Ten rozdział z uporem odsunął się od głównego wątku, żeby nakreślić reakcje innych. Głupi rozdział.

Rozdział czterdziesty pierwszy: Świt i zmierzch, słońce i cień

Draco krążył. Minister zaprosił wszystkich do ministerstwa, a Dracona, Snape'a i Helcasa do swojego gabinetu. Draco odmówił jednak, bo wolał pozostać w korytarzu, gdzie mógł chodzić w te i z powrotem ile tylko chciał, zacierając ręce, zaciskając je na sobie nawzajem i czasami tarmosząc sobie nimi fryzurę.

– Zaczynasz wyglądać niedorzecznie, Draconie. – Narcyza siedziała na stworzonym przez siebie fotelu, który ustawiła pod ścianą i wbijała oczy w książkę, której Draco był niemal pewien, że wcale nie przyniosła ze sobą. – Usiądź. Weź kilka głębokich oddechów. Powietrze ci nie ucieknie.

– I tak właśnie byś się zachowywała, gdyby Lucjusz poleciał na smoku Merlin raczy wiedzieć gdzie? – wypalił na nią Draco.

Narcyza spojrzała na niego; jej oczy były chłodne i spokojne, a na twarzy nie pojawiła się żadna emocja poza lekką irytacją.

– Ufałabym, że miał ku temu dobre powody i prędzej czy później do mnie wróci – powiedziała. – Musisz zaufać swojemu partnerowi, mój drogi Draconie, inaczej nic wam nie przyjdzie z tego ślubu. Przecież zaufał ci, kiedy podjąłeś decyzję pod groźbą wydziedziczenia. Z tego co mi wiadomo, poza tą pierwszą nocą nigdy potem nie starał się tego kwestionować.

– Ale wtedy po prostu podjąłem decyzję, a on tu wskoczył na smoka – wyjaśnił Draco, odnosząc wrażenie, że jego matka nie do końca pojmowała tę różnicę. Wolałby w ogóle pozostać na zewnątrz, wgapiając się w niebo, jak to robili właśnie niektórzy z sojuszników Harry'ego, czy widownia ceremonii, ale wówczas miałby wrażenie, że robi z siebie idiotę. Nie znosił robić z siebie idioty na oczach ludzi. Przynajmniej w tym korytarzu był z matką sam; Snape i Helcas zamknęli się w ministrem w jego gabinecie. – To chyba jednak co innego, matko.

– Doprawdy? – Narcyza ostrożnie zaznaczyła miejsce w książce haftowanym skrawkiem materiału, który też wyciągnęła znikąd, po czym złożyła ręce na kolanach. – Jesteś tego pewien, Draconie? Zaufał ci. Czy ty mu ufasz? Już wcześniej znajdował się w niebezpiecznych sytuacjach i zawsze do ciebie wracał. Ponadto – dodała z nieco bardziej powściągliwym niż dotychczas tonem – bez względu na to, czy jesteś teraz o to zły czy nie, naprawdę nie powinieneś tracić panowania nad sobą w miejscu publicznym, mój synu. Pokazuje to twoim wrogom, że masz jakieś słabości.

– Przecież wszyscy je mają – burknął Draco, zdając sobie sprawę, że dziecinnie się zachowuje. Poczuł, jak na twarz wpływa mu gorący rumieniec. Może i był wdzięczny za to, że jego matka przyłączyła się do niego w tym rokoszu, zwracając się tym samym przeciw Lucjuszowi, ale w tej chwili żałował, że w ogóle się pojawiła. Nawet Harry nie był w stanie tak strasznie go upokorzyć i zawstydzić.

– Ale nie zawsze je okazują – powiedziała Narcyza, a chłód w jej głosie tylko się pogłębił. – Wygląda na to, że zbyt długo już nikt nie przypominał ci o tej lekcji. – Wyprostowała się w fotelu, a Draco odniósł nieprzyjemne wrażenie, że jest myszą obserwowaną przez ogromną kocicę, która zerka na niego z pogardą na moment przed zjedzeniem. – Zawsze będę gotowa jako pierwsza przyznać, że drzemie w tobie siła, której twój ojciec nigdy nie zrozumie, Draconie. Ale podzielił się z tobą również wiedzą, z której powinieneś korzystać. Znajdujesz się w miejscu publicznym i jesteś w bardzo fortunnej pozycji narzeczonego vatesa. Czy tego sobie życzysz, czy nie, wiele osób będzie zwracało na ciebie uwagę. A syn, którego wychowałam, raczej by się z tego cieszył.

Draco westchnął i przeczesał ręką włosy, jeszcze bardziej je kołtuniąc, ale obecnie kompletnie się tym nie przejmując.

– Lubię, kiedy ludzie zwracają na mnie uwagę, matko, ale w tej chwili nikogo tu nawet nie ma. – Nawet aurorzy, którzy zwykle strzegli gabinetu ministra weszli do środka, być może dlatego, że nie ufali goblinowi w jednym pomieszczeniu z ich bezcennym Scrimgeourem; Draco nie był pewny. Przyglądały im się osłony, oczywiście, ale nie było tu żadnych przechodniów.

– Zawsze ktoś cię obserwuje – powiedziała surowo Narcyza. – Pamiętaj, co nauczyłam cię o postawie, Draconie. Czemu niektórzy ludzie mogą spędzić całe życie na uczeniu się jej i nigdy nie osiągnąć właściwej?

Draco poczuł, jak jego rumieniec ponownie się pogłębia.

