OSTRZEŻENIE: Wiele opisów scen erotycznych. Ten rozdział tak na dobrą sprawę zajmuje się rytuałem halloweenowym, więc praktycznie w całości składa się ze scen seksu – jeśli nie jesteście w stanie tego znieść, po prostu go sobie odpuśćcie.

Rozdział czterdziesty czwarty: Chwilo trwaj

Leśna Twierdza nie rozumiała, czemu jakakolwiek jej część miałaby chcieć ją opuścić. Wolała śnić i rozrastać się, a jej obecny strumień magii nieustannie krążył po tych samych, wytartych koleinach. Dzięki temu była w stanie osiągnąć głębię niepojętą przez rozbiegane maleństwa. Wydawało im się, że życie składało się z dalekich i rozległych podróży. Tylko Leśna Twierdza wiedziała, że życie oznacza głębię, bo znała samą siebie tak dokładnie, że żadne maleństwa nie byłyby w stanie jej zwieść.

A teraz część jej chciała sobie pójść. Leśna Twierdza zaśpiewała w swoim śnie do bezlistnego drzewka i spróbowała zrozumieć czemu.

Sny bezlistnego drzewka wpłynęły do niej, dzięki czemu Leśna Twierdza mogła je zaabsorbować i pojąć. Drzewko nie chciało opuszczać jej na zawsze. Pozostawiłoby po sobie korzenie, które zapuściło w dolinie, po prostu przywiązując je do wzgórz i gleby. Tymi korzeniami były inne rozbiegane maleństwa, które mogłyby się stać bezlistnymi drzewkami – bez wkroczenia w sen, ale wciąż od niego zależne. Gdyby Leśna Twierdza uznała je za część siebie, to pozostanie w jednym kawałku.

Leśna Twierdza była z tego zadowolona. Inne rozbiegane maleństwa mogą nauczyć się, jak zostać bezlistnymi drzewkami, a wówczas nie spróbują skrzywdzić doliny, bo staną się jej częścią. Sen tylko się pogłębi, zamiast rozrywać na strzępy. A jeśli jej korzenie rozrosną się poza obręb doliny, świadomość Leśnej Twierdzy będzie mogła podróżować wraz z bezlistnym drzewkiem i w razie potrzeby czy problemów, będzie mogła ściągnąć je z powrotem do siebie. Leśna Twierdza nauczy się o szerokim świecie bez konieczności tracenia swojej głębi.

Zgodziła się na to, po czym wróciła do snów o zimie.

Harry zamrugał i przyłożył dłoń do głowy, wstając. Nie miał zamiaru... no, a przynajmniej nie spodziewał się, że do tego dojdzie. Jeśli dobrze rozumiał sytuację, Leśna Twierdza uważała teraz wilkołaki, które w niej pozostaną, za część siebie i zacznie ich bronić, co było dokładnie tym, czego Harry od niej chciał, ale też miała zamiar utrzymać swoje połączenie z nim i uważać wilkołaki za części niego, a przez to i samej siebie. W dodatku zachowa nawiązaną między nimi więź, dzięki czemu będzie mógł w każdej chwili się w niej schować.

Harry rozejrzał się po wzgórzach i drzewach, czując obmywający go prąd magii miejsca, podążający po swoich utartych ścieżkach. Pokręcił głową. Czasami wydawało mu się, że najgorszym błędem brytyjskich czarodziejów było pominięcie w swoich wczesnych zapiskach bardziej dokładnych opisów magii miejsc.

Obrócił się w kierunku czworoboku budynków, znajdującego się w samym środku doliny, po czym podrapał się po czole. Blizna go nie bolała, nie tak dokładnie, ale świerzbiła go i swędziała, jakby nie mieścił się we własnej skórze. Cały dzień już się tak czuł, nawet podczas śniadania, nawet gdzieś w tyle umysłu, kiedy komunikował się z Leśną Twierdzą i powinien wyczuwać wyłącznie dolinę. Zastanawiał się, co to mogło znaczyć.

Kiedy wszedł znowu w obręb czworoboku, ciasnota w jego czole pogorszyła się tak bardzo, że aż zarzucił głową, niczym jednorożec podążający za wskazówkami swojego rogu. Harry odetchnął ciężko i zachwiał na nogach, zastanawiając się, czy to nie jest jakiś efekt poboczny przebywania tyle czasu w pobliżu karkadann. Od czasu wysłania do McGonagall apelacji o powrót do Hogwartu, spędzał dnie głównie pośród innych ludzi, ale też pocieszał ją, ilekroć tylko znalazł chwilę, a raz wybrali się na przejażdżkę. Nie sądził, żeby jej magia była teraz tak nadąsana, żeby spróbowała odciągnąć go od innych spraw, którymi teraz powinien był się zajmować.

– Harry?

Ciągnąca ciasnota w skórze zniknęła. Harry zamrugał i zdał sobie sprawę, że stoi przed Draconem, który musiał wyjść z drewnianego domu. Spojrzał na Harry'ego z zaskoczeniem. Następnie na jego twarzy pojawił się krzywy uśmieszek. Przytaknął.

– No co? – zapytał wyzywająco Harry, nieco zirytowany że Draco najwyraźniej wiedział, co może oznaczać to dziwne uczucie, ale jakoś nie przyszło mu do głowy podzielić się tym wcześniej.

