też — powiedział cicho Snape. - Zawsze.

Petunia popatrzyła na niego chyba lekko tym wyznaniem zdziwiona.

- Niedawno... - zaczęła niepewnie — niedawno znalazłam kilka jej rzeczy, które mi po niej zostały. Trzymałam je latami na strychu. Część oddałam Harry'emu. Ale był tam też list do... do ciebie.

- Co? - źrenice Snape'a wyraźnie się powiększyły.

- Koperta zaadresowana do ciebie. Chyba nie zdążyła go wysłać. Nie wiedziałam, czy adres wciąż jest aktualny więc... po prostu leżał ten list. Skoro już cię spotkałam może...

- Mam iść z tobą? - zaproponował szybko, chciał wiedzieć, co jest w liście i chciał to wiedzieć JUŻ.

- Och, nie, nie! Wykluczone. Mój mąż... nie, lepiej, żeby cię nie widział. Ale daj mi adres, wyślę ci go pocztą. Zwykłą pocztą.

- Wiem, jak działa wasza poczta. Nie dojdzie do Hogwartu, a ja na Spinner's End jestem tylko w wakacje.

- No to wyślę go w wakacje.

Snape poczuł ucisk w żołądku. Nie może tyle czekać.

- A nie możesz dać go Potterowi? Wyśle go do mnie sową. To bezpieczniejsze od waszej wadliwej mugolskiej poczty.

Petunia nie była pewna czy właśnie nie została obrażona.

- W... w porządku.

Stali chwilę w milczeniu wpatrzeni w grób Lily Potter.

- Pójdę już — powiedział Snape, zamiatając peleryną śnieg. - Będę czekał na list — przypomniał i odszedł.

Petunia nic nie powiedziała, poprawiła kwiaty wyczarowane przez mężczyznę, dotykając ich niepewnie, jakby miały ją ugryźć, postała chwilę i również odeszła.


Rodzina Malfoy i rodzina Greengrass zasiadła przy jednym stole w domu tych drugich.

- Wspaniałe wino, chyba lepszego nie ma — powiedział gospodarz.

Długi stół był nakryty śnieżnobiałym obrusem, pieczeń pachniała smakowicie, a pan Greengrass zaczął nalewać każdemu wina.

- To wino Superior. Dojrzewa tysiąc lat, produkuje je i sprzedaje jedynie apteka Malfoya, mojego przodka — powiedział z dumą Lucjusz. - To idealna okazja, by go skosztować.

- Słyszałem, że Malfoyowie zawsze mają tylko to, co najlepsze — powiedział z uśmiechem pan Greengrass.

Zdawałoby się, że na bladej piegowatej twarzy Lucjusz wystąpiły rumieńce.

- Piękny mają państwo ogród - powiedziała Narcyza.

- To zasługa żony — oznajmił gospodarz.

Rozmowy trwały w najlepsze, było nudno i drętwo, jak to zwykle bywa podczas spotkań dwóch arystokratycznych rodzin. Jedzenia i wina ubywało, na stole pojawił się deser i wreszcie miał nadejść ten czas, na który czekali zdenerwowani Draco i Astoria, którzy do tej pory mówili niewiele.

Czym chcesz się zajmować młody człowieku? - zapytał pan Greengrass.

Draco poprawił krawat i wypiął pierś.

- Chcę pracować w Brytyjskim Ministerstwie Magii — oznajmił.

- Idziesz w ślady ojca, co chłopcze?

Twarz pana Greengrass wykrzywiła się w jakimś niezrozumiałym grymasie i na moment zapadła niezręczna cisza. Wszyscy wiedzieli, że Lucjusz był śmierciożercą i siedział w Azkabanie. Taktownie nikt o tym nie wspomniał, ale dało się wyczuć rozczarowanie rodziców Astorii wyborem miłości swego życia.

- Prawie — dodał po namyśle Draco, bo o ile podziwiał ojca i wzorował się na nim, postanowił już, że pewne rzeczy w życiu zrobi zupełnie inaczej, mimo sprzeciwu rodziców. - Mogę pana zapewnić, że przy mnie państwa córce nie spadnie z głowy choćby jeden włos.