– Ponieważ chodzi w niej o coś więcej, niż tylko skórę i kości – wymamrotał, pozwalając by te słowa zostały z niego wyciągnięte siłą. – Ponieważ ktoś, kto nie żyje w majestatycznie we własnej głowie, nigdy nie zdoła tak żyć w swoim ciele.

– Dobrze – powiedziała Narcyza z chłodną aprobatą. – Bardzo dobrze, Draconie. Poradzisz sobie z tym. Twój ukochany odleciał gdzieś na smoku, ale ostatnim razem jak go widzieliśmy, wciąż żył i obecnie jest jednym z potężniejszych czarodziejów na świecie. Pomyśl o czymś innym, niż tylko o fakcie, że w tej chwili nie wiesz, gdzie się znajduje.

Draco kiwnął głową, po czym zaczął pracować nad spokojnym oddychaniem. Czuł, jak rumieniec spływa mu stopniowo z policzków i po chwili wyciągnął różdżkę i zaczarował swoje włosy, żeby ponownie ułożyły się jak należy. W miarę jak emocje powoli znikały mu z głowy, zastanawiał się, co on właściwie sobie myślał. Przecież znajdowali się w ministerstwie, a w ministerstwie zawsze ktoś cię obserwuje. Tu nie miało znaczenia, czy ma na nazwisko Malfoy, czy Black i nie miało znaczenia, czy Harry poleciał gdzieś na smoczym grzbiecie, czy walczy właśnie z Voldemortem. W żaden sposób nie pomoże reputacji własnej, czy Harry'ego, jak zacznie wychodzić z siebie.

Wówczas usłyszał za rogiem znajomy rytm kroków. Obejrzał się szybko na swoją matkę i zorientował się, że ona też je usłyszała. Ale Narcyza nie wstała, jak się tego po niej spodziewał. Zamiast tego siedziała tam, niczym królowa zimy na tronie, z lodem w dłoniach i oczach.

Lucjusz wyszedł zza rogu i zamarł na moment, jakby w ogóle nie spodziewał się ich tam zobaczyć. To było bardzo dobre przedstawienie. Gdyby Draco wciąż jęczał i zawodził na temat Harry'ego, pewnie nawet dałby się nabrać.

Teraz jednak zauważył, że wszystko było tylko odgrywane i w dodatku rozmijało się z prawdziwą postawą, nawet jeśli tylko o nutę czy dwie. Lucjusz wyczuwał to w skórze i kościach, ale nie w umyśle.

Draco stanął na baczność, po czym zaoferował ojcu ukłon. Przypominał sobie lekcje, które zostały mu wypalone w mózgu jeszcze przed przybyciem do Hogwartu. Aż do swoich trzynastych urodzin nie poznał starszych i mniej popularnych rytuałów, a i wówczas odbyło się to głównie dzięki Harry'emu, ale dobrze znał powszechne. Ukłonił się przed Lucjuszem, jak przed szanowanym wrogiem i zobaczył, że ojciec przygląda mu się odrobinę dłużej, niż zwykle powinien w odpowiedzi.

Następnie jego ojciec spojrzał na matkę. Narcyza podniosła na niego wzrok.

A Draco zobaczył, jak to jest, kiedy walczą między sobą ludzie o równej sile, równie mocno przekonani o własnej racji.

– Tęskniłem ostatnio za tobą w moim domu, Narcyzo – powiedział Lucjusz z uprzejmością, która według Dracona bardziej pasowałaby do swobodnej rozmowy przy świątecznym stole. – Czasem mijając zakręt, spodziewałem się zobaczyć cię zaraz zanim i byłem gotów wyciągnąć rękę, poczuć na niej twoją dłoń, ale jak do tej pory spotykałem się tylko z powietrzem.

Narcyza nawet nie mrugnęła.

– Wcale nie tęskniłam za twoim domem, Lucjuszu – powiedziała. – Mieszkałam w drewnianej chatce, spałam w wąskiej klitce i pomagałam mojemu synowi i przyszłemu zięciowi przygotowywać zmiany, jakie dzięki nim zaszły w czarodziejskim świecie.

Draco skrzywił się, ale był dość rozsądny, żeby zrobić to tylko wewnętrznie. Narcyza nie tylko odmówiła dowolnemu pogodzeniu, jakie Lucjusz starał się zaoferować – choć znając swojego ojca, Draco podejrzewał, że musiałoby do niego dojść na warunkach wyznaczonych ściśle przez Lucjusza – ale też zaznaczyła, że należała do politycznej potęgi wokół Harry'ego, z której jego ojciec został wyrzucony. Prawdopodobnie wyrządziłaby mniej szkód, gdyby go po prostu spoliczkowała.

– Mam bystre oczy – powiedział cicho Lucjusz. – Widzę, w którą stronę płynie prąd potęgi. Podążyłem za tym prądem, zamiast zamykać się w okowach bezużytecznego, kruszącego się kamienia struktur, których czas już dawno przeminął.

– Cieszę się twoją wolnością – powiedziała Narcyza. – Osobiście zdecydowałam się nie podążać za potęgą, lecz czystą siłą.

Draco przeskakiwał wzrokiem od twarzy do twarzy, zauważając każdą linię, każde drgnięcie, każde wahanie w oddechu. Dzięki temu zorientował się, czemu Narcyza wygrywała. Absolutnie wierzyła w to, co mówiła. Jej umysł i ciało mówiły dokładnie to samo. W żaden sposób nie żałowała swoich decyzji, ponieważ kiedy je podejmowała, wiedziała że ma rację.