– Wreszcie to czujesz – wyszeptał Draco. – Ostatecznie mamy już Halloween i robimy to po raz trzeci. Częściowo zaaranżowałem pierwszy rytuał, oferując ci pierścień, a ty wybrałeś miejsce dla drugiego. – Jego powieki opadły lekko, przyciemniając mu oczy. – A teraz następuje trzeci raz, kiedy to magia organizuje wszystko za nas. I chce, żebyś był blisko mnie.

Harry zagapił się na niego.

Draco zaśmiał się cicho.

– To stary rytuał, Harry. I jak wszystkie stare rytuały jest częściowo uformowany przez magię, która go stworzyła, ale też wpływa i kształtuje ludzi, którzy biorą w nim udział. Dlatego właśnie prowadzi nas i urabia. Chce, żebyś mnie dotknął, był blisko mnie. – Wzruszył ramionami i wyciągnął rękę, żeby objąć nią ramiona Harry'ego. – Nie, żeby mi to przeszkadzało. W końcu chcę tego samego i nie mam najmniejszych problemów z poddaniem się tym impulsom. – Pochylił się i pocałował Harry'ego mocno w usta.

Harry przez chwilę reagował na pocałunek, po czym przerwał go, wciągając głośno powietrze. Przestrzeń między nim i Draconem wydawała się równie rozciągnięta i ciasna co jego skóra, a wiatr jęczał i brzęczał mu w uszach, niczym słowa agresywnego ptaka. Miał wrażenie, że zaraz wylezie z własnej skóry i zacznie łazić po ścianach.

– Draco... czekaj...

– Tak? – Draco po prostu wzniósł brew i nie spróbował się od niego odsunąć.

Harry jęknął i skrzywił się na ten dźwięk.

– Czemu wpływa na nas tak mocno już teraz? – zapytał. – Wydawało mi się, że rytuał jako taki zacznie się dopiero dzisiaj.

– Rytuał Walpurgi zaczął się w nocy – powiedział cierpliwie Draco. – Rytuał na twoje urodziny zaczął się w ciągu dnia. A ten rytuał zajmuje cały dzień. Zaczął się o świcie. I czemu by nie miał? Przecież ten rytuał nazywa się Burzeniem Barier, Harry. Byłoby dziwne, gdyby ograniczała go jedna pora dnia.

Harry zadrżał. Teraz, kiedy stał tak blisko Dracona, czuł nucącą w swojej skórze magię, usatysfakcjonowaną że nie musi już go ciągnąć. Powoli jednak stawał się coraz bardziej świadomy innych wrażeń, jakby w ciele warzyły mu się eliksiry, a policzki ciemniały mu z podniecenia potężniejszego niż kiedykolwiek. W dodatku wiedział, że od teraz będzie już tylko gorzej; to wciąż był odpływ.

Draco pogłaskał go po plecach. Harry nachylił się w kierunku tego dotyku, zamykając oczy i poczuł, jak podniecenie nieco odpuszcza.

– Ja nie... nie wiedziałem – wyszeptał Draconowi na ucho.

– Wiem – powiedział Draco. – Jak ci się wydaje, czemu zostawiłem na wierzchu te książki o rytuale, Harry? Chciałem cię ostrzec. No i dwa dni temu powiedziałem ci, że spędzimy ten dzień wspólnie.

– Wydawało mi się, że to był wymóg rytuału, a nie magii. – Harry zadrżał i pochylił głowę. Zsuwał się po krawędzi kontroli i koszmarnie mu się to nie podobało. Już wystarczająco ciężko przychodziło mu to za odpowiednimi osłonami, kiedy zdawał sobie sprawę, że emocje zgromadzone w basenach oklumencyjnych musiały zostać wypuszczone na wolność. Radzenie sobie z tym konkretnym problemem zwyczajnie go przerastało. A co, jeśli ograniczenia na jego magii również pękną i kogoś przypadkiem skrzywdzi?

– Gdybyś tylko przestał zamartwiać się o innych na jakieś trzy sekundy – mruknął mu Draco na ucho, zmuszając Harry'ego do wysłuchania się ponad dudniącym sercem – to zorientowałbyś się, że nie jesteś w stanie ich skrzywdzić, Harry, nie dziś. Rytuał rysuje wokół nas krąg. Chce, żebyśmy byli blisko siebie, chce, żebyśmy byli skupieni na sobie nawzajem i chce, żebyśmy się dotykali i wpływali na siebie. Twoja magia byłaby w stanie skrzywdzić mnie – gdybyś kiedykolwiek tego spróbował, a wiem że nigdy do tego nie dojdzie – ale innych nie zdoła nawet musnąć.

Harry zmarszczył na niego brwi.

– Skąd wiedziałeś, że o tym pomyślałem?

Draco dotknął jego czoła, nieco na lewo od blizny, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od twarzy Harry'ego.

– Rytuał otwiera też nasze umysły, Harry, miesza nasze myśli. A twoje myśli są strasznie głośne. Nie mam pojęcia, jak Snape nauczył cię legilimencji, skoro ciągle słyszał jak mu wrzeszczysz w głowie.

Jego głos był lekki i droczący się, ale Harry ponownie zaczynał panikować. Wyobrażał sobie, jakie jeszcze granice mogłyby zostać przekroczone i teraz bał się nie o to, że mógłby skrzywdzić Dracona, ale o wszystko, co Draco przez to zobaczy.