- Cieszy mnie to. Astoria jest delikatna — powiedziała z lekkim uśmiechem pani Greengrass.

Dziewczyna zaczerwieniła się. Obie rodziny na zmianę chwaliły swoje dzieci, wkrótce towarzystwo przeniosło się z jadalni do salonu. Pan Greengrass opowiadał żarty, a reszta śmiała się sztucznie z czystej grzeczności. Potem mężczyźni zaczęli rozmawiać osobno, kobiety osobno. Lucjusz poszedł do łazienki, a kiedy wrócił, zastał Draco, rozmawiającego szeptem z gospodarzem. Wiedział, co się święci. Nie był pewien czy wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale on i Narcyza wiedzieli od dnia, kiedy Draco poprosił ich o pewien rodowy pierścień przekazywany z pokolenia na pokolenie. Lucjusz ustawił się z kieliszkiem w dłoni koło fotela, na którym siedziała wyprostowana Narcyza i obserwował swojego syna. Pan Greengrass wyglądał na zadowolonego, co dobrze zwiastowało, poklepał chłopaka po ramieniu, a wtedy Draco odszedł i zwrócił się do swojej dziewczyny.

- Astorio.

Wszyscy ucichli i przypatrywali im się. Draco klęknął na jedno kolano i wyjął z kieszeni pudełeczko. Dziewczyna zerwała się na równe nogi jak oparzona.

- Czy zostaniesz moją żoną? - zapytał chłopak lekko roztrzęsionym głosem.

Na twarzy obydwu młodych wystąpiły rumieńce. Dziewczyna spojrzała na swoich rodziców, którzy z błogosławieństwem skinęli głowami.

- T-tak - odpowiedziała, podając rękę.

Draco wsunął na jej zgrabny palec drogi rodzinny pierścień, wstał i się pocałowali.

Rodzice młodych zaklaskali, a kobiety uroniły łzę. Lucjusz był dumny z syna. Wybrał piękną dziewczynę z dobrej rodziny czystej krwi. Teraz pozostaje mu tylko czekać na potomka, któremu wpoi swoje cudowne szlachetne ideały.


Gwiazdka nie należała do ulubionych świąt Severusa. Hogwart robił się opustoszały, wszyscy byli dla siebie nienaturalnie mili, dawali sobie prezenty i wciąż słychać było gadanie o rodzinnej atmosferze. Dla Snape'a było to zderzenie z czymś, czego nigdy osobiście nie zaznał. Zawsze był tylko obserwatorem stojącym z boku. Jedyne co mu się podobało to choinki. Po prostu cieszyły oczy. Prezentów nie dostawał, nie licząc wymyślnych słodyczy od Dumbledore'a (póki ten żył) i od McGonagall, ale oni dawali takie paczuszki zawsze każdemu nauczycielowi, więc był po prostu jednym z wielu. Te święta były jednak inne, bo trochę się w Hogwarcie pozmieniało...

Najpierw przed śniadaniem zaskoczyła go Irina, która jako sierota oczywiście została w szkole. Wpadła do jego gabinetu, kiedy jeszcze lekko zaspany ogarniał bałagan z biurka.

- To dla pana profesorze — powiedziała dziewczynka i na jego biurku położyła prostokątną paczuszkę.

- D-dziękuję - powiedział zbity z tropu.

Mała wybiegła, podskakując. Wziął niepewnie pakunek, rozwiązał wstążkę, odwinął papier i otworzył ładną drewnianą szkatułkę. W środku było sześć buteleczek ze składnikami do eliksirów. Rozpoznał je od razu. Nie były kupione, spokojnie można je było zebrać na terenie szkoły, ale trzeba było wiedzieć, gdzie szukać, a niektóre z nich można było zbierać tylko podczas pełni. Była też kartka. A właściwie ruchomy obrazek narysowany odręcznie, który przedstawiał jego i Irinę na Spinner's End. Snape zmarszczył czoło. Dlaczego to dostał? Usiadł w fotelu, przyglądając się podarunkowi. Miły gest owszem, ale nie miał nic dla tego dziecka. Właśnie dlatego nie lubi takich sytuacji, trzeba podziękować, dać coś w zamian, a druga osoba powie "nie trzeba było", choć tak naprawdę oczywiście liczyła na odwzajemnienie gestu. Głupie i niezręczne sytuacje najczęściej przytrafiają się w święta. Nie zauważył nawet, że mimo wszystko uśmiechnął się, patrząc na rysunek. Schował prezent i wyszedł, by udać się do Wielkiej Sali na śniadanie świąteczne. Jak zwykle wszyscy mieli siedzieć przy jednym stole. Nauczyciele i dwunastka uczniów z różnych domów, którzy zostali na święta w Hogwarcie. Snape usiadł między Neville'em a Minerwą. Zaraz po nim przyszła Anastazja, która usiadła koło Iriny, a od swojej prawej miała nowego nauczyciela Marcusa. Snape na ten widok poczuł niezrozumiałe ukłucie.