Lucjusz usiłował powiedzieć, że się pomylił, bez faktycznego przyznawania się do tego, ani deklarowania czegokolwiek, z czego musiałby się potem tłumaczyć. I dlatego właśnie zaczynał się wahać, bo słowa Narcyzy ubodły go znacznie mocniej, niż jego ją – o ile w ogóle. Draco odnosił wrażenie, że jego słowa po prostu rozbijały się o jej kamienną twarz.

Zrozumiał w tej chwili, czemu hipokryzja nie popłacała. Nie dlatego, że „dobrzy" ludzie, tacy jak Gryfoni, twierdzili że tak jest, ale dlatego, że mówienie jednego, kiedy wierzyło się w coś kompletnie innego, osłabiało zdolność do twierdzenia, że ma się absolutną rację. Bez względu na to, jakby agresywnie człowiek nie usiłował wyprzeć się wewnętrznej sprzeczności, ta i tak istniała i była dla wszystkich widoczna. Zmuszenie ich do współpracy wymagało zwykłej, ale jednolitej wiary, bez względu na kłamstwa, jakie opowiada się innym. Albo trzeba było mówić prawdę, albo kłamać tak gładko, że zawsze w razie potrzeby istniała ucieczka pośród inne kłamstwa.

Draco poczuł, jak to zrozumienie osiada na nim niczym objawienie, wyjaśniające mu całą sytuację, jaka rozgrywała się przed nim – jeśli nie będzie zachowywał się, jakby ktoś go obserwował nawet, kiedy w pobliżu nikogo nie ma, to prawdopodobnie rozklei się też na oczach wszystkich – przez co wybuchły w nim niezwykłe ilości pogardy wobec własnego ojca.

Chyba nawet wydał przy tym jakiś dźwięk. Lucjusz spojrzał na niego.

– A ty, Draconie? – zapytał, z lekkim drżeniem rozbawienia w głosie. – Czy ty też podążyłeś za siłą? Czy też nadałbyś temu inną nazwę? – Delikatna kpina jego słów sugerowała, że wydawało mu się, że usłyszy od Dracona coś ckliwego, jak na przykład pragnienie do podążania za własnym sercem.

– Owszem – powiedział Draco. – Choć moja matka ujęła to w wyjątkowo zgrabny sposób, ośmieliłbym stwierdzić, że pominęła jedno istotne słowo. – Zauważył kątem oka, że Narcyza podniosła brwi, ale skupiał się teraz na Lucjuszu i nie był w stanie poświęcić jej dość uwagi, żeby się nad tym zastanowić. – Rzekłbym, że podążyłem za własną siłą.

Lucjusz zmarszczył brwi.

– Zdajesz sobie sprawę, że wciąż jesteś wydziedziczony – powiedział niemal uprzejmie.

– Tak, wiem. – Draco zdołał utrzymać swój głos i twarz obojętnymi. Nawet dodał nutę znudzenia do tego drugiego. Zauważył lekkie drgnięcie ust Lucjusza, oznaczające jego przegraną.

Przynajmniej zdołał wycofać się z godnością.

– Rozważ przynajmniej przybycie do Rezydencji Malfoyów na kolację – powiedział Narcyzie. – Czy choćby lekki obiad. Skrzaty domowe stęskniły się za gotowaniem delikatesów, za którymi tak przepadałaś.

– Możesz, oczywiście, poprosić skrzaty domowe o przygotowanie tych posiłków – powiedziała Narcyza. – A potem postawić je po drugiej stronie stołu, przed pustym krzesłem i samemu usiąść u szczytu i wpatrywać się w nie. Bo dokładnie tyle samo ciszy otrzymałbyś, gdybym się pojawiła.

Draco już nie zdołał ukryć się z parsknięciem śmiechem. Lucjusz zerknął na niego, szybko i ostro, niczym ukąszenie skorpiona, ale wiedział, kiedy powinien się wycofać. Ukłonił się lekko przed nimi i wycofał za róg.

Narcyza zaczekała, aż jego kroki ucichły, po czym machnęła różdżką w subtelnym geście, który Draco rozpoznał jako sygnał, że sprawdza okolicę na zaklęcia podsłuchujące. Po chwili odprężyła się i zwróciła do Dracona.

– Przynajmniej tyle nauczyłam się z naszego sojuszu z Harrym – powiedziała. – Wieczne obstawanie przy swoim nie zawsze dobrze się kończy. Tak wiele mógłby zyskać choćby niewielkim kompromisem, ale nie chce wymówić na głos jego warunków, czy wejść w sojusz z kimś innym, jak my to zrobiliśmy, żeby znaleźć się w pozycji, z której mógłby wymusić te warunki na nas. Jego duma jest pustą, lodową skorupą.

Draco kiwnął powoli głową. Wyglądało na to, że ojciec którego kiedyś tak bardzo podziwiał, nie był szczególnie dobrym wzorem w kwestii potęgi czy siły.


– Muszę przyznać, że to mnie naprawdę niepokoi.

