Rozdział 37
Harry niespecjalnie miał ochotę uczestniczyć w obchodach Halloween, ale obiecał przyjaciołom i Calebowi, że przyjdzie, chociaż na chwilę. Najchętniej spędziłby ten wieczór, wtulony w Mistrza Eliksirów, ale wiedział, że ten miał rację. Musieli się pokazać w Wielkiej Sali, żeby nikt nie nabrał podejrzeń.
Po wejściu do wieży zastał kompletny chaos. Wszyscy gdzieś biegali, krzyczeli, dziewczyny pomagały sobie z makijażem i fryzurami, jakby co najmniej szły na randkę. Kiedy jego wzrok padł na Lavender i Parvati, które podkręcały sobie różdżkami rzęsy, coś mu wpadło do głowy.
– Cześć. Ładnie wyglądacie – powiedział, podchodząc do nich.
– Dzięki Harry. – Parvati uśmiechnęła się do niego. – Chociaż ty masz odwagę to powiedzieć. Inni tylko się gapią.
– Może czują się onieśmieleni? – zasugerował.
– Z ciebie to jest niezły bajerant – przyznała Lavender.
– Nie wydaje mi się. Mam do was sprawę. Zrobicie mi makijaż? – spytał. Niemalże widział, jak oczy obu koleżanek zalśniły na tę sugestię. – Rozumiem, że tak. To dajcie mi chwilę na ogarnięcie się i przyjdę do was.
– Czekamy! – zapewniły go obie.
Szybko wbiegł po schodach do swojej sypialni. Tam też panował chaos, ale mniejszego kalibru. Zaśmiał się, widząc Rona, oceniającego się w lustrze.
– Idziesz na podryw? – spytał przyjaciela. Rudzielec podskoczył, kiedy usłyszał jego głos.
– Nie, ale Seamus obiecał zrobić zdjęcia z imprezy. Muszę się na nich dobrze prezentować – odpowiedział.
Harry roześmiał się. Doskonale wiedział, że ani on, ani Ron nie potrafią tańczyć, ale nie miał nic przeciwko jakimś wspólnym podrygom w grupie. Wtedy nikt nie gapiłby się tylko na niego. Przez głowę przemknęła mu myśl, jakby to było, zatańczyć ze Snapem. Z trudem powstrzymał rumieniec, próbujący pokryć jego policzki. Niedawno opuścił łóżko mężczyzny i musiał się jeszcze szybko umyć. Rzucone w pośpiechu zaklęcie czyszczące, to nie było to samo. Poza tym drażniło jego skórę. Zgarnął więc swoje ubrania i poszedł do łazienki.
– Cześć Neville – uśmiechnął się do kolegi, który właśnie układał sobie włosy przed lustrem.
– Hej, Harry. Gdzie byłeś? – spytał ciekawie. – Wszyscy już od dawna się szykują.
– Musiałem się udać do Gringotta. I dobrze, że cię widzę, bo dowiedziałem się czegoś, co mi się bardzo nie spodobało – przyznał, opowiadając Neville'owi o przelewie, który nigdy nie został anulowany.
– Myślisz, że moi rodzice mogli podpisać coś takiego? – spytał Neville, patrząc na niego w szoku.
– Myślę, że najlepiej byłoby to sprawdzić. Ja dowiedziałem się o tym dopiero teraz, bo już mogę zarządzać w pełni swoimi skrytkami i nieruchomościami.
– Muszę napisać szybko do babci – powiedział. – Zapytam Rona, czy mogę pożyczyć jego sówkę. Dzięki Harry.
– Nie ma za co – zapewnił go Złoty Chłopiec, zasuwając zasłonę prysznica. Rozebrał się szybko i zaczął się myć. Nie chciał, żeby Lavender i Parvati czekały zbyt długo. Nie zamierzał zakładać jakiegoś kostiumu jak młodsze roczniki. Postawił na eleganckie, czarne spodnie, zieloną koszulę i czarną marynarkę. Proste, a zadowalające i przede wszystkim wygodne.
