Rozdział 54

Przez kolejne dwa tygodnie Harry chodził z tak rozmarzonym spojrzeniem, że po szkole zaczęła krążyć plotka, że Potter się zakochał. Harry nie miał zamiaru zaprzeczać, bo musiałby skłamać. Pierwszy raz w życiu był pewien, że to, co czuł, nie było zwykłym zauroczeniem, a naprawdę głębokim uczuciem, które chciał pielęgnować. Były rzeczy, którymi się martwił. Wiedział, że Severus czuł do niego to samo. Wielokrotnie mu to udowadniał, ale Harry i tak pogrążał się czasem w myślach nad ich nietypowym związkiem.

Jego największą bolączką była różnica wieku. Nie miał pojęcia, co czarodziejskie społeczeństwo może pomyśleć na ten temat. W mugolskim świecie zdarzały się pary, między którymi była różnica kilku lat, ale kiedy robiło się z tego kilkanaście albo kilkadziesiąt, to ludzie zaczynali dziwnie patrzeć. Ten temat tak nie dawał mu spokoju, że spytał o to Rona.

– Czarodzieje żyją dużo dłużej niż mugole. Niektórzy nawet dożywają dwustu lat – przyznał Ron. – Taka różnica wieku w tym przypadku to jest nic.

– Czyli nikt nie będzie dziwnie patrzył – stwierdził Harry.

– Dziwnie to będą patrzeć, jak się dowiedzą, z kim się spotykasz – zauważył. – Większość padnie z wrażenia.

– Jeśli w ogóle się dowiedzą. Nie mam zamiaru się z tym afiszować – przyznał szczerze. – On zresztą też nie. Jest nam dobrze tak, jak jest.

– Pomijając fakt, że spotykasz się z facetem, to ogólnie dziwna z was para. Ale jak to mówią: Co kogo kręci.

Harry zaśmiał się tylko. Faktycznie byli z Severus nieco dziwni, ale jednocześnie dobrze dobrani. Żaden nie wchodził drugiemu w drogę i dawał mu potrzebną przestrzeń, a z drugiej zawsze mogli powiedzieć sobie o wszystkim. Złoty Chłopiec bardzo to sobie cenił w ich relacji. Dla Rona może była dziwna, ale dla Harry'ego była idealna. Zdał sobie sprawę, jak bardzo zależy mu, żeby ich związek przetrwał. Oczywiście nie mógł mieć względem tego całkowitej pewności, ale widział, że obaj się starali.

Złoty Chłopiec nadal był nastolatkiem i czasem dopadały go czarne myśli, że Severus jednak znajdzie sobie kogoś innego. Kogoś, kto byłby mu bliższy wiekiem i inteligencją. Chyba nie miałby nawet prawa mieć o to do niego żalu. Harry nie mógł mu na razie dorównywać wiedzą. Wiedział, że Snape jest bardzo inteligentny. W końcu zdobył tytuł Mistrza Eliksirów w bardzo młodym wieku. Podziwiał to w nim i wyobrażał sobie, że kiedyś dorównuje swojemu partnerowi w osiągnięciach. Nie było się co oszukiwać. Z eliksirów nigdy nie będzie tak dobry. Nie były jego pasją i nie rozumiał ich w takim stopniu jak mężczyzna, ale jego plan przyszłej kariery nie uległ zmianie. Zastanawiał się nawet, czy nie mógłby przekształcić części farmy w ośrodek terapeutyczny dla nastoletnich czarodziejów.

Dyskretnie szukał informacji na ten temat, ale nie znalazł niczego poza informacji o kursach na magomedyków, którzy specjalizowali się w magii umysłu. Problem polegał na tym, że Harry nie chciał naruszać niczyjej prywatności w taki sposób. Wolał znaleźć inny sposób, łącząc zarówno mugolskie, jak i czarodziejskie sposoby leczenia. W jego przypadku mugolska terapia dała oczekiwany efekt, ale ilu takich specjalistów jak jego terapeuta mogło być na świecie? Zdecydowanie za mało, a czarodzieje nie byli chętni do rozmowy o problemach natury psychicznej.

Nie tak dawno, kiedy jeździł po pustym korytarzu na rolkach, tak bardzo się zamyślił, że dość boleśnie wylądował na posadzce, uderzając nosem. Cały zakrwawiony i obolały powlókł się wtedy do skrzydła szpitalnego.

– Pomyślałby kto, że kontuzje, jakie odnosisz na treningach i meczach Quidditcha to dla ciebie za mało, Potter – powiedziała pielęgniarka, zaklęciem prostując mu nos. – Co ty w ogóle masz na nogach?

– Rolki. Na tym się jeździ. To taki mugolski sport – wyjaśnił, kiedy pani Pomfrey usuwała z jego twarzy zaschnięta krew.

– Chyba równie ekstremalny, jak latanie na miotle.

– Dopiero się uczę, ale przynajmniej już nie lecę na posadzkę za każdym razem, kiedy próbuję ruszyć z miejsca – zauważył.

Pielęgniarka pokręciła tylko głową, smarując mu nos odpowiednią maścią, żeby opuchlizna zeszła i nałożyła opatrunek. Harry skorzystał z okazji i spytał ją o leczenie psychiczne czarodziejów. Jako szkolna magomedyczka musiała przecież coś wiedzieć na ten temat.

– Zadajesz dziwne pytania, Potter – stwierdziła. – Skąd to nagłe zainteresowanie?

– Efekt dyskusji – wymyślił na poczekaniu.

– To bardzo delikatny temat. Oskarżenie jakiegoś czarodzieja o niestabilność psychiczną może skutkować zamknięciem go na oddziale w Świętym Mungu. Dla czarodziejów czystej krwi to prawdziwa plama na opinii rodu.

– To głupie podejście – mruknął Harry. – A co w przypadku dzieci albo nastolatków? Na niektórych ciąży ogromna presja społeczna. Jak oni dają sobie z tym radę? Nie próbują ze sobą skończyć?

– Pytasz o bardzo delikatne rzeczy – przyznała szczerze. – Takich tematów nie powinieneś rozważać publicznie. Nawet jeśli są przypadki targnięcia się na własne życie wśród czarodziejów, to jego rodzina nigdy nie powie głośno, co było faktyczną przyczyną śmierci. Zawsze jest to tuszowane. Najczęściej mówi się wtedy o nieudanym eksperymencie, pojedynku, czy zwykłym wypadku.

– Nie uważa pani, że wielu takich sytuacji można by uniknąć, gdyby ktoś otrzymał na czas odpowiednią pomoc? – spytał ciekawie.

– Co ja uważam, nie ma większego znaczenia. Nie zmienisz sposobu myślenia niektórych. Czarodziejom zależy przede wszystkim na dyskrecji, a jak wiadomo pojawienie się niektórych w szpitalu, od razu wzbudza powszechne zainteresowanie.

– Czyli, gdyby na przykład taki Malfoy musiał skorzystać z pomocy magomedyka od umysłu, byłaby z tego niezła sensacja, ale już czarodziej mugolskiego pochodzenia nie wzbudziłby takiego zainteresowania?

– Jakkolwiek twoje osobiste animozje z panem Malfoyem mnie nie interesują, tak przykład jest w istocie dobry – przyznała niechętnie. – Pan Malfoy istotnie trafiłby na pierwsze strony gazet, gdyby taka sytuacja ujrzała światło dzienne. Jednak jego ojciec wolałby wysłać go gdzieś bardzo daleko i tam leczyć, niż wysłać do Świętego Munga.

– To naprawdę temat tabu dla czarodziejów. – Chodząc na mugolską terapię, Harry miał pewne pojęcie o tym, jak może wyglądać dobra terapia. Psycholog, który z nim pracował, miał dla niego wiele cierpliwości i zrozumienia. Z początku był bardzo niechętny i zły na Snape'a, że ten zmusił go do pójścia tak, ale z czasem zrozumiał, że to go uratowało. Nauczył się mówić na głos, co myślał, przestał się przejmować, że ktoś może być z niego niezadowolony. To nie był jego problem. Nie miał zamiaru nigdy więcej rozwiązywać problemów innych, bo ktoś uważał, że powinien to zrobić.

– Niektórych rzeczy nie da się zmienić, Potter – powiedziała pielęgniarka.

– To się jeszcze okaże – mruknął, zanim opuścił skrzydło szpitalne.

,,,

Złoty Chłopiec rzadko miał okazję spędzać wieczory w komnatach Severusa. Ostatnio mężczyzna bywał naprawdę zajęty. Na swój wredny sposób robił wszystko, żeby nauczyć wszystkie niesforne dzieciaki jak największej liczby zaklęć, którymi mogłyby się obronić. Wiedzieli, że w momencie, w którym Szafka Zniknięć zacznie ponownie działać, w Hogwarcie pojawią się Śmierciożercy, a wtedy każda osoba przebywająca na terenie szkoły, będzie w niebezpieczeństwie. Czas uciekał i robili wszystko, żeby dopracować plan w każdym szczególe.

Harry zastanawiał się, jak mógłby dostać się do gabinetu dyrektora i wykraść pierścień z horkruksem. Fragment duszy w dzienniku Riddle'a został wprawdzie zniszczony, ale dla pewności woleli pozbyć się nawet tego, co z niego zostało. Złoty Chłopiec zapisał w małym notatniku punkty, które pozostały im nadal do rozwiązania i westchnął. Musieli szybko znaleźć jakiś sposób, żeby zdobyć horkruksy z biura dyrektora i ten ukryty w banku Gringotta. Harry obstawiał, że ten drugi problem będzie bardziej skomplikowany do rozwiązania. Odłożył notatnik na bok i sięgnął ponownie po rodową księgę Potterów. Jej lektura była naprawdę fascynująca. Nareszcie miał okazję w jakiś sposób poznać swoich przodków.

Jego dziadek Fleamont zmarł około roku przed jego urodzeniem na smoczą ospę. Nie dożył jakiegoś zaawansowanego wieku, biorąc pod uwagę żywotność czarodziejów, ale Harry miał nadzieję, że miał dobre życie. Przeczytał, że to właśnie jego dziadek rozbudował naprawdę porządnie majątek rodzinny, tworząc płyn do włosów Ulizanna. Harry nie miał pojęcia, że to on był autorem specyfiku, którego na czwartym roku użyła Hermiona, żeby okiełznać swoje włosy na bal. Będzie musiał zapytać Severusa, czy wiedział o tym.

Chichotał, czytając o swoim pradziadku Henrym. Poza tym, że to właśnie on założył magiczną farmę, był też przez pewien okres członkiem Wizengamotu i spowodował zamieszanie, kiedy publicznie potępił ówczesnego Ministra Magii. Harry przypomniał sobie, że Hardwin wspominał, zdaje się o tym jakiś czas temu. Wyglądało na to, że jego pradziadek lubił mugoli, bo jawnie stanął w ich obronie.

Inni też byli ciekawymi postaciami. Całkiem spora ich liczba zasiadała w Wizengamocie. Okazało się, że żyjący na przełomie XV i XVI wieku Ralston Potter był zagorzałym zwolennikiem Międzynarodowego Kodeksu Tajności. Ponieważ w księdze nie było żadnych szczegółów na ten temat, Harry zrobił sobie małą wycieczkę do biblioteki. Mina pani Pince, kiedy spytał ją, gdzie może znaleźć informacje na ten temat, wyrażała wielkie zaskoczenie. Mógł się założyć, że poza nim, może jedynie Hermiona mogłaby interesować się tają tematyką. Niemniej jednak podała mu tytuł odpowiedniej książki i powiedziała, gdzie jej szukać. Po kilku minutach znalazł to, o co mu chodziło i usiadł przy jednym ze stolików.

Okazało się, że było to prawo w magicznym świecie, które zostało po raz pierwszy podpisane w 1689 roku, a oficjalnie weszło w życie trzy lata później. Jego celem była ochrona wspólnoty czarodziejów przed mugolami i całkowite jej ukrycie. Według kodeksu każdy Minister Magii był odpowiedzialny za ukrycie społeczności na terenie własnego kraju. Jego zadaniem było dopilnowanie, aby wszelka aktywność czarodziejów pozostała niezauważona przez mugoli. Dotyczyło to także przypadkowej magii nieletnich czarodziejów. Użycie magii w obecności osoby niemagicznej było możliwe jedynie z bardzo ważnego powodu jak obrona własna lub ratowanie życia. W innym przypadku należało się liczyć z konsekwencjami.

Harry mruknął pod nosem. Teraz rozumiał, dlaczego omal nie wyleciał ze szkoły, kiedy użył magii w obecności Dudleya. Ponieważ jednak udowodnił, że się bronił, nie poniósł konsekwencji. Zaintrygowany czytał dalej.