Rufus powstrzymał się przed przyciśnięciem palców do brwi i rozmasowania stopniowo budującego się tam bólu głowy. Przypomniał sobie, cokolwiek ciepło, czasy kiedy Severus Snape był winny popełnienia takiej ilości głupot, że Rufusowi wystarczyło powiedzieć kilka słów, ganiących go, że przecież Ślizgoni się tak nie zachowują. Teraz jednak Snape zachowywał się jak wzorowy Ślizgon, rozdłubując każdy warunek na liście, którą podpisał z Harrym, oraz sugerując sposoby, na jakie można by je wykorzystać przeciw jego podopiecznemu. Rufus zapewnił go już, że nikt nie wybrałby do komisji nadzorczej osób, które okazywałyby Harry'emu jakąkolwiek wrogość; nie mogliby, bo przecież zarówno Harry, jak i Gryzelda Marchbanks wraz z Aurorą Whitestag będą musieli zaaprobować taki wybór. Co w żaden sposób nie powstrzymało Snape'a przed wykręcaniem jego słów na lewą stronę, a potem rozciąganiu ich na boki, żeby sprawdzić czy się utrzymają, a następnie wskazywania, że wcale tego nie robią.

– Zwój wyraźnie stanowi, że cała trójka musi podjąć ten wybór – powiedział wreszcie Rufus głębokim, kończącym dyskusję tonem. – Nie zmienię tego po to, żeby pan również mógł wziąć w tym udział, panie Snape. – Zwróciłby się do niego tytułem „profesora", ale przecież mężczyzna już nie uczył, przez co na to nie zasługiwał.

– A czy ja o to poprosiłem? – Snape przyglądał mu się nieugiętymi, ciemnymi oczami.

Rufus odnosił wrażenie, że stres bardziej na niego wpływał, niż mu się wydawało – albo chodziło o niemożliwy fakt, że Harry podpisał ich traktat, po czym odleciał na jednym z najpotężniejszych smoków, jakich kiedykolwiek widział świat. Nie sprzeciwiał się już uprzejmie, ani nie cofał się myślami do wypowiedzianych przez Snape'a słów, żeby uczepić się ich tonu czy ducha. Teraz już nawet nie obchodziło go, że północny goblin, Helcas, początkowo zaproszony do biura, żeby mogli omówić z Rufusem warunki zarządzania Rady Goblinów, przyglądał się ich kłótni z rozbawieniem na twarzy.

– Praktycznie rzecz biorąc, owszem – powiedział wreszcie. – Jeśli wszyscy zgodzą się na to, żeby był pan obecny w czasie podejmowania decyzji, to będzie pan mógł tam być. Ale inaczej – nie. Jest pan opiekunem Harry'ego, ale Merlin jeden wie, że pani Whitestag i Starsza Marchbanks potraktują go jak dorosłego.

Snape przymrużył oczy i pobladł, ale niczego nie powiedział. Rufus skorzystał z tej okazji, żeby obrócić się i kiwnąć do Helcasa.

– Wydaje mi się też, że każdy gatunek, który martwi się o naszego vatesa, powinien mieć również swojego przedstawiciela w komisji. Co ty na to, Helcasie? – Wahał się przed zwracaniem do północnego goblina po imieniu, zamiast po nazwisku, czy też nazwie jego klanu, ale Gryzelda ostrzegła go, że nazwy klanowe są wysoce szanowane przez goblinów i nigdy nie powinien zwracać się w ten sposób do żadnego z nich, o ile nie otrzyma na to wyraźnego pozwolenia.

Północny goblin przymrużył oczy i poruszył niespokojnie pazurami. Rufus zerknął na jego dłoń w tak bardzo nieoczywisty sposób, jak tylko był w stanie. Zastanawiał się, czy północne gobliny naprawdę zapuszczały paznokcie dłużej od południowych, czy też może zwracał na nie większą uwagę teraz, kiedy wiedział że siedzący przed nim goblin nie był ograniczony żadną siecią.

– Nie chcemy kontrolować naszego vatesa – powiedział ostatecznie Helcas. – Ale nie chcemy też, żeby kontrolował go ktokolwiek inny. Tak, przyjmę pozycję w komisji nadzorczej, choćby po to żeby upewnić się, że nikt nie będzie nadużywał w niej swojej mocy.

Rufus zamrugał.

– O ile cała trójka cię zaaprobuje, oczywiście – powiedział.

– Powiedziałeś, że w komisji powinien znaleźć się goblin – powiedział Helcas, patrząc bezpośrednio na niego. – Wygląda na to, że jednak masz zamiar wziąć udział w tym procesie, korzystając ze swojej pozycji ministra, nawet jeśli chodzi o samą selekcję kandydatów. A ci, którzy przybyli dzisiaj ze mną, odmówią wzięcia tego nawet pod uwagę. Dlatego tak, pojawię się w komisji.

Rozbawione spojrzenie Snape'a spoczywało na nim ciężko. Rufus kiwnął ostro głową, mając nadzieję że jego zakłopotanie nie było zbyt oczywiste.

– W takim razie powinniśmy...

– Tu jest kolejna klauzula, o którą chciałbym zapytać – powiedział uprzejmie Snape.

Rufus zmusił się do uśmiechu.


Aurora Whitestag siedziała z dłońmi złożonymi elegancko przed sobą i słuchała toczących się wokół rozmów. Dziwiło jej, że nikt zdawał się nie zauważać, że ciszą można było wygrać równie wiele, co słowami.

– ...dopuścić, żeby to cokolwiek zmieniło! – mówił ostro Philip. Aurora spojrzała na niego powoli i z politowaniem. Jego rozpacz po stracie córki już dawno temu mutowała w pragnienie pustej zemsty. Wydawało jej się, że na swój sposób idea komisji nadzorczej mu pomoże, nawet jeśli nie będzie w stanie w niej zasiadać, ponieważ wreszcie będzie zmuszony zająć się czymś innym. – Tylko dlatego, że odleciał dziś na smoku, nie robi z niego jakiegoś bohatera.