– No, no, no – zamruczał Seamus, kiedy Harry wyszedł z łazienki. – Nieźle wyglądasz. Zarezerwujesz dla mnie taniec?
– Przecież ciebie nie kręcą faceci – przypomniał mu Złoty Chłopiec z rozbawieniem.
– Patrząc na takiego słodziaka jak ty, zaczynam się nad tym zastanawiać – powiedział, śmiejąc się razem z resztą.
– To poczekaj, aż dziewczyny zrobią mi makijaż. Jakby mnie ktoś szukał, jestem w pokoju wspólnym – powiedział, wychodząc.
– Czy on powiedział „makijaż"? – usłyszał jeszcze zaskoczony głos Deana. Zachichotał cicho.
– Już jestem. – Harry usiał obok Parvati, która razem z Lavender zmierzyła go wzrokiem. Obie dziewczyny uśmiechnęły się. Ku jego zaskoczeniu jedna zajęła się jego twarzą, a druga włosami. Część Gryfonów zerkała ciekawie w jego kierunku, ale doszli do wniosku, że to Halloween, więc każdy może zrobić coś szalonego. Nawet taki Harry Potter. Pół godziny później obie były zadowolone z rezultatu i Lavender podała mu lusterko. Chłopiec zerknął ciekawie i wyszczerzył się, widząc rezultat.
Jego włosy zostały splecione w warkocz francuski, pozostawiając jedynie kilka niesfornych kosmyków luzem. Oczy zostały podkreślone zielonym i czarnym cieniem. Tak wnioskował, bo na makijażu zupełnie się nie znał. Dostrzegł też kreskę na powiekach i chyba zaklęciem coś zrobiły mi z rzęsami. Całość sprawiła, że wyglądał elegancko, ale z pazurem.
– Super – powiedział, poprawiając okulary. – Mam u was dług, ale nie proście mnie o taniec.
– Harry! – Parvati zaśmiała się. – Od czwartej klasy wiem, że nie potrafisz tańczyć. Podeptałem mnie wtedy.
– Wybacz – powiedział skruszony. Nikt nigdy nie uczył go tańczyć i mógł się założyć, że wuj i ciotka nigdy nie wysłaliby go na żaden kurs. W końcu to oznaczałoby koszty. Po ostatnim liście od ciotki miał wrażenie, że narodziła się między nimi jakaś bardzo cienka nić porozumienia, ale wątpił, żeby mogła rozwinąć się w sympatię. Miał jednak wrażenie, że jego list sprawił, że ciotka mogła wreszcie dostrzec pewne rzeczy. Może tego właśnie potrzebowała?
– Nie przejmuj się – zapewniła go.
Kiedy reszta Gryfonów z szóstego roku zeszła w końcu do pokoju wspólnego, Dean od razu spytał, czy Harry z nim zatańczy.
– Chyba podepczę – zaśmiał się Złoty Chłopiec, a potem całą grupką wyszli z wieży i skierowali się do Wielkiej Sali.
Muzykę słychać było już kilka pięter wyżej. Od drugiego piętra mijali unoszące się w powietrzu dynie, pajęczyny, na które Ron starał się nie patrzeć i inne nastrojowe ozdoby. Stoły w Wielkiej Sali zostały odsunięte pod ściany i zastawione przekąskami oraz wazami z ponczem. Harry przypomniał sobie zeszłoroczną imprezę, podczas której bliźniacy Weasley doprawili poncz ognistą whisky. Zostało to jednak dość szybko wykryte i niewiele osób zdążyło go skosztować.
Sporo osób szalało już na parkiecie. Ku swojej uldze Harry nie zauważył nigdzie Ginny ani Hermiony. Był pewien, że obie zjawią się w którymś momencie, ale nie chciał psuć sobie humoru. Sięgnął po pasztecik z dyni i po ugryzieniu go, poczuł, jak bardzo był głodny. Od kilku godzin nic nie jadł, a upojne chwile z Mistrzem Eliksirów zużyły sporo z jego sił. Co jakiś czas ktoś się do nich przysiadał, żeby pogadać. Luna wyciągnęła nawet Neville'a na parkiet. Harry jednak cały czas rozglądał się dyskretnie za pewnym profesorem.
