1997
Assuarin nie spodziewał się, że Szpital Psychomagiczny w Poczdamie nadal stoi. A już tym bardziej nie przypuszczał, że znajdzie tam ojca.
Gdy teraz szedł za korpulentną siostrą Benedyktą pachnącym antyseptycznie korytarzem, czarodziej mógł tylko wyobrażać sobie, o ile gorzej to miejsce wyglądało w latach czterdziestych. Teraz, to była wyremontowana i nowoczesna placówka, nawet jeśli nazwa wciąż brzmiała odstraszająco. Assuarin nie dziwił się, że w akcie urodzenia Vladimira, do którego dotarł, nie było żadnych danych co do miejsca narodzin.
Co było pocieszające, to fakt, że pacjentów nie było dużo. Siostra Benedykta z dumą wspominała tych, którym udało się pomóc, którzy powrócili do dawnego życia. Poczdamski szpital był jedynym w Europie dedykowanym wyłącznie problemom psychicznym czarodziejów. Obecnie przebywało tu sporo Brytyjczyków, którzy lizali mentalne rany z wojny z Voldemortem.
- Szkoda, że siostra Hilda odeszła na emeryturę… ona pamiętała Ivana jeszcze z czasów wojny… mnie powiedziano jedynie, że jego przypadek jest bardzo ciężki… - Benedykta szybko mówiła po angielsku, z niemieckim akcentem – Assuarin ledwo ją rozumiał.
- Jakie są jego objawy? – zapytał Assuarin, gdy zatrzymali się przed wzmocnionymi magią drzwiami.
- Zdarza mu się nie odzywać całe dnie, albo zalewać słowotokiem niepowiązanych wyrazów, w obu językach. Fizycznie pozostaje bierny, ale jego magia jest wysoce destrukcyjna – przenieśliśmy go tu, bo zdołał zdemolować już trzy sale. Za każdym razem jest coraz słabszy… a teraz uzdrowiciele są zgodni, że nie zostało mu wiele życia. – pielęgniarka posłała Assuarinowi współczujące spojrzenie. On jednak paradoksalnie czuł jakąś ulgę – przybył tu… zdążył… nie było jeszcze za późno.
Siostra Benedykta uniosła różdżkę i odryglowała drzwi. Weszła do środka pierwsza. Assuarin westchnął. To było puste, bezosobowe pomieszczenie, pozbawione jakichkolwiek osobistych akcentów. Szyby w oknie były mleczne, ten sam kolor miały też ściany. Łóżko zajmowało większość przestrzeni, oprócz niego jedynym meblem był trójnożny stołek i szafka z pojedynczą szufladą.
- Ivan, masz gościa! – siostra Benedykta wskazała Assuarinowi stołek.
Postać częściowo okryta szarą pościelą nie poruszyła się. Assuarin ostrożnie badał wzrokiem przerzedzone, siwe włosy, zapadnięte policzki, ciemne cienie pod oczami. Musiał przyznać, że Vladimir był bardziej podobny do ojca. Sam Assuarin wdał się bardziej w Tatianę.
- Ojcze? – spytał cicho Assuarin. Nic. Leżący mężczyzna mrugał wolno, jakby leniwie i tylko to oraz ledwie dostrzegalne uniesienia klatki piersiowej wskazywały na fakt, że nadal żył.
- Niestety… - zaczęła siostra Benedykta, lecz nie dane jej było dokończyć. Assuarin odwrócił się błyskawicznie, ruch jego różdżki był zbyt szybki, by pielęgniarka o spowolnionym refleksie mogła zareagować.
- Imperio. – gdy czar trafił kobietę, posłusznie opuściła swoją różdżkę. Assuarin nakazał jej wyjść. Skrzywił się, widząc jak silny był jego czar – Benedykta prawie wybiegła z salki, tak przymuszona czuła się do wypełniania jego poleceń.
Gdy Assuarin odwrócił się do łóżka, powitało go gniewne spojrzenie starszego mężczyzny. Nie obojętne, nieobecne – teraz już pełne złości, potępiające.
- Niewybaczalnych nie rzuca się w tym miejscu. – niemiecki Ivana był perfekcyjny – to zaskoczyło Assuarina.
- Powiedziano mi, że przez Niewybaczalne moja matka trafiła tutaj. Ty także? – Assuarin przerzucił się na rosyjski i mocniej zacisnął palce na różdżce.
- Twoja matka? – Ivan zmarszczył brwi. Jakby nie pamiętał.
- Tatiana Romanowa. – Assuarin patrzył ojcu prosto w oczy. Miał wrażenie, że coś ściska jego serce, gdy na twarzy zmęczonego mężczyzny zobaczył prawie dziecięcy strach.
- Ona wciąż żyje, chociaż wierzy, że ty i Vladimir zginęliście w pożarze. Chcesz, żebym ci o niej opowiedział? – Assuarin delikatnie sięgnął ręką do dłoni Ivana. Uznał za sukces to, że starszy mężczyzna nie cofnął się ani nie odepchnął go. Pokiwał jedynie głową.
Tak więc Assuarin opowiadał, o swoim dzieciństwie, o podejrzeniach, dwóch spotkaniach z Tatianą… odszukaniu Vladimira i jego córki… zdradził też to, czego dowiedział się od brata. Ivan zdawał się słuchać go z uwagą, ale nie zadawał żadnych pytań, nie zdradzał żadnych emocji.
- Zatem Tatiana była w ciąży, kiedy upozorowałem śmierć swoją i Vladimira. – Ivan odwrócił głowę. Assuarin poczuł dziwną ulgę, gdy zorientował się, że w oczach ojca pojawiło się widmo wstydu.
- Zachowałbyś się inaczej, gdybyś o tym wiedział? – Assuarin nie był w stanie powstrzymać tego pytania.
- Nie. – Ivan spojrzał teraz na niego. Assuarin pytająco uniósł brwi. Czy wszystkie wyobrażenia, jakie miał o rodzicach jako dziecko, miały zostać roztrzaskane na małe kawałeczki?
- Tatiana czuła się zniewolona w rodzinie, jaką chciałem z nią stworzyć. Odchodząc, zabierając Vladimira, dałem jej wolność, by mogła poskładać się i zawalczyć o swoje marzenia. Jestem zdumiony, że nie pozbyła się ciebie – przy jej uzależnieniu i przeżytych traumach, spodziewałbym się raczej aborcji. – odpowiedział Ivan beznamiętnym tonem.
- Wcale jej nie kochałeś, prawda? – Assuarin skrzywił się – zimne dreszcze przebiegały przez jego ciało. Jego matka miała rację – dlaczego musiał być takim cholernym idealistą?
- Nie. Poznałem ją tutaj. Pomogła mi, ja pomagałem jej. – Ivan wzruszył ramionami.
- Co stało się z tą, którą naprawdę kochałeś? Z Aleksandrą? – Assuarin ścisnął dłoń ojca, w którego oczach zalśniły łzy.
- Byliśmy zaręczeni, kiedy przyszła wojna. Wychowano nas na patriotów, stanęliśmy do walki. Trafiliśmy do niewoli. Rozdzielono nas. Postawiono przede mną wybór – miałem służyć Grindelwaldowi albo zginąć. – zaczął opowiadać Ivan. Gdy przerwał, by nabrać powietrza, Assuarin pomyślał, że sam nie wie, jak zachowałby się w takiej sytuacji. Czy zginąłby za swoje przekonania?
- Zdradziłem swój naród. Zostałem żołnierzem Grindelwalda. Wysłano mnie na szkolenie… do jednego z ośrodków szkoleniowych, a potem zabrano na test… lojalności. Mieliśmy torturować i zabijać ludzi, którzy trafili do niewoli, a którzy nie zgodzili się służyć czarnoksiężnikowi. Urodziłeś się po wojnie, mogłeś o tym nie słyszeć, ale tysiące czarownic i czarodziejów przepadło bez śladu w Nurmengardzie.
- Słyszałem. – wyszeptał Assuarin. W Rosji nie było magicznej rodziny, w której po wojnie nie byłoby przynajmniej jednego zaginionego. A powtarzano plotki, że z okupowanych terenów zabierano również dzieci…
- Grindelwald miał w Mrocznej Wieży szafę zniknięć, przez którą transportował ludzi do groty w Albanii. Tam ci ludzie byli zabijani przez nas… tak mieliśmy udowadniać swoją lojalność. Po teście większości wymazywano pamięć… poza tymi, którzy wykazywali potencjał… jak ja. W grocie nie okazałem słabości, chociaż w rozpadlinie, do której wrzucano zwłoki, zobaczyłem ciało Aleksandry. – Ivan ukrył twarz w dłoniach. Jego ciało trzęsło się od szlochu.
Assuarin milczał, zmrożony obrazem, jaki podsuwała mu wyobraźnia. Podejrzewał, że ojciec miał jakieś wojenne tajemnice, albo przeżył coś naprawdę strasznego, ale to? Bycie świadkiem szeroko zakrojonego ludobójstwa, ba… bycie czynnym uczestnikiem… bycie…
- Byłeś katem, mordercą. Potworem. – powiedział cicho Assuarin i żółć podeszła mu do gardła.
- Jestem. Tego nie da się zostawić za sobą.
- Nie wolałeś zginąć? – Assuarin odsunął się od starszego mężczyzny, nagle żałując, że tak bardzo chciał poznać prawdę.
- Po teście oddelegowano mnie na front, nie było czasu by się nad tym zastanawiać. Potem awansowałem szybko… aż posłano mnie z powrotem do specjalnego ośrodka, bym szkolił w okrucieństwie innych. Dopiero po jakimś czasie skierowano mnie do Nurmengardu… gdzie byłem odpowiedzialny za przeprowadzanie ludzi do groty. To mnie złamało… zacząłem mieć wizje, halucynacje… oszalałem. Front się załamywał, wykorzystałem okazję i uciekłem. Mówiłem już dobrze po niemiecku, więc jacyś czarodzieje przyprowadzili mnie tutaj. – Ivan chciał otrzeć łzy, ale jego dłonie drżały tak mocno, że tylko rozmazał je na swoich zapadniętych policzkach.
- W Nurmengardzie nie znaleziono ani więźniów, ani szafki. Generałowie popełniali samobójstwa, a Grindelwald gnije w swoim więzieniu. Nie ma żadnych dokumentów, żadnych świadków… poza tobą. – wyliczał Assuarin, z każdym słowem czując coraz większy ciężar prawdy.
- Dokumenty wciąż mogą istnieć… zapieczętowane hasłem Grindelwalda w ośrodku szkoleniowym. Byłem tam wielokrotnie, ale nigdy nie udało mi się złamać hasła. – Ivan potrząsnął głową.
- Gdzie to jest? Może Międzynarodowa Konfederacja Czarodziejów mogłaby coś z tym zrobić? Dumbledore na pewno… - Assuarin szybko myślał o tym, jak ta sprawa wstrząsnęłaby całą społecznością czarodziejów… całym magiisystemem.
- Dwie ceglane wieże nad jeziorem… kamienny blok, na którym miał stanąć posąg Grindelwalda… Uważasz, że mógłbym stanąć przed najszlachetniejszymi tego świata i powiedzieć, że zabiłem setki bezbronnych ludzi? Kobiety… dzieci… ciężarne… - Ivan uderzył pięściami o łóżko, a Assuarin wyczuł drżenie magii… destruktywnej, niebezpiecznej.
- Świat zasługuje na prawdę! – Assuarin machnął różdżką, by ustabilizować trzęsącą się szafkę nocną.
- Nie widzisz, że jestem zbyt wielkim tchórzem, by się do tego przyznać?! Każą mi to pamiętać… każą mi pokazywać Aleksandrę… ja nie mogę, nie chcę… - Ivan skulił się. Jak przerażony chłopiec, objął kolana oraz zaczął kołysać się w przód i w tył.
Assuarin zrozumiał, że stary czarodziej jest już zbyt szalony… by znieść proces, jaki na pewno by wystąpił… by znieść osąd jakiemu niewątpliwie podda go magiczna społeczność. Poza tym, to mogło ciągnąć się miesiącami… których Ivan i tak nie miał. Samo zwrócenie na sprawę uwagi całego magicznego świata mogło okazać się karkołomnym zadaniem… bo czy ktokolwiek uwierzyłby czarodziejowi, u którego szaleństwo zdiagnozowano dekady temu?
- Vladimir nie wie, prawda? – Assuarin pomyślał o tym, że prawda przygniotłaby brata. Co innego wierzyć, że twój ojciec jest wariatem, a co innego mordercą, bestią.
- Zabiłbym się, gdybym nie czuł się za niego odpowiedzialny. Był taki bezbronny… - Ivan uśmiechnął się czule, co wywołało gęsią skórkę u Assuarina.
- Dlaczego powiedziałeś mi? Nie byłeś w stanie obciążyć jego… dlaczego zrzuciłeś to na moje barki? – Assuarin rozpaczliwie chciał uciec… wyrzucić te wszystkie wyznania z pamięci.
- Bo ty powiesz światu prawdę, kiedy ja już będę martwy. – ton Ivana był okropną mieszanką błagania i rozkazu. Assuarin wzdrygnął się:
- Ja? Przecież mi nikt nie uwierzy! – rzeczywiście tak myślał. Przecież był tylko rosyjskim czarownikiem, w dodatku urodzonym już po wojnie. Jak miał ogłosić światu prawdę o ludobójstwie? To na zawsze naznaczyłoby jego życie, przekreśliło wszystkie plany… matka skazałaby go na banicję… nie przyznałaby się do niego… był dzieckiem potwora…
Tymczasem Ivan sięgnął do szuflady w szafce nocnej i wyciągnął stamtąd książkę, z tytułem napisanym cyrylicą. Młodszy czarodziej miał ochotę krzyczeć - to była ,,Zbrodnia i kara" Dostojewskiego. Lecz Ivan zaczął podważać paznokciami okleinę okładki. Wyjął stamtąd świstek, który wyglądał jak wycinek z jakiejś gazety.
- Wiesz chociaż, gdzie dokładnie znajdowała się tamta grota? – Assuarin obserwował jak ojciec rozkłada kawałek starej gazety, czując się coraz bardziej osaczony… jakby ktoś pomału odcinał mu dopływ powietrza. Wiedział, że dowie się dużo… ale to było zbyt wiele.
- Ona może wiedzieć. – Ivan podał mu ostrożnie świstek.
Assuarin spoglądał na twarz kobiety w średnim wieku, o czarnych włosach zaczesanych w kok, wysokich kościach policzkowych i surowych okularach z prostokątnymi szkłami. Fotografia nie ruszała się, ale była kolorowa – oczy czarownicy były intensywnie zielone, przenikliwie. Zielony kolor miał też spiczasty kapelusz na jej głowie.
- ,,Profesor Minerwa McGonagall." – przeczytał Assuarin podpis. To nazwisko z czymś mu się kojarzyło – z transmutacją? A może z dyplomacją?
- Widziałem ją. W grocie. Jedyny niewinny świadek. Uciekała… mogłem ją zranić… byłem pewien, że nie przeżyła wojny… ale znalazłem ją… w gazecie… ona żyje… to musi być ona. – bełkotał Ivan.
- Nie sądzisz, że gdyby komukolwiek udało się uzyskać informacje o grocie i tym, co tam się działo, ogłosiłby to natychmiast? – Assuarin sceptycznie przyglądał się szlachetnej twarzy.
- Jestem szalony… jednak ona jest animagiem… kotem… to ona. – wymamrotał Ivan, pocierając skronie.
- Próbowałeś się z nią skontaktować? – wątpliwości wciąż nie opuszczały Assuarina.
- Zdjęcie znalazłem niedawno. A od Wielkiej Brytanii zawsze trzymałem się z daleka. – Ivan wzruszył ramionami.
- Tam mieszka twoja wnuczka, Alexandra. – powiedział Assuarin, zanim dobrze przemyślał te słowa.
- Aleksandra… - gdy Ivan zalał się łzami, młodszy czarodziej mógł jedynie zacząć płakać z nim.
To musiał być jakiś koszmar. Łzy, żałosne łzy czarodzieja niegodnego Romanowów, ale szalonego jak Zenaidovowie moczyły kawałek papieru ze zdjęciem Minerwy McGonagall.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
1998
Gdy tylko Minerwa zorientowała się, że pod materiałem odsuniętym przez Albusa znajduje się ciało Aberfortha, podbiegła do dyrektora, który upadł na kolana.
- Abe. – jęknął Albus, sięgając dłonią do policzka swojego młodszego brata. Minerwa pochyliła się, by położyć dłoń na ramieniu Albusa.
Serce biło jej o wiele za szybko, irracjonalny strach zdawał się odcinać dopływ powietrza. A jednak Minerwa stała wyprostowana, nawet gdy Albus cofnął się, by plecami oprzeć się o jej nogi. Czarownica przesunęła dłoń na kasztanową głowę, głaszcząc go uspokajająco.
- Znaleźli go mugole. Jutro w mieście miały się odbyć targi hodowców zwierząt gospodarskich. Mugolscy policjanci podejrzewali, że przyszedł pooglądać pasące się tu kozy. – odezwał się Harry. Minerwa skinęła głową – nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.
- Aberforth… - szeptał Albus, jego ramiona drżały.
- Został zamordowany Avadą, lecz wcześniej musiał być torturowany Cruciatusem. – wtrącił się Kingsley.
- Ale dlaczego? Przecież on… nie miał osobistych wrogów… jego rola w Zakonie nie była prominentna… - Minerwa spojrzała z rozpaczą na Harry'ego, błagając go, by nie sięgnął po najbardziej oczywisty powód.
- Ale jest… był bratem profesora Dumbledore. Na razie przyjmujemy, że torturowano go w celu uzyskania informacji. Nie wiemy jakich, lecz obstawiamy, że sprawca zakładał, iż Aberforth wiedział, jak Albusowi udało się wrócić zza grobu. – głos Harry'ego był surowy, chociaż jednocześnie też pełen smutku.
- Przecież ja sam nie wiem jak to się stało! Chyba że… o Merlinie… Minerwo… - Albus zupełnie nieoczekiwanie odwrócił się, objął rękoma nogi stojącej Minerwy i ukrył twarz w warstwach jej spódnicy.
Czarownica zamknęła oczy…ta reakcja wydawała się zupełnie nietypowa… niespodziewana. Albus był załamany – wibracje jego szlochu były dla niej doskonale wyczuwalne.
- Profesorze, czy jest możliwość, że to morderstwo i śmierć Lestrange'a są ze sobą powiązane? – odezwał się cicho Harry.
Albus nie odpowiedział, wciąż chowając twarz w materiale szat Minerwy, która otworzyła teraz szeroko oczy – zimne dreszcze biegły w dół jej kręgosłupa.
Harry wydedukował coś, co jej nie przeszłoby przez myśl. Związek pomiędzy śmiercią Aberfortha i Lestrange'a był oczywisty – kolczyki Roweny. Śmierciożercy skradziono kolczyk wcześniej zdobyty przez Voldemorta. A Aberforth przez jakiś czas był właścicielem drugiego do pary – zanim on i Albus sprezentowali go Minerwie na Boże Narodzenie.
- Profesor McGonagall? – Ronald musiał zauważyć, że krew odpłynęła z twarzy Minerwy.
To nie było proste, lecz Minerwa zdecydowała się opowiedzieć im wszystkim legendę kolczyków Roweny i plany, jakie miał wobec nich Voldemort. Mówiła cicho, monotonnie, cały czas gładząc głowę Albusa. Widziała jak Ron i Harry wymieniają zaniepokojone, ale porozumiewawcze spojrzenia – bo oto znów natykali się na tajemnicę…
- Skąd wiadomo, że Voldemort interesował się ideą … żywych, ludzkich horkruksów? – Harry skrzywił się.
- Nagini… - zasugerowała Minerwa, chociaż wiedziała, że to za mało. Z tego jednego węża nie można było wyciągnąć takich wniosków. Pochyliła się, ujęła twarz Albusa – wyczuwała wilgoć na palcach, a jego oczy były zapuchnięte.
- Skąd przekonanie, że miałam żyć jako horkruks, a nie że miałam zostać zamordowana w celu go stworzenia, Albusie? – spytała miękko, chociaż serce się jej krajało. Wyglądało jednak na to, że Albus uspokajał się powoli.
- Moody… od zawsze śledził działania Voldemorta na moją prośbę… Tom w trakcie podróży do Albanii zatrzymał się w Sarajewie… nie przywiązywałem do tego wagi, ale badając moje ,,zmartwychwstanie" i wątek horkruksów, odkryłem, że w Sarajewie jest jedyny egzemplarz starożytnej księgi, która ma konkretne instrukcje dotyczące tworzenia horkruksów. Voldemort już umiał rozrywać swoją duszę. Książka była mu potrzebna, żeby dowiedzieć się więcej. – mówił Albus, patrząc tylko na Minerwę, ale na tyle głośno, by wszyscy go słyszeli.
- Voldemort jest martwy. To nie on zabił Aberfortha. – Harry patrzył na Minerwę z rozpaczą – rozumiała jego strach… bo to byłby najokrutniejszy obrót spraw… gdy po tym wszystkim…
- Kto zatem to zrobił? Kto wiedział o kolczykach, kto pragnie nieśmiertelności? - głęboki głos Assuarina przeciął ciszę. Wszyscy spojrzeli na niego – a on patrzył wprost na Minerwę… z oskarżeniem, którego ona nie rozumiała…
- To była kobieta. – tym razem wszystkie pary oczu zwróciły się w stronę starca w szarych szatach.
- Kim pan jest? – Minerwa nie kojarzyła nijakiej twarzy.
- Nazywają go Tropicielem, po wypadku w dzieciństwie ma węch czulszy niż ogary. – objaśnił Kingsley i gestem zachęcił mężczyznę, by kontynuował.
- Gdy mnie tu wezwano, wyczułem damskie perfumy. Zmarłego znaleźli mężczyźni, do momentu pojawienia się tu profesor McGonagall na miejscu nie było żadnej kobiety… Oczywiście mogę się mylić… ale rzadko mi się to zdarza. – czarodziej wzruszył ramionami.
Minerwa pociągnęła nosem. Inni też próbowali coś wyczuć… ale wiatr smagający pastwisko jakby wywiał wszelki zapach…
- Niech pani zmieni się w animagiczną formę. – zasugerował Tropiciel.
Zrobiła to. Na miękkich łapach okrążyła Albusa i przesunęła się do Aberfortha. Ciało pachniało kozami… to był charakterystyczny zapach, który zawsze utożsamiała z Aberforthem. Ale było też coś jeszcze… coś zupełnie niepasującego do nadmorskich klifów.
- Pani profesor? – spytał niecierpliwie Ronald, gdy tylko wróciła z powrotem do ludzkiej sylwetki.
- Coś jak iglasty las… tajga… żywica i śnieg… - mruczała Minerwa – miała okropne wrażenie, że zapach jest znajomy.
- Dokładnie. To mocne, ciężkie perfumy, inne niż pani. Pani profesor pachnie konwaliami oraz starym pergaminem… a teraz też dyrektorem, czyli cytryną i czekoladą. – starzec uśmiechnął się, podczas gdy Minerwa czuła rumieńce wstępujące na policzki.
- Jeśli jednak jakaś żądna krwi wiedźma szuka tych kolczyków, to czy pani profesor nie jest w niebezpieczeństwie? – spytał Harry z troską.
Albus ostrożnie zakrył twarz Aberfortha i podniósł się na nogi. Minerwa zdziwiła się, gdy kasztanowowłosy czarodziej złapał ją za rękę.
- Musicie jak najszybciej złapać osobę winną tych morderstw. – powiedział odmłodzony dyrektor Hogwartu z pełną stanowczością.
- W Hogwarcie nic mi nie grozi. – Minerwa dotknęła ramienia Harry'ego, jednocześnie spoglądając na Assuarina, który mrużył oczy.
- Będzie trzeba coś powiedzieć prasie. – westchnął Kingsley.
- Aberforth nie życzyłby sobie rozgłosu. – powiedziała nauczycielka, czując mocniejszy uścisk na swojej dłoni.
- Oczywiście. Zajmiemy się tym. W sprawie … pogrzebu, skontaktujemy się z wami. Ale teraz chyba lepiej będzie, jak wrócicie do Hogwartu. – minister potarł skronie. Albus sztywno skinął głową i puścił dłoń Minerwy, by zaoferować jej swoje ramię.
- Nie ma mowy. Rozszczepisz nas, to jest przestrzeń całego kraju, a ty przeżyłeś szok. Fawkes! – Minerwa klasnęła w dłonie. Zgromadzeni mężczyźni wciągnęli ze świstem powietrze, gdy z nieba zanurkował szkarłatny feniks.
- Przywołać feniksa… niesamowite. – wyszeptał Tropiciel.
Minerwa odetchnęła. Nie była pewna, czy Fawkes się pojawi.
- Wróci pan sam, profesorze Zenaidov. – powiedziała chłodno i solennym skinieniem głowy pożegnała się z resztą obecnych. Jedną ręką oplatając łokieć Albusa, drugą sięgnęła po upierzony ogon. Zamknęła oczy, czując charakterystyczne ciepło.
Wylądowali w salonie dyrektorskich apartamentów. Nie do końca było wiadomo, które z nich podprowadziło drugie do kanapy – efekt był taki, że opadli na miękki mebel razem. Albus odwrócił się do Minerwy – jego spojrzenie było błagalne, oczy pełne łez – gdyby nie broda, wyglądałby jak zagubiony chłopiec.
- Czy mogę…? – wykrztusił.
Bez słowa rozchyliła ramiona. Wtulił się w nią z impetem, jakby tylko przylgnięcie do niej dawało mu jakąś ulgę. Minerwa odruchowo zaczęła gładzić dłonią jego kasztanowe włosy.
Dopiero teraz zaczynało to do niej docierać. Ktoś zamordował Aberfortha. Ktoś torturował brata Albusa. Podniesiono różdżkę na rodzinę Dumbledore'ów.
Wciąż pamiętała tamte gorzkie słowa Aberfortha, kiedy posyłał ją do diabła. Nie wierzył, że ktokolwiek mógłby chcieć być częścią jego rodziny. Minerwa pamiętała, jak pojawił się, by wspomóc jej patronusa. Walczyli razem, broniąc swoich pleców. Może byli skrajnie różni, ale w jakimś stopniu się rozumieli – zarówno Aberforth, jak i Minerwa mieli burzliwą relację z Albusem.
Czuła się jego siostrą. A teraz on nie żył.
Lecz czym był jej ból w porównaniu z bólem Albusa?
- Przykro mi. – wyszeptała, a naraz te słowa wydawały jej się żałośnie słabe. Prawda była taka, że nigdy nie widziała Albusa w takiej rozsypce – chociaż spędziła u jego boku dekady, zazwyczaj to ona ponosiła stratę. On był jej pociechą, podporą. Teraz role się odwróciły, a Minerwa nie miała pojęcia jak reagować. Z żalem pomyślała, że w takiej sytuacji może poszłaby do gospody Aberfortha i zapytała go o radę – bo Aberforth musiał widzieć Albusa w podobnym stanie po śmierci Ariany… ale właśnie Aberforth… został zamordowany.
- Przepraszam… to wpływa na mnie za mocno… te cholerne emocje… - szaty Minerwy tłumiły słowa Albusa. Czarownica zaniepokoiła się – Albus nigdy nie tracił panowania nad słowami – ale dotarło do niej, że ta emocjonalność może był efektem jego odmłodzenia.
- Połóż się. Spróbuj zasnąć. – Minerwa położyła dłonie na jego ramionach i lekko pchnęła go w ten sposób, że jego głowa spoczęła na jej kolanach. Próbowała uśmiechnąć się kojąco, gdy patrzył na nią swoimi akwamarynowymi oczami.
- Po co wróciłem, Minerwo? Młodszy, silniejszy… ale na co to mi się zdało, skoro nie ocaliłem nawet własnego brata? Skoro nie mogę… - urwał, zamiast tego mocno łapiąc jej dłoń.
- Nie wiem, kto popełnił tą zbrodnię, ale to w żadnym wypadku nie była twoja wina. – Minerwa uścisnęła jego palce. W jakiś sposób to było takie naturalne – głowa Albusa na jej kolanach, dłoń Minerwy w jego dłoniach. Lecz z drugiej strony… w tej formie, gdy już było o wiele za późno, to nie było właściwe.
- Nie wierzę, że to ja mam być ostatnim Dumbledore'em. Nie Aberforth, nie Ariana. Ja. – kasztanowa broda zadrżała od tłumionego żalu.
,,Nie musisz być." – Minerwa nie wypowiedziała na głos tej myśli, jednak ona pojawiła się. Albus był znów młody. Dostał drugą szansę. Mógłby teraz przeżyć swoje życie inaczej – założyć rodzinę, mieć dzieci… Łzy pojawiły się również w jej oczach, ale uparcie nie pozwalała im popłynąć. Musiała być silna, dla niego.
- Może jesteśmy ostatnimi z naszych rodów, lecz nie jesteśmy sami, Albusie. Pomogę ci ze wszystkim. – pogładziła jego policzek.
- Aberforth miał rację. Nigdy nie zasługiwałem na twoją przyjaźń. – wyszeptał Albus, patrząc na nią smutno.
- Gdyby cię teraz usłyszał, nazwałby cię godnym pożałowania głupcem. Bez względu na to, ile gorzkich słów padło między wami, on wiedział, że ty go kochałeś. – Minerwa zebrała się na odwagę i pochyliła, by delikatnie ucałować czoło Albusa.
Tej nocy Albus zasnął jak małe dziecko, skulony na jej kolanach. Minerwa nie poruszyła się przez całą noc, rozmyślając o dwóch zupełnie różnych braciach Dumbledore. O śmierci jednego i ożywieniu drugiego. Myślała też o tajemniczej zabójczyni, pachnącej lasem. Głęboki aromat świerkowej żywicy. Lekkość śnieżnego puchu. Świeżość zielonego mchu. Symfonia północnego boru.
Minerwa już wiedziała, skąd znała ten zapach. Dokładnie tak pachniał las, w którym straciła swoją córkę.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Gdy rano Albus się obudził, zaproponowała mu pomoc w organizacji cichego pogrzebu w Dolinie Godryka. Zgodził się, chociaż jedna rzecz pozostała niedopowiedziana.
Minerwa miała zbyt duże doświadczenie w planowaniu pogrzebów.
Kolejne dni nie były łatwe. Każdy z nich był coraz bardziej desperacką walką z czasem. Jedzenie traciło smak, kolory zlewały się w szarość, zapachy przyprawiały o mdłości. Minerwa przymykała oczy, a pod powiekami przewijały się bolesne wizje groty. Otwierała je, a słońce nagle stawało się zbyt jasne, zbyt raniące, zbyt żywe.
Do mistrzostwa opanowała eliksir uzupełniający krew, lecz nie był on w stanie zastąpić tych litrów, które traciła. Brakowało jej składników, a zastępowanie ich tańszymi zamiennikami skutkowało efektami ubocznymi. Bandaże, transmutowane ze wszystkiego, nasiąkały zbyt szybko i nie mogła już być pewna, czy krew nie przesiąknie przez nie, a potem przez czarne jak smoła szaty.
Szaty, które wisiały żałośnie na jej coraz bardziej wystających kościach. Brakowało jej sił na najprostsze czynności, mimo rozpaczliwego oszczędzania się. Zaciskała zęby, by jedynie w ostateczności sięgać po brudną magię, która niebezpiecznie pulsowała w jej żyłach, której użycie napawało ją odrazą. Robiła to jednak, bo nie mogła dopuścić do tego, by uczniowie zaczęli się niepokoić jej stanem zdrowia, by ta słabość rzutowała na jakość jej nauczania.
Mimowolnie i odruchowo odcinała się od Albusa – pragnęła jego przyjaźni, ale wiedziała, że wiąże się ona z otwartością i szczerością, na jakie nie mogła sobie pozwolić. Czuła się okropnie, bo widziała, że on potrzebuje wsparcia po śmierci brata – tylko że Minerwa już nie miała sił… Odsuwała się od uczniów – ograniczając lekcje z Alexandrą, unikając Neville'a, ignorując Hermionę. Kwestią czasu było, aż jej lwiątka dostrzegą wprowadzane w jej zachowaniu subtelne zmiany.
Miała jednak nadzieję, że zdąży nauczyć ich dość, a jej odejście będzie nagłe i ciche.
- Profesor McGonagall. – to Assuarin skinął jej uprzejmie głową.
Minęły dwa tygodnie od rozpoczęcia roku szkolnego. Minerwa nie zebrała się jeszcze na wizytację lekcji nowego nauczyciela obrony przed czarną magią. Albus twierdził, że Assuarin jest wybitnym specjalistą, a uczniowie, z którymi Minerwa rozmawiała na temat nowego profesora wypowiadali się w podobnym tonie - widać było, że chodzą na jego lekcje z entuzjazmem i zapałem większymi nawet od tych, jakie obserwowała u nich przed lekcjami transmutacji. To rodziło w niej lekką zazdrość, kojoną jedynie przez Alexandrę, która z wielkim sceptycyzmem odnosiła się do profesora noszącego to samo nazwisko.
Minerwa zerknęła na stojące wysoko słońce i skrzywiła się. Jeśli teraz ruszy w stronę klasy obrony, zdąży tam dojść przed rozpoczęciem następnej lekcji i przekona się na własne oczy. Zmusiła swoje nogi do szybszego marszu.
Za oknami spóźnione sowy kołowały nad wieżą Ravenclawu. Rulony listów od rodziców, najnowsze egzemplarze prasy kołysały się uwiązane do szponów ptaków. Dziennikarze magicznych gazet już w mniejszej liczbie okupowali bramy Hogwartu niż wcześniej – po tym, jak wyeksploatowali temat ,,samobójstwa" Rudolfa Lestrange i tajemniczej śmierci Aberfortha, nie mieli o czym pisać.
Minerwa dyszała lekko, gdy dotarła na korytarz prowadzący do klasy obrony przed czarną magią. Zebrała całą swoją silną wolę i narzuciła na siebie Zaklęcie Kameleona. Skrzywiła się, czując przepływ brudnej magii. Zadrżała, gdy zdała sobie sprawę, jak słaba była. Na szczęście przemiana animagiczna wymagała raczej skupienia niż mocy, więc zamiana w szarą kotkę była nieco prostsza.
Wtem rozbrzmiały dziecięce głosy – oto musiała już być przerwa i uczniowie zmierzali na kolejne lekcje. Minerwa przylgnęła do ściany, widząc roześmianych, pędzących czwartorocznych Gryfonów. Ostrożnie ruszyła za nimi.
Gdy weszła do klasy obrony przed czarną magią, bardzo szybko przypomniała sobie własną pierwszą lekcję tego przedmiotu. Assuarin podobnie wyposażył klasę jak Galatea Merrythought. I mimo niezdrowej słabości Galatei do Toma Riddle, Minerwa nigdy nie wątpiła w pedagogiczny talent profesor Merrythought, zatem Zenaidov poszedł w dobrym kierunku. Stara czarownica odnotowała też, że uczniowie prześcigają się w zajmowaniu pierwszych ławek – tego typu zachowania obserwowała jedynie w swoich pierwszych latach nauczania – gdy była młoda i pełna zapału.
Odbiła się na tylnych łapach i przycupnęła na zimnym parapecie. Dopiero gdy usadowiła się już nieco wygodniej zauważyła, że zapadła cisza. Assuarin wszedł do klasy.
Jak zwykle wyglądał zniewalająco, w czarnych szatach, z długimi czarnymi włosami i z magnetycznym spojrzeniem. Jakby tego było mało, jego twarz rozjaśniał nieco ironiczny uśmieszek.
- Pewnie się zastanawiacie, czym się dziś zajmiemy, skoro skończyliśmy już naszą przygodę z rozpoznawaniem prostych kamuflaży. Otóż czarnoksiężnik nie będzie próbował was zmylić zmieniając swój kolor włosów czy oczu. Kto mi powie, jak nazywa się mag, który potrafi zmieniać wygląd bez uciekania się do skomplikowanych transmutacji?
- Metamorfomag! – zawołał chłopiec z głębi sali. Minerwa zamrugała, uświadamiając sobie, że podoba jej się brzmienie głosu Assuarina.
- Tak, pięć punktów dla Gryffindoru. Lecz potężny mag nie będzie jedynie udawał waszych przyjaciół. Mistrzowie transmutacji ludzkiej są w stanie zamienić się w rzeczy, których nigdy nie podejrzewalibyście o mordercze zamiary. Bo czy fotel albo miotła wydają wam się groźne? – Assuarin gestykulował swobodnie, ani razu nie spoglądając w stronę Minerwy.
Jedna z dziewczynek podniosła dłoń.
- Tak, panno Evascence? – spytał nauczyciel, lekko poszerzając uśmiech.
- Taka transmutacja wymaga ogromnego skupienia! Niewielu jest magów, którzy wytrwaliby w takiej formie dłużej niż kilkanaście minut. – zauważyła rozsądnie dziewczyna. Minerwa mimowolnie poczuła przypływ dumy – Gryfonka prawie słowo w słowo powtórzyła to, co Minerwa mówiła im na lekcjach transmutacji.
- Kilkanaście minut wystarczy, by zaatakować, panno Evascence. Dlatego przećwiczymy rozpoznawanie tego typu zagrożenia. Wyjdziecie teraz, a ja zamienię się w jakiś przedmiot. Po wejściu spróbujecie mnie znaleźć. – rzekł Assuarin.
Uczniowie ochoczo pobiegli do drzwi, po drodze spekulując w co transmutuje się Assuarin. Minerwa obserwowała go z uwagą. Po chwili zostali sami w pustej klasie. Zenaidov nawet nie spojrzał w jej kierunku, jedynie szybko przeszedł do kąta, w którym stały drewniane kukły ćwiczebne i ustawił się pomiędzy nimi. Uniósł różdżkę i zamknął oczy, jednocześnie czystym głosem wypowiadając zaklęcie. Minerwa uniosła z uznaniem brwi gdy zobaczyła idealną kopię manekina ćwiczebnego- chociaż chyba był z nieco ciemniejszego drewna – trudno było jej ocenić bez okularów.
Po paru minutach do klasy znów weszli uczniowie. Rozbiegli się po wszystkich kątach, z mieszaniną ekscytacji i ostrożności obstukując różne przedmioty. Zabawne było, jak zwracali się per ,,profesorze Zenaidov" do krzesła czy szklanego słoja. Kilkoro o włos minęło siedzącą na parapecie Minerwę.
Minął dobry kwadrans, gdy jedna z dziewcząt podeszła do kukieł ćwiczebnych i z lekką obawą zastukała w jedną z nich. Odskoczyła jak oparzona i przyjęła obroną pozycję, gdy na miejscu manekina pojawił się nauczyciel obrony przed czarną magią.
- Co cię naprowadziło, panno Broklin? – spytał Assuarin, poprawiając włosy.
- Wydawało mi się, że drewno jest ciemniejsze. – mruknęła dziewczyna.
- Wyśmienicie, o to właśnie chodzi. Taka transmutacja w przedmioty jest przydatna nie tylko czarnoksiężnikom, może równie dobrze służyć do ukrycia się – poćwiczymy to na szóstym roku, gdy już przerobicie ten temat z profesor McGonagall. Bardzo trudne jednak jest zupełne odcięcie się od swojego charakteru i dokładne odwzorowanie przedmiotu. – wyjaśniał Assuarin. Minerwa drgnęła, słysząc swoje nazwisko - mag jednak nie spojrzał w jej kierunku.
Przez następne pół godziny uczniowie ćwiczyli rozpoznawanie Assuarina wśród wyposażenia klasy – szło im coraz lepiej, widać też było, że się świetnie bawią. Gdy jeden z chłopców rozpoznał go w zakurzonej planszy, czarodziej polecił im wrócić do ławek.
- Umiejętność szybkiej oceny sytuacji i ewentualne dostrzeżenie tak ukrytego przeciwnika jest istotne gdy wchodzimy do nieznanego nam miejsca, gdy podejrzewamy, że może być tam ktoś o wrogich zamiarach. Szukanie przeciwników w każdym napotkanym przedmiocie może prowadzić jedynie do pomieszania zmysłów. Tym bardziej, że jak zauważyła mądrze panna Evascence, niewielu jest w stanie długo utrzymać tę postać. Kto poda mi zaklęcie, które da podobny efekt, lecz wymaga nieco mniej mocy i skupienia?
Uczniowie milczeli, Assuarin podpowiedział więc:
- To może ktoś z was zna zwierzę będące najlepsze w kamuflażu?
- Zaklęcie Kameleona! – zawołał jeden z chłopców.
- Doskonale. A wie pan może, panie Greyard, jak dostrzec osobę praktycznie niewidzialną?
- Eee, nie do końca, profesorze.
- Ja wiem!
- Tak, panno Luvlace?
- Podobno powietrze migocze w miejscu gdzie taka osoba się znajduje!
- Pięć punktów dla Slytherinu. W istocie, gdy mag nie jest wystarczająco skupiony, powietrze drga jak podczas wyjątkowo gorącego dnia. I niestety jest to jedyna oznaka, pozwalająca na namierzenie ukrywającego się w ten sposób maga. Poćwiczymy teraz to. Tak, panie Ruwens?
- Czy podobnie jest z pelerynami niewidkami?
- Tak, te nasycone zaklęciem niewidzialności z czasem tracą swoje właściwości i generują migotanie lub drganie powietrza. Oczywiście nie mówię tutaj o jedynej prawdziwej pelerynie niewidce, będącej w posiadaniu pana Pottera - ona jest praktycznie niewykrywalna.
Minerwa czuła się dziwnie zagrożona. Assuarin ani razu nie spojrzał w jej kierunku, lecz czuła, że nie bez powodu wspomniał o zaklęciu Kameleona, pod którym teraz się ukrywała. Nie powinna się martwić – spędziła wiele godzin na ćwiczeniu tego zaklęcia podczas aurorskiego szkolenia – jej skupienie było na tyle duże, że mogła mieć pewność, że powietrze wokół niej nie migocze.
Wtem Assuarin zniknął. Minerwa nie tylko uczyła się używać tego zaklęcia – była jedną z nielicznych, którzy potrafili widzieć przez nie. Widziała Assuarina, który krążył między zdezorientowanymi uczniami, aż wreszcie usiadł na przeciwległym parapecie. Po chwili powietrze wokół niego zaczęło migotać. Dopiero po paru minutach zauważył to jeden z Ślizgonów. Assuarin nagrodził go punktami. Kilkukrotnie powtórzył jeszcze to ćwiczenie – za każdym razem nieco zmniejszając intensywność migotania.
Następnie przez dobre dwadzieścia minut uczniowie zajmowali się nauką zaklęć ujawniających ukrytych magów. Assuarin krążył między nimi, pomagając im przywrócić widzialność ukrytym przedmiotom – jego styl nauczania przypominał Minerwie czas, który spędziła, zastępując na lekcjach Albusa – gdy wciąż jeszcze była pełna entuzjazmu i wiary w to, że nauczana przez nią magia posłuży do dobrych celów. Na pewno nie mogła jednak powiedzieć, że uczniowie nudzą się na lekcji prowadzonej przez Assuarina. Nowy profesor polecił im poćwiczyć te zaklęcia ze starszymi kolegami z dormitoriów w ramach pracy domowej, a potem rzekł:
- Dobrze. To teraz może coś wielokrotnie wykorzystywanego w historii magicznej wojskowości, co nie wymaga wiele mocy, ba, nie wymaga nawet różdżki. Coś, co czyni czarodzieja idealnym szpiegiem, ponieważ żadne z podanych przed chwilą zaklęć nie działa. – Assuarin drapieżnie zmrużył oczy.
Siedząca na parapecie Minerwa czuła, że jej kocie wąsy drżą, bo wydawało jej się, że słyszy szyderczy śmiech Spencer-Moona.
- Nie wiecie? Myślę, że profesor McGonagall jest wami bardzo zawiedziona w tym momencie. – Assuarin uśmiechnął się szeroko, odwrócił teatralnie i wbił w Minerwę spojrzenie czarnych oczu.
Minerwa instynktownie znieruchomiała, bo oto cała klasa zaczęła wytężać wzrok, usiłując zrozumieć, na co patrzy się profesor Zenaidov. Zaraz jednak odzyskała rezon – głupotą było zakładanie, że Assuarin jej nie widzi, lecz zamierzała odwrócić to na swoją stronę.
Skupiła się i odrzuciła Zaklęcie Kameleona samymi myślami.
W klasie rozbrzmiały zduszone okrzyki, gdy na pustym przed chwilą parapecie pojawiła się szara kotka z czarnymi obwódkami wokół oczu. Lecz triumfem Minerwy nie było zdumienie uczniów, lecz chwilowy szok na twarzy Assuarina, gdy zdał sobie sprawę, że oto właśnie bez użycia różdżki zrzuciła z siebie potężne Zaklęcie Kameleona.
- Żadne z podanych w podręczniku zaklęć nie działa na animagów. Do zmiany w ludzką postać może ich zmusić jedynie bardzo złożone i trudne zaklęcie, które nawet nie jest w programie nauczania Hogwartu. – powiedział Assuarin, maskując swoje lekkie zdumienie.
Minerwa zmusiła się do odbicia z tylnych łap, a potem zmiany w powietrzu. Udało jej się wylądować na dwóch nogach bez zachwiania, co uznała za mały sukces. Uczniowie wpatrywali się w nią z szeroko otwartymi ustami.
- Jak podobała się pani lekcja, madame? – spytał Assuarin uprzejmie.
Zanim jednak Minerwa zdołała cokolwiek odpowiedzieć, drzwi klasy otworzyły się szeroko, ukazując zdyszaną Hermionę Granger.
- Profesorze Zenaidov! Dyrektor wzywa pana do siebie, w pilnej sprawie! – zawołała dziewczyna. Zauważając Minerwę, dodała:
- Pani pewnie też będzie potrzebna.
- Wracajcie do dormitoriów. – rzuciła Minerwa autorytarnie do uczniów i ruszyła w stronę Hermiony. Szła szybko, słysząc za sobą szelest szat Assuarina. Zatrzymała się tylko na chwilę, obok Hermiony, by złapać oddech.
- Znaleźli kolejną ofiarę. – wyszeptała Hermiona, ledwie maskując przerażenie.
Minerwa wyczuła, że Assuarin zesztywniał za nią – sama jedynie wytrzeszczyła oczy – tego się zupełnie nie spodziewała.
- Szybko. – mruknęła, podejrzewając, że Hermiona nie zna wszystkich szczegółów.
Nie była w stanie określić, ile brudnej magii zużyła, by prędko przebiec przez prawie cały zamek do chimery strzegącej gabinetu dyrektora. Nie mogła okazać słabości przy Assuarinie i Hermionie, a wciąż czuła ich obecność za sobą. Kątem oka widziała uniesione brwi Hermiony, gdy chimera sama odskoczyła, bez podawania hasła. Zastanawiała się, dlaczego Albus posłał pannę Granger najpierw po Assuarina, a nie po nią.
Gdy znaleźli się w gabinecie, Albus nerwowo krążył pomiędzy kominkiem a żerdzią Fawkesa.
- Panna Granger powiedziała, że znaleziono kolejną ofiarę. – rzekł Assuarin, nie dbając o ceremoniały.
- Tak, ministerstwo już otwiera nowe śledztwo. Pytałem, czy mamy się tam pojawić, ale zaprzeczyli. Nie chcą nas w to mieszać, pragnęli jedynie znać nasze alibi. – mówił szybko Albus.
- Alibi? – Hermiona rzuciła Minerwie szybkie spojrzenie.
- Logiczne, że sprawdzają wszystkich mających wiedzę na temat czarnej magii. Niemniej jednak zbrodnię popełniono za dnia, gdy trwały lekcje. – wyjaśnił dyrektor.
- Kto jest ofiarą? – spytała Minerwa. Była zaskoczona słabością w swoim głosie – chyba zmęczenie biegiem dopiero ją dopadało.
- Gabrielle Delacour. Znaleziono ją na plaży, niedaleko Muszelki. Była w odwiedzinach u siostry. – wyjaśnił Albus. Hermiona wydała z siebie cichy okrzyk. Minerwa uniosła dłoń do serca – Gabrielle była młodszą siostrą Fleur, a więc praktycznie zaliczała się do rodziny Weasley'ów – ale poza tym… była jeszcze dzieckiem, uczennicą Beauxbatons zaledwie.
- Panie profesorze, czy ja mogę teleportować się do Nory? – Hermiona wbiła w Albusa błagalne spojrzenie.
- Tak, ale za bramą Hogwartu teleportuj się od razu. Obawiam się, że morderczyni obrała za cel Weasley'ów. Zabiła Gabrielle, bo Fleur ani Bill nie wyszli. – Albus mówił bezpośrednio, a Hermiona kiwała głową. Wiedziała więcej o zagadce tajemniczych morderstw niż przeciętna czarownica, bo Ron i Harry byli bardzo zaangażowani w śledztwo.
Gdy dziewczyna wybiegła, w gabinecie został tylko Assuarin, Albus i Minerwa.
- Zaczynam mieć wątpliwości, czy Petunia naprawdę miała zawał. – odezwał się cicho Albus. Minerwa westchnęła – to samo przeszło jej przez myśl.
- Czy tą Gabrielle też torturowano? – pytanie Assuarina uzmysłowiło dyrektorskiemu duetowi, że nauczyciel obrony przed czarną magią nie ma pojęcia, o kim jest mowa – jego pochodzenie było jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem.
- Nie. To nastolatka, nie mogła mieć żadnych informacji… myślę, że teorię dotyczącą kolczyków i horkruksów można odrzucić. Kimkolwiek jest morderczyni… albo morderca, najwyraźniej jego nienawiść ma szersze podstawy. – Albus potarł skroń.
- Wybuchnie panika, kiedy Prorok o tym napisze. – Minerwa pokręciła głową ze smutkiem.
- Niestety, my bezpośrednio nie powinniśmy się w to mieszać. Dopóki to w jakiś sposób nie dotknie szkoły, jest sprawą ministerstwa. – stwierdził Albus.
- Czy to wszystko, dyrektorze? Mam jeszcze jedną lekcję dzisiaj. – odezwał się Assuarin.
- Oczywiście, profesorze Zenaidov.
Minerwa wiedziała, że i ona powinna wrócić do wieży Gryffindoru, ale nie miała sił na długą wędrówkę po zamku. Użycie proszku Fiuu wzbudziłoby niepokój Albusa.
- Nie spodziewałem się że ty też się tu zjawisz, mówiłem pannie Granger, by cię nie niepokoiła. – Albus przywołał z kuchni talerzyk z piernikowymi traszkami i usiadł na sofie obok jej fotela.
- Obserwowałam lekcje Zenaidova. – odpowiedziała Minerwa, biorąc głębszy oddech.
- O. Jakie są twoje spostrzeżenia? - oczy Albusa zamigotały z zainteresowaniem.
- Nie można odmówić mu profesjonalizmu i młodzieńczego polotu. – mruknęła, przesuwając wzrokiem po młodej twarzy dyrektora.
- Młodzieńczy polot? Powiedziałaś to tak, jakbyś tego nie pochwalała. – Albus uniósł kąciki ust w lekko wyzywającym uśmiechu.
- To chyba raczej zazdrość niż dezaprobata. – odezwała się zupełnie cicho.
- Minnie, i tak to ty jesteś tutaj najlepszym pedagogiem. Masz coś, w czym Assuarin nie może się z tobą równać – doświadczenie. Ile lat upłynie, zanim on będzie mógł powiedzieć o sobie, że uczył większość magicznej społeczności? – Albus lekko pogładził jej ramię. Minerwa rozkoszowała się tym dotykiem, ale to nie powstrzymało jej przed gorzkimi słowami:
- A będzie mógł? Co jeśli tamta wojna była tylko preludium do czegoś gorszego? Och, lepiej byłoby, gdybym zginęła wtedy, gdyby Tom mnie całkowicie pokonał… - ręce Minerwy zaczęły zdradziecko drżeć.
Albus lekko zsunął się z sofy i klęknął obok niej. Ujął jej twarz w obie dłonie, zmuszając ją, by spojrzała mu w oczy – poważne, z ledwie dostrzegalnym migotaniem.
- Nie powiedziałem ci tego wcześniej, ale moment, w którym mnie uderzyłaś, wtedy, na tym moście, był jednym z najpiękniejszych w całym moim długim życiu. Wiesz dlaczego? Bo na własnej skórze przekonałem się, że także przeżyłaś. – powiedział miękko.
Minerwa zamknęła oczy. Nie spodziewała się tego. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Albus pogładził jej policzki, a potem opuścił ręce. Oboje wiedzieli, że cokolwiek o sobie wiedzieli, teraz było już za późno, by wyjść temu naprzeciw.
- Przepraszam. To był mocny cios. – mruknęła. Albus lekko uniósł kąciki ust.
- Na który więcej niż zasłużyłem. – odpowiedział i podniósł się.
- Chyba wrócę do siebie. – Minerwa odepchnęła się magią z fotela i wstała. Ku jej zdumieniu Albus sam podał jej pudełko z proszkiem Fiuu.
- Nie zamartwiaj się tymi morderstwami. Ministerstwo złapie winnego, albo winną. – powiedział lekko, ale oboje wiedzieli, że sam w to nie wierzy.
- Oby. – odparła Minerwa i zniknęła w blasku zielonych płomieni.