– Nie postrzegasz tego z naszej perspektywy. – Lisa Addlington stała z rękami opartymi o biodra, nieporadnie usiłując uśmiechnąć się do Philipa. Aurora kiwnęła lekko głową. Lisa była użyteczna, ale nie miała zbyt wiele tolerancji wobec biednego Philipa i jego niezdolności do zrozumienia najbardziej podstawowych kwestii o czarodziejskim świecie. – Nikt poza nim nie mógł tego dokonać. Zostanie za to zapamiętany. To, co zrobił, było eksplozją chwały, której nawet ministerstwo nie będzie w stanie ukryć w pełni przed mugolskim światem. – Aurora wiedziała, że obliviatorzy zostali rozesłani, ale nie sądziła, żeby udało im się znaleźć wszystkich, o ile ludzie nie będą plotkować o widzianym przypadkiem smoku. – No i w bardzo oczywisty sposób tego nie zaaranżował...

– Oczywiście że zaaranżował – wypalił Philip.

– Smoka nie da się tak kontrolować, nawet opiekunowie smoków nie daliby rady. – Cierpliwość Lisy w bardzo wyraźny sposób była na wyczerpaniu. – Po prostu się nie da. – Aurora miała wrażenie, że Lisa ledwie powstrzymywała się przed dodaniem „mugolu". – Dlatego wydaje mi się, że przyzwał tego smoka tą swoją pieśnią z ranka, albo zainteresował ją, bo... sama nie wiem, smoki uważają go za interesującego. Wydaje mi się, że coś o tym było w zeszłym roku w „Proroku Codziennym". – Potrząsnęła głową i owinęła kosmyk kręconych włosów wokół palca, jakby usiłując powstrzymać się przed powiedzeniem czegoś, czego potem mogłaby żałować. – To nie było zagranie pod publiczkę. To był akt bohaterstwa, dzięki któremu w oczach czarodziejskiego świata będzie wyglądał lepiej niż kiedykolwiek. Musimy się do tego dostosować, zmienić wraz z nim.

Aurora miała wrażenie, że Lisa była prawdopodobnie z nich wszystkich najsprytniejsza. Była z niej dobra zastępczyni.

Wstała, ściągając na siebie uwagę wszystkich. To ona tak ciężko pracowała nad upewnieniem się, że przynajmniej tyle otrzymają od Harry'ego. To ona nimi dowodziła. To ona przekonała Philipa do zrozumienia, że komisja nadzorcza była znacznie lepsza od rozprawy, po której Harry prawdopodobnie zostanie szybko wypuszczony z powrotem do świata, ponieważ większość Wizengamotu uważała go za dzielnego chłopca, którego maltretowano w domu, albo kogoś zbyt potężnego, żeby ryzykować jego gniew.

Aurora uważała, że nikt nie był zbyt potężny, żeby ryzykować jego gniew. Wyglądało jednak na to, że czarodzieje i czarownice, którzy podążali ścieżkami Światła i Mroku, nie byli w stanie tego zrozumieć. Aurora cieszyła się teraz, że ostatecznie nigdy się nie zadeklarowała, mimo że jej własne ideały przychylały się bardziej Światłu, niż czemukolwiek innemu. Kiedy widzi się coś, co jest wyraźnie nie w porządku, to należy stawić temu czoła i naprawić. Nie kulić się ze strachu, bo czarodziej, którego dotyczy sprawa, jest magicznie potężny, albo jest ministrem, czy vatesem.

– Harry nie spróbuje skorzystać z tego czynu do poprawienia swojego statusu w oczach magicznego społeczeństwa – powiedziała z niezachwianą pewnością siebie. – Doszło do tego na oczach ludzi i z pewnością wpłynie na opinie o nim, ale nie ma zwyczaju wykorzystywać czegoś takiego jako broni. Dlatego skorzystamy z tego do wypromowania komisji nadzorczej. To właśnie będą mężczyźni i kobiety skłonni do nauczania i wychowywania młodego człowieka, zdolnego do okiełznania smoczycy i nie dopuszczenia, by spopieliła Londyn. On jest siłą, ale to my jesteśmy potęgą.

Wszyscy pokiwali ze zrozumieniem głowami... poza Lisą. Aurora lubiła Lisę. Rozwlekiwała i rozgryzała wszystko, co jej nie pasowało, w dodatku jej syn również zginął nad jeziorem, co oznaczało że jej moralne podejście do sprawy było takie samo co Aurory. A Aurora uważała, że ten rokosz wszystkim zrobił na dobre. Był to znak, że wszyscy wreszcie zaczęli myśleć, nawet jeśli tylko przez chwilę.

– Naprawdę wydaje ci się, że to podziała? Przecież „Prorok Codzienny" znowu zacznie codziennie publikować o nim historie. Kogo będzie obchodziło, co my mamy do powiedzenia?

– Wszystkich. – Aurora podniosła brwi. – I czemu by nie miało? W końcu jesteśmy świadkami. Co więcej, jesteśmy świadkami zdolnymi do opowiedzenia rzetelnych, konkretnych opowieści, pełnych pięknych i zwięzłych zdań.

Lisa uśmiechnęła się nagle.

– W dodatku pozostaniemy przy nim i pomożemy mu w zarządzaniu jego publiczną reputacją. Skoro nie chce się tym zajmować, to przecież logiczne, że ten obowiązek powinien spaść na barki jego doradców.

Aurora pochyliła głowę.