Snape zjawił się jakieś pół godziny później i od razu znalazł się w centrum zainteresowania. Zamiast swoim nauczycielskich, czarnych szat, miał na sobie czarne, dopasowane spodnie, które wyglądały jakby były ze smoczej skóry, czarną koszulę ze srebrnymi wstawkami i długą do kolan marynarkę. Harry miał wrażenie, że robi mu się dziwnie gorąco.
– Nie wiedziałem, że Snape może dobrze wyglądać – powiedział Dean i gwizdnął cicho. – Będzie na językach wszystkich przez co najmniej tydzień.
Harry wolał tego nie komentować, biorąc pod uwagę, że doskonale pamiętał, gdzie jeszcze nie dawno znajdował się język Mistrz Eliksirów. Na samo wspomnienie Harry czuł przyjemny dreszcz. Ten mężczyzna pokazał mu, że bliskość za obopólną zgodą, może być czymś cudownym. Czasem zastanawiał się, jakby to było pocałować kogoś innego, ale po chwili dochodził do wniosku, że nie chce tego wiedzieć. Wątpił, żeby ktoś potrafił go tak całować, jak Snape, bo on nie całował Złotego Chłopca, tylko Harry'ego. Po prostu Harry'ego. Chłopca, który do niedawna nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo pragnął bliskości z kimś.
Gryfon zawsze był zdany tylko na siebie. Kiedy przyjechał do Hogwartu, zrobił wielki błąd i zaufał dorosłym. Zemściło się to na nim bardzo szybko. Harry był pewien, że w Hogwarcie w końcu odnajdzie swoje miejsce na ziemi, zacznie realizować swoje marzenia i będzie po prostu normalny. Jednak nawet w świecie czarodziejów nie mógł taki być. Był Chłopcem, Który Przeżył, o którym inni myśleli, że wiedzą wszystko. Tymczasem nie wiedzieli nic. Snape siłą rzeczy wiedział najwięcej. Widział momenty słabości chłopca i gdyby nie był świadkiem jego próby samobójczej, Harry mógł się założyć, że nie znalazłby wspólnego języka z tym oschłym czarodziejem.
Mistrz Eliksirów nie był ideałem. Złoty Chłopiec nie wierzył w idealnych ludzi. Osoby, które próbowały być idealne, uważał za nudne po prostu nijakie, bo co ciekawego można było znaleźć w osobie idealnej? Nic. Snape miał masę wad, za które ludzie go nienawidzili. Jednak dla niego były czymś, co sprawiało, że był tym, kim był. Był osobą, którą Harry polubił i nie potrafiłby już dłużej nienawidzić. Nawet gdyby Snape nagle powiedział mu, że zbliżenie się do Złotego Chłopca, było największym błędem jego życia, to nie miałby mu tego za złe. Byłby smutny, ale nie miałby żalu. Sam wiedział, jak ludzie potrafią się nagle zmienić. Różnica polegała na tym, że Mistrz Eliksirów wytłumaczyłby mu teraz swoją decyzję. Kiedyś mógłby tylko o tym pomarzyć.
Gdyby ktoś na początku piątego roku powiedział mu, że polubi Snape'a, popukałby się w głowę. Ale na początku piątego roku był nastolatkiem, którego dręczyło ogromne poczucie winy i dręczyły koszmary. Jego stan psychiczny był naprawdę zły i nikt tego nie dostrzegał. Wszystko było ważniejsze od niego. Niby był tym, który miał kiedyś stanąć do walki z Voldemortem, ale nikt nigdy nie próbował zmniejszyć ciężaru, jaki rzucono na jego barki. Dopiero Snape wyciągnął do niego rękę, a Harry długo wahał się, czy powinien ją przyjąć. Czy mężczyzna nie okłamie go jak inni? Nie miał nic do stracenia.
Chłopiec, Który Przeżył, po raz pierwszy poczuł, jak to skupić się tylko na sobie. To nie było złe uczucie. Jego terapeuta miał rację. Nie było niczego złego w zdrowym egoizmie. Martwiła go tylko cisza ze strony Voldemorta. Obawiał się też, że to tylko kwestia czasu, kiedy Czarny Pan uderzy po raz kolejny. Starał się jednak odgonić nieprzyjemne myśli i spędzić miły wieczór z przyjaciółmi.
W pewnym momencie uchwycił w tłumie spojrzenie Mistrza Eliksirów. Uśmiechnął się lekko, widząc jego lustrujące spojrzenie i cieszył się, że zrobił na nim wrażenie. Żałował, że nie mógł do niego teraz podejść, ale był już na szóstym roku. Jeśli Voldemort go nie zabije, to może po ukończeniu szkoły zaproponuje profesorowi jakiś wspólny wyjazd. Chciał zobaczyć trochę świata. Dursleyowie nigdy nie zabierali go ze sobą na wakacje. Jedyna wycieczka odbyła się do zoo w urodziny Dudleya, bo nie mieli innego wyjścia, jak zabrać go ze sobą.
– Ktoś sprawdził, czy poncz nie jest doprawiony? – spytał nagle Ron, wyrywając go z jego rozmyślań.
– Freda i George'a tu nie ma – zauważył Harry.
– Biorąc pod uwagę, że Caleb zmierza powoli do ich poziomu, to nie czułbym się tak bezpiecznie.
Harry prychnął rozbawiony. O ile w przypadku bliźniaków Weasley wszyscy domyślali się, że to oni stali za większością dowcipów w szkole, tak Caleb był na tyle cwany, żeby udawać niewiniątko. Nikt nie podejrzewał pierwszorocznego Gryfona i jego kolegów o numer roku, jaki zrobili Ginny i Hermionie. Obie dziewczyny poprzysięgły zemstę na tym, przez którego zostały upokorzone.
– Nie sądzę, żeby chciał psuć zabawę. Sam świetnie się bawi – zauważył, wskazując na chłopca, który właśnie podskakiwał w najlepsze z Patrickiem i Norą.
– Cześć Harry – usłyszał nagle. Przed nim stał Colin Creevey. – Fajny makijaż.
– Dzięki – odpowiedział. – Dzieło Parvati i Lavender.
– Mogę z tobą porozmawiać? – spytał nagle młodszy Gryfon, nerwowo wyłamując sobie palce.
– Jasne. O co chodzi?
– Na osobności – mruknął niepewnie.
– No dobrze. – Harry wstał z ławki. – Za chwilę wrócę – zapewnił szczerzących się głupio kumpli i wyszedł z Colinem z Wielkiej Sali. Znaleźli pustą wnękę za jedną ze zbroi, gdzie dało się spokojnie porozmawiać.
Młodszy chłopak wyglądał na tak zdenerwowanego, że aż się lekko trząsł.
– Colin? Wszystko w porządku? – spytał Harry. – Źle się czujesz? Może zaprowadzić cię do skrzydła szpitalnego?
– Nie, nie! – zapewnił szybko. – Ja… Po prostu nie wiem, jak zacząć.
– Może na początek weź kilka głębokich oddechów? Mnie to pomaga.
Colin popatrzył na niego zaskoczony. Wziął jednak kilka głębokich oddechów, jak radził mu Harry. Najwyraźniej pomogło, bo popatrzył na Złotego Chłopca już spokojniej.
– Ja tylko chciałem ci coś powiedzieć – zaczął w końcu. – Tylko nie wiem, jak to zrobić.
– Po prostu to zrób. – Harry miał dziwne przeczucie, że wie, co zaraz usłyszy. Wszyscy od dawna żartowali z Colina, że zakochał się w Złotym Chłopcu, ale nikt nigdy nie otrzymał potwierdzenia tych domysłów.
– Wszyscy zawsze ze mnie żartują, że mi się podobasz – przyznał Colin. – I zdałem sobie sprawę, że to prawda. Jestem w tobie zakochany. Chciałem, tylko żebyś o tym wiedział. Nie oczekuję, że dasz się gdzieś zaprosić – zapewnił szybko, rumieniąc się tak, że jego twarz mogłaby w tej chwili stanowić konkurencję dla koloru włosów Rona.
