Rozdział czterdziesty drugi: Komisja nadzorcza
Harry w ogóle nie był zaskoczony, kiedy wilkołaki nie podążyły za nim do ministerstwa. Księżyc niebawem miał wstać i choć wszyscy przyjęli wywar tojadowy, wąskie korytarze byłyby wyjątkowo nieprzyjemnym miejscem dla ogromnych wilków. Harry chciał nawet wrócić się budką telefoniczną i zaczarować je, żeby były niewidoczne, tak żeby przypadkiem jakimś przydupasom ministerstwa, albo mugolom nie przyszło do głów spróbować ich skrzywdzić, ale kiedy o tym wspomniał, ramiona Dracona zacisnęły się mocno wokół jego pasa.
– Jest z nimi Laura Gloryflower, Harry – powiedział spokojnie. – A przynajmniej była. Wychodziła zza zakrętu akurat jak budka zaczęła nas zwozić na dół. Aportuje je z powrotem do Leśnej Twierdzy, albo sama je zaczaruje, żeby były niewidoczne, albo zrobi cokolwiek innego, co uzna za konieczne.
Harry zastanowił się nad tym przez chwilę, po czym kiwnął głową i odprężył się w ramionach Dracona.
– Masz rację – powiedział. – Chyba powinienem teraz skupić się na stawieniu czoła Whitestag i rodzicom Piętnastki Poświęconych, co nie?
Draco zerknął na niego dziwnie.
– No co? – zapytał Harry.
– Nic – mruknął Draco, choć jego mina była tak osobliwa, że Harry po prostu wiedział, że musiało mu o coś chodzić. Był jednak cicho przez resztę drogi, więc już niczego się od niego nie dowiedział przed dotarciem do Atrium.
A tam już czekała na nich Aurora Whitestag. Za nią stało kilku nieznanych Harry'emu kobiet i mężczyzn, ale odkrył że ciężko było mu skupić się na kimkolwiek poza nią. Nie był pewien, czy to skutek jakiejś magii, istotnej roli, jaką ta kobieta odegra w jego najbliższej przyszłości, charyzmy, czy połączenia wszystkich trzech. Była jednak jedną z tych osób, które mogły ściągnąć na siebie uwagę po prostu stojąc w odpowiedni sposób i to właśnie robiła.
– Witam, Madam Whitestag – powiedział Harry, uznając że najlepiej będzie podejść do niej z należytą uprzejmością. Wolał nie okazywać jej braku szacunku w miejscu publicznym, w dodatku technicznie rzecz biorąc zasługiwała na ten tytuł, skoro miała być przewodniczącą komisji nadzorczej. – Przepraszam, że tak długo musieliście na mnie czekać. Brytyjska Czerwono–Złota osiedliła się już w sanktuarium czarnych hebrydzkich.
Jedna z kobiet za Aurorą zaczęła mówić coś niepochlebnego, ale Aurora po prostu podniosła rękę i kobieta ucichła. Harry przyjrzał się jej oczom. Były ciemne i klarowne. Będę musiał dowiedzieć się, na jakich niewidocznych smyczach ma wszystkich wokół, uznał Harry. Czy opiera podstawy swojej kontroli na tym, jak się wysławia? Jak myśli? Co wie? Czy może czymś jeszcze innym? Wiedział, że nie mogło chodzić o magiczną potęgę. Aurora była znacznie słabsza od Snape'a, prawdopodobnie nawet od Dracona, choć naprawdę ciężko przychodziło porównywanie nastoletniego czarodzieja do dorosłego.
– Absolutnie się tym nie przejmuj, Harry – powiedziała łagodnie Aurora. – Najważniejsze, że wreszcie do nas wróciłeś i jesteś gotów współpracować ze mną i Madam Marchbanks nad wyborem członków komisji nadzorczej. Bo ufam, że jesteś gotów do współpracy z nami?
Harry kiwnął stanowczo głową. Był koszmarnie zmęczony, bo nie spał już od dwóch dni, ale nie mógł sobie pozwolić na myślenie teraz o tym, ani na wykorzystanie magii do wzmocnienia się, bo miała coraz częściej tendencję do wymykania się spod kontroli w czasie wycieńczenia. Podejmie jak najlepsze możliwe decyzje i w razie wątpliwości będzie słuchał Madam Marchbanks.
– To dobrze. – Aurora uśmiechnęła się do niego i odwróciła w kierunku niewielkich drzwi, których Harry nigdy wcześniej nie widział, położonych w kącie Atrium, niedaleko wrót. Zawsze wydawało mu się, że to miejsce było pełne połączeń fiuu, żeby pracownicy ministerstwa mogli wchodzić i wychodzić bez przeszkód. Niewielka grupa czarodziejów i czarownic ruszyła za Aurorą, więc Harry i Draco zrobili to samo. Zdawał sobie sprawę z tego, że ludzie wokół rzucają z ukosa dziwne spojrzenia na obejmujące go w pasie ramię Dracona. Harry to zignorował. A niech sobie myślą co chcą. Odgryzie się dopiero, kiedy posuną się do wymówienia swoich myśli na głos.
Jedna z kobiet faktycznie otworzyła usta, ale Aurora tylko obejrzała się na nią, podchwytując jej spojrzenie i pokręciła głową.
Jest niebezpieczna. Musiała usłyszeć niewielkie westchnienie, wyczuć jej drgnięcie, czy cokolwiek. Muszę ostrożnie się z nią obchodzić. Harry zebrał w sobie tak wiele stanowczości, jak tylko był w stanie. Nieprzespana noc była w tej chwili jego najmniejszym zmartwieniem. Problem sprawiały mu głównie wydarzenia z tego dnia. Zaśpiewał pieśń feniksa, podpisał traktat sygnalizujący koniec rewolty, poleciał na smoczycy na północ, skąd aportował się z powrotem do ministerstwa. A teraz miał podjąć się negocjacji, czego jeszcze dzisiaj nie robił. Harry odniósł wrażenie, że wolałby kolejną przejażdżkę na smoku.