– Dokładnie. – To było czasem oburzające, z jaką lekkomyślnością Harry podchodził do swojego wizerunku. Na przestrzeni ostatnich paru miesięcy jego reputacja kompletnie wyrwałaby się spod kontroli, zwłaszcza pośród świetlistych czarodziejów, gdyby Aurora nie pracowała nad nimi ciężko, zgarniając w jedno miejsce, żeby mogli przedstawić jakikolwiek zjednoczony front, oraz dawała wywiady „Prorokowi Codziennemu", ilekroć chcieli dowiedzieć się czegoś o jej planach. W których, oczywiście, nie chodziło o mówienie prawdy, a przynajmniej nie tylko o to. Głównie chodziło o mówienie fraz, które dobrze wyglądały w druku i pomagały gazetom się sprzedać.

Czytanie o tym, kim jest vates i dlaczego Harry mógłby nim być, było naprawdę fascynujące, jak i rozwikływanie wszystkich możliwych związanych z tym konsekwencji dla czarodziejskiego świata. Aurorze czasami wręcz wydawało się, że rodzice Harry'ego, wraz z Albusem Dumbledore'em, nastawili się na wyhodowanie sobie vatesa. Ta pozycja wymaga nie tylko potężnego czarodzieja, czy też potężnego czarodzieja z zamiłowaniem do wolności, ale potężnego czarodzieja z zamiłowaniem do wolności, skłonnego do nałożenia sobie ograniczeń, dzięki którym wszyscy wokół niego będą w stanie się rozwijać.

Interesujące. Niezwykle interesujące. Dla dobra czarodziejskiego świata Aurora była zdeterminowana dopilnować, żeby Harry już nigdy więcej nie działał dziko i samowolnie, ale tak jak kiedyś wydawało się jej, że to zadanie będzie wiązało się z całą masą nudy, tak teraz uważała je za całkiem interesujące.

W dodatku, w przeciwieństwie do Dumbledore'a i rodziców Harry'ego, była w stanie zobaczyć, co ma przed sobą. Harry zmienił się z chłopca, którym był, w młodego człowieka, który po prostu potrzebował nieco więcej pokierowania w stronę ideałów Światła i związanych z nim ograniczeń, a mniej lejców i szamotania się, jakiego podjęłaby się komisja nadzorcza zaledwie rok wcześniej. Skoro się zmienił, to ci którzy chcieli mieć nadzieję nadążenia, powinni zmienić się razem z nim.

Mogła to zrobić. Kompletnie nie pojmowała, co było w tym takiego trudnego.


Hawthorn nie była w stanie oderwać wzroku od nieba, mimo że od zniknięcia Harry'ego i smoczycy minęło już wiele godzin i nad Londynem powoli zapadał zmierzch. Pozostała w alejce przed ministerstwem nawet kiedy większość pozostałych weszła już do środka, albo aportowała się, nie żywiąc żadnych miłych uczuć wobec budynku, w którym przyszło jej spędzić trzy dni bez wywaru tojadowego, magii, czy wolności.

Kiedy pojawiła się smoczyca, nie miała czasu na myślenie. Zagapiła się, a potem Harry wzniósł zaklęcie tarczy przeciw płomieniom, a potem nagle zniknął i pojawił się na grzbiecie smoczycy. A potem stanął we własnych, błękitnych płomieniach, jego pieśń rozległa się wokół, kojąc Mrok i Światło, a potem smoczyca odleciała.

Hawthorn zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę i pociekła po nich krew. Kilka osób czekało razem z nią, między innymi Pustułka i Brugmansja, które zerknęły w jej kierunku, wąchając powietrze kiedy wyczuły krew. I wtedy zobaczyły wyraz jej twarzy i odwróciły spojrzenia.

Nie istniał żaden powód, dla którego ta sytuacja powinna odbić się najciężej właśnie na niej, poza faktem, przez który była ona ciężka dla wszystkich: nikt tak naprawdę nie wiedział, czy Harry w ogóle jeszcze żyje.

Ale odbiła się, więc Hawthorn złapała ją i wyciągnęła ją na światło dzienne – czy też pogłębiający się zmierzch – i przytrzymała, póki tego w pełni nie zrozumiała. A potem tego pożałowała.

Ostatnio jestem labiryntem sprzeczności, pomyślała, a gdzieś w tyle jej umysłu zawył wilk, żądając krwi i zemsty za Claudię.

Nie zabił jej, choć mógł i pewnie w ostatecznym rozrachunku tak byłoby dla wszystkich najlepiej. Wskoczył na jej grzbiet, wykłócał się z nią – czy też komunikował – a potem zabrał stąd. Pewnie zaprowadził ją gdzieś, gdzie nie będzie w stanie nikogo skrzywdzić, ani nastąpić na czyjąś wolną wolę.

Nie miało dla niego znaczenia, że właśnie trwała ceremonia ukończenia jego rokoszu, że dzisiaj właśnie miała być ustanowiona komisja nadzorcza, że wszyscy na niego czekamy. Nie miał zamiaru zabijać jej z tak głupich powodów. Znalazł dla niej czas i w przyszłości dalej będzie znajdował czas na takie sprawy. Czasem może się zniecierpliwić, albo zdenerwować, ale i tak znajdzie na wszystko czas.

A ja miałam zamiar poświęcić życie zemście.

Hawthorn zamknęła oczy, póki nie zaczęły boleć jej równie mocno, co zaciśnięte pięści. Przecież mówiła, że jest czystokrwistą czarownicą. Tak właśnie myślała, kiedy Harry przybył i uratował ją z Tullianum. To właśnie oznajmiła, kiedy założyła srebrną biżuterię na festiwal Dracona Malfoya, potwierdzający go jako magicznego dziedzica i nie przejmowała się poparzeniami, jakie pozostawią jej na skórze.