Mimo że Harry spodziewał się tego, to i tak poczuł, że sam się lekko rumieni. Pierwszy raz ktoś tak wprost wyznał mu swoje uczucia. To, co zrobiła Ginny, nie było żadnym wyznaniem. Siostra Rona go nie kochała, a miała obsesję na jego punkcie. Albo raczej jego sławy i pieniędzy. I to go przerażało. Uczucie, jakim darzył go Colin, nie było złe. Było niewinnym zauroczeniem, jakie zdarza się nastolatkom w tym wieku.
– Jesteś zły? – spytał Colin. Najwyraźniej odebrał milczenie Harry'ego, jakie przejaw jego oburzenia lub złości.
– Nie – zapewnił go szybko brunet. – Jestem po prostu zaskoczony, ale nie gniewam się. To jest to, co czujesz, ale nie mogę odwzajemnić twoich uczuć.
– Spodziewałem się tego – powiedział młodszy Gryfon ze smutnym uśmiechem. – Jest ktoś, kto…? No wiesz?
Harry przygryzł dolną wargę.
– Jest ktoś, kto jest dla mnie bardzo ważny, ale sam wiesz, jakie mam życie. Z Voldemortem w tle. Nie wiem nawet, czy dożyję końca szkoły. Nie chcę, żeby ktoś się do mnie przywiązywał, a potem musiał przeze mnie cierpieć.
– Och… No tak… Przepraszam. Nie pomyślałem o tym zupełnie.
Złoty Chłopiec uśmiechnął się smutno. Jego uczucie do Mistrza Eliksirów rosło z każdym dniem, ale nie chciał go nazywać. Czuł, że jeśli to zrobi, to przepadnie i nie będzie w stanie się kontrolować. Będzie chciał być z mężczyzną cały czas i zacznie marzyć o przyszłości z nim. Oczywiście, że nieraz wyobrażał sobie różne rzeczy, ale nie miał złudzeń, że dopóki wisi nad nim widno Czarnego Pana, marzenia pozostaną tylko marzeniami i nie zmienią się w potencjalne plany na przyszłość. Dlatego brał tyle, ile mógł dostać i cieszył się z każdej chwili, którą mógł spędzić z Mistrzem Eliksirów sam na sam.
– Nie masz za co przepraszać – zapewnił młodszego chłopca Harry. – To nie jest nasza wina, że przyszło nam żyć w takich czasach, w cieniu Voldemorta.
– To nie jest fajne, że wszystko skupiło się na tobie. To niesprawiedliwe, że musisz się z tym męczyć!
Uśmiechnął się lekko, słysząc słowa Colina.
– Na pewnie rzeczy nie mamy wpływu.
– Szkoda, że profesor Trelawney nie potrafi naprawdę przewidywać przyszłości – mruknął szatyn.
– Profesor Trelawney może i jest nieco zwariowana, ale ma swoje przebłyski – zaśmiał się Harry. – Wracamy do Wielkiej Sali?
Colin pokiwał głową. Czy był rozczarowany? Trochę tak, ale Harry powiedział mu szczerze, co czuje. Nie wyśmiał go, a to było najważniejsze.
– Poczekaj – powiedział nagle Złoty Chłopiec, zanim zdążyli wyjść na korytarz. Colin odwrócił się, patrząc na niego pytająco. Jego oczy otworzyły się nagle szeroko, kiedy Harry cmoknął go w policzek. Kiedy spojrzał na jego twarz, młodszy chłopak miał minę, jakby był w ciężkim szoku. Dosłownie w sekundę zaczerwienił się i Harry obawiał się, że Colin za chwilę mu zemdleje. – Colin?! Nie waż mi się tu mdleć, bo zacznę żałować, że to zrobiłem!
– Nic mi nie jest! – zapewnił chłopak. – Przepraszam. Muszę do łazienki – dodał i dosłownie wypadł na korytarz. Harry zamrugał zaskoczony i zachichotał cicho. No kto by pomyślał, że niegający całymi dniami z aparatem Colin Creevey, był tak naprawdę taki wstydliwy.
– Urządzasz sobie schadzki, zamiast się bawić z kolegami? – usłyszał nagle mroczny, dobrze mu znany głos. Zarumienił się lekko, spoglądając na opierające się o ścianę Snape'a.
– To nie schadzka – zapewnił. – Colin chciał mi coś powiedzieć.
– Słyszałem.
– Podobno, to ja jestem wścibski i podsłuchuję. Zamierza mi pan odebrać tę funkcję? – spytał zaczepnie i uśmiechnął się lekko. Był trochę zły, że profesor nie uszanował jego prywatności, ale z drugiej strony to, że poszedł za nimi, musiało coś oznaczać. Chciał się dowiedzieć co.
– Pan Creevey nigdy specjalnie nie krył się z uwielbieniem względem twojej osoby – zauważył mężczyzna. Podszedł do Gryfona i położył mu dłoń na policzku. Harry przymknął oczy, wtulając się w nią. Uwielbiał te dłonie. Kojarzyły mu się zarówno z siłą, jak i delikatnością, którą mu okazywały. Kilka godzin wcześniej doskonale czuł je na swoim ciele. – Musiał być rozczarowany twoją odmową.
Harry otworzył oczy, ale nie cofnął się.
– Zrozumiał. Byłem z nim szczery – zauważył.
– Na pewno przyjął to do wiadomości lepiej niż panna Weasley.
– Musiał pan o niej teraz wspomnieć? – spytał, krzywiąc się. Samo wspomnienie o niej sprawiało, że czuł nieprzyjemny dreszcz na plecach.
– Pomyślałem, że uprzedzę cię, że zjawiła się w Wielkiej Sali razem z Granger. Zdecydowanie rozglądała się za tobą.
– Pan Weasley kazał jej trzymać się ode mnie z daleka.
– Artur nie jest w stanie kontrolować zachowania swojej córki, kiedy ta jest w szkole. Minerwa ukarała ją, ale obawiam się, że to może być za mało. Panna Weasley ma niezdrową obsesję. Wbiła sobie do głowy, że związek z tobą zapewni jej bogactwo i popularność. Czyli wszystko, czego nie miała w domu rodzinnym.
– Nie docenia tego, co ma – mruknął Harry. Zerknął w bok, kiedy usłyszał zbliżające się głosy. Mistrz Eliksirów szybko rzucił zaklęcie odwracające uwagę i wyciszające, zapewniające im chwilę prywatności.
– Nie docenia. Na szczęście pan Weasley zrozumiał swoje błędy.
– Ron bardzo się zmienił, od kiedy szczerze z nim porozmawiałem. Jest dobrze.
Mistrz Eliksirów skinął głową. Pochylił się nad chłopcem i pocałował go delikatnie.
– A teraz wracaj do przyjaciół. Wychodząc za tobą, słyszałem coś, o zrobieniu pamiątkowych zdjęć.
Harry uśmiechnął się szeroko. Starszy czarodziej cofnął zaklęcie i chłopak po chwili wrócił do przyjaciół. Oczywiście wszyscy byli ciekawie, o czym rozmawiał z Colinem. Złoty Chłopiec jednak taktownie milczał. Powiedział jedynie, że to była rozmowa prywatna.
Wieczór minął im naprawdę przyjemnie. Robili głupie zdjęcia, bawili się, wygłupiali. Harry nawet dał się zaciągnąć Lunie na parkiet. Zabawa miała się ku końcowi, kiedy Gryfon poczuł się nagle dziwnie. Miał wrażenie, jakby wszystko dookoła niego zniknęło i znalazł się w jakimś zupełnie obcym miejscu. Rozglądał się wokół i z przerażeniem zobaczył płonące domy i martwych ludzi przed nimi.
– Wesołego Halloween, Harry – usłyszał złowieszczy głos Voldemorta, zanim nie zaczął osuwać się w ciemność. Ostatnim, co usłyszał, były ledwo docierające do niego głosy przyjaciół.