- Są wszyscy? - zapytała McGonagall. - No to smacznego!

Wszyscy rzucili się na jedzenie. Kiedy Snape kończył świąteczny pudding czekoladowy podeszła do niego Anastazja.

- Pójdziesz so mnoy do twojej klasy? - zapytała cicho.

Skinął głową, wstał i zdziwiony tą prośbą poszedł za nią.

- Ya ne chciala davat' tobie tego tak przy wszystkich — powiedziała, wchodząc do środka.

- Czego...

Nie dokończył pytania, bo zaraz, gdy wszedł, w jego oczy rzucił się naprawdę ładny nowy kociołek, obwiązany czerwoną wstążką. Zamarł w połowie drogi i nie potrafił nic powiedzieć. Dwa prezenty, to może dla niektórych nie dużo, ale dla kogoś, kto w ogóle ich nie dostawał, sytuacja była mocno niecodzienna.

- Ya widziala, kak ten tvoy stary wygląda, prawie dziury na wylot v nem — powiedziała w końcu Anastazja, bo Snape wciąż milczał.

- Nie ważne jak wyglądał, ważne, że był użyteczny.

- Kak ty? - zaśmiała się.

- Słuchaj... dziękuję, ale ja nie mogę tego przyjąć, to szkoła powinna dbać o wyposażenie... na pewno był drogi.

- No on jest dlya vas, a ne dlya szkola. Vy mozhete w nem warzyć prywatne eliksiry. I on znowu ne byl takim dorogim.

- Ja... nie mam nic dla ciebie — powiedział.

To był właśnie jeden z tych momentów, których nienawidził i których się obawiał. Niezręczna sytuacja, poczucie winy i zobowiązująca wdzięczność za prezent.

- Ya znayu, wiem, przecież do tej pory my ne robili sobie prezentów. Wiesz, chto ya chcę vzamen? - zapytała.

Jej bezpośredniość trochę go zdziwiła.

- Co?

- Żebyśmy byli przyjaciele. Wiesz o moyem dare i ty ne uciekleś. Nu, mozhet na początku, ale jednak... ty so mnoy gadasz, da? Mozhet li tak już zostać?

- J-jasne - zmarszczył brwi.

Chciał powiedzieć, że niepotrzebnie coś kupowała. Zadowoliłby się słowami "żebyśmy byli przyjaciółmi", bo sam raczej niewielu ich miał, ale nie zdążył, bo znów zbiła go z tropu, kiedy go przytuliła. Wtedy przez myśl przemknęło mu pytanie, dlaczego Anastazja nie spędza świąt ze swoim narzeczonym i ciekawe co jemu kupiła. Oczywiście nie mogła wiedzieć, co myśli, bo zamknął przed nią umysł. Ostatecznie stwierdził, że nie wypada pytać o takie rzeczy. Postanowili wrócić jeszcze do Wielkiej Sali posiedzieć z innymi.

- Pochemu ludzie calować się pod jemiola? - zapytała nagle Anastazja, kiedy szli korytarzem.

- Podobno pod jemiołą spełniają się ludzkie marzenia — wyjaśnił. Oczywiście sam w to nie wierzył.

- Absurd. Eto roślina pasożytnicza. V etom net nichego romantycznego. Oczywiscie ma swoje wlasciwości magiczne, ale ne takie — prychnęła.

Podobało mu się jej podejście do pewnych spraw.