A potem jej wrogowie znęcali się nad nią, zranili ją, straciła członkinię watahy i nagle znowu była tylko tym? Wilkołaczycą?

Powiedziała już, że nie dopuści do tego, żeby to ją zdefiniowało. A potem dokładnie na to im pozwoliła.

Przez Hawthorn przebiegł głęboki prąd wstydu. Jeszcze kilka dni wcześniej pomyślała sobie, że to dobrze, że nie dzieli z Harrym jego obowiązków, bo gdyby była równie zabiegana, to przecież nie miałaby czasu na pracę nad lekiem na likantropię. Teraz zastanawiała się, czemu właściwie jej życie miałoby obracać się wyłącznie wokół tego leku, czy planowaniu zemsty za inną wilkołaczycę.

Przecież nie jestem tylko tym. I to właśnie Harry zapamiętał po tym wszystkim. Nie jest tylko szesnastolatkiem, czy czarodziejem o lordowskiej mocy, czy dzieckiem nad którym się znęcano, ani nawet vatesem. I ja też jestem czymś więcej, jak tylko wilkołaczycą, tylko czystokrwistą czarownicą, tylko osobą, która powinna zemścić się za śmierć Claudii, bo nikt inny tego nie zrobi.

Moje życie nie dobiegło końca po śmierci męża. Moje życie nie dobiegło końca po śmierci córki. Moje życie nie dobiegło końca po ugryzieniu. A ja miałam zamiar zakończyć je tu i teraz, łamiąc złożone Harry'emu przysięgi przymierza, jak i oficjalną przysięgę rodzinną – jej dłoń przesunęła się po bliźnie na lewym przedramieniu, która przecinała Mroczny Znak – ponieważ chciałam utonąć we własnym zgorzknieniu i nienawiści.

Potrząsnęła głową i odetchnęła ostrożnie. Być może kiedyś nadejdzie pora, kiedy nie zdołam podnieść się po czymś takim, kiedy nie będę w stanie oprzeć się prądowi otaczających mnie sytuacji. Ale to jeszcze nie ten dzień. Wciąż jestem w stanie wznieść się ponad to. Jestem na to wystarczająco silna.

I wtedy Harry aportował się z powrotem do alejki.

Pozostali spięli się, włącznie z Kamelią, na którą Pustułka i Brugmansja musiały warczeć, póki nie przestała zawodzić. Ale to Hawthorn podeszła do niego i objęła go mocno.

Harry zamrugał, ale zdecydowanie nie stawiał się przytuleniu, nawet ostrożnie przyłożył dłoń do jej pleców.

– Wszystko w porządku, pani Parkinson? – zapytał. – Przepraszam, że tak długo mi to zajęło, ale naprawdę nic innego nie przychodziło mi do głowy, a potem musiałem dojść do siebie po locie i spędzić trochę czasu z czarodziejami MacFusty, no i jeszcze doszło wiele aportacji w drodze powrotnej, bo nie chciałem ryzykować przeskakiwania tak wielkiej odległości na raz.

– Dziękuję, Harry – powiedziała Hawthorn miękko w jego włosy.

– Za uratowanie życia? – Zaskoczenie Harry'ego wyraźnie wzrosło. – Znaczy... oczywiście, nie ma sprawy, pani Parkinson.

– Proszę, nazywaj mnie Hawthorn. – Być może to pomoże jej się zakotwiczyć, pomoże jej pamiętać, że mimo wszystkich strat i całym żalu jakie przecierpiała, włącznie z utraceniem całej rodziny, wciąż żyła.

Harry chyba wyczuł, że jej prośba niesie w sobie wiele powodów, ponieważ nie spróbował zaprotestować i wycofać się za maskę uprzejmości. Zamiast tego zamarł na moment.

– Niech i tak będzie, Hawthorn – wyszeptał, po czym przyłożył dłoń do jej lewego przedramienia, zakrywając zarówno bliznę przysięgi, jak i Mroczny Znak.

Wówczas odsunęła się od niego i pozwoliła jego watasze otoczyć swojego alfę, mamrocząc i liżąc. Kość też podszedł, żeby uścisnąć mu dłoń. Pustułka była bardziej zdystansowana – Hawthorn miała wrażenie, że wciąż było jej żal, że vates nie zdołał uratować jej watahy – ale kiwnęła do niego głową i mruknęła coś o tym, że cieszy się, że nic mu się nie stało.

Wilkołaki nie są racjonalne po stracie członków watahy, pomyślała Hawthorn, przyglądając się jej. I to właśnie mnie pochłonęło. Pobłażałam furii mojego wilka, zamiast własnej żałobie. Muszę zapytać, w jaki sposób zaakceptowany wilkołak odbywa żałobę. Zerknęła w bok, na Kamelię, która patrzyła na Harry'ego z nieskończoną ulgą. Jestem pewna, że niektórzy z nich z przyjemnością podzielą się ze mną tą wiedzą.

– Harry! – ryknął głos z budki telefonicznej.

To był Draco. Hawthorn odsunęła się nieco dalej i przyglądała się wszystkiemu z uśmiechem, niepewna czy sytuacja powinna ją bardziej bawić, czy cieszyć.