Najgorszy czas pomiędzy relacjami czarodziejów i mugoli miał miejsce w XVII wieku. Od początku XV wieku prześladowania czarownic w Europie narastały coraz bardziej. Wiele osób zostało wtedy złapanych i skazanych na śmierć. Oczywiście nie każdy osądzony potrafił posługiwać się magia, ale niektórzy dzięki niej zdołali uciec.

Jednej z najgłośniejszych ucieczek dokonała Lisette de Lapin. Francuska czarownica została w 1422 roku oskarżona o uprawianie czarów w Paryżu. Według zeznań mugolskich strażników uciekła z więziennej celi pod postacią białego królika, a potem przepłynęła w swojej animagicznej postaci kanał La Manche, używając do tego celu kociołka z żaglem. Niepoświadczone niczym plotki głoszą, że ów króli, był podobno potem zaufanym doradcą na dworze króla Henryka VI.

Oczywiście nie każdy miał tyle szczęścia co Lisette. W najgorszej sytuacji były dzieci, które nie potrafili kontrolować jeszcze swoich zdolności. Stawały się przez to łatwym celem dla mugolskich łowców czarownic. Prześladowania, procesy i rosnąca liczba wiedź spalonych na stosie, były głównym powodem podjęcia środków zaradczych.

W Wielkiej Brytanii próbowano kontaktować się z ówczesnymi mugolskimi monarchami, prosząc ich o taką samą ochronę, jak dla osób niemagicznych. W końcu czarodzieje także byli obywatelami tego kraju. Pertraktacje zakończyły się jednak niepowodzeniem i czarodziejskie społeczeństwo skłoniło się ku Kodeksowi Tajności.

Harry nie znał się na polityce, ale musiał przyznać, że takie rozwiązanie było w tamtych czasach logiczne. Teraz sytuacja wyglądała nieco inaczej, ale czy lepiej? Nie powiedziałby. Sam doświadczył ze strony wuja i ciotki, co myślą na temat takich „wybryków natury" jak Harry. Wtedy prześladowano czarodziejów, żeby się ich pozbyć. Jeśli miałby spekulować, to w dzisiejszych czasach może nie palono by nikogo na stosie, ale mógł się założyć, że mugolscy naukowcy bardzo chętnie przeprowadziliby na czarodziejach jakieś eksperymenty. Aż się wzdrygnął na samą myśl.

– Zimno ci? – spytał ktoś nagle. Harry odwrócił się i lekko uśmiechnął na widok Prawie-Bezgłowego-Nicka.

– Nie, Sir Nicholasie – zapewnił. – Czytałem właśnie, co spowodowało uchwalenie Międzynarodowego Kodeksu Tajności.

– To doprawdy dość ciężka, ale na pewno ciekawa lektura. Nie wiedziałem, że profesor Binns nawiązał do tego tematu – przyznał duch.

– Bo nie nawiązał. Dowiedziałem się, że jeden z moich przodków był zagorzałym zwolennikiem tego kodeksu i chciałem się dowiedzieć, o co dokładnie chodziło. Te wszystkie procesy i palenie na stosach brzmią naprawdę okropnie.

– W moim czasach jeszcze nie było aż tak źle. Ja żyłem na mugolskim dworze króla Henryka VII. Zostałem nawet pasowany na rycerza – pochwalił się.

Złoty Chłopiec popatrzył na niego zaciekawiony.

– Mogę o coś zapytać?

– Śmiało, chłopcze. Nie krępuj się – zachęcił go Sir Nicholas.

– Skoro żyłeś na mugolskim dworze króla, byłeś rycerzem i czarodziejem jednocześnie, to jak się stało, że…? No wiesz? – spytał, wskazując na jego szyję. – Jeśli to drażliwy temat, to nie odpowiadaj.

Duch Wieży Gryffindoru mruknął coś pod nosem cicho.

– To było przez nieudane zaklęcie – powiedział w końcu. Harry milczał, czekając na dalszy ciąg opowieści. – Spacerowałem pewnego wieczoru po parku i spotkałem tam Lady Grieve. Czarująca dama dworu i naprawdę nieprzeciętnej urody, ale miała bardzo krzywe zęby. Spytała, czy mógłbym je wyprostować. Coś jednak poszło nie tak i zęby zaczęły rosnąć. Natychmiast odebrano mi różdżkę, wtrącono do lochu i skazano na śmierć. Nie miałem więc jak uciec.

– Sama chciała, żebyś spróbował, a potem miała pretensje? – zdziwił się Harry. – Co za baba.

– Kobiety bywają nieprzewidywalne – zgodził się duch. – Było minęło. W Hogwarcie nie jest mi źle.

– Właściwie, dlaczego zostałeś w Hogwarcie?

– Mogłem iść dalej, ale zdecydowałem się pozostać jako duch. Bałem się śmierci i tego, co jest potem – przyznał z pewną niechęcią.

– Przynajmniej jest wesoło – zauważył Harry. – Żyłeś w XV wieku, prawda? – Duch skinął głową. – I chodziłeś do Hogwartu?

– Oczywiście.

– Znałeś może wtedy, któregoś z moich przodków?

– Oczywiście – zapewnił go. –Delbert Potter był dwa młodszy ode mnie, ale to, co wyczyniał różdżką, było niesamowite. Miał ogromny talent do tworzenia nowych zaklęć, chociaż wielokrotnie jego próby powodowały więcej szkód niż pożytku. Doskonale pamiętam jego próby z zaklęciem kameleona. Oczywiście wtedy nazywaliśmy je inaczej, ale zasadniczo chciał tak jak kameleon zlać się z tłem. Nie do końca mu to wyszło i dosłownie wtopił się w ścianę. Kiedy nauczycielom udało się go od niej oderwać, wezwano jego ojca do szkoły. Jaylen Potter nie był zachwycony, kiedy dowiedział się, że jego jedyny męski potomek omal nie skończył jako płaskorzeźba.

Harry zachichotał. To było naprawdę niezwykłe słuchać opowieści kogoś, kto naprawdę znał członków jego rodziny. Następną godzinę spędził, słuchając opowieści ducha.

– Musimy jeszcze kiedyś porozmawiać na ten temat – przyznał Złoty Chłopiec. – Bardzo dziękuję za ciekawe opowieści Sir Nicholasie, ale chyba zbliża się pora kolacji i muszę już iść.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł duch. – To miłe, kiedy ktoś chce posłuchać opowieści z moich czasów. Mało jest obecnie czarodziejów, których to interesuje. Kiedy dyskutowałem z dyrektorem na różne tematy, ale ostatnio prawie w ogóle nie ma go w szkole.

To przykuło uwagę Harry'ego. Faktycznie ostatnio bardzo rzadko widywał dyrektora. Nawet te ich lekcje zostały ograniczone.

– Opuszcza szkołę? – spytał. – Może ma jakieś sprawy w ministerstwie?

– Wtedy wracałby na noc. A nie ma go już drugi dzień.

– Och. To naprawdę dziwne – zgodził się chłopiec. Nagle coś przyszło mu do głowy. – Sir Nicholasie? Czy magiczne zwierzęta także posiadają sygnaturę?

– Sygnaturę? Owszem, ale nie tego samego rodzaju, co czarodzieje. To po prostu zwierzęca aura i w przeciwieństwie do czarodziejów ich sygnatura bardzo szybko znika. Sygnatura magicznych ptaków jest w zasadzie najmniej wyczuwalna.

– Interesujące – zauważył. Pożegnał się z duchem i udał się do Wielkiej Sali na kolację. Musiał porozmawiać z Ronem.

,,,

– Myślisz, że to się uda? – spytał Ron, kiedy wracali z obrzeży Zakazanego Lasu.

– Tak myślę – powiedział Harry. – Nie wiadomo, kiedy Dumbledore wróci. Musimy się pospieszyć.

– Nie znamy hasła do jego gabinetu.

– Nie będzie nam potrzebne – zapewnił go Złoty Chłopiec. W dłoni trzymał Nieśmiałka. Spędzili z Ronem dobre dwie godziny, szukając na błoniach drzewa, na którym żyłyby te stworzenia. Potem kolejne pół przekonali jednego z nich garścią korników, żeby im pomógł. Jeśli plan miał wypalić, potrzebowali odpowiedniego pomocnika.

– Jak to nie? – zdziwił się rudzielec.

– Mapa Huncwotów – przypomniał mu Harry.

– Nie widziałem na niej żadnego tajnego przejścia do gabinetu dyrektora.

– Wygląda na to, że pojawia się co jakiś czas. Rano jeszcze go nie było, ale kiedy sprawdzałem mapę, było tam razem z przypisem, że jest aktywne tylko, gdy księżyc jest w nowiu. A dziś mamy nów.

– No to do dzieła – powiedział Ron.

Udając, że wracają do wieży przed ciszą nocną, wślizgnęli się do jednej z nieużywanych klas na drugim piętrze. Harry podał przyjacielowi Nieśmiałka i wyjął mapę. Wolał się upewnić, że dyrektora nie ma w zamku. Wprawdzie wcześniej Hardwin zapewniał go, że gabinet jest pusty, ale nie zaszkodziło sprawdzić jeszcze raz. Przodek Złotego Chłopca potwierdził przy okazji, że dziennik i pierścień nadal są w biurku dyrektora, zamknięte na magiczny zamek.

– Nie ma go. Idziemy – powiedział Harry. Z pomocą Rona odsunęli od ściany stare biurko. Za nim widać było zarys czegoś, co wyglądało jak kamienne drzwi. Złoty Chłopiec przytknął różdżkę do jednego z kamieni i na ich oczach przejście otworzyło się. Przypominało im to trochę wejście na ulicę Pokątną.

– Myślisz, że są tu pająki? – spytał niepewnie Ron.

– Będziemy się tym martwić później.

– Jakie później?! Ja się ich boję już teraz!

Harry mruknął tylko Lumos i koniec jego różdżki rozświetlił ciemność wąskiego korytarza.

– Nie ma pająków. Chodź – powiedział, ruszając przed siebie. Nie mając innego wyjścia, najmłodszy z braci Weasley ruszył za nim, modląc się, żeby w korytarzu naprawdę nie było pająków.

Kiedy dotarli do końca przejścia, Harry ponownie przytknął koniec różdżki do kamienia. Po chwili wyszli obok kominka w gabinecie dyrektora. Złoty Chłopiec zerknął na żerdź, na której zazwyczaj siedział feniks. Ognistego ptaka nigdzie nie było widać. Zerknął jeszcze na portrety byłych dyrektorów. Wszyscy drzemali w swoich ramach, ale na jednym z nich dostrzegli Hardwina, który pomachał do nich i niemo wskazał, gdzie w biurku ukryte są horkruksy.

Dwaj Gryfoni po cichu podeszli do mebla. Nie mogli go dotykać, żeby nie zostawić swojej sygnatury. Harry modlił się, tylko żeby na szufladę w biurku nie nałożono jakiegoś wrednego zaklęcia.

– Dasz radę to otworzyć? – szepnął do Nieśmiałka. Stworzenie popatrzyło na szufladę, potem na niego i potwierdziło. Chłopiec podniósł go na wysokość magicznego zamka, a Ron w tym czasie pilnował, patrząc na mapę, czy nikt się nie zbliża do gabinetu.

Nieśmiałek wsunął swoje długie palce w otwór zamka. Coś syknęło, poleciało kilka iskier, ale zamek wydał charakterystyczne kliknięcie i szuflada wysunęła się. Potem stworzonko wyrzucił z niej na podłogę zniszczony dziennik i pierścień, wróciło na dłonie Harry'ego i popchnęło szufladę, która wróciła na swoje miejsce.

Chłopiec, Który Przeżył, oddał Nieśmiałka Ronowi, wyjął z kieszeni szmatkę i zawinął w nią dziennik i pierścień. O ile dziennik nie był już niebezpieczny, tak wolał nie dotykać pierścienia gołą dłonią.

– McGonagall tu idzie – powiedział nagle Ron, widząc kropkę z nazwiskiem opiekunki Gryfonów, wchodzącą na schody do gabinetu. Rzucili się szybko do przejścia. Zamknęło się za nimi w momencie, kiedy drzwi gabinetu otworzyły się, wpuszczając zastępczynię dyrektora.

– Niewiele brakowało – przyznał Harry, kiedy ponownie znaleźli się w nieużywanej klasie. Przejście zniknęło i przesunęli biurko na jego wcześniejsze miejsce. – Dzięki mały – powiedział do Nieśmiałka. Ten tylko ziewnął i schował się w kieszeni koszuli Rona. – Rano odniesiemy go do lasu.

– Teraz nawet nie miałbym na to ochoty – zauważył rudzielec. – Bez mapy McGonagall nakryłaby nas od razu.

Harry nie mógł się z nim nie zgodzić. Gdyby nie genialny wynalazek jego ojca i jego przyjaciół, mieliby wielki problem. Jedno musiał przyznać. James Potter może i był dupkiem, ale na pewno był na swój sposób genialnym dupkiem.