– Harry, doprawdy. – W głosie Dracona przebrzmiał lekki uraz. – Po wszystkim, co razem przeszliśmy? Naprawdę wydaje ci się, że zobaczę w twoim umyśle czy sercu coś, co mnie do ciebie zrazi? Aż tak wstydzisz się pokazać mi te części siebie? – Zamilkł na moment, przechylając głowę na bok. – I nigdy nie przyszło ci do głowy, że ja też mogę się wstydzić pokazania tego, kim naprawdę jestem?

– Przecież nie masz czego się wstydzić – wyszeptał Harry. – Ale ja... Draco, ja... – Cała twarz mu płonęła i to nie przez magię. Jeszcze nigdy w życiu nie było mu tak strasznie głupio. Istniały w nim... bardziej podstawowe odczucia, którymi nie chciał się z nikim dzielić. Przecież wszyscy je mieli, prawda? Ale większość nie rozpoczynała rytuału, który zniszczy wszystkie granice i wywlecze te na światło dzienne, wprost do nic nie spodziewającego się umysłu ich partnera.

– Harry. Spójrz na mnie.

Harry z oporami podniósł wzrok i wbił go w oczy Dracona, po czym, ku swojemu zaskoczeniu, poczuł się jakby wpadł do głębokiego tunelu. Widział jego umysł, jego myśli, był w stanie je złapać i zrozumieć. Myśli owijały się wokół niego niczym złoża żelaza w kopalni i mógł podążyć za każdym z nich, jeśli tylko chciał.

Harry przyjrzał się ciemnej żyle obsydianu i odkrył, że to była nienawiść wobec Connora, bulgocząca i głęboko zakorzeniona. Draco wciąż nie rozumiał, po co ten gnojek w ogóle istnieje. Wiedział, że był ważny dla Harry'ego i dlatego starał się zachowywać przy nim w cywilizowany sposób, ale wciąż nie zauważył niczego, czego Connor dokonał na własną rękę, a co byłoby godne podziwu. Walczył w czasie bitwy na letnie przesilenie, ale przecież wszyscy wtedy walczyli. Był bratem Harry'ego, ale do tej pory okazywało się to raczej słabością. Istniał, żeby przejąć dziedzictwo Potterów, dzięki czemu Harry nie musiał tego robić, ale istniały sposoby na zmianę dziedzictwa, by nie były dłużej związane z nazwiskiem Potter, dzięki czemu Harry mógłby zyskać coś faktycznie wartościowego po swoich rodzicach. Po prostu sobie był i irytował tym Dracona.

Harry zatoczył się chwiejnie i wpadł na inną żyłę, tym razem kryształową. To były uczucia Dracona wobec jego ojca, niespodziewanie klarowne i przejrzyste po spotkaniu z Lucjuszem w ministerstwie, które odbyło się pod koniec rewolty. Zrozumiał, czemu taktyka ojca nie podziałała na matkę. Zrozumiał, że chłodna twarz i cięte słowa nie robią z nikogo zwycięzcy. Dlatego też uznał, że najbardziej chciałby dla siebie prawdziwej siły, która biegnie pod powierzchnią. Draco nigdy nie miał zamiaru wyprzeć się chłodnych masek, ale był na nie czas i miejsce. Najbardziej jednak pragnął siły, dzięki której chłodne maski miały szansę stać się naturalną częścią czyjejś zbroi.

Harry ponownie się obrócił i zobaczył za sobą szmaragdowy strumień, ciemnozielony ze złotymi plamkami, który okazał się być pożądaniem, jakie Draco do niego czuł. I jeśli Draco śnił o pieprzeniu się z nim, o seksie póki nie padną z wycieńczenia, o dniach spędzonych w łóżku, kiedy to będą mogli powoli kochać nawzajem każdą najmniejszą część siebie i nikt nie będzie niczego od nich wymagał, o chwili, w której Harry spojrzy na niego przeszklonym wzrokiem i błagającym ciałem, jakby nic innego nie miało w tej chwili dla niego znaczenia... cóż, w końcu to były jego marzenia. Chyba miał do nich prawo?

Z ogromnym wysiłkiem, korzystając z treningu legilimencji, Harry wyskoczył z powrotem z umysłu Dracona. Stał przez chwilę na miejscu, wpatrując się Draconowi w oczy i dysząc ciężko.

I aportował się z paniką, czując jak skóra naciąga mu się z pragnieniem z powrotem w kierunku Dracona.


Draco stał przez chwilę, po prostu mrugając w kierunku miejsca, z którego zniknął Harry, po czym pokręcił lekko głową. Ostatecznie nie musiał się zastanawiać, czemu Harry uciekł. Burzenie Barier już pokazało mu na to odpowiedź, płonącą w oczach jego chłopaka i odbijająca się echem w jego umyśle.

Harry miał okazję na nauczenie się szczegółów tego rytuału. Draco pozostawił mu książki, czasami o nich wspominał, czekał cierpliwie, aż Harry zacznie zadawać pytania. Ale nigdy tego nie zrobił. Książki w ogóle zignorował, poza kilkoma nerwowymi zerknięciami w ich kierunku. I zawsze znajdował sobie coś ciekawszego do roboty, albo rozmowy, zamiast uczyć się o rytuale, od którego zależało jego przyszłe szczęście.

Draco doszedł do wniosku, kiedy spokojnie szedł w kierunku ciągnięcia, że wcale nie był tym aż taki zaskoczony. Harry prawdopodobnie aportował się kilkukrotnie po dolinie, ponieważ miejsce ciągnięcia na skórze Dracona co chwila się zmieniało. Nie przeszkadzało mu to. Harry niebawem przekona się, że nie jest w stanie opuścić promienia kręgu. Nawet gdyby chciał aportować się na drugą stronę świata, nie byłby w stanie teraz tego zrobić.

Więc nie, nie był zaskoczony. Był już tym zmęczony.

Ile właściwie obietnic Harry już złożył, że skupi się na sprawach, które dotyczą go osobiście? Ile razy już powtarzał, że nie boi się tego, czym prędzej czy później przyjdzie mu się podzielić z Draconem? Ile razy to już mówił, że jak tylko wszystko się uspokoi, to będzie chciał spędzać czas z Draconem i myśleć o własnym zdrowiu?

A Draco czekał, cierpliwie jak na kogoś, czyje ciało cierpiało bez przerwy od pragnienia, podniecenia i potrzeby, i nie narzekał. Wiedział, kiedy zakochał się w Harrym, że Harry nie zdoła od razu poczuć wobec niego tego samego, więc teraz nie mógł narzekać. Inaczej byłby hipokrytą. Tego rodzaju wyzwania przyjmował na siebie z otwartymi oczami.

Ale spodziewał się też, że Harry dokona jakichś postępów z własnej woli, że będzie pracował nad swoim treningiem, że przyzwyczai się do tego, że wszyscy na niego patrzą i przestanie, kurwa, uciekać. A tymczasem Harry tego nie zrobił. Och, dobrze krył się z tymi impulsami, ponieważ miał już zbyt wiele obowiązków i wyzwań, ale to nie miało znaczenia. Uciekł, jak tylko został postawiony przed pierwszym, prawdziwym sprawdzianem.

Draco wydłużył kroku, uśmiechając się lekko. Przed tym wyzwaniem nie zdoła uciec. Ten rytuał był zaledwie trzecim z trzynastu, które nadciągały na nich na coraz szybciej kręcącym się kole. Z własnej woli zgodzili się na wzięcie udziału w tym trzyletnim rytuale, co dało magii zgodę na przyciągnięcie ich bliżej do siebie, a to, w jaki sposób Draco zachowywał się podczas pierwszej ceremonii, a Harry podczas drugiej, było tylko kolejnymi potwierdzeniami, o ile w ogóle takowe były jeszcze konieczne. Dlatego też doszło do Burzenia Barier. Dracona aż świerzbiło z potrzeby dotknięcia Harry'ego. Oczy zaszły mu łzami i wiedział, że najlepszym rozwiązaniem byłoby spojrzenie teraz na Harry'ego i odczytanie jego myśli.

A bariery Harry'ego powoli będą się waliły, włącznie z tymi, które nałożył na siebie, by chronić się przed tymi uczuciami, których nie chciał i uważał je za szkaradne. Draco wyszczerzył się i nie miał zamiaru im w tym przeszkadzać. Miał wrażenie, że Harry po raz pierwszy w życiu będzie musiał stawić czoła własnym pragnieniom, w przeciwieństwie do czystego, cielesnego pożądania, które zawsze skupiał po prostu na Draconie.

Właśnie dlatego Draco nie biegł wprost do niego, podążając za ciągnięciem swojej skóry w kierunku sosnowego lasku, w którym Harry wreszcie się zatrzymał, bo miał zamiar zaoferować mu kilka minut na osobności. Harry ich potrzebował do stawienia czoła samemu sobie. Potrzebował przyznać sam przed sobą, że był w stanie nie być wyłącznie źródłem przyjemności Dracona, ale też pragnąć tej przyjemności dla niej samej.

A jeśli to, co Draco odczytał na powierzchni jego umysłu, było prawdziwe aż do samego dna, to była to najłagodniejsza ze spraw, których Harry zaraz się o sobie dowie. Przyznał parę razy, że to, co robili w łóżku, było przyjemne.

Daj mu trochę czasu, upomniał się Draco, zatrzymując przy jednym ze wzgórz i wtulając twarz w chłodny głaz. Skóra lśniła mu od potu mimo mroźnego powietrza. Tak, mogłem mu o tym wszystkim powiedzieć, ale najważniejsze w tej chwili jest to, że sam też mógł zapytać. Chcę, przyznał wreszcie przed sobą, że tu nie chodzi tylko o to, czego chce od niego magia, albo ja. Tu chodzi o to, czego sam chce.

Możemy go ze Snape'em zachęcać ile chcemy, ale nie możemy odbywać tych bitew za niego. Już kiedyś tego spróbowaliśmy i okazało się to błędem, a on powiedział nam, że zachowywaliśmy się jak Lily. I miał rację. Ale teraz sam powinien przestać zachowywać się jak James.


Harry aportował się do zewnętrznego kręgu wzgórz Leśnej Twierdzy, miejsca w którym powoli opadały w kierunku łąk. Odkrył, że nie jest w stanie zrobić nawet kroku dalej. Bez trudu przychodziło mu wyobrażenie sobie Londynu, czy nawet Hogwartu, choć był to większy skok, niż takie na które sobie zwykle pozwalał.

Ale nie był w stanie się tam udać.

Czuł się jak koń, prowadzony na bardzo długiej lonży, miotający się w kręgu, który czasami poszerzał się o kilka stóp, ale zwykle tylko kurczył. Kręgu, którego środkiem był Draco. Mięśnie spinały mu się i trzęsły, a skóra była tak śliska od potu, że Harry miał wrażenie, że szaty zaraz same się z niego zsuną. Kiedy aportował się z powrotem do sosnowego lasku po wschodniej stronie Leśnej Twierdzy, naprawdę ciężko było mu nie dopuścić do tego, żeby jego umysłem zawładnęły myśli o Draconie.

Wylądował ciężko na kamieniach, korzeniach i igłach i leżał tam, dysząc, boleśnie podniecony, przygryzając dłoń, żeby nie wydawać z siebie dźwięków, które zdradziłyby go bardziej od jego spanikowanego dyszenia.

Czuł jak magia rytuału, dziksza od cierpliwego, osłabiającego powietrza w Sanktuarium i bardziej uparta od magii miejsc, nurkuje mu głęboko do umysłu i siłą wyciąga na wierzch wspomnienia, których wcale nie chciał pamiętać, przewierca się przez bariery, które wolał pozostawić na miejscu i zmusza go do zorientowania się w sprawach na swój temat, których nie chciał przyjąć do wiadomości.

Pragniesz.

I tak było, pragnął i były takie chwile, kiedy nie chciał niczego innego, jak tylko walić konia póki nie dojdzie, albo rzucić Dracona na łóżko i pieprzyć go póki...

Harry zadrżał z odrazą. Nie wierzył, że faktycznie czuje się w ten sposób. To było takie samolubne. Nie chciał się tak czuć. Przełożył rękę nad twarzą i odetchnął w nią, ale w żaden sposób mu to nie pomogło, ponieważ sam dotyk materiału czy skóry przypominał mu o sprawach, o których w ogóle nie chciał myśleć.

Nie miał zamiaru się dotykać. Poradzi sobie z tym.

Ze złością zaczął przedzierać się przez atakujące go fale pożądania. Wiedział, skąd się wzięły. Większość szesnastolatków było ofiarami pożądania, czy też hormonów, czy jakkolwiek inaczej chcieliby to nazwać. Harry był z siebie uparcie dumny, że przynajmniej jego to nie dotyczy, że zdołał wznieść się ponad tymi pragnieniami i zrobić ze sobą coś użytecznego. Trening naprawdę mu w tym pomógł. Był pod tym względem wdzięczny swojej matce, ponieważ hormony odwracałyby jego uwagę od ważniejszych spraw.

Ale teraz ta bariera się rozpadła i zaczynał tonąć pod falami.

Harry nie chciał, żeby zniknęła. Spróbował uwięzić emocje za ścianą, ale wszystko co spróbował zbudować, w chwilę później było niszczone przez magię rytuału. Harry wydał z siebie gniewny dźwięk i zadygotał.

Czy naprawdę powinien się tego wstydzić? Draco z całą pewnością nie zachowywał się, jakby się tego wstydził. Ale z drugiej strony, Draco nie był też vatesem, czy przywódcą Przymierza Słońca i Cienia. Był ważny, oczywiście że tak, był najważniejszą osobą w życiu Harry'ego. Ale musiał podejmować polityczne decyzje tylko wtedy, kiedy wymagała tego od niego sytuacja; nie musiał tego robić bez przerwy.

Może ty też nie musisz.

To był ten sam głos, który oskarżył go o pragnienie. Harry nie był pewien, czyj to był głos, jego, Dracona, czy Snape'a, ale im bardziej się w niego wsłuchiwał, tym bardziej brzmiał on na surową wersję jego samego.

Byłoby naprawdę miło, gdyby wszystkie kości na raz nie usiłowały dać mu znać, że wylezą mu ze skóry, jeśli zaraz nie uda się do Dracona. Walczył już z potężniejszą magią i wyszedł z tego poczytalny. Powinien być w stanie to zwalczyć. Przecież był dorosły, ciągle to powtarzał, wcale nie potrzebował opiekuna, sam powinien zachowywać się jak opiekun. Nastawił się na potężną bitwę.

I zaraz potem dotarł do niego główny problem. Nie walczył z zewnętrznym wrogiem, który rzucił na niego Imperio, czy dowolne inne zaklęcie przymuszające. Walczył sam ze sobą, z własnymi zagrzebanymi pragnieniami, marzeniami i potrzebami, które tłumił, ponieważ nie chciał ich czuć. A teraz pojawił się w nim głos, upierający się że nie musiał unikać tego wszystkiego, że odczuwanie tego było w porządku.

Harry potrząsnął z oszołomieniem głową, po czym poderwał z niepokojem wzrok. Wszystkie sosny wokół niego lśniły jasno. Czyżby je podpalił? Leśna Twierdza uważała go za część samej siebie i choć żadnej części nie wolno było atakować innych, to niekoniecznie musiałaby go też powstrzymać.

Zaraz potem zorientował się, że to wcale nie był ogień. To czysta magia. Wokół pni rozchodziły się korony kolorów, przy samej korze ciemnofioletowe, ale przechodzące w czerwień, zieleń i błękit, im bardziej się od niej oddalały. Jak tylko Harry na nie spojrzał, z niebieskich kręgów zaczęły wyskakiwać stworzone przez magię ptaki, gołębie w praktycznie tym samym kolorze co drzewa, które krążyły przez chwilę wokół siebie, po czym rozleciały się po lesie. Im dłużej leciały, tym bardziej wydawały się solidne, przez co Harry zaczął wątpić, że znikną jak tylko wylecą poza zasięg magii.

Jego moc faktycznie wymykała mu się spod kontroli. I jej pierwszym impulsem było stworzenie piękna i otoczenie nim okolicznych drzew, a nie sianie zniszczenia. Harry zamrugał i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w obrazy, nim drgnięcia mięśni nie dały mu znowu o sobie znać. Wreszcie spojrzał na swoją dłoń, zastanawiając się, czego się nauczył.

Nie... nie zniszczyłem Leśnej Twierdzy tylko dlatego, że puściłem wolno moją magię. Zawsze wydawało mi się, że tak to się właśnie skończy, ale wcale tego nie zrobiło.

Być może oznaczało to, że inne rzeczy, których pragnął wcale nie musiały okazywać się równie odstręczające, jak mu się wydawało. I być może oznaczało to też, że jeśli od czasu do czasu zniszczy jakąś barierę i zacznie zachowywać się zgodnie ze swoimi pragnieniami, a nie obowiązkami, to może świat jednak nie dobiegnie końca.

– Harry.

Harry poderwał głowę. Draco stał o kilka stóp od niego, opierając się o jedną z sosen i drżąc, kiedy światła skakały mu po ramionach, niczym ciepłe pióra. Harry nie był w stanie wyobrazić sobie, jak wiele samokontroli wymagało od niego nie podchodzenie bliżej. A potem zorientował się, że wcale nie musi sobie tego wyobrażać, ponieważ jedno spojrzenie w oczy Dracona mu to uświadomiło. To było jak odstępowanie od wody, kiedy umiera się z pragnienia.

Harry odetchnął głęboko.

– Sam to sobie wybrałem – powiedział, dźwigając się na kolano, a następnie wstając chwiejnie. Wiedział, że ma lekko poszarpane szaty od przetaczania się po kamieniach i prawdopodobnie po skórze ciekła mu też krew z drobnych nacięć. Miał to gdzieś. Ulga, jaką poczuł na widok Dracona, już słabła i inne pragnienia przedzierały się do przodu. – W dodatku faktycznie zaniedbywałem ostatnio dotrzymywanie obietnic. Gdyby tak nie było, to nie trafiłoby mnie to tak mocno.

Draco kiwnął głową. Pot przyklejał mu włosy do policzków i skroni. Harry zrobił chwiejny krok w jego stronę, po czym zmusił się do zatrzymania. Jeśli dotknie teraz Dracona, to nie będzie już w stanie racjonalnie mówić, a nie chciał, żeby Draco potem doszedł do wniosku, że Harry został w to wszystko zaciągnięty wbrew własnej woli. Draco musiał zrozumieć.

– Chcę tego – powiedział jasno Harry. Wzrok rozmywał mu się od płomieni, światła, magii i podziwu, a bliskość Dracona sprawiała, że jego bariery rozpadały się coraz szybciej. – Naprawdę. I tym razem nie mam zamiaru się tego bać.

Wreszcie, wreszcie poddał się magii, która ślizgała się wokół niego i ciągnęła, jakby miała wiele zniecierpliwionych rączek, i ruszył przed siebie. Pochwycił usta Dracona własnymi, po czym zniknął z nich ubrania.

Pod nimi znajdowały się kamienie, korzenie, ziemia i igły. Harry zachciał, żeby przemieniły się w poduszki, dzięki czemu już nie musiał się nimi przejmować.

Odkrył, ze naprawdę ciężko mu było nie całować w tej chwili Dracona. Czuł się, jakby nigdy wcześniej tak naprawdę nie rozumiał, jak to jest mieć w ustach czyiś język. A potem dotarło do niego, że tak w sumie faktycznie tak było, ponieważ nigdy nie pozwolił sobie na skupienie się do tego stopnia na własnych odczuciach. Był zanadto zajęty, czekał na zaskoczenie treningu, albo martwił się, że skrzywdzi, albo zanadto pośpieszy Dracona.

– Przestań tyle myślećwarknął Draco, odciągając od niego swoje usta i szarpiąc Harry'ego obiema rękami za włosy. Harry syknął z bólu, ale nawet to przebiegło mu po nerwach, jakby tworzyło sobie kompletnie nowe ścieżki. – Czuj, Harry.

Więc Harry pochylił się i to właśnie zrobił.


Draco już widział różnicę. Wcześniej wydawało mu się, że kiedy zaciągnął Harry'ego do łóżka po wypuszczeniu emocji z basenów oklumencyjnych, Harry był odprężony i swobodny, ale teraz docierało do niego, że Harry nawet wtedy się ograniczał, utrzymując wokół siebie bariery pilnujące, by jego magia nie zrobiła niczego potencjalnie przerażającego, przez co Draco musiał go praktycznie zachęcać do orgazmu.

Nie tym razem.

Harry przewrócił go na poduszkę, magia dała mu nieludzką siłę w mięśniach, z której raczej nie korzystał w normalnych sytuacjach. Draconowi dech zaparło, kiedy Harry na nim wylądował.

Ale kogo w sumie obchodziło oddychanie w czasie pocałunku?

Draco wylizał każdy fragment ust Harry'ego, który był w stanie sięgnąć, świadom ich koszmarnej wilgoci i kompletnie się nią nie przejmując. Okulary Harry'ego zaczynały się wyginać między ich twarzami, ale jak tylko o tym pomyślał, zniknęły, bezpiecznie przeniesione magią. Oczy Harry'ego były otwarte, pełne opadającej zieleni i wpatrzone prosto w niego, dzięki czemu mógł odczytywać myśli Dracona.

A Draco mógł odczytywać jego. Harry został zmuszony do zakwestionowania tych opinii, na których polegał tak długo, że uważał je za część własnej rzeczywistości. Już nie uważał, że pragnienie kontrolowania kogoś musiało być koniecznie czymś złym, zwłaszcza kiedy kiedy rzeczona osoba o tę kontrolę prosi. I już nie uważał, że pragnienie odczuwania przyjemności w łóżku z Draconem, było samolubne lub odrażające.

W tym momencie już chciał prychnąć, naprawdę chciał, na samą myśl, że Harry kiedykolwiek uważał się za samolubnego, ale Harry akurat wtedy oderwał od niego usta, co zabolało, zarówno dlatego, że stracił pocałunek, jak i kontakt wzrokowy, przez co Draco syknął wulgarnie, a Harry syknął coś w odpowiedzi praktycznie wężomową, po czym przetoczył się, ignorując fakt że w pośpiechu wbił łokieć w brzuch Dracona.

Draco nie był pewien, czego właściwie się spodziewał. Podźwignął się na łokciach w chwili, w której poczuł oddech Harry'ego na swoim kroczu. Draco zamrugał, po czym głowa opadła mu do tyłu i jęknął głośno, kiedy Harry wziął jego chuja do ust.

Harry pozwolił się prowadzić swojemu językowi, szybko orientując się, że obecność zębów przy tak delikatnej skórze była niebezpieczna. Draco niespecjalnie mógł mu w tym pomóc. Usta kształtowały jakieś słowa, ale nie były one jakoś szczególnie składne. W pewnej chwili niemal stoczył się z poduszki, ale magia Harry'ego złapała go za udo i przytrzymała w miejscu. Starał się okazać swój entuzjazm w jakikolwiek inny sposób, poza silnym łapaniem za głowę Harry'ego i miotaniem własnych bioder, ale raczej mu się to nie udawało.

Harry zachichotał. Draco praktycznie zawył. Merlinie, był już tak bliski dojścia, chciał tego, chciał tego, chyba jeszcze nigdy w życiu nie zależało mu na czymś równie mocno co teraz. Oczywiście, jego ciało pragnęło tego od chwili, w której dzisiaj się obudził, a przynajmniej pragnęło kontaktu fizycznego z Harrym.

Zmusił się do usiądnięcia i spojrzenia w dół na Harry'ego, sięgając ku niemu i przytulając dłoń do jego policzka. Harry zerknął na niego, wciąż ssąc leniwie, a ich oczy spotkały się.

Draco przez chwilę patrzył wprost w czystą potęgę, czystą radość i przyjemność, szybszą od jazdy na miotle ponad boiskiem quidditcha i dzikszą od jazdy na karkadann – po raz pierwszy w życiu Harry kompletnie niczym się nie ograniczał i czerpał z czegoś przyjemność.

Draco poczuł wirujące w sobie spirale przyjemności i tryumfu, które zdawały się pochodzić ze szczytu jego czaszki i opadały wprost do brzucha, po czym wzbijały się z powrotem, a jak tylko zderzyły się z kolejnymi zbiegającymi z góry, doszedł, drżąc i trzęsąc się na sposoby, które zdawały się zaspakajać wszystkie nieprzyjemne doznania, które odczuwał od rana. Harry śmiał się wokół niego, ale Draco miał to gdzieś. Jeszcze nigdy nie było mu równie dobrze. Przyjemność zelżała tylko odrobinę, kiedy zamknął oczy, przerywając kontakt wzrokowy z Harrym i odchylił głowę do tyłu.

Harry odsunął się, a kiedy Draco zerknął na niego, zobaczył jak ociera usta. Uśmiechał się, wciąż zadowolony i pewny siebie.

Czas sprawdzić, na ile faktycznie się zmienił, pomyślał Draco, zwalczając w sobie miękkość własnych mięśni, które chciały, żeby po prostu położył się i zasnął.

– A teraz twoja kolej – powiedział, wbijając wzrok w oczy Harry'ego.


Oddech Harry'ego przyśpieszył, ale nie bał się tego, o co Draco mógłby go teraz podejrzewać. Zresztą Draco patrzył mu w oczy, więc wiedział, o co chodziło.

Sama myśl o tym, że ktoś miałby zrobić coś takiego dla niego sprawiała jednocześnie, że chciał wyskoczyć z własnej skóry z podniecenia, ale też wznosiła w nim stare spazmy strachu. Nie chciał stracić kontroli. Co więcej, nie chciał nagle znaleźć się w pozycji, w której mógłby okazać się silniejszy od Dracona. Nie chciał nikogo kontrolować.

Spojrzenie Dracona nabrało ostrości.

– To mój wybór, Harry – powiedział. – I dojdzie do tego, obiecuję ci.

Harry zamknął oczy i przełknął ślinę. Jego podniecenie było już bolesne i jeśli nie pozwoli się Draconowi dotknąć czymkolwiek, ustami czy palcami, to będzie musiał zwalić sobie konia. A Draco z własnej woli oferował coś, czego Harry chciał. Przez chwilę pragnienie walczyło z pragnieniem, a Harry zastanawiał się, czy nawet Draconowi zdoła okazać tak wiele zaufania.

Wreszcie otworzył oczy, wbił je w twarz Dracona i kiwnął głową, kładąc się na poduszce i rozkładając nogi.

Uśmiech pojawił się na twarzy Dracona szybko niczym strzał z bicza. Najpierw jednak nachylił się, zbyt szybko żeby Harry zdążył odczytać jego intencje, po czym przyssał się do miejsca na karku Harry'ego, którego Harry nie znosił, bo było takie wrażliwe.

Teraz, kiedy skóra wydawała mu się ciasna i rozgrzana na praktycznie całym ciele, ten punkt sprawił, że Harry zaczął wić się dziko, wbijając palce w poduszkę i krzycząc bez słów; wydawało mu się, że zaczynał kląć, ale niczego nie był w stanie dokończyć. Chciał już dojść, do cholery. Owinął nogi wokół Dracona i przyciągnął go do siebie, tak że leżeli piersią w pierś. Skoro Draco miał zamiar się z nim droczyć, to równie dobrze mógł ocierać się o Harry'ego i skończyć wreszcie to, co zaczął.

Draco jednak odsunął się, kręcąc głową z ustami skrzywionymi, jakby chciał się uśmiechnąć wywyższająco, ale był na to zbyt zaskoczony.

– Będę musiał częściej cię prosić o pokazanie mi tej strony ciebie – mruknął przesuwając się po posłaniu, póki jego usta nie znalazły się obiecująco przy kroczu Harry'ego. – To się w ogóle nie równa twojemu wcześniejszemu zawstydzonemu podejściu.

– Zajmiesz się tym wreszcie, kurwa, czy nie? – zapytał ze złością Harry, a Draco nie spojrzał na niego z urazą, wywołaną tym, że Harry czegoś od niego zażądał. Uśmiechnął się tylko. Harry poczuł, jak strach tak stary, że już prawie nie zdawał sobie z niego sprawy, staje w płomieniach i umiera. Był w stanie mówić ostrym głosem, być kimś innym, jak tylko idealnym czystokrwistym, który prosił o wszystko chłodnym i wyważonym tonem, albo dyplomatą, wiecznie oczekującym odmowy i nie musiało to oznaczać końca świata. Draco właściwie wyglądał, jakby chciał go przelecieć.

– Oczywiście, już się za to, kurwa, zabieram – mruknął Draco, po czym nachylił się.

Harry zastanawiał się, jakie to będzie uczucie. Czasami wyobrażał sobie, że nie byłby w stanie zauważyć różnicy między lodem a zwykłym waleniem konia. Nie, żeby robił to drugie, ale przynajmniej miał jakieś pojęcie, jak by to mogło być.

Okazało się diametralnie odmienne. Harry zawył i wgryzł się w swoją dłoń. Draco powiedział coś wokół jego chuja – Harry nie wiedział, co to mogło być, ale okrył nagle, że niewidzialny pociąg magii odsuwa mu rękę od ust. Podejrzewał, że Draco w tej chwili chciał go słyszeć, nie chciał żeby Harry się w jakikolwiek sposób powstrzymywał.

Nie robił tego. Wpadł do jakiejś rzeczywistości, w której tylko obecne odczucia miały znaczenie. Wyczuwał gorąc wokół siebie, pożerający mu skórę, magię rytuału w sobie, przeżerającą się przez odruchowo wznoszone ściany, miękkość poduszki za plecami, jej wypchanie, po którym ciągle się przesuwał, strużkę śliny i potu cieknących z wilgoci w kroczu...

Doszedł.

W przeciwieństwie do dwóch innych razy, kiedy to odczuwał, nie miał w sobie żadnych oporów do wlania w to całego siebie, wkroczenia w chwilę, kiedy przyjemność jest tak ostra, że nie orientował się nawet, gdzie w tym momencie było jego ciało, czy magia. Harry wiedział, że wydał z siebie jakiś dźwięk, głęboki i zawstydzający, jeśli wnioskować to z kompletnie zachrypniętego gardła, z którego zorientował się, jak spłynął wreszcie na ziemię i zdawał sobie sprawę z tego, jaki był nagle zmęczony, ospały i bezwładny, ale też tak usatysfakcjonowany, że odprężenie zdawało się nasycać mu nawet kości. Przez chwilę był przekonany, że już wiedział, jakie to uczucie, znaleźć się w strumieniu płomieni Brytyjskiej Czerwono–Złotej.

Ale było już po wszystkim, a on nie był nawet w stanie się ruszyć. Przymrużył oczy, kiedy Draco przyczołgał się obok niego i spróbował coś powiedzieć, ale ostatecznie potrząsnął głową, kiedy ziewnięcie nadwyrężyło mu szczęki.

Draco i tak był w stanie odczytać to z jego oczu. I po raz pierwszy od zdecydowanie zbyt dawna, jego uśmiech nie miał w sobie ostrych krawędzi. Tego właśnie chciał, zorientował się Harry, kiedy znowu się pocałowali, tym razem powoli i leniwie. Zobaczyć jak kompletnie się przed nim otwieram, nie martwiąc się o to, co może stać się jutro, albo nie myśląc o regularnych stosunkach z nim jak o jakimś obowiązku, żebym w ogóle nie myślał o czymkolwiek, czy kimkolwiek poza nim.

Tego właśnie chciałem, zgodziły się z nim myśli Dracona. A teraz śpij, Harry. Pragniesz tego.

I Harry faktycznie tego chciał, bez względu na to ile by teraz nie uważał, że powinien raczej pozostać przytomny, bo tak właśnie postąpiłby ktoś honorowy. Zamrugał i zwinął się w kłębek w ramionach Dracona. Ciepło zaczynało go opuszczać, ale wtulenie w nagą skórę Dracona sprowadziło je z powrotem, a magia rytuału pozostała mu w piersi, lśniąc niczym jajko feniksa.

Zrobił co chciał i jeszcze nigdy nie czuł się z tym równie dobrze.