Harry przełknął nerwowo, kiedy zauważył w tłumie twarz Dracona. Była już niemal opanowana, ale puls innych emocji przebiegał zaraz pod nią, w dodatku miał roztrzepane włosy, nawet jeśli tylko przez wiatr, który przebiegał alejką przed Ministerstwem. Harry zastanawiał się, skąd właściwie wiedział, że już wrócił, po czym powiedział sobie, że to musiał być zwykły zbieg okoliczności. Draco pewnie wyszedł na powierzchnię, żeby zobaczyć czy Harry już się pojawił i akurat go zobaczył.

– Draco – powiedział, po czym nabrał głęboko tchu i wyrzucił z siebie wrażenie, że lada chwila ktoś na niego nakrzyczy. Przecież nie mogę żyć w strachu przed nimi. Ruszył przed siebie tak szybko, że chyba zaskoczył tym nawet Dracona, po czym pochwycił go w objęcia i pocałował w policzek, kiedy Draco jeszcze mrugał.

Szybko doszedł do siebie, oczywiście.

– Ty bohaterski idioto – powiedział niemal bezgłośnie Harry'emu na ucho. – Czy ty nigdy nie skończysz z takimi wybrykami? – Jego słowa ewidentnie miały w sobie smutny wydźwięk.

Harry przełknął ślinę i odpowiedział szczerze.

– Nie wiem, Draco. Pewnie nie. Zwykle widzę najlepsze możliwe rozwiązanie i działam zgodnie z nim, nie próbując go najpierw z kimkolwiek przedyskutować.

– No i między innymi dlatego mnie potrzebujesz. – Ramiona Dracona zacisnęły się wokół pasa Harry'ego tak mocno, że Harry stęknął, kiedy został przyciśnięty do ciała swojego chłopaka. – Już ja ci pokażę, czemu dyskusje są ważne i pomogę ci planować na zapas, ilekroć to będzie możliwe. – Przeczesał palcami włosy Harry'ego. – I może w końcu kiedyś zdołamy w ogóle zapobiec takim sytuacjom – dodał kąśliwie.

– No wiem – wyszeptał Harry. – Słuchaj... wiem, że nie dochodziło do tego zbyt często w Leśnej Twierdzy, Draco, ale naprawdę mam nadzieję, że przynajmniej kilka najbliższych miesięcy okaże się nieco spokojniejszych. Chciałbym też otrzymać od ciebie radę o tym, jak właściwie żyć z komisją nadzorczą, jak poruszać się w świecie polityki i jak podejmować decyzje bez wpływu emocji. Zdecydowanie zbyt często dochodzi do tego ostatniego.

Draco milczał przez chwilę.

– Nie ma sprawy w kwestii pierwszych dwóch – powiedział. – Ale skąd pomysł, że będę w stanie ci jakkolwiek pomóc z trzecim?

Harry musiał odsunąć się od niego na tyle, żeby zobaczyć jego twarz – co było nieco ciężkie w zapadających wokół ciemnościach.

– Bo sam tak robisz – powiedział. – Zaczekałeś i racjonalnie podjąłeś decyzję, żeby przyłączyć się do mnie, Draco. Byłem z tego zadowolony, oczywiście, ale ty przede wszystkim chciałeś być wtedy zadowolony z samego siebie i nie szukałeś przychylności mojej, czy swojego ojca. Naprawdę podziwiam twoją siłę woli. Nie wiedziałeś o tym? Kocham cię właśnie między innymi dlatego, że jesteś taki silny. Ta siła czasami objawia się bardzo dziwnie. – Uśmiechał się. Nie chciał, ponieważ to był naprawdę poważny temat i nie chciał, żeby Draco uważał, że Harry się z niego nabija, ale wydawało się nieuniknione. – Objawia się w nadąsaniu, albo wydzieraniu się, kiedy wszyscy inni po prostu odwróciliby wzrok i udawali, że nic się nie stało, albo nabzdyczaniu, kiedy inni po prostu kryliby się ze swoimi emocjami. Ale zawsze w tobie jest, choćby nie wiem za co się podszywała. A ilekroć wypływa w pełni na wierzch, to nie sądzę, żeby na świecie istniało cokolwiek, co byłoby w stanie cię przestraszyć, czy powstrzymać.

Głos Dracona drżał, kiedy się odezwał, podobnie jak jego dłonie, kiedy sięgnął i ponownie przeczesał nimi włosy Harry'ego.

– Nie miałem pojęcia, że tak o mnie myślisz.

Harry poczuł, jak wstyd zwija mu się w brzuchu.

– Naprawdę? Merlinie, Draco, tak mi przykro. – Ścisnął jego dłoń i spojrzał mu w oczy. – Spróbuję ci to częściej powtarzać. Zapominam o tym, bo dla mnie to jest takie oczywiste, że nie pojmuję jak inni mogą tego nie zauważać.

Draco już nic na to nie powiedział, po prostu przysunął się i pocałował go. Harry z premedytacją zapomniał chwilowo o tym, że mają widownię, że wciąż będzie musiał ustalić kilka faktów na temat komisji nadzorczej, że jego wrogowie tylko czekają na chwilę nieuwagi, po czym zareagował na pocałunek z entuzjazmem, zamiast po prostu pozwalać mu trwać.

Cieszył się z niego, oczywiście, ale pod radością biegła też nowa determinacja.

Czyli jego siła nie zawsze tkwi w pewności siebie. Czasami o tym zapominam. Chcę, żeby zrozumiał, że znaczy dla mnie znacznie więcej, niż mu się najwyraźniej wydaje. Nie ma żadnego powodu, żeby tylko on oferował mi całą swoją uwagę, czas, słowa i pocałunki. Też mogę zacząć to robić. Harry wzmocnił tę determinację własnym uporem. I od teraz do tego właśnie dojdzie.