Kolejny rozdział przejściowy.
Rozdział czterdziesty trzeci: Następstwa
Harry powoli otworzył oczy. Wiedział, że zasnął – gdyby tylko się skoncentrował, przypomniałby sobie wrażenie poruszających się pod nim muskułów i ścięgien Kości – ale nie wiedział, co właściwie stało się potem. Spróbował się przewrócić i usłyszał stęknięcie, kiedy jego łokieć wbił się w coś miękkiego.
– Uważaj gdzie się z tym pchasz, co? – mruknął Draco, mrugając od nagłego rozbudzenia i przyglądając mu się z lekko przechyloną głową.
Harry otworzył usta, po czym ponownie je zamknął, kiedy zorientował się, że wraz z Draconem byli nadzy, on przytulał plecy do jego klatki piersiowej, a Draco obejmował go w pasie. Usiłował znaleźć jakieś adekwatne do sytuacji słowa, ale jego żołądek przejął na siebie ten obowiązek, odzywając się nagle głośno i bulgocząco.
– Tak myślałem, że będziesz głodny – westchnął Draco, w żaden sposób nawet nie próbując poluzować swojego uchwytu. Kiwnął głową w prawo i Harry podążył wzrokiem za tym ruchem, dzięki czemu zobaczył czekającą na niego tackę z jedzeniem. Draco poruszył ręką, żeby sięgnąć po różdżkę i wskazać nią na posiłek, dzięki czemu naleśniki i kiełbaski momentalnie zaczęły dymić od zaklęć ogrzewających. Harry zauważył z ulgą, że sok pomarańczowy i pokrojone jabłko pozostały chłodne. – Przynajmniej teraz nie musisz nigdzie się wybierać. Wingardium Leviosa – dodał i tacka podpłynęła do nich.
Harry zdołał usiąść, choć Draco nieco mu to utrudnił, bo nie chciał go puścić bez wyraźnego sygnału od Harry'ego, że właśnie do tego powinno dojść. Ostatecznie Harry oparł się wysoko o poduszki i położył sobie tackę na kolanach, podczas gdy Draco usiadł obok z ręką owiniętą wokół pleców Harry'ego i głową przytuloną do jego ramienia.
– Chcesz trochę? – Harry przypomniał sobie o tej podstawowej uprzejmości tuż przed nadzianiem pierwszego naleśnika na widelec.
– Zjadłem wczoraj wieczorem, a potem jeszcze raz, parę godzin temu – powiedział spokojnie Draco. – Nie byłem równie zmęczony co ty.
Harry poczuł, jak twarz zalewa mu się karmazynowym rumieńcem, ale nie miał zamiaru zachowywać się, jakby był zakłopotany. Pokroił naleśniki i zjadł dwa kęsy, zanim odezwał się ponownie.
– No to co się stało jak już wróciliśmy?
– Snape położył cię do łóżka – powiedział Draco. – Ja zjadłem kolację i przyłączyłem się do ciebie. A potem obudziłem się kilka godzin temu, zjadłem śniadanie i przyniosłem ci tę tackę.
Zamilkł na moment. Harry czekał. Zorientował się, że Draco układał sobie wszystko w głowie, zamiast pozwalać sobie na impulsywne zachowanie. Zastanawiało go, czy ma to jakiś związek z czymś, co zaszło wczoraj.
– Wielu ludzi – odezwał się wreszcie Draco neutralnym tonem – zastanawiało się, co właściwie się teraz stanie. Rokosz dobiegł końca, ale większość watah wciąż nie ma dokąd wrócić.
Harry pokiwał głową.
– Też się nad tym zastanawiałem. Wydaje mi się, że w tej chwili najlepiej byłoby dla nich po prostu pozostać w Leśnej Twierdzy. Mają tu mnóstwo miejsca i mogę stworzyć im osłony, które ich ochronią. – Przynajmniej jeśli magia miejsca nie zgodzi się sama nimi zająć. – Jeśli zaś chodzi o jedzenie i pracę, to teraz, kiedy wilkołaki mogą już utrzymywać płatną pracę i nie są już wyjętymi spod prawa zbiegami, to tak sobie myślałem, że Przymierze Słońca i Cienia powinno zacząć zatrudniać ludzi, którzy pracowaliby wyłącznie dla niego.
– Co, serio? – Draco poprawił się, a Harry skrzywił, kiedy podbródek wbił mu się w bark. Draco wymamrotał przeprosiny i przesunął się do nieco wygodniejszej pozycji. Harry zjadł kolejny kęs naleśnika, zastanawiając się, czemu do licha Draco starał się być tak blisko. – I wydaje ci się, że wilkołaki najlepiej się do tego nadadzą?
– Złożyły przysięgi, a przynajmniej większość z nich to zrobiła i mam zamiar poprosić tych, których to ominęło, o złożenie ich przed otrzymaniem pracy – powiedział oschle Harry. – Ale to oni w tej chwili potrzebują tego najbardziej. Pozostali należą do przymierza, ale albo mają też inne zobowiązania, albo nie potrzebują pracy, jak na przykład takie gobliny. Poza tym, niektórzy z wilkołaków to mugole – pomyślał z ukłuciem bólu o Kamelii, której tak krótko było dane cieszyć się żywotem czarownicy – i będą mieli ogromne problemy ze znalezieniem pracy w magicznym świecie jako takim. Nie chcę skazywać ich na pracę fizyczną, do której często wysyłane są charłaki. Dlatego stworzę nam kwaterę główną i poproszę ich o pracę nad promowaniem przymierza. Rozmowę o przysięgach z tymi, którzy okażą zainteresowanie, wyjaśnianie aspektów kultury watah, którymi będą mogli podzielić się z innymi, udzielanie wywiadów w gazetach, pisanie artykułów do „Vox Populi", nawiązywanie politycznych kontaktów z ludźmi, którzy nie chcą jeszcze składać przysiąg przymierza, tego rodzaju sprawy.
Draco nie odezwał się. Harry zdążył skończyć naleśniki i zabrał się za kawałki jabłka, a ten wciąż był cicho.
– No co? – zapytał wreszcie Harry po przełknięciu kilku pierwszych kęsów. – Nie wydaje ci się, że to dobry pomysł?
– Nie w tym rzecz – mruknął Draco. – Po prostu mam wrażenie, że twoi polityczni wrogowie mogą zrobić nieco rabanu, jeśli będą dla ciebie pracowały wyłącznie wilkołaki.
– A masz jakiś inny pomysł? – zapytał z podekscytowaniem Harry. – Bo myślę, że masz rację, ale większość czarownic i czarodziejów spoza przymierza i tak nie będzie chciała pracować z wilkołakami, a oni naprawdę najbardziej teraz tego potrzebują.
– W takim razie skorzystaj z czarownic i czarodziejów, których już masz w przymierzu – zasugerował Draco. – Niektórzy są czystokrwiści i nie potrzebują pracować. Inni nie mają określonych obowiązków, a przynajmniej stracą obecne po końcu rokoszu. Co powiesz na Ignifer Apollonis? Naprawdę wydaje ci się, że miałaby coś przeciw pracy z wilkołakami?
Harry pokręcił głową. Ignifer początkowo czuła się nieco niepewnie pośród watah, ale już zdążyła się odprężyć i nawet zaprzyjaźniła się z wilkołakiem, który niemal wykrwawił się z magii, utrzymując Pustułkę przy życiu.
– A jak wielu zwykłych czarodziejów i czarownic powinno znaleźć się pośród wilkołaków?
– Wydaje mi się, że całkiem spora ilość – powiedział Draco. – Nie chcesz chyba odstraszyć ludzi od przymierza perspektywą ugryzienia przez rekrutera.
– Ale nie chcemy też zachęcać ludzi do rozwijania w sobie strachu i uprzedzeń – przypomniał mu Harry, po czym z namysłem wgryzł się w kolejny kawałek jabłka.
Draco zamilkł na moment, po czym kiwnął głową.
– To prawda – mruknął. – Jeśli zaczną nas publicznie reprezentować wyłącznie zwykli czarodzieje i czarownice, to zaczniemy wyglądać, jakbyśmy wstydzili się wilkołaków. – Milczał przez chwilę, podczas gdy Harry jadł. – Co powiesz – zasugerował wreszcie – żeby ćwiercią całej liczby zatrudnionych byli czarodzieje i czarownice? Przecież to nie tak, że musi dojść do tego od razu. Osiągniemy to stopniowo, w miarę jak coraz więcej ludzi będzie słyszało o przymierzu i złoży przysięgi. A z początku to może być po prostu Ignifer i ktokolwiek, kto wyraziłby do tego chęć. Rose Rhangnara mogłaby okazać się dobrą kandydatką.
– Serio? – Harry'ego to zaskoczyło. Nie zauważył, żeby zaprzyjaźniła się z jakimikolwiek wilkołakami.
Draco ponownie kiwnął głową.
– Przecież nie chodzi do Hogwartu, czy Beauxbatons, a Thomas nie wyśle jej do Durmstrangu, bez względu na to, kiedy by go ponownie nie otworzyli. Nie jest pełnoletnia, ale spędza naprawdę dużo czasu pośród watah. Ostatnio widziałem, jak rozmawiała z alfą, który przedstawia się jako Sokół. Pogadaj z Thomasem. Jak go znam, zgodzi się, bo przecież tak wiele się tu nauczy.
Przy ostatnich słowach tak dobrze naśladował ton Thomasa, że Harry musiał się zaśmiać. Następnie zaczął się krztusić, bo kawałek owocu ugrzązł mu w krtani i Draco musiał go poklepać po plecach.
– Uważaj – mruknął mu Draco do ucha. – Ze wszystkich wstydliwych sposobów na zejście z tego świata, Harry, musiałeś akurat wybrać sobie kawałek jabłka w ramionach narzeczonego! Cóż by sobie o tym pomyślała komisja nadzorcza?
Harry zaczął odpowiadać, po czym urwał i to nie tylko dlatego, że w gardle wciąż go piekło.
– Co myślisz o komisji nadzorczej, Draco? – zapytał za to.
– Że to przerażająco koszmarny pomysł, oczywiście. – Draco po raz pierwszy odsunął się od niego, zakładając ręce na piersi i wbijając gniewne spojrzenie gdzieś za Harrym. – Od samego początku tak o niej myślałem. Whitestag zachowuje się, jakby wierzyła, że wszystko będzie dobrze, ale nie będzie, zapamiętaj moje słowa. Narzucili na siebie zbyt lekkie terminy ograniczające, mają zbyt dużo pola do manewru. No i nie podoba mi się, że praktycznie zmusili cię do zaakceptowania Gildgrace'a.
Harry westchnął.
– Nie miałem innego wyjścia. Był jednym z niewielu kandydatów półkrwi i złożył przysięgi, w dodatku... no, mi się wydaje, że jest uprzedzony pod względem goblinów i centaurów, ale on ciągle utrzymywał, że wcale nie jest, a przecież nie mogę powiedzieć wszystkim, że bardziej ufam własnej ocenie o tym, co sobie wtedy pomyślał, niż jego własnemu słowu. A Helcas i Kość nie zaprotestowali, kiedy ich zapytałem.
– Mogłeś użyć na nim legilimencji – skomentował Draco, wciąż patrząc gdzieś za Harry'ego. – Wtedy dowiedziałbyś się na pewno, czy jest uprzedzony, czy nie.
– I pogwałciłbym tym jego wolną wolę – powiedział Harry nieco ostrzejszym głosem. – Jestem pewien, że by się nie zgodził.
Draco nabrał głęboko tchu, po czym nachylił się i złapał za lewy nadgarstek Harry'ego. Harry miał akurat zabrać się za kiełbaski, ale nie sądził, żeby Draco przerwał mu posiłek z byle powodu, więc spojrzał na niego i zaczekał.
– Harry – powiedział Draco, głosem tak cichym, że Harry niemal go nie usłyszał pod własnym oddechem. – Nie musisz oferować swoim wrogom okazji do zniszczenia cię. Wczoraj zachowywałeś się, jakby ci naprawdę zależało na tym, żeby komisja nadzorcza cię kontrolowała. Niektóre twoje słowa, niektóre z kompromisów, na jakie się zgodziłeś... – Pokręcił głową. – Kompletnie nie rozumiem, czemu to zrobiłeś.
Harry odprężył się nieco. Bał się, że Draco zaraz wyłoży mu jakiś koszmarny, polityczny błąd, jaki popełnił. Ale zależało mu tylko na wyjaśnieniach i to takich, których Harry z chęcią mu udzieli.
– Bo naprawdę wydaje mi się, że ostatnio zacząłem zachowywać się zbyt lekkomyślnie – powiedział. – Tak naprawdę nie spodziewam się, żeby komisja nadzorcza była w stanie pomagać mi w każdej możliwej sytuacji, jak wtedy, kiedy nagle zawisła nad nami Brytyjska Czerwono–Złota. Czasami po prostu nie ma czasu na konsultację. Ale możliwe, że będą w stanie doradzić mi coś w mniej zdesperowanych okolicznościach i zwrócą mi uwagę na niuansy, które normalnie by mi umknęły. Nie miałbym nawet okazji do usłyszenia ich perspektywy na wiele spraw, gdyby nie należeli do komisji, a teraz znaleźli się w niej też ludzie, którzy ucierpieli w wyniku niektórych moich decyzji. Możliwe, że będą w stanie mi pomóc. W dodatku jeśli tak ma wyglądać cena w zamian za powrót do czarodziejskiej społeczności i zaprzestania polowań, to uważam ją za bardzo małą.
Draco sięgnął wolną ręką i podniósł mu nieco podbródek, żeby móc spojrzeć mu w oczy.
– Czy pozwolisz, że wejdę ci do głowy i sam się o tym przekonam, Harry? – zapytał.
Harry kiwnął płytko głową, gotów na pochwycenie możliwej paniki, kiedy Draco wskoczył mu do umysłu, nie kontrolując mu ciała, ale odczytując myśli. Miał wrażenie, jakby to był zimny wiatr, który wleciał mu jednym uchem i wyleciał drugim. Harry potrząsnął mocno głową, wzdrygając się.
– Ty naprawdę tak myślisz – powiedział Draco. – Naprawdę wydaje ci się, że powinieneś mieć nad sobą więcej kontroli, niż miałeś do tej pory. – Opadł z powrotem na poduszki, jakby ktoś ukradł mu całą siłę z mięśni, po czym zagapił się na Harry'ego.
Harry pokiwał głową.
– Jedna ze spraw, o których myślałem w czasie lotu na smoczym grzbiecie, to jak ciężko przychodzi mi kontrola nad własną wolą, Draco – powiedział cicho. – Zwłaszcza ilekroć wydaje mi się, że robię coś dobrego. Już nie raz robiłem się przez to arogancki. Wydaje mi się, że wiem, co jest dla innych najlepsze, więc właśnie to robię, co nie zawsze okazuje się być słuszne. Komisja nadzorcza raczej nie zmieni moich nawyków z zachowania, ale mam nadzieję, że przynajmniej zmienią mój system myślenia pod tym względem. Może następnym razem będę miał jakiś plan, zamiast po prostu skakać w wir wydarzeń i nauczę się wreszcie logicznego myślenia, bez pozwalania emocjom na podejmowanie za mnie decyzji.
– Czyli nie wystarcza ci, że już próbujemy cię tego nauczyć ze Snape'em?
Harry tak szybko obrócił się, żeby objąć Dracona, że niemal zrzucił sobie tackę z kolan. Na szczęście pamiętał o wymamrotaniu zaklęcia lewitującego, dzięki czemu po prostu zawisła obok łóżka, zamiast spadać gdzieś w nicość. Dopiero wtedy pochylił się, żeby przytulić Dracona i poczuć jego ręce wokół siebie. Harry ścisnął go mocno, pragnąć wyciągnąć tym ból, który usłyszał w jego głosie.
– Nie o to chodzi – wyszeptał. – Kochacie mnie ze Snape'em, ale w ostatecznym rozrachunku jeśli uznacie, że jakieś ograniczenie mnie skrzywdzi, to mi odpuszczacie. A ilekroć sam nie chcę was krzywdzić, to dlatego, że coś by was skrzywdziło, a nie dlatego, że nie uważam tego za dobry pomysł. Dlatego potrzebuję też przy sobie ludzi, którym nie zależy na mnie równie mocno, bo to właśnie oni będą w stanie najlepiej nauczyć mnie bezstronności. To wszystko, Draco. Naprawdę. Muszę nauczyć się, jak nie następować na wolę innych, a coraz częściej uchodzi mi to przy tobie płazem. Chcę wreszcie zaakceptować moje uczucia pod tym względem, nie unikać ich w nieskończoność.
Draco powoli się rozluźniał i przez kilka chwil po prostu siedzieli w ciszy.
– A co, jeśli komisja nadzorcza podejmie decyzję, z którą się nie zgodzisz? – zapytał wreszcie.
– No to będę się z nimi wykłócał. – Harry wyprostował się i uśmiechnął do niego zachęcająco. – Wciąż mam własny umysł i wolną wolę, Draco. Chcę ich poprosić o pomoc z ograniczeniem nadwyżek tego umysłu i woli. Potrzebuję wśród nich ludzi, którzy będą się ze mną kłócić, a nie mną pomiatać.
Draco przygryzł wargę, jakby chciał coś na to odpowiedzieć, ale ostatecznie tylko popchnął Harry'ego w ramię.
– Dokończ śniadanie – powiedział. – Już prawie południe. Musisz jeszcze wziąć prysznic i przygotować się na przemowę przed fanami.
– Prawie południe? – Z jakiegoś powodu Harry nie domyślił się tego sam, mimo kąta pod jakim promienie słońca wpadały przez okno. Zaczął zrzucać z siebie koce, ale Draco szybko przykrył go z powrotem.
– Nie stawisz im czoła nagi i głodny – poinformował Harry'ego. Następnie podniósł głowę i na jego ustach pojawił się lekki uśmieszek. – Chyba że, oczywiście, twój głód nie obejmuje już jedzenia – powiedział. – Wówczas wydaje mi się, że będą mogli jeszcze trochę poczekać, przynajmniej dopóki nie upewnimy się, że jesteś... pełny.
Harry przeklął swój rumieniec i spróbował dorównać tonowi Dracona.
– Gdybyśmy mieli zaspokajać tę konkretną potrzebę, to nie ruszyłbym się z łóżka przed wieczorem.
To, na swój sposób, tylko wprawiło go w jeszcze większe zakłopotanie, ale warto było zobaczyć, jak Draco otwiera szeroko usta i oczy, w dodatku zaraz potem mógł przykryć tacką swoją niefortunną reakcję.
Draco oparł się o poduszki, nasłuchując jak Harry bierze prysznic i żałując, że nie może się do niego przyłączyć. Ale nie, musiał się nad tym zastanowić, a do tego potrzebował przynajmniej częściowo klarownej głowy.
No dobra. Czyli Harry chciał, żeby komisja nadzorcza nauczyła go wszystkiego tego, czego podejrzewał, że nie będzie w stanie nauczyć się od kochających go ludzi. I gdyby chodziło tylko o kurtuazję świetlistych czystokrwistych i tym podobne, to Draco jeszcze by to zrozumiał. To prawda, że jak do tej pory przyciągnął do siebie wyłącznie świetlistych, którzy do swojej kultury podchodzili w cokolwiek nietypowy sposób. Samo wyobrażenie Tybalta Starrise'a, udającego wyniosłość w czasie nauczania Harry'ego odpowiedniego przyjmowania gości sprawiło, że Draco parsknął śmiechem.
Ale Harry chciał też, żeby ktoś go ograniczał na wszelki wypadek, gdyby miał przypadkiem nastąpić na czyjąś wolną wolę.
Draco przewrócił się niespokojnie na poduszce, po czym wygiął plecy i przeciągnął się. To ściągnęło mu nieco napięcia z mięśni, a ostatnie czego chciał, stojąc za Harrym, kiedy ten będzie przemawiał do mieszkańców Leśnej Twierdzy, to wyglądać na spiętego. Wiedział, że przynajmniej niektórym z wilkołaków – głównie tym przemienionym przez Lokiego – nie spodoba się plan Harry'ego. Chciał zaprezentować się jako ktoś zrelaksowany i chłodno zdystansowany, a nie jakby miał ich lada moment przekląć.
Kiedy wreszcie dotrze go niego, że sam fakt, że się z kimś nie zgadza, nie oznacza tłamszenia czyjejś wolnej woli? Albo że tylko dlatego, że ktoś jest na niego zły, wcale nie znaczy, że ma rację?
Draco zmarszczył brwi, wpatrując się z namysłem w sufit. To, co zobaczył w myślach Harry'ego, było znacznie bardziej zrównoważone, niż jeszcze zaledwie rok temu. Harry naprawdę się leczył, naprawdę robił postępy i teraz już przynajmniej nie przeszkadzało mu, że ludzie chcą za nim podążać.
Po prostu nie chciał nimi dowodzić. Chciał być przywódcą, ponieważ w tej chwili było to już nieuniknione, ale czuł się równy wobec wszystkich pod względem dysput, dyskusji, kłótni, negocjacji i traktatów. Nie był w stanie ustawiać ludzi po kątach. Rokosz przeszkadzał mu pod tym względem nawet, kiedy wziął się za jego organizację i Draco wiedział, że było tak głównie przez rozpad relacji z ministerstwem, które miało legalny autorytet, oraz rozkazywanie ludziom, jak na przykład polecenie im stanięcia na straży Leśnej Twierdzy. Właśnie dlatego przysięgi przymierza były takie luźne; zostały zaprojektowane z myślą o zachęcaniu do egzekwowania swojej wolnej woli i zdolności do działania, a jeśli ktoś już nie chciał się z nimi zadawać, to wystarczyło to ogłosić i wyjść.
Harry już nie stawiał się myśli, że jest przynajmniej równy innym. Ale wciąż nie chciał postrzegać siebie jako kogoś, kto ma nad innymi kontrolę. Wydawało mu się, że nie dojdzie do tego, jeśli będzie miał nad sobą bezstronny autorytet, którego mógłby słuchać i tym właśnie miała być dla niego komisja nadzorcza.
Problem w tym, że Draco naprawdę nie sądził, żeby komisja nadzorcza była bezstronna, nie wierzył, że po prostu zaoferują Harry'emu porady względem tego, jak ograniczać się dla dobra innych i był wściekle przekonany, że nikt tam nie uważa Harry'ego za równego sobie. Istniały pewne sytuacje, w których Harry znajdzie się pod kontrolą, o ile sam jej nie przejmie. Ta właśnie była jedną z nich.
Nie sądził jednak, żeby był w stanie w tej chwili wyjaśnić to Harry'emu, o ile jakiś członek komisji nadzorczej nie palnie katastrofalnej gafy. Harry prawdopodobnie będzie wręcz uważał, że im bardziej Draco będzie się stawiał idei komisji, tym lepiej komicja będzie się sprawowała; w końcu nie istnieli po to, żeby go głaskać po głowie, ale doradzać. No i stanął okoniem, kiedy Whitestag spróbowała wczoraj pogonić z pokoju Dracona i Snape'a.
Mam mniej oporów do nastawania na czyjąś wolną wolę. Na ustach Dracona pojawił się duch uśmiechu. Dlatego też będę bardziej przygotowany do ochronienia go. W dodatku nic mnie nie powstrzymuje przed wykorzystaniem polityki do ograniczenia wpływów komisji nadzorczej.
Draco już wiedział, na czym będzie polegała jego pierwsza taktyka.
Harry stał cierpliwie z Draconem za swoim prawym ramieniem i Snape'em za lewym, czekając na pierwszy protest. Wyjaśnił wszystkim swój plan, w którym zaoferował potrzebującym wilkołakom schronienie w Leśnej Twierdzy, gdzie będą pracowali dla Przymierza Słońca i Cienia w ramach odkładania pieniędzy na siebie i własną niezależność. Wiedział jednak, że komuś się to nie spodoba. Zakładał się ze sobą w głębi umysłu, czy to będzie George, czy ktokolwiek inny.
– A my co niby mamy teraz ze sobą począć?
George. Oczywiście.
– To już zależy od was – powiedział cicho Harry. – Wiem, że niektórzy z was mają rodziny w czarodziejskim świecie, do których nie śmieliście powrócić w czasie sezonu polowań, bo obawialiście się, że narazicie ich swoją obecnością i skażecie w pewnym momencie na konieczność wyboru między waszym bezpieczeństwem, a ich. – Kilka pogryzionych przez Lokiego osób pokiwało głowami. – Nie spróbuję nikogo zmusić do pozostania w Leśnej Twierdzy, czy przyjęcia ode mnie zatrudnienia. To wasz wybór. Możecie jednak uważać się za szczęściarzy, jeśli wciąż macie rodzinę i dom, do których możecie wrócić. – Spojrzał na Pustułkę i inne alfy, których legowiska zostały kompletnie zniszczone przez ciskane w nich klątwy. – Nie wszyscy mają taką alternatywę.
Oczy Pustułki zalśniły, kiedy podniosła na niego wzrok.
– Nie mamy, vatesie – powiedziała. – Dziękuję za ofertę.
Harry pochylił lekko głowę, po czym wrócił z powrotem do George'a.
– Inaczej nie mam jak zapewnić wam płatnej pracy – powiedział mu. – Nie mogę kogoś zmusić do zatrudnienia was. Nie mogę nawet zażądać od ministerstwa, żeby przyjęli was z powrotem, chyba że uda im się znaleźć dla was miejsca w innych departamentach, bo ten dla którego pracowaliście, już nie funkcjonuje. Jeśli dojdzie do takiej sytuacji, że ktoś odmówi ci zatrudnienia wyłącznie dlatego, że jesteś wilkołakiem, dopiero wtedy będę mógł jakoś pomóc. Ale nie wiem, czego właściwie ode mnie oczekujesz, jeśli nie chcesz przyjąć zagwarantowanej przeze mnie pracy. – Usłyszał ostrość wzbierającą w swoim głosie przy ostatnich słowach i skrzywił się, zsuwając gniew głębiej w siebie. Złoszczenie się na George'a nie miało sensu; to tylko napędzało jego własną furię, co prowadziło do wrzeszczenia na siebie nawzajem, a to nigdy się dobrze nie kończyło.
– Nie martwię się o to, czy ktoś odmówi mi zatrudnienia przez wilkołactwo – powiedział George, mimo że jego mina mówiła co innego. – Martwię się, że ktoś odmówi mi zatrudnienia, bo byłem zbiegiem. Nie dałeś nam wyboru między pozostawaniem w Tullianum i udaniem się z tobą. Śmierć albo życie wyjęte spod prawa to żaden wybór.
Harry usłyszał warknięcie Kamelii, do którego po chwili przyłączyli się Brugmansja z Zimozielonym. Podniósł rękę i pokręcił głową, dzięki czemu powarkiwania stopniowo zaczęły cichnąć. Harry westchnął, kiedy umilkły. Po prostu wiedział, że jego wataha odbierze coś takiego za obelgę.
– Zaoferowałem wam jedyny wybór, jaki był wówczas dostępny – powiedział. – Poza tym ministerstwo ogłosiło, że wszystkie zbrodnie dokonane w czasie rewolty zostały nam odpuszczone. Nie mogli odmówić ukarania ludzi, którzy na was polowali i eksperymentowali, po czym odwrócić się i ukarać was za ucieczkę przed rzeczonym polowaniem i eksperymentami. Dlatego jeśli ktoś odmówi ci zatrudnienia, bo byłeś zbiegiem, to również będziesz miał wszelkie powody do wezwania mnie.
– A co, jeśli nie chcę na tobie polegać? – George zadarł wysoko głowę, jakby usiłował wygrać zakład o to, jak wysoko zdoła podnieść nos.
– No to tego nie rób – powiedział Harry, czując że jego cierpliwość jest na wykończeniu. – Oferuję ci tak wiele możliwości, tak wiele ścieżek, jak tylko jestem w stanie. Jeśli nie chcesz wybrać żadnej z nich, to już nie mój problem.
– No serio, George – odezwał się młody człowiek, który również ucierpiał w wyniku ugryzienia Lokiego, ale którego Harry nie znał najlepiej. Wyglądał jednak na nie więcej niż dziewiętnaście lat. Zmarszczył brwi na George'a, jakby ten był drobnym robakiem, którego chciał zdeptać. – Czego ty właściwie po nim oczekujesz? Oferuje nam pracę i dom, jeśli tylko je przyjmiemy, a ty nabzdyczasz się na niego, bo to nie jest praca i dom, które sobie wymarzyłeś?
– Nie o to mi chodzi! – warknął George. – Chodzi mi o to, że dzięki niemu cały czarodziejski świat wie, że jesteśmy wilkołakami i zbiegami! Jeśli wydaje mu się, że ktokolwiek przyjmie nas teraz z otwartymi ramionami i z miejsca zatrudni, to jest debilem.
– Nie mogę niczego na to poradzić, póki faktycznie do tego nie dojdzie – powiedział spokojnie Harry. – Upieranie się przy tym, żebym ukarał potencjalnych pracodawców za coś, do czego może dojść, jest równie debilnym pomysłem. Poproście mnie o pomoc, jeśli będziecie jej potrzebowali. Obwiniajcie mnie, jeśli będziecie tego potrzebowali. Ale jeśli sami nie chcecie sobie pomóc, to od tego momentu jesteście zdani na siebie.
Wywrócił oczami i odwrócił się, szukając Thomasa. Znalazł go niedaleko ściany, przyglądającego się jej intensywnie i robiącego notatki na kawałku pergaminu. Harry zamrugał, kiedy zorientował się, co tak naprawdę się dzieje. Thomas nacinał ścianę nożem i patrzył, jak magia Leśnej Twierdzy chwyta drzazgi zanim te jeszcze zdążyły opaść na podłogę, po czym układa je z powrotem na miejsce.
– Fascynujące – powiedział, kiedy zauważył, że Harry mu się przygląda. – Naprawdę dba o siebie samą, co? I rozumie intencje. Ukarze tych, którzy są wobec niej wrogo nastawieni, ale ignoruje wszystkich innych i po prostu po nich sprząta.
Harry uśmiechnął się.
– To faktycznie fascynujące – zgodził się. – Ale, proszę pana? Czy miałby pan coś przeciw, gdyby pańska córka, Rose, podjęła się pracy w Przymierzu Słońca i Cienia i pomagała wilkołakom? – Już zapytał Rose o zdanie i zareagowała z praktycznie ekstazą. Harry odniósł wrażenie, że była jedną z tych osób, które obawiały się, że nie zrobiły wystarczająco, żeby jakoś wyróżnić się w tej rewolty.
Thomas podniósł brwi.
– A czemu miałbym mieć coś przeciw?
Harry zaśmiał się wbrew sobie.
– Niektórzy rodzice wnieśli sprzeciw, kiedy dowiedzieli się, że ich dzieci jednak wzięły udział w bitwie na letnie przesilenie – przyznał. – Dlatego wolałem najpierw zapytać.
Thomas żachnął się lekko i wrócił do obserwowania ściany.
– Rose jest w stanie sama decydować o takich sprawach – powiedział. – Wiele naszych praw – nawet te, które określają, że czarodzieje osiągają pełnoletność w wieku siedemnastu lat – powstały przez rodziców, którzy niewystarczająco ufali własnym dzieciom, albo bali się przypadkowej magii. Swoją drogą, przebadałem ją dogłębnie, kiedy po raz pierwszy w ogóle zainteresowałem się Wielką Ujednoliconą Teorią, wiesz? Wychodzi na to, że przypadkowa magia jest znacznie mniej przypadkowa, niż się wszystkim wydaje i ewidentnie nie dochodzi do niej tylko dlatego, że dziecko jest złe. – Poderwał nagle wzrok na Harry'ego. – Skoro już o tym mowa. Jing–Xi pytała, czy mogłaby się w pewnej chwili z tobą spotkać, gdzieś w najbliższej przyszłości.
– Kto? – zapytał Harry, mrugając. Wiedział, że od mrugania wcale nie wyglądał inteligentniej, ale nie miał pojęcia na kogo w tej chwili przeskoczył umysł Thomasa.
Thomas uśmiechnął się.
– Jedna ze znanych mi badaczek – powiedział. – Z Chin. Świetlista Pani. Wydaje mi się, że jest zainteresowana twoim poziomem magii i jak właściwie udało ci się go osiągnąć w tak młodym wieku.
Harry przełknął ślinę. Jeszcze nigdy nie spotkał nikogo o lordowskiej mocy, kto nie byłby mu wrogo nastawiony.
– Nie... miałbym żadnych obiekcji przed zobaczeniem się z nią, oczywiście – powiedział, świadom spięcia w swoim głosie. – Czy wspomniała, kiedy wolałaby się ze mną spotkać?
Thomas ponownie machnął ręką, w pełni skupiony na ścianie.
– Kiedyś – powiedział. – Nie tak prędko. Jing–Xi wie, że rokosze są cokolwiek czasochłonne. W pewnej chwili chiński rząd chciał, żeby coś dla niego zrobiła, więc postanowiła udowodnić mu, że nie mogą jej do niczego zmusić. Zajęło jej to jakiś rok.
Harry kiwnął głową, wstrząśnięty, po czym odstąpił od Thomasa. Draco złapał go pod ramię i obrócił.
– Longbottom i Weasleyówna pytają, kiedy wracamy do Hogwartu – powiedział miękko, dzięki czemu Harry mógł pomyśleć o czymkolwiek innym, niż o chińskiej Lady, która prawdopodobnie poinformuje go, jakie elementy etykiety między Lordami i Ladies już zdążył pogwałcić. – Chyba Weasleyówna boi się o to, jak odbierze ją rodzina. – Draco uśmiechał się krzywo. Harry zmarszczył na niego brwi. Wiedział, że bawiły go wyjce, które Ginny otrzymywała praktycznie codziennie, ale przecież trzeba gdzieś postawić granicę.
– Poczekamy jeszcze kilka dni – powiedział. – Wydaje mi się, że powinniśmy w ogóle porozmawiać z McGonagall o ponownym przyjęciu do grona uczniowskiego. Im więcej wykonamy gestów dobrej woli, tym więcej ludzi nabierze przekonania, że faktycznie chcemy z powrotem dopasować się do czarodziejskiego świata.
– A chcemy? – wymamrotał Draco, przesuwając nos tak, że teraz zagrzebał go we włosach Harry'ego. – Na swój sposób miło by było po prostu zostać tutaj, Harry, gdzie moglibyśmy zachowywać się jak polityczni przywódcy, którymi i tak już jesteśmy. – Jego głos był łagodny, kuszący, a dłoń przemknęła w górę i w dół po plecach Harry'ego na sposób, któremu naprawdę ciężko było się oprzeć. – Szkoła będzie wydawała się po tym wszystkim taka strasznie nudna.
– Chyba w tej chwili zniosę nudę – powiedział Harry. – Normalność i cisza to inne określenia na nudę. – Odsunął się od ręki na swoich plecach, co przyszło mu ciężej, niż oczekiwał. – Ale chcę pokazać wszystkim, że staramy się załatwić to legalnie. Zaapelujemy do McGonagall i rady nadzorczej. W ten sposób będziemy wyglądali jak grzeczne dzieci.
– I taki właśnie obraz chcesz wszystkim zaprezentować? – zapytał z oburzeniem Draco.
Harry parsknął.
– Niekoniecznie, ale chyba taki właśnie w tej chwili powinniśmy zaprezentować. Uspokoimy tym ludzi, którzy przejmują się pozorami, a pozostali nie pomyślą o nas źle tylko dlatego, że powiemy kilka konkretnych słów i będziemy wyglądali na odpowiednio zrezygnowanych, że jednak przyjdzie nam ukończyć edukację jak należy.
Draco zachichotał i pocałował go za uchem.
– A czy możemy z tym zaczekać do Halloween? – zapytał nagle.
Harry zamrugał na niego.
– A po co?
– Bo w Halloween odbędzie się trzecia część naszego rytuału zaręczynowego – powiedział Draco. – Na wypadek gdybyś zapomniał. – Jego oczy wyraźnie świadczyły, że dobrze wiedział, że Harry na bank zapomniał.
Harry skrzywił się. To bolało bardziej, po prostu w inny sposób, od zorientowania się, że Draco nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że Harry kocha jego siłę woli.
– Zapomniałem – powiedział. – Przepraszam, Draco. Ja wcale... – Potrząsnął głową i ścisnął dłoń Dracona, niezdolny do ułożenia w słowa, czego właściwie chciał, a czego nie.
– Myślę, że po tym już nigdy więcej nie zapomnisz – wymamrotał mu Draco do ucha. – Myślę, że po tym zaczniesz ich wyglądać i jęczeć, czemu musi minąć między nimi tak wiele czasu.
Harry uśmiechnął się, bo nie wiedział w sumie, co na to odpowiedzieć, po czym łagodnie odsunął się od Dracona.
– Powinienem wysłać sowę do McGonagall i upewnić się, że zdaje sobie sprawę z tego, że chcemy formalnie poprosić o zgodę na powrót do Hogwartu – powiedział. – A potem będę musiał porozmawiać ze Snape'em i zobaczyć, czy w ogóle czuje się na siłach, żeby wrócić do nauczania, czy może jednak wolałby pozostać w Leśnej Twierdzy, póki w pełni nie wyzdrowieje.
– Podejrzewam, że powie ci po prostu, że chce być tam gdzie ty – powiedział Draco.
Harry przetoczył ramionami, wzruszając nimi.
– Szkoda, że nie potrafi podejmować decyzji na twój sposób – powiedział. – Biorąc przede wszystkim pod uwagę własne zdrowie i pragnienia, a potem dopiero obowiązki. Zawsze uważał się za wyjątkowo samolubnego drania, więc nie spodziewałem się, że to okaże się dla niego takie trudne.
– Nie wszyscy mogą być mną – powiedział Draco – i mieć mój dar racjonalnego myślenia.
– Wraz z dumą, w której nic nie jest w stanie zrobić uszczerbku.
– Nie kochałbyś mnie, gdybym był inny – powiedział Draco i ponownie go pocałował, tym razem z wyzwaniem w oczach, jakby chciał zobaczyć, czy coś takiego zawstydzi Harry'ego. Harry zdawał sobie sprawę, że inni ludzie na nich patrzą i przynajmniej niektóre z tych spojrzeń jest krytycznych, ale odpowiedział na pocałunek i kiwnął głową, odsuwając się.
– To prawda.
Mamy takie samo prawo do robienia tego, co każdy, upomniał się po raz kolejny. Nie moja wina, jeśli ktoś zacznie nie doceniać po czymś takim Draco, albo uważać że na nikogo innego nie zwracam uwagi i spróbuje zrobić coś głupiego. Nie musimy ograniczać się z całowaniem wyłącznie do sypialni, ani udawać, że pierścionek na mojej dłoni niczego nie znaczy.
Harry nie rozumiał, to było oczywiste. Marszczył brwi, kiedy Snape wyjaśniał mu, że wolałby wrócić do Hogwartu i ponownie podjąć się obowiązków mistrza eliksirów i głowy domu Slytherina, które Minerwa była skłonna mu przekazać, niż pozostać w Leśnej Twierdzy.
– Ale proszę pana...
Snape podniósł brwi.
– Severusie – poprawił się Harry, zerkając na niego z ukosa, jakby chcąc się upewnić, że Snape'owi wciąż nie przeszkadza ten poziom nieformalności. – Łatwiej tu się wyleczysz. Nic nie będzie cię rozpraszało, więc proces powinien pójść łatwiej i schludniej. Wiem, że jesteś w stanie znieść ciężar nauczania, ale czy jesteś pewien, że jesteś w stanie znieść wszystko, co nas tam czeka? Przynajmniej w Leśnej Twierdzy mógłbyś...
– Harry.
Trzeba było Harry'emu przyznać, jak tylko usłyszał stanowczość w tonie Snape'a, momentalnie się zamknął i zwrócił na niego całą swoją uwagę. Snape patrzył mu w oczy jeszcze przez chwilę, po prostu w ramach upewnienia się, że ta uwaga nie zacznie zaraz się rozpraszać.
– Harry. Chcę kontynuować moje leczenie w szkole, pośród nauczania i innych obowiązków. Joseph powiedział, z czym się zgadzam, że izolacja Sanktuarium, czy też Leśnej Twierdzy, tylko mnie osłabia. Mam wystarczająco wiele wprawy w byciu silnym tylko przed samym sobą, albo przed sobą i paroma innymi ludźmi. Pierwszym prawdziwym wyzwaniem będzie, czy jestem w stanie zachowywać się jak człowiek przy innych, włącznie z takimi bęcwałami, którzy mają w poważaniu mój wybujały temperament.
Harry wyglądał, jakby wciąż miał co do tego własne wątpliwości, ale i tak kiwnął głową.
Snape naciskał dalej.
– Ponadto – powiedział – jeśli tu pozostanę, to ciężko nam będzie dotrzymywać układu, by być dla siebie lepszym ojcem i synem. Draco nie będzie w stanie stawiać się komisji nadzorczej w pojedynkę. No i wydaje mi się, że ominie cię sporo leczenia, bo Joseph musiałby pozostać tu ze mną.
Zgodnie z przewidywaniami, Harry zjeżył się.
– Obiecałem już Draco, że jak tylko wrócimy, to zacznę szukać sposobów na przełamanie czwartej klątwy na moim nadgarstku – powiedział. – I korzystam z magii dla własnej przyjemności, żeby mnie nie opuściła.
– A leczenie się z ran emocjonalnych?
Harry odwrócił wzrok.
– Harry.
– Jestem już tak zaleczony, jak tylko się da, proszę pana – wymamrotał Harry. – Ostatnim razem Joseph chciał ze mną porozmawiać o... o czymś, co już nie ma znaczenia. Sam sobie z tym poradziłem.
– Czyli z czym?
– Z tym, że Loki rozszarpał Kierana na strzępy – powiedział Harry, patrząc na niego i podnosząc głowę w zadziornym geście, jakby wyzywał Snape'a do zapytania go o szczegóły. – I powiedziałem mu prawdę – zmieniłem to w gniew, który napędzał mnie w czasie rewolty. Poradziłem sobie z tymi emocjami, bo już je transmutowałem i pozostawiłem ze sobą. Nie rozumiem, czemu miałbym o tym rozmawiać.
– Tym niemniej – powiedział Snape – dobiłeś ze mną targu, Harry. Łatwiej będzie go dotrzymać, jeśli Joseph będzie tam ze mną.
Harry niechętnie kiwnął głową.
– To nie tak, proszę pana, że nie chcę dotrzymywać obietnic...
– Dobrze, że mi powiedziałeś, bo nie domyśliłbym po sposobie, w jaki się do mnie zwracasz.
– Severusie – powiedział Harry. – Ale niektóre z tych spraw są po prostu mniej ważne od innych.
– Przynajmniej pod tym względem się zgadzamy – powiedział Snape. Ale nie pod względem klasyfikacji. Z przyjemnością przepchnąłbyś wszystko, co ma jakikolwiek związek z tobą, na samo dno listy, gdybyś tylko mógł.
Harry uśmiechnął się z ulgą, po czym poruszył szybko ręką i dotknął barku Snape'a, jakby mocniejszy ucisk mógłby go skrzywdzić.
– To nie tak, że nie chcę dotrzymywać moich obietnic – powtórzył z tęsknym wyrazem twarzy. – I to nie tak, że pana... że cię tam nie chcę. Ale widziałem, jak ostatnim razem cierpiałeś, Severusie. Nie chcę więcej zobaczyć cię w takim stanie. Sam wtedy cierpię, wiesz?
– Wiem – powiedział Snape. – Powinienem to wiedzieć, Harry, bo też się tak czuję, ilekroć widzę jak cierpisz.
Harry pochylił nisko głowę.
– Powinienem już pójść, Severusie – powiedział. – Muszę jeszcze porozmawiać z Leśną Twierdzą i przekonać ją do chronienia wilkołaków... no i wypuszczenia mnie, bo jestem z nią naprawdę silnie związany. – Zamarł na moment, jakby spodziewał się, ze Snape to w jakiś sposób skomentuje, po czym cicho wyszedł za drzwi.
Snape wrócił do warzonego właśnie eliksiru, głównie głupiego eksperymentu, żeby zobaczyć, czy będzie w stanie zmienić jego kolor z głębokiego fioletu na jasny. Za kilka minut miał ustaloną rozmowę z Josephem i miał zamiar pojawić się na niej z tak klarownym umysłem, jak to możliwe.
Naprawdę ciekawie będzie zobaczyć, czy Harry dotrzyma słowa po powrocie do Hogwartu. W tej chwili nie ma żadnych czających się na horyzoncie zagrożeń, poza tymi, które może zbudować czas. Wpływy komisji nadzorczej raczej nie staną się oczywiste dla wszystkich w przeciągu jednej nocy.
Harry wreszcie będzie miał spokój i czas na skoncentrowanie się na własnym leczeniu, jak i na tych nawarstwiających się problemach. Jeśli spróbuje tego uniknąć, to mu to wytkniemy. Ale koniec z wymuszonym leczeniem. Został mu niespełna rok do pełnoletności; czas najwyższy, żebyśmy zaczęli po prostu wskazywać mu ścieżkę i pozwalali samemu po niej kroczyć.
Snape zamrugał, kiedy pierś przeszył mu dziwny ból. Już kiedyś czuł się w ten sposób, ale było to już naprawdę dawno temu. Odkrył to ponownie po spędzeniu chwili na przeczesywaniu własnych wspomnień i sprawdzaniu basenów oklumencyjnych.
To była trzymana na wodzy obawa, którą czuł, kiedy pozwolił Harry'emu na wybranie się na święta do Doliny Godryka na trzecim roku, strach że to był błąd, ale też i świadomość, że to był jeden z takich, które dziecko musiało podjąć samo. Prędzej czy później wszyscy rodzice pozwalają swoim dzieciom na podjęcie się niebezpieczeństw i robią to z nadzieją, że nie uszkodzą się zbytnio.
Aż tak długo zajęło nam powrócenie do tego punktu?
Snape odstąpił od kociołka i przyjrzał się chorobliwie fioletowemu kolorowi eliksiru – nie do końca, o co mu chodziło, ale wystarczy. Nie. Raczej nie. Wtedy wydawało mi się, że się załamie i do tego właśnie doszło. Trzeba było mnie, Draco i Narcyzy, żeby poskładać go z powrotem.
Teraz, o ile mamy szansę się potknąć, o tyle nie rozbijemy się po wylądowaniu.