Upomniał się, że pod wieloma względami to było niczym jazda na smoku. Musiał skupić się na zmiennych prądach wiatru, smoczych płomieniach, jak i zignorować sprawy, które w danej chwili nie były równie istotne. Był przekonany, że Aurora jakoś przemyci po kryjomu własne warunki, albo przekona go do przyjęcia do komisji ludzi, których Harry normalnie nigdy by nie wybrał, ponieważ wydawali się powierzchownie neutralni, kiedy wcale tacy nie byli. Ale chciał się przede wszystkim upewnić, że zdobędzie do przymierza jakichś świetlistych czarodziejów, że wszyscy złożą przysięgi i że nikt nie spróbuje ograniczyć jego obowiązków jako vatesa.
Dla dobra tego wszystkiego był gotów pogodzić się z...
Draco nagle zatrzymał się i pokręcił głową, przez co Harry też musiał przystopować. Zamrugał na Dracona. Pokój, do którego mieli zaraz wejść, wyglądał na absolutnie przeciętny. Stał w nim długi stół, otoczony rzeźbionymi krzesłami, które chyba musiały zostać stworzone na miejscu; wyglądały zbyt wykwintnie, jak na przeciętne umeblowanie ministerstwa. Madam Marchbanks siedziała u jego szczycie, pomiędzy dwójką innych miejsc. Harry wiedział, że jemu i Aurorze przyjdzie zająć pozostałe dwa.
– Co się stało? – zapytał Dracona.
– Profesora Snape'a tu nie ma – powiedział Draco.
Harry ponownie zamrugał.
– Nikt nie powiedział, że Snape ma wybierać członków komisji nadzorczej...
– Ale może być obecny przy ich wybieraniu – upierał się Draco. – I, cholera by to wzięła, będzie przy tym obecny, Harry, albo trzasnę cię zaraz zaklęciem usypiającym. – To ostatnie powiedział tak agresywnym szeptem, że Harry był niemal przekonany, że nikt inny go nie słyszał.
Wokół palców Harry'ego owinęło się syczące pasmo żółtego światła – sygnał, że jego temperament zaczyna wpływać na magię. Uspokoił ją. Przecież nie chciał kogoś skrzywdzić. W dodatku im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej skręcało go na myśl o tym, że mieliby pominąć Snape'a przy tych negocjacjach. Pewnie nawet uzna, że Harry wybrał sobie innych opiekunów. Z całą pewnością też nie będzie ufał większości, oraz ponownie zacznie przeglądać traktat, szukając słabych punktów do rozbicia.
– Niech będzie – powiedział, po czym wzruszył przepraszająco ramionami, kiedy Aurora obejrzała się na niego. – Proszę o wybaczenie, Madam. Chcę zawołać mojego opiekuna, żeby dać mu okazję do przyłączenia się do nas i przemówienia w moim imieniu.
– Wolałabym, żebyś tego nie robił – powiedziała Aurora, nieco karcącym tonem. – Zastraszył dzisiaj moich ludzi samym pojawieniem się na ceremonii. Obawiam się, że w jego obecności nie będziemy w stanie podjąć szczerych, bezstronnych decyzji.
Harry już miał na to odpowiedzieć, ale wyprzedził go w tym głos Dracona, ostry i chłodny, niczym ocierająca się o siebie kra.
– Harry ma szesnaście lat – powiedział. – Powszechne prawa czarodziejów nie określą go jeszcze jako dorosłego. A profesor Snape jest jego opiekunem. Powinien pojawić się podczas czegoś tak ważnego. Chyba zdaje sobie pani z tego sprawę, Madam Whitestag, skoro znana jest pani z obstawania przy zasadach, prawach i sprawiedliwości.
Aurora przyglądała się Draconowi przez dłuższą chwilę.
– Zdaję sobie sprawę z wieku Harry'ego, panie Black – powiedziała wreszcie, po czym kiwnęła do Harry'ego. – W takim razie wezwij swojego opiekuna.
Harry stuknął w swój lewy nadgarstek i wymamrotał zaklęcie komunikacyjne. Głos Snape'a rozległ się momentalnie, spięty i zniecierpliwiony, niczym gończego psa.
– Harry? Wróciłeś już?
– Tak, proszę pana. Stoję w progu niewielkiego pokoju w Atrium...
– Wiem, gdzie to jest. Już idę. – I zaklęcie komunikacyjne zostało zerwane. Harry poczuł, jak zaczyna się tępo rumienić pod spojrzeniem Aurory. Nie patrzyła na niego potępiająco, nie do końca, ale i tak czuł się jak uczeń, który właśnie upierał się, że powinien mieć przy sobie rodziców, kiedy dyrektorka będzie zwracała mu uwagę za naruszenie jakichś pomniejszych zasad Hogwartu.
– Kiedy ostatnim razem doszły mnie pogłoski o profesorze Snape'ie, był raczej cokolwiek... podenerwowany – powiedziała Aurora tonem kogoś, kto szukał delikatnego słowa na określenie tego, co naprawdę miała na myśli i ostatecznie skończyła na wyjątkowo miernym eufemizmie. – Jesteś pewien, że zapraszanie go do pokoju, w którym niektórzy ludzie mogą sprawić, że będziesz czuł się niekomfortowo, jest rozsądne, Harry?
Harry westchnął.
– Już mu to minęło, Madam, przynajmniej z grubsza. No i Draco ma rację. Mam szesnaście lat, powinienem mieć przy sobie opiekuna.
Aurora niczego już na to nie powiedziała, po prostu stanęła obok, w bardzo wyraźny sposób dając do zrozumienia, że poczeka razem z nimi. Jej towarzysze minęli ją i zaczęli zajmować miejsca przy stole. Harry'emu z trudem przychodziło nie przestępowanie z nogi na nogę, czy oparcie się o Dracona w poszukiwaniu komfortu. Musiał zaimponować tym ludziom, dlatego też stał tak bardzo wyprostowany i z miną tak chłodną, jak tylko był w tej chwili w stanie. Łatwiej mu to przyszło, kiedy przypomniał sobie nauki Lily pod tym względem, gdyby musiał zrobić coś takiego dla Connora. Poczuł jak jego samoświadomość stopniowo go opuszcza. Owinął się w chłodną skorupę. Nic nie zdoła go skrzywdzić.
Kroki Snape'a faktycznie rozległy się w niedługo potem, kiedy wychodził zza wrót. Szybko dopadł do Harry'ego, przyglądając się jego twarzy, jakby szukał uszkodzeń, których Harry miałby doznać w przeciągu paru godzin, kiedy byli rozdzieleni. Następnie złapał lewą dłonią za ramię Harry'ego. Harry zdołał ukryć się ze swoim drgnięciem, ale zapadł się już tak głęboko w chłód, że dotyk wydawał mu się dziwny.
W dodatku wiedział, że Snape w ten sposób uwolnił sobie prawą rękę, żeby mógł w każdej chwili złapać za różdżkę. To go zirytowało.
– Możemy zaczynać – powiedział Snape. – Helcas i pozostali, którzy chcą zostać wzięci pod uwagę w komisji nadzorczej przybędą niebawem, ale powiedzieli mi, że najpierw chcą rozmówić się z ministrem i niespecjalnie przejmują się tym, którzy konkretnie ludzie zasiądą w komisji. Bardziej interesują ich poczynania tych ludzi. Jak na przykład próby kontrolowania ich vatesa.
Aurora rzuciła Snape'owi beznamiętne, nie do odczytania spojrzenie, po czym zaprosiła ich gestem do pokoju.
– Pan przodem, panie Snape.
Aurora musiała przyznać, że była cokolwiek zniesmaczona kiedy wreszcie, wreszcie usiedli przy stole, za którym powinni znaleźć się w chwili, w której Harry aportował się alejce. Wszystkie raporty, które otrzymała z Hogwartu świadczyły o tym, że Snape był wrakiem człowieka. Pod tym względem zgadzali się uczniowie z każdego domu. Prawie nie był w stanie nauczać eliksirów. Z całą pewnością nie nadawał się już do chronienia vatesa, którego obrał sobie za syna. Wydawał się być gotów rzucić klątwę na każdego, kto choćby spojrzał na niego krzywo, więc Aurorze wydawało się, że miała pełne prawo do wyrzucenia go z tego zebrania.
A teraz to. Aurora nie sądziła, żeby jego fasada była idealna; z całą pewnością pęknie, jeśli go przycisnąć w odpowiednim miejscu. Ale i tak będzie przyglądał się znacznie uważniej wszystkim kandydatom, przez co niektórzy ludzie, których będzie potrzebowała do komisji nadzorczej, nie dadzą rady się załapać. Z całą pewnością sprzeciwi się przyjęciu dowolnego świetlistego czarodzieja.
Jakież to irytujące.
Ale wiedziała jak reagować na kogoś, kto celowo stara się ją rozdrażnić. Należało odsunąć się o krok i dostosować plan działania. Dlatego teraz obserwowała uważnie, kiedy Harry ruszył, by zająć miejsce u szczycie stołu po lewej stronie Madam Marchbanks, podczas gdy jego opiekun i kochanek zasiedli po jego lewej. Zauważyła ziewnięcie, którego Harry nie zdołał tak do końca zamaskować, jak i sposób w jaki jego partner niemal pochylał się nad nim, usiłując ochronić przed wszystkimi, czy nieufne spojrzenia, które Snape posyłał wszystkim w pomieszczeniu, nawet niezadeklarowanym czarownicom i czarodziejom, którzy pojawili się po prostu dlatego, że zależało im na bezpieczeństwu czarodziejskiego świata.
Aurora uśmiechnęła się lekko. Może Harry faktycznie ma szesnaście lat i potrzebuje mieć przy sobie opiekuna, ale jest dorosłym, który podejmuje dorosłe życie i mamy zamiar zaoferować mu dorosłą rolę w komisji nadzorczej przy wyborze jej członków. Nie potrzebuje być zaganiany, ani pilnowany w drodze do krzesła, jakby miał się zaraz potknąć i złamać sobie rękę.
Aurora miała wrażenie, że wszystko będzie miało szansę wypalić, jeśli będą traktowali Harry'ego jak dorosłego, upierali się przy wysłuchaniu jego opinii, nie opinii jego opiekuna, czy kochanka. Harry był w bardzo oczywisty sposób zmęczony, co oznaczało że pewnie nie zauważy wszystkich zagrywek. Dzięki temu komisja nadzorcza będzie w stanie zająć się tym, czym powinna, a nie tym, czego chcieli od niej Snape i syn Lucjusza.
Aurora zamknęła drzwi i obeszła stół, żeby zająć miejsce po prawej stronie Marchbanks.
– Wydaje mi się, że powinniśmy zacząć od świetlistych czarodziejów – powiedziała Madam Marchbanks. – Ostatecznie pierwotnym celem tej komisji nadzorczej było wprowadzenie większej ilości świetlistych czarodziejów do grupy bezpośrednich doradców vatesa.
Draco odchylił się na swoim krześle, mrużąc lekko oczy. Nie był w stanie na długo oderwać wzroku od Whitestag – po prostu wiedział, że ta baba coś kombinuje – ale co chwila się do tego zmuszał. Pierwsza kandydatka siedziała naprzeciw niego, nerwowo poprawiając się na miejscu. Ewidentnie świetliste psy gończe to sobie zaplanowały. A Harry nie jest w tej chwili w stanie zmierzyć się z czymś takim, pomyślał Draco, kiedy Harry przesłonił dłonią kolejne ziewnięcie. Powinien być już w łóżku.
Ale będą obstawali przy załatwieniu tego już dzisiaj, a nawet w pełni rozbudzony Harry przeoczyłby niektóre zagrywki czarownic i czarodziejów, których Snape i Draco z miejsca by odrzucili. Nie szkodzi. Między innymi właśnie dlatego tu byli: żeby odgrywać role podejrzliwych, parszywych Ślizgonów, którym Harry nie mógł być, kiedy starał się pokazać z jak najlepszej strony.
– Zgadzam się – powiedziała Whitestag. – A pierwszą kandydatką Światła jest Lisa Addlington.
– Czy to rozsądne? – zapytał Snape, zanim jeszcze Draco zdążył zgłosić sprzeciw. – Wiem, że syn pani Addlington zginął przy jeziorze. – Skinął głową w jej kierunku, ale tak płytko, że Draco nie sądził, żeby ktokolwiek uznał to za wyraz sympatii. – Zamiast troski o bezpieczeństwo czarodziejskiego świata, czy mojego syna, jej decyzjami może pokierować żałoba.
– Pan pozwoli, że sama to wyjaśnię, dziękuję – powiedziała Addlington, pociągając nosem. Draco już jej nie lubił. Nie tylko była zadeklarowana Światłu, ale miała zwyczaj zarzucania głową, który uważał za po prostu zwierzęcy. Tylko młodszej kobiecie uszłoby coś takiego na sucho, a twarz Addlington nie miała czystokrwistych rysów, elegancji, która pozwalała takim czarownicom jak Narcyzie, wykonać z powodzeniem dramatyczne miny, do jakich teraz się uciekła. – Nie dopuszczę do tego, żeby żałoba po zmarłym synu wpłynęła na moje decyzje. Wydaje mi się jednak, że z takiej mocy należy korzystać w sposób bezpieczny i odpowiedzialny, a to, do czego doszło nad jeziorem, nie było ani bezpieczne, ani odpowiedzialne.
– Czy ty masz pojęcie, do czego tam w ogóle doszło? – Draco uważał, że głos Snape'a był niski i wyjątkowo paskudny. – Czy ty masz najlżejsze pojęcie...
– Wydaje mi się, że pani Addlington dobrze wie – powiedział Draco z lekkim uśmiechem w kierunku czarownicy, oraz kręcąc lekko i ostrzegawczo głową w kierunku Snape'a. Niczego tu nie osiągną, jeśli po prostu zaczną wyzywać te świetliste pieski kanapowe. – Ale wciąż nie pojmuję, czemu miałaby zasiadać w komisji nadzorczej. Czyżby utrata dziecka była wystarczającą kwalifikacją? – Spojrzał na Whitestag z uprzejmym zainteresowaniem na twarzy.
Przyglądała się mu, jakby dopiero teraz go tak naprawdę zauważyła. Draco powstrzymał się przed pokusą przeciągnięcia się, czy uśmiechnięcia z dumą.
Może i uważa mnie teraz za niebezpiecznego, ale będę tym bardziej niebezpieczny, jeśli nie pokażę jej, że to zauważyłem.
– Pani Addlington straciła dziecko – powiedziała Whitestag z opanowaniem, przez które Draco zaczął się zastanawiać, jak ona właściwie znosiła towarzystwo tych durni. Była czystokrwistą czarownicą, której Lucjusz mógłby zazdrościć majestatu, a przynajmniej zdolności do obnoszenia się z nią. Musiało ją naprawdę boleć, kiedy widziała, że reszta jej kręgu w ogóle nie radziła sobie ze sztuką udawania. – Ale jest też świetlista. W dodatku chce poświęcić swój czas na tworzenie zmian w czarodziejskim świecie. – Przymrużyła lekko oczy, a jej głos nabrał tonu matki karcącej dziecko. – A pana, panie Black, chciałabym poprosić o nie wtrącanie się. Ostateczna decyzja dotycząca członków komisji nadzorczej zostanie podjęta wyłącznie przez Madam Marchbanks, vatesa i mnie.
Draco nie pozwolił sobie zareagować na nazwisko, jakim się do niego zwróciła. Technicznie rzecz biorąc nie miał prawa do żadnego innego, póki Lucjusz nie przyjmie go z powrotem. Większość czarodziejów jednak byłaby na tyle uprzejma, żeby zignorować obecne utarczki rodzinne i zwróciłaby się do Dracona po nazwisku, z którym się urodził. Whitestag wyrażała swoją opinię.
Czas odpowiedzieć własną.
– Nie zdawałem sobie sprawę z tego, że wygłaszanie wątpliwości pod względem potencjalnych kandydatów do komisji nadzorczej jest uważane tu za wtrącanie się – powiedział. – Dziwne, że Światło tak wrogo podchodzi do krytycznego myślenia.
– Draco, proszę cię – powiedział Harry z takim zmęczeniem w głosie, że Draco zerknął na niego kontrolnie. Miał zacienione oczy, ale dość bystro przyglądał się Lisie Addlington. – Chciałbym usłyszeć od pani Addlington do czego jest skłonna się posunąć, jeśli chce wprowadzić zmiany do przyszłości czarodziejskiego świata.
– Nie przestałam inwestować pieniędzy w Gringotcie, mimo nowych wymagań wysuniętych przez południowe gobliny – powiedziała z wyższością Addlington. – Naprawdę wydaje mi się, że ludzie powinni żyć wspólnie z magicznymi stworzeniami. Starałam się też przekonać innych rodziców, którzy stracili dzieci przez magię Harry'ego, że na nic nie przyda nam się mszczenie na nim, ponieważ jest Chłopcem, Który Przeżył, w związku z czym potrzebujemy go, czy nam się to podoba, czy nie.
Draco zjeżył się. Zauważył, że Harry mrugnął powoli, jakby przyjmując na siebie cios jej słów, po czym kiwnął głową.
– Przynajmniej zdaje sobie pani sprawę, że będę oczekiwał współpracy z magicznymi stworzeniami – powiedział. – Co jest wstępnym warunkiem do złożenia przysiąg przymierza i przyłączenia się do komisji nadzorczej. Czy złoży pani przysięgi już teraz, zanim jeszcze panią do niej przyjmiemy?
– Owszem – powiedziała Addlington, wyciągając sztylet z kieszeni szaty.
Draco niemal czuł, jak Snape szykuje się do rzucenia klątwy. Harry wyprzedził ich obu.
– Pani Addlington – powiedział – w Przymierzu Słońca i Cienia nie przysięgamy na krew. Mogłoby to stworzyć niefortunny precedens. Korzystamy z samych słów.
Kobieta zamrugała na niego, a Draco był całkiem zadowolony, że Harry sam z siebie zdołał wytrącić ją z równowagi.
– W takim razie co to za przysięgi? – zapytała powoli, odkładając sztylet. – I jakie są konsekwencje złamania ich?
– Osuszę panią z magii – powiedział Harry. Draconowi za każdym razem niesamowicie imponował ton, jakim Harry wypowiadał tę groźbę. Był w stanie to zrobić i nie zawaha się przed tym. Nie potrzebował wymyślnych tortur.
– Rozumiem – powiedziała pani Addlington. – A przysięgi?
Harry wyprostował się. Draco niemal zobaczył, jak zrzuca z siebie zmęczenie niczym stary płaszcz. Odrobina jego magii rozbudziła się na to i owinęła wokół ramion niczym koc bladej mgły. Draco z zadowoleniem zauważył, że Whitestag odsunęła się na ten widok. Tylko jemu wolno było nie uważać magii Harry'ego w najmniejszym stopniu za niepokojącą.
– Przysięgam, że będę należeć do Przymierza Słońca i Cienia póki sumienie będzie mi na to pozwalało. Przysięgam lojalność i wierność moim sojusznikom bez względu na to, kim by nie byli, jaką magią by nie władali i której ze stron nie byliby zadeklarowani. Przysięgam, że mój własny umysł będzie dla mnie miejscem świętym, ponieważ mam zamiar podejmować najlepsze możliwe w danym czasie decyzje, w oparciu o moją wiedzę i przemyślenia, a nie reagować emocjonalnie, oraz będę kwestionować moje wierzenia, póki się nie rozpadną, albo dowiodą swojej nieuchronności. Przysięgam, że nie dopuszczę do tego, by kierował mną strach. Przysięgam kroczyć pomiędzy splatającymi się ze sobą wolnościami i badać, jaki wpływ moja wola wywiera na innych, jak i myśleć o konsekwencjach moich czynów.
Harry powiedział to wszystko, jakby mówił dość oczywistą prawdę – pewnie w ten sam sposób myśli o Wielkiej Ujednoliconej Teorii, pomyślał Draco, krzywiąc się lekko. Ale to nie była Wielka Ujednolicona Teoria. To była przysięga, którą sam złożył i której dotrzymał, kiedy podejmował swoją decyzję nie pozwalając, by kierował nim strach. Im dłużej Draco się nad tym zastanawiał, tym wyraźniej widział, jak bardzo zaufał tym przysięgom i starał się je dotrzymać. Zastanawiał się, czy Addlington będzie w stanie zrobić to samo.
Addlington chwiejnie powtórzyła jego słowa, kierowana cierpliwie przez Harry'ego, zmuszonego do powtarzania się co chwilę. Draco w miarę możliwości ukrył się ze swoim kpiącym uśmiechem. Nie, w ogóle nie jest warta tytułu czystokrwistej, skoro nie jest nawet w stanie zapamiętać czegoś tak banalnego.
Harry uśmiechnął się do niej, kiedy było już po wszystkim.
– Witam w przymierzu. Naprawdę chcę zobaczyć w nim więcej świetlistych czarodziejów i czarownic. – Obrócił się do Madam Marchbanks. – Czy chce pani zgłosić jakieś obiekcje, Madam?
Stara kobieta niechętnie przyjrzała się Addlington, po czym ponuro pokręciła głową. Draco odniósł wrażenie, że jej też zależy na bezpieczeństwie Harry'ego, ale ciężko było cokolwiek zrobić w tej kwestii, kiedy tak radośnie sabotował wszelkie starania. Draco doskonale wiedział, jak się czuła.
– Świetnie – powiedział Harry. – W takim razie Lisa Addlington zostaje przyjęta do grona komisji nadzorczej.
Draco zobaczył uśmiech Whitestag i chciał to jakoś skomentować. Ale Snape znowu jako pierwszy znalazł odpowiednie słowa, które powstrzymają tę rozpędzająca się serię głupich wyborów.
– Może powinniśmy najpierw określić, jak rozległy będzie nadzór komisji? – mruknął Snape. – Na ile powinna być w stanie pilnować Harry'ego, jak często i w jakich okolicznościach powinien się z nią konsultować, co będzie mogła zawetować, a czego nie?
– Wydaje mi się, że to naprawdę znakomity pomysł – powiedziała Whitestag. – A ponieważ póki co komisja nadzorcza składa się, poza naszą trójką, z tylko jednej członkini, to wydaje mi się, że wszyscy pozostali kandydaci, jak i ci skłonni do, ach, nadzorowania procesu wybierania nowych członków, powinni zaczekać poza pokojem.
Harry widział, co Aurora usiłowała tu osiągnąć. Był wręcz nieco zaskoczony, że tak długo zwlekała z próbą pozbawienia go obecności Dracona i Snape'a.
Spojrzał jej w oczy.
– Doprawdy, Madam, naprawdę nie widzę takiej potrzeby – powiedział przyjaznym tonem. – W końcu opinia publiczna już wie o komisji nadzorczej, jak i fakcie, że została ustanowiona głównie po to, by pomóc mi w podejmowaniu decyzji i zwiększeniu kontroli nad zachowaniem. Nie musimy kryć się z jej konkretnymi funkcjami, czy rozległością możliwości.
Aurora zawahała się przez krótki moment, ale wyraźnie była zdeterminowana do podążania za raz obraną taktyką, ponieważ szybko wykonała następny ruch.
– Oczywiście, Harry, masz rację – wymamrotała. – Po prostu przyszło mi do głowy, że jesteś dorosłym człowiekiem, zdolnym do podejmowania dorosłych decyzji i pewnie wolałbyś omawiać tego rodzaju prywatne sprawy, cóż, na osobności. Relacja między przywódcą i jego doradcami zwykle jest cokolwiek intymna. Nikt nie powinien krytykować dorosłego w miejscu publicznym.
Chce sprawić, żebym poczuł się jak dziecko, pomyślał Harry. Żebym poczuł, że jeśli nie odeślę Snape'a i Draco, to będę wyglądał jak słabeusz. Sprytne. Ale powinna była zabrać się za to znacznie wcześniej. Draco już ustanowił kontekst, żądając tu obecności Snape'a, jako mojego prawnego opiekuna, w dodatku sama wielokrotnie podkreślała w wywiadach mój wiek.
– Wiele razy wspomniała już pani, Madam, że wciąż nie można mi ufać pod względem podejmowania własnych decyzji – powiedział, okraszając swój głos ubolewaniem. – Gdybym faktycznie był dorosły, to znalazłbym jakieś inne wyjście z sytuacji nad jeziorem, dzięki czemu w ogóle nie byłoby potrzeby zakładania komisji nadzorczej. Jestem jednak tylko tym, na kogo wyglądam, szesnastolatkiem z potęgą, zarówno magiczną jak i polityczną, która zdecydowanie przekraczają możliwości kogoś w moim wieku i do ich kontrolowania potrzebuję pomocy i wskazówek dorosłych. Co włącza pomoc i wskazówki dorosłego, któremu najbardziej ufam w tym pokoju. – Nachylił się w kierunku Snape'a, nie odrywając wzroku od Aurory. – No i, oczywiście, jeśli pozostali kandydaci naprawdę chcą przyłączyć się do komisji nadzorczej, to powinni dowiedzieć się, na czym będą polegały ich obowiązki.
Aurora nie dała po sobie poznać, że została pokonana na tym konkretnym polu. Harry niczego innego się po niej nie spodziewał. Po prostu kiwnęła głową, jakby cała ta rozmowa od samego początku szła zgodnie z jej planem.
– Oczywiście, vatesie – wymamrotała. – W takim razie powiedz nam, proszę, jak wiele pomocy i wskazówek od dorosłych sam uważasz, że potrzebujesz do kontrolowania swoich poczynań?
Nareszcie. Harry powstrzymał się przed odetchnięciem z ulgą, ale niewiele brakowało. Między innymi dlatego zgodził się na sugestię komisji nadzorczej, kiedy kompletnie niedopuszczalnym wydawało mu się pojawienie się na jakiejś durnej rozprawie. Tłumaczenie się przed Wizengamotem ze zbrodni, których sam nie uważał za zbrodnie, byłoby farsą i w żaden sposób nie przysporzyłoby się jego obowiązkom jako vatesa. Komisja nadzorcza może przynajmniej pomóc mu, udzielając dodatkowych par oczu, które wypatrywałyby, ilekroć zaczynałby się staczać z tej ścieżki.
– Podjąłem decyzje, które sam uważam za niewłaściwe – powiedział Harry. – Czasami, jak w przypadku tego, co zaszło nad jeziorem, nie wiem jaką właściwie decyzję powinienem był podjąć. Ale z przyjemnością posłucham ludzi o odmiennej perspektywie, bo mogą być w stanie znaleźć rozwiązanie w miejscu, do którego nawet bym nie zajrzał. Zauważyć limity osobistej mocy i uczciwie pokazać mi te granice. Nauczyć mnie, w jakich sytuacjach nielegalność nie jest po prostu synonimem stwierdzenia „opłacalnym przez tych u władzy", ale i tak pozostaje w strefie „moralności". Pokazać mi aspekty świetlistej, czystokrwistej kultury, które mogłem pominąć w moim pośpiechu nauczania się mrocznej.
– Wybacz, Harry – odezwała się Aurora, głosem niskim, gładkim i zaniepokojonym. – Ale byłam przekonana, że kultura świetlistych czystokrwistych jest ci znana, w końcu twój ojciec jest świetlistym czystokrwistym czarodziejem.
Harry potrząsnął głową, ignorując sposób, w jaki dłoń Snape'a zacisnęła mu się na ramieniu. W tej chwili nie był w stanie niczego poradzić na osobistą niechęć, jaką Snape żywił wobec Jamesa.
– Nie poznałem żadnych szczegółów. Lily Potter nigdy nie przyszło do głowy nauczyć mnie specyficznych rytuałów, ponieważ wydawało jej się, że nie będą mi potrzebne do budowania sojuszy z innymi rodzinami. Oddanie Connora wobec Światła miało być wystarczające.
– W takim razie oczywiście, nauczanie tych kurtuazji i rytuałów musi znaleźć się pośród obowiązków komisji – wymamrotała Aurora. – Wraz z panią Addlington zajmę się też sposobami, w jakich możesz w ogóle uniknąć takich decyzji, jak ta, którą przyszło ci podjąć nad jeziorem. Bo muszę przyznać, Harry, wielokrotnie myślałam nad tą sytuacją i sama nie wiem, co innego ci wtedy pozostało. – Zignorowała przyciszone głosy, które wydali z siebie ludzie w pokoju i nie odrywała wzroku od Harry'ego. – Dlatego też wierzę, że problem jest bardziej fundamentalny. Przede wszystkim nigdy nie powinniśmy byli tak bardzo na tobie polegać. Nie powinieneś czuć się w obowiązku brania na siebie obowiązków, które powinny były spoczywać na dorosłych.
Harry słyszał pasję w jej głosie i podejrzewał, że mówiła szczerze. Wyglądało na to, że jednak nie była oślepiona legendą Chłopca, Który Przeżył, nawet jeśli nakładała większy nacisk na samego Chłopca.
– Wolałbym nie musieć tego robić – powiedział po prostu. – Ale jestem teraz vatesem i przywódcą przymierza, oraz mam wiele innych obowiązków, których nie mogę poddać. Komisja nadzorcza nie może tego ode mnie wymagać.
– Oczywiście że nie – powiedziała Aurora i Harry zorientował się, że w ogóle się tym nie przejmowała. Upomniał się, że będzie musiał ostrożniej do niej podchodzić i nauczyć się, co tak naprawdę chciała tutaj osiągnąć, a nie co mu się wydawało, że chciała. – Chcemy jednak, żebyś przychodził do nas, ilekroć chcesz podjąć decyzję, która może mieć polityczne konsekwencje dla czarodziejskiego świata. Jeśli chcesz zrobić coś dla jednego, konkretnego magicznego gatunku, to jeszcze nie jest problem. Ale ponieważ jesteś politycznym przywódcą w wyjątkowo młodym wieku, potrzebujesz wiedzy starszych i bardziej doświadczonych na tym polu czarodziejów.
Harry stłamsił swoje zniecierpliwienie. Ma rację, bo mówi ze swojego punktu widzenia i prawdy, jaką sama widzi.
– A co z decyzjami, które będą musiały zostać podjęte w locie, Madam? Przecież nie mogłem dzisiaj skonsultować się z komisją nadzorczą przed wskoczeniem na smoczy grzbiet.
– Ach – powiedziała Aurora. – Jeśli jednak ułożymy wszystko jak należy, to do takich sytuacji powinno dochodzić znacznie rzadziej, Harry. I nie sądzę, żeby nasza prośba, żebyś konsultował się z nami, gdybyś usłyszał o jakiejś katastrofie dziejącej się w oddali – na przykład smoku atakującym Irlandię, jeśli kiedykolwiek dojdzie do czegoś takiego – jest taka niedorzeczna.
– Nawet jeśli powstrzymanie takiego smoka nie będzie niosło w sobie żadnych politycznych konsekwencji dla magicznego świata? – zapytał Harry.
– Oczywiście – powiedziała Aurora. – Ponieważ twoja śmierć będzie oznaczała ogromne polityczne konsekwencje dla nas wszystkich, Harry. Z tego co rozumiem, negocjacje z magicznymi stworzeniami, albo niszczenie ich sieci, nie zagraża twojemu życiu. Ale sytuacja, w której chodzi twoje bezpieczeństwo? Tak, wydaje mi się, że będę nalegała na to, żebyś w takich przypadkach konsultował się z nami. – Spojrzała ponad głową Harry'ego, który obejrzał się i zobaczył, że Madam Marchbanks przytakuje.
No oczywiście że tak, pomyślał z frustracją Harry. Przecież kiedy tak mówi, to brzmi wściekle rozsądnie. Żadne z nich zdaje się nie pojmować, że czasami moje życie jest takim samym narzędziem, jak cała reszta mnie, na przykład moja wolność, czy magia. Muszę móc z nich korzystać i załatwiać sprawy, które po prostu trzeba dopiąć.
Poczuł zaciskające się kły na swoim uchu, przypomnienie od własnej magii, że naprawdę nie podobało się jej, kiedy myślał o niej w ten sposób. Harry ukrył się ze swoim skrzywieniem i zaczął się zastanawiać, w jaki sposób pogodzi korzystanie ze swojej magii dla przyjemności z wymogami komisji nadzorczej.
– Niech i tak będzie – powiedział. – Zgadzam się. Skonsultuję się z wami, ale tylko jeśli sytuacja będzie miała wpływ na czarodziejski świat i będzie mogła potencjalnie zagrozić mojemu życiu.
Aurora uśmiechnęła się.
– Świetnie. Musimy też, oczywiście, poważnie przemyśleć równowagę między Światłem i Mrokiem w komisji nadzorczej...
– Jak i równowagę gatunków – powiedział Harry, kiedy drzwi otworzyły się i do środka wszedł Helcas wraz z Kością. – Oraz równowagę krwi, jak mi się wydaje. Madam, czy pośród pani kandydatów znajdują się mugolaki, czy półkrwiści?
– Kilku. – Aurora zignorowała zaskoczenie, jakie przeszyło resztę pokoju, kiedy jej przydupasy starały się zrobić miejsce przy stole dla centaura i północnego goblina. Harry z rozbawieniem zobaczył, jak Helcas bezpardonowo zajmuje puste miejsce między dwójką czarodziejów, podczas gdy stojący za nim Kość krzywił się na ściany, jakby nie podobało mu się takie ograniczanie przestrzeni. – Czy chciałbyś ich spotkać?
– Tak – powiedział Harry. – Proszę.
Aurora wskazała gestem czarodzieja o krótkich, brązowych włosach i stale przymrużonych oczach; Harry miał wrażenie, że pewnie potrzebował okularów, ale z uporem ich nie nosił.
– Oto Marvin Gildgrace – powiedziała. – Jego ojciec jej mugolem, a matka czystokrwistą czarownicą. – Uśmiechnęła się do niego. – Powiedz nam, Marvinie, czemu chciałbyś przyłączyć się do komisji nadzorczej?
– Naprawdę długo nad tym myślałem – powiedział Marvin. Miał ostry głos, który drażnił uszy Harry'ego, ale Harry upomniał się, że to jeszcze nie powód, by kogoś nie lubić. – Nigdy nie pracowałem w ministerstwie, ale wiele czytałem o jego prawach. Mogę pomóc w sprawach legalności, panie Pott... znaczy, vatesie. Oraz jakie konsekwencje wiązałyby się z łamaniem poszczególnych praw. – Zamrugał z nadzieją i nachylił się do przodu. – Oraz, oczywiście, jak się z nimi uporać – dodał niskim głosem, kiwając głową w kierunku Helcasa i Kości. – A także, jakie są ich opcje, kiedy przyjdzie im do tworzenia układów z czarodziejami.
– Przecież są z nami w pokoju, panie Gildgrace – powiedział Harry. – Czemu nie powie im pan tego wprost?
Marvin zamrugał, jakby coś takiego nawet nie przyszło mu do głowy, po czym obrócił się i powtórzył Helcasowi i Kości to, co przed chwilą powiedział. Helcas nawet nie kłopotał się odpowiedzią, po prostu przyglądał swoim pazurom, jakby rozważał, czy nie czas na przycięcie ich. Kość patrzył wprost na Marvina i niczego nie powiedział.
– Nie chcę go przyjąć – powiedział Harry. – Jego uprzedzenia wobec magicznych stworzeń sprawiają, że nie wydaje mi się dobrym kandydatem.
– Mamy innych kandydatów półkrwi – powiedziała Aurora, uśmiechając się do niego.
– Wcale nie jestem uprzedzony! – zaprotestował Marvin w tej samej chwili.
Harry westchnął i nastawił się na ciężkie negocjacje.
Opuścili pokój dopiero grubo po północy. Harry chwiejnie wszedł do Atrium. Doganiał go brak snu i pożywienia. Filiżanka herbaty, jaką czuł się zmuszony przyjąć od Geralda MacFusty'ego, była jedynym pokarmem, jaki spożył od zdecydowanie zbyt wielu godzin – właściwie to nie pamiętał teraz nawet, kiedy ostatnim razem cokolwiek tak naprawdę zjadł, bo tego ranka żołądek skręcała mu nerwica – i teraz chciał już tylko wrócić do Leśnej Twierdzy, zjeść coś i odpocząć. Obejmująca go w pasie ręka Dracona była wyjątkowo mile widziana.
Ale przynajmniej udało im się osiągnąć to, z czym tu przyszli. Komisja nadzorcza zawierała jedenastu świetlistych czarodziejów i czarownic, z czego trzech było półkrwi, jeden mugolak i tylko Lisa Addlington została przyjęta spośród rodziców Piętnastki Poświęconych. Wszyscy złożyli przysięgi przymierza, wszyscy zadeklarowali, że nie będą się wtrącali w jego pracę vatesa i po prostu pomogą mu w kwestii opanowania świetlistej czystokrwistej kurtuazji, praw ministerstwa, czy „świetlistej perspektywy", oraz zostali zaakceptowani przez całą trójkę zainteresowanych.
Harry był po cichu zdegustowany, że Marvin Gildgrace jednak znalazł się w komisji, ale facet nieustannie powtarzał, że naprawdę nie przeszkadza mu współpraca z innymi gatunkami, w dodatku był jednym z niewielu kandydatów półkrwi, a jego przeszłość nie zawierała w sobie niczego potępiającego. Harry czuł się praktycznie przymuszony do zaakceptowania go, zwłaszcza kiedy Aurora bez wahania zgodziła się na przyjęcie do komisji takiej samej liczby mrocznych czarodziejów. Nawet wspomniała, że wyjątkowo chętnie powitałaby w niej Narcyzę Malfoy, Hawthorn Parkinson i Adalrico Bulstrode'a, przez co Harry po raz kolejny doszedł do wniosku, że nie docenił jej przebiegłości.
Madam Marchbanks praktycznie nie wniosła żadnych obiekcji, poza chwilą, w której do komisji spróbowała się dostać kobieta wyrzucona z ministerstwa za kradzież. W dodatku powitała Helcasa i Kość, oczywiście, jak i nienazwanego reprezentanta południowych goblinów, którzy nie mogli przysłać swojej hanarz. A ponieważ Helcas, Kość i rzeczony goblin byli jedynymi kandydatami innych gatunków, którzy się zaoferowali, Aurora również ich zaakceptowała.
I teraz komisja nadzorcza była tak wymieszana, jak tylko się dało i pomoże mu w sytuacjach, kiedy Harry będzie się martwił o nadużywanie własnej mocy. Naprawdę nie mógł liczyć na lepsze rozwiązanie.
– Słania się na nogach – rozległ się koło jego ucha cichy głos Dracona. – Czy mógłby pan...
– Już – powiedział Snape, po czym wziął go na ręce. Harry uznał, że musiało to oznaczać, że już znaleźli się poza zasięgiem wzroku ich niepewnych sojuszników. Nigdy nie spróbowałby tak bardzo osłabić wizerunku Harry'ego na ich oczach.
– Sam mogę iść, proszę pana – wymamrotał. I mógł. Mógł też otworzyć oczy i podejmować polityczne decyzje. Po prostu w tej chwili wolał tego nie robić.
– Mów mi po imieniu – mruknął mu Snape do ucha. – Przecież prosiłem cię o to. Skoro możesz chodzić, to to też możesz zrobić.
Harry westchnął.
– Niech będzie. Sam pójdę, Severusie. – Spróbował otworzyć oczy, ale czyjeś palce zdawały się naciskać mu na powieki i trzymać je w zamknięciu. Ziewnął.
Snape położył go na szerokich i ciepłych mięśniach, które skojarzyły się Harry'emu z grzbietem Kości. Harry otworzył usta, żeby zapytać, czy Kość w ogóle zaoferował poniesienie go, po czym po prostu i bez dalszych oporów osunął się w sen. Nawet nie poczuł, kiedy się aportowali.
– Naprawdę wydaje ci się, że zdołamy przejąć nad nim kontrolę? – Lisa stała w pokoju obok Atrium, kiedy już wszyscy się rozeszli, i patrzyła z wyczekiwaniem na Aurorę.
Aurora cmoknęła na nią językiem.
– Oczywiście że tak – powiedziała. – W dodatku, Liso, tu przecież nie chodzi o przejęcie jakiejkolwiek kontroli. Czy byłabyś w stanie kontrolować burzę? Czy spróbowałabyś kontrolować smoka? Może i byłabyś w stanie nałożyć na nie lejce i zawrócić, ale nigdy nie przejęłabyś nad nimi kontroli. Dlatego nauczymy go po prostu, jak biec po bardziej ograniczonej ścieżce, żeby nie musiał już tworzyć swojej własnej, niszcząc przy okazji wszystko i wszystkich, co spróbuje stanąć mu na drodze.
Lisa kiwnęła powoli głową.
– I naprawdę wydaje ci się, że zdołamy to osiągnąć z komisją pomieszaną w ten sposób?
Aurora pomyślała o tym, jak wiele razy w czasie spotkania widziała, że Snape niemal wyciągnął różdżkę, żeby kogoś przekląć. Pomyślała o pasji w oczach malfoyowego kochanka Harry'ego – opiekuńczej pasji, oczywiście, ale wciąż zanadto wymieszanej z niezwiązaną z polityką troską, żeby dało się ją w pełni wykorzystać. Pomyślała o spojrzeniach wymienionych między wieloma członkami komisji, kiedy Harry zaczął nalegać, żeby inne magiczne stworzenia dostały możliwość ubiegania się o członkostwo, oraz żeby przynajmniej paru mrocznych kandydatów było wilkołakami. Pomyślała o sposobie, w jaki Harry akceptował oferty wykonane w dobrej wierze jakby faktycznie zostały w takiej wierze zaoferowane, w jaki sposób słyszała i widziała jego interakcje z ludźmi, stopniowo przenosząc znajomość na coraz bardziej indywidualną i osobistą, zamiast podchodzić do nich jako grupy o wspólnych celach.
W końcu przyjaciele będą w stanie zaoferować mu więcej rad i będą to robili znacznie częściej i to pod wieloma innymi względami, niż tylko te, które ograniczały komisję nadzorczą.
– Owszem – powiedziała Aurora, uśmiechając